Co zrobić, stając oko w oko z cierpieniem drugiego człowieka? Jak się zachować, kiedy drugi człowiek mówi: jestem katolikiem, więc tego nie zrobię, ale gdybym nim nie był, to zgodziłbym się na operację, jeślibym miał pewność, że się po niej nie wybudzę?
Co zrobić, jeśli drugi człowiek nie chce już żyć, jest zupełnie zrezygnowany, przesiąknięty myślami o śmierci, czekający na tę śmierć jako jedyne wybawienie, jedyne dobro, jakie go jeszcze w życiu może spotkać? Zwłaszcza jeśli nie jest to chrześcijańskie oczekiwanie na śmierć. Chrześcijanin czeka na śmierć w sensie bycia gotowym na jej nadejście. Jednak pragnie żyć, skoro to życie dostał od Pana. Co zatem zrobić, jeśli człowiek postrzega życie nie jako dar, ale jako przykrą, bolesną, ciągnącą się w nieskończoność konieczność?
Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. To Bóg złączył ciało i duszę człowieka. Nie możemy samodzielnie tego rozdzielać. To jest obiektywne. Istnieją natomiast przypadki, kiedy jest to najtrudniejsza z zasad chrześcijańskich, jakie przychodzi człowiekowi zastosować we własnym życiu. Co wtedy zrobić? I jak takiemu człowiekowi pomóc?
Nie mogę sobie z tymi pytaniami poradzić, zwłaszcza teraz, kiedy moja kochana babcia mówi właśnie takie rzeczy. Niestety, to Pan Bóg decyduje o mojej śmierci, a nie ja, Nie wiadomo, ile to jeszcze trzeba będzie znosić ten ból, kiedy się wreszcie Panu Bogu spodoba mnie stąd zabrać... I nie wiem, czy chrześcijaństwo znalazło odpowiedź na te pytania, poza najbardziej oczywistą - modlitwą, która tak często wydaje się niewystarczająca.
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
piątek, 10 września 2010
czwartek, 9 września 2010
skafander
Pomysłów na nowy wpis miałam dużo, bo i wiele się w ciągu ostatnich dni działo i myślało. Postanowiłam jednak napisać o tym, co zdarzyło się dzisiaj.
Szłam do mojego instytutu, położonego w zasadzie na końcu świata. Droga na pewnym etapie wiedzie przez mały zagajnik?, skwerek?, jak by tego nie nazwać, poletko z drzewami sadzonymi jeszcze za Niemca. Jedna ścieżka jest asfaltowa, dwie pozostałe - wydeptane na dziko. Przeszłam ścieżką asfaltową, potem na drugą stronę ulicy - i za mną rozległ się trzask. Drzewo, które stało tam tyle, tyle lat, nagle runęło. Potem się okazało, że nie spadło na tę ścieżkę, którą przechodziłam; przewróciło się na drugą stronę.
To była jedna chwila, kiedy dotarło do mojej świadomości, w jakim niebezpieczeństwie znajdujemy się codziennie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. W sumie to dobrze, że na co dzień nie myślimy o czyhających na nas rabusiach, mordercach, spróchniałych drzewach i doniczkach spadających z balkonów, bo byśmy szybko powariowali. Jednak nawet kiedy sobie uświadamiamy te wszystkie grożące nam tragedie, wypadki i przykrości, jest taki Jeden, który zapewnia nam ochronę.
Szłam do mojego instytutu, położonego w zasadzie na końcu świata. Droga na pewnym etapie wiedzie przez mały zagajnik?, skwerek?, jak by tego nie nazwać, poletko z drzewami sadzonymi jeszcze za Niemca. Jedna ścieżka jest asfaltowa, dwie pozostałe - wydeptane na dziko. Przeszłam ścieżką asfaltową, potem na drugą stronę ulicy - i za mną rozległ się trzask. Drzewo, które stało tam tyle, tyle lat, nagle runęło. Potem się okazało, że nie spadło na tę ścieżkę, którą przechodziłam; przewróciło się na drugą stronę.
To była jedna chwila, kiedy dotarło do mojej świadomości, w jakim niebezpieczeństwie znajdujemy się codziennie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. W sumie to dobrze, że na co dzień nie myślimy o czyhających na nas rabusiach, mordercach, spróchniałych drzewach i doniczkach spadających z balkonów, bo byśmy szybko powariowali. Jednak nawet kiedy sobie uświadamiamy te wszystkie grożące nam tragedie, wypadki i przykrości, jest taki Jeden, który zapewnia nam ochronę.
Wznoszę swe oczy ku górom, *
skąd nadejść ma dla mnie pomoc?
Pomoc moja od Pana, *
który stworzył niebo i ziemię.
On nie pozwoli, by potknęła się twa noga, *
ani się nie zdrzemnie Ten, który ciebie strzeże.
Nie zdrzemnie się ani nie zaśnie *
Ten, który czuwa nad Izraelem.
Pan ciebie strzeże, †
jest cieniem nad tobą, *
stoi po twojej prawicy.
We dnie nie porazi cię słońce *
ani księżyc wśród nocy.
Pan cię uchroni od zła wszelkiego, *
ochroni twoją duszę.
Pan będzie czuwał †
nad twoim wyjściem i powrotem *
teraz i po wszystkie czasy.
Ps 121
wtorek, 7 września 2010
dwie stopy nad ziemią
U wrocławskich dominikanów w kaplicy św. Józefa stoją konfesjonały. I całymi dniami jest tam kolejka do spowiedzi, bo ojcowie spowiadają od rana do wieczora (teraz, w okresie wakacyjnym, trochę inaczej to wygląda, ale tak czy siak kolejka stoi). Jeden konfesjonał stoi w niszy za zamkniętymi drzwiami. Najczęściej to tam właśnie siada spowiednik, bo to dużo większa wygoda - nie trzeba szeptać, można mówić półgłosem albo nawet głośno, bo przez drzwi niewiele słychać. To istotne, bo w kaplicy św. Józefa oprócz spowiedzi odbywa się całodzienna Adoracja Najświętszego Sakramentu.
Dzisiaj mi się nie udało trafić za drzwi. Mój spowiednik zmuszony był usiąść w innym konfesjonale. Dokładnie naprzeciw Pana Jezusa w monstrancji. Uklękłam na tym klęczniku, tak by było wygodnie. Wskutek tego moje stopy wisiały nad ziemią. W żaden sposób nie mogłam ich postawić na ziemi. Za krótkie mam nogi, cóż zrobić? I klęczałam tak z 10 minut z nogami w powietrzu.
I teraz sobie myślę, że to musi wyglądać z boku strasznie głupio: dorosła kobieta klęczy w jakiejś budce i trzyma nogi nad ziemią. Zwłaszcza jeśli naprzeciw tej budki stoi sobie Pan Jezus. I myślę sobie jeszcze, że chodzi o to, żeby na ten moment zapomnieć, że się ma nogi w powietrzu i pamiętać tylko o tym, że zaraz obok jest właśnie On. Może się uśmiechnie na widok tych dyndających stóp. Ważniejsze, że uśmiechnie się do mojego serca. Z czułością. Z troskliwością.
Dzisiaj mi się nie udało trafić za drzwi. Mój spowiednik zmuszony był usiąść w innym konfesjonale. Dokładnie naprzeciw Pana Jezusa w monstrancji. Uklękłam na tym klęczniku, tak by było wygodnie. Wskutek tego moje stopy wisiały nad ziemią. W żaden sposób nie mogłam ich postawić na ziemi. Za krótkie mam nogi, cóż zrobić? I klęczałam tak z 10 minut z nogami w powietrzu.
I teraz sobie myślę, że to musi wyglądać z boku strasznie głupio: dorosła kobieta klęczy w jakiejś budce i trzyma nogi nad ziemią. Zwłaszcza jeśli naprzeciw tej budki stoi sobie Pan Jezus. I myślę sobie jeszcze, że chodzi o to, żeby na ten moment zapomnieć, że się ma nogi w powietrzu i pamiętać tylko o tym, że zaraz obok jest właśnie On. Może się uśmiechnie na widok tych dyndających stóp. Ważniejsze, że uśmiechnie się do mojego serca. Z czułością. Z troskliwością.
Twoja troskliwość czyni mnie wielkim.
Ps 18
poniedziałek, 6 września 2010
nie jestem godzien
Przychodzą czasem takie chwile, kiedy człowieka dręczy wręcz fizyczne poczucie swojej niegodności wobec ofiary Jezusa Chrystusa. Kiedy wypowiada słowa: Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, czuje, że to o wiele za mało. Że tego, co ma w sercu, nie zdołają wyrazić żadne słowa, że nijak nie dosięgnie poziomu, na którym godzien byłby przyjąć tę łaskę, tę Miłość. A kiedy mówi dalej: ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja, wie, że nie zasługuje nawet na to jedno Słowo. I chciałby powiedzieć: Panie, moja dusza nie będzie uzdrowiona od Twojego jednego słowa, to o wiele za mało, to niemożliwe.
Czy dla Boga istnieje cokolwiek niemożliwego?
Jak bardzo można obrazić Pana Boga, jeśli się taką myśl doprowadzi do końca!
Czy dla Boga istnieje cokolwiek niemożliwego?
Jak bardzo można obrazić Pana Boga, jeśli się taką myśl doprowadzi do końca!
niedziela, 5 września 2010
warunek konieczny
Trudne dzisiaj czytania, pokazujące ogrom zadania, jakie przyjmują na siebie wierzący w Chrystusa.
Pierwsze czytanie (Mdr 9, 13-18b) ukazuje wyraźnie dualizm natury ludzkiej: śmiertelne ciało kontra dusza. Walka o panowanie. (...) przewidywania nasze zawodne, bo śmiertelne ciało przygniata duszę (...) - choćbyśmy mieli najpiękniejsze plany dla duszy, zawsze się z tym ciężarem ciała musimy zmagać, musimy go wliczać w koszta realizacji tych planów. Remedium na przygniatającą siłę ciążenia cielesnej powłoki ma być - i jest! - Mądrość. (...) ścieżki mieszkańców ziemi stały się proste, a ludzie poznali, co Tobie przyjemne, a wybawiła ich Mądrość. Znowuż przypomina mi się scena z Anny Kareniny, którą tu przytaczałam. Konstanty Lewin pragnął wszystko wytłumaczyć sobie racjonalnie i naukowo jednocześnie: powstanie świata, jego funkcjonowanie, sens życia i sens śmierci, cierpienie i to wszystko, z czym ludzie od dawna się zmagają. I nic z tego. Któż poznał twój zamysł, gdybyś nie dał Mądrości, nie zesłał z wysoka Świętego Ducha swego?
I w psalmie (Ps 90, 3-6.12-14.17) także pojawia się motyw mądrości:
Fragment z listu do Filemona (Flm 9b-10.12-17) to dla mnie dwie ważne rzeczy: pierwsza - niewolnik staje się bratem, sługa jest kimś najbliższym, a to wszystko za sprawą miłości Chrystusowej. Druga - zdanie Zamierzałem go trzymać przy sobie, aby zamiast ciebie oddawał mi usługi w kajdanach noszonych dla Ewangelii. Mogę się mylić, ale jeśli czytać to zdanie w kontekście pierwszego czytania, a także Ewangelii, to te kajdany noszone dla Ewangelii to również jest nasza cielesność, ziemski przybytek i uwikłanie w związki tu, na ziemi. Jeśli mam ludziom nieść Dobrą Nowinę, to mogę to robić tylko na ziemi - w niebie nie będzie już takiej potrzeby. Taka interpretacja zakłada, rzecz jasna, całkowite oddanie życia dla Ewangelii, dla Pana Boga.
I wreszcie perykopa z Ewangelii wg św. Łukasza (Łk 14, 25-33), która zawsze, ilekroć ją czytam, budzi we mnie niepokój. Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Czy to znaczy, że mam się z nimi kłócić, zadawać im ból, knuć przeciw nim i nie wiadomo, co jeszcze? Słowo nienawiść nie zostało tu użyte przypadkowo. Myślę jednak, że chodzi o zerwanie więzów łączących nas z ludźmi, tak by nasze pójście za Jezusem ich nie zraniło. Chodzi też o zerwanie więzów w samym sobie: więzów wygody, przyzwyczajenia, przyjemności. Jednocześnie jednak musimy cały czas pamiętać o naszej dualistycznej naturze i o ograniczeniach, jakie z tego wynikają, o obowiązkach, o trudnościach, cierpieniach: Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. To są właśnie te kajdany noszone dla Ewangelii. Przykłady podawane przez Pana Jezusa - o budowaniu wieży i o królu gotującym się do bitwy - wskazują, że to całkowite wyrzeczenie zaprocentuje w przyszłości; że jest ono podstawą, bez której podążanie za Chrystusem okaże się niemożliwe.
Myślę sobie, że wyrzeczenie jest, używając terminologii filozoficznej, warunkiem koniecznym podążania Drogą, którą jest Jezus Chrystus. Jednakowoż nie jest warunkiem dostatecznym, co nie jest powiedziane w dzisiejszych czytaniach wprost, ale wiemy to z innych przypowieści i listów. Oprócz wyrzeczenia musi być w nas jeszcze wiara, nadzieja i miłość (...a miłość jest z nich największa - 1 Kor 13, 13). Powstaje pytanie, czy w takim razie którykolwiek z tych warunków, oprócz tego, że jest konieczny, jest także dostateczny? Czy osiągnę cel mojej drogi, jeśli będę tylko wierzył, tylko kochał albo tylko żywił nadzieję? To już zupełnie inny temat, do którego jeszcze wrócę.
Pierwsze czytanie (Mdr 9, 13-18b) ukazuje wyraźnie dualizm natury ludzkiej: śmiertelne ciało kontra dusza. Walka o panowanie. (...) przewidywania nasze zawodne, bo śmiertelne ciało przygniata duszę (...) - choćbyśmy mieli najpiękniejsze plany dla duszy, zawsze się z tym ciężarem ciała musimy zmagać, musimy go wliczać w koszta realizacji tych planów. Remedium na przygniatającą siłę ciążenia cielesnej powłoki ma być - i jest! - Mądrość. (...) ścieżki mieszkańców ziemi stały się proste, a ludzie poznali, co Tobie przyjemne, a wybawiła ich Mądrość. Znowuż przypomina mi się scena z Anny Kareniny, którą tu przytaczałam. Konstanty Lewin pragnął wszystko wytłumaczyć sobie racjonalnie i naukowo jednocześnie: powstanie świata, jego funkcjonowanie, sens życia i sens śmierci, cierpienie i to wszystko, z czym ludzie od dawna się zmagają. I nic z tego. Któż poznał twój zamysł, gdybyś nie dał Mądrości, nie zesłał z wysoka Świętego Ducha swego?
I w psalmie (Ps 90, 3-6.12-14.17) także pojawia się motyw mądrości:
Naucz nas liczyć dni nasze, *Ale nie to mnie w tym psalmie urzeka. Urzeka mnie to, że ktoś kiedyś, przed tyloma wiekami, potrafił wielbić Boga tak, jak ja sama chciałabym to robić. Tyczy się to w zasadzie wszystkich psalmów, nie tylko tego konkretnego. To przekonanie o wszechmocy Boga i dobroci Jego woli!
byśmy zdobyli mądrość serca.
Fragment z listu do Filemona (Flm 9b-10.12-17) to dla mnie dwie ważne rzeczy: pierwsza - niewolnik staje się bratem, sługa jest kimś najbliższym, a to wszystko za sprawą miłości Chrystusowej. Druga - zdanie Zamierzałem go trzymać przy sobie, aby zamiast ciebie oddawał mi usługi w kajdanach noszonych dla Ewangelii. Mogę się mylić, ale jeśli czytać to zdanie w kontekście pierwszego czytania, a także Ewangelii, to te kajdany noszone dla Ewangelii to również jest nasza cielesność, ziemski przybytek i uwikłanie w związki tu, na ziemi. Jeśli mam ludziom nieść Dobrą Nowinę, to mogę to robić tylko na ziemi - w niebie nie będzie już takiej potrzeby. Taka interpretacja zakłada, rzecz jasna, całkowite oddanie życia dla Ewangelii, dla Pana Boga.
I wreszcie perykopa z Ewangelii wg św. Łukasza (Łk 14, 25-33), która zawsze, ilekroć ją czytam, budzi we mnie niepokój. Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Czy to znaczy, że mam się z nimi kłócić, zadawać im ból, knuć przeciw nim i nie wiadomo, co jeszcze? Słowo nienawiść nie zostało tu użyte przypadkowo. Myślę jednak, że chodzi o zerwanie więzów łączących nas z ludźmi, tak by nasze pójście za Jezusem ich nie zraniło. Chodzi też o zerwanie więzów w samym sobie: więzów wygody, przyzwyczajenia, przyjemności. Jednocześnie jednak musimy cały czas pamiętać o naszej dualistycznej naturze i o ograniczeniach, jakie z tego wynikają, o obowiązkach, o trudnościach, cierpieniach: Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. To są właśnie te kajdany noszone dla Ewangelii. Przykłady podawane przez Pana Jezusa - o budowaniu wieży i o królu gotującym się do bitwy - wskazują, że to całkowite wyrzeczenie zaprocentuje w przyszłości; że jest ono podstawą, bez której podążanie za Chrystusem okaże się niemożliwe.
Myślę sobie, że wyrzeczenie jest, używając terminologii filozoficznej, warunkiem koniecznym podążania Drogą, którą jest Jezus Chrystus. Jednakowoż nie jest warunkiem dostatecznym, co nie jest powiedziane w dzisiejszych czytaniach wprost, ale wiemy to z innych przypowieści i listów. Oprócz wyrzeczenia musi być w nas jeszcze wiara, nadzieja i miłość (...a miłość jest z nich największa - 1 Kor 13, 13). Powstaje pytanie, czy w takim razie którykolwiek z tych warunków, oprócz tego, że jest konieczny, jest także dostateczny? Czy osiągnę cel mojej drogi, jeśli będę tylko wierzył, tylko kochał albo tylko żywił nadzieję? To już zupełnie inny temat, do którego jeszcze wrócę.
sobota, 4 września 2010
mija góry, łąki, lasy, by Komunii stał się cud
Z moją niezawodną współodpowiedzialną byłam dziś na mszy. Wśród wielu rzeczy wzbudzających w nas uśmiech, a nawet - o zgrozo! - śmiech, miejsce pierwsze zajął ksiądz koncelebrans, który śpiewał psalm. Przypomniał mi się komentarz z Gościa Niedzielnego, o śpiewaniu. W sam raz tenże komentarz pasował do dzisiejszej sytuacji.
Miejsce drugie zajęła pani, która biegła do komunii chyba z samego końca kościoła (a wrocławski kościół dominikanów długi jest), pech chciał, że na sam koniec. Ojciec czekał na nią jedną, a pani tak się zestresowała, że przez nią się przedłuża, że najpierw drobiła tymi bucikami na obcasikach, ile wlazło, a potem zaczęła najzwyczajniej w świecie biec... Ach, ten pęd do Komunii z Panem...
Z powyższego wynika, że wizyta w kościele w pierwszą sobotę miesiąca, na mszy maryjnej, wcale nie musi być taka zła. Ot co!
Miejsce drugie zajęła pani, która biegła do komunii chyba z samego końca kościoła (a wrocławski kościół dominikanów długi jest), pech chciał, że na sam koniec. Ojciec czekał na nią jedną, a pani tak się zestresowała, że przez nią się przedłuża, że najpierw drobiła tymi bucikami na obcasikach, ile wlazło, a potem zaczęła najzwyczajniej w świecie biec... Ach, ten pęd do Komunii z Panem...
Z powyższego wynika, że wizyta w kościele w pierwszą sobotę miesiąca, na mszy maryjnej, wcale nie musi być taka zła. Ot co!
błogosławieni
Kolejna podróż pociągiem. Chciałoby się czytać podręcznik z estetyki (no dobra, nie chciało się, ale trzeba było), a tu obok siedzi grupka młodzieży, która gada, śmieje się, pije piwo jedno za drugim i absolutnie nie pozwala się skupić. Nawet na oglądaniu pejzażu za oknem, kiedy już się zrezygnuje z czytania. Pociągowa refleksja z tej podróży: jak trudno jest błogosławić Pana Boga za takich współpasażerów, ale za to jak potem jest lżej na sercu i jak ich zachowanie przestaje być aż tak irytujące :)
czwartek, 2 września 2010
głosy radości z ocalenia
Nieustanny zachwyt Liturgią Godzin, a w niej...
Psalm 80 z dzisiejszej jutrzni:
Zastanowiło mnie, czy aby to błaganie nie jest takim pustosłowiem? Nieraz Żydzi zawiedli Pana Boga, nieraz złamali przymierze. Podobnie i my, nowy naród wybrany, mimo tak wielkich dobrodziejstw, jakich na co dzień doświadczamy, zawodzimy. A jak już zawiedziemy, to pięknie prosimy, składamy pobożnie rączki i na klęczkach błagamy o to, by się Bóg od nas nie odwracał. Gdyby tylko to! Ale jeszcze obiecujemy absolutną, wielowymiarową poprawę, że odtąd wszystko będzie dobrze, lepiej, najlepiej, prawie tak, jak chciał Konstanty Lewin z "Anny Kareniny"! Daj nam nowe życie, a będziemy Cię chwalili!
Te słowa wyrażają jednak coś bardzo ważnego. Nie chodzi o to, że Pan Bóg musi zasłużyć na to, byśmy Go chwalili. Chodzi o pewną intuicję, o uznanie, że bez nowego życia, danego od Pana i tylko od Niego, nie można Go chwalić. Daj nam nowe życie, a będziemy Cię chwalili - bo jesteś tak wielki, Panie, że możesz nam to życie dać, że możesz sprawić, aby z naszych ust, zamiast lamentu, wychodziły pieśni radości i chwały!
Psalm 80 z dzisiejszej jutrzni:
Już więcej nie odwrócimy się od Ciebie,
daj nam nowe życie, a będziemy Cię chwalili.
(za brewiarzem)
Zastanowiło mnie, czy aby to błaganie nie jest takim pustosłowiem? Nieraz Żydzi zawiedli Pana Boga, nieraz złamali przymierze. Podobnie i my, nowy naród wybrany, mimo tak wielkich dobrodziejstw, jakich na co dzień doświadczamy, zawodzimy. A jak już zawiedziemy, to pięknie prosimy, składamy pobożnie rączki i na klęczkach błagamy o to, by się Bóg od nas nie odwracał. Gdyby tylko to! Ale jeszcze obiecujemy absolutną, wielowymiarową poprawę, że odtąd wszystko będzie dobrze, lepiej, najlepiej, prawie tak, jak chciał Konstanty Lewin z "Anny Kareniny"! Daj nam nowe życie, a będziemy Cię chwalili!
Te słowa wyrażają jednak coś bardzo ważnego. Nie chodzi o to, że Pan Bóg musi zasłużyć na to, byśmy Go chwalili. Chodzi o pewną intuicję, o uznanie, że bez nowego życia, danego od Pana i tylko od Niego, nie można Go chwalić. Daj nam nowe życie, a będziemy Cię chwalili - bo jesteś tak wielki, Panie, że możesz nam to życie dać, że możesz sprawić, aby z naszych ust, zamiast lamentu, wychodziły pieśni radości i chwały!
środa, 1 września 2010
służba
Tym razem krótko. Nie o wszystkich dzisiejszych czytaniach, chociaż bardzo na mnie oddziałały. Tylko o Ewangelii. I to też tylko o jednym zdaniu.
Dzisiejsza perykopa (Łk 4, 38-44) pokazuje scenę uzdrowienia teściowej Szymona. Kiedy już Jezus dokonał cudu, uzdrowił kobietę, ona zaraz też wstała i usługiwała im. Czemu? Przecież skoro była przed chwilą jeszcze ciężko chora, to powinna, jako rekonwalescentka, leżeć w łóżku i czekać, aż się nią córka i zięć zajmą. Tymczasem nie dość, że natychmiast wstała, to jeszcze usługiwała gościom, jakby mało było w domu ludzi od tego. O co chodzi? Może o to, że jak Pan Jezus uzdrawia, to już na całego i do końca. A może też o to, że kiedy już uzdrowi, to nie ma co się nad sobą roztkliwiać, tylko trzeba zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Samo się przecież nie zrobi, prawda?
Dzisiejsza perykopa (Łk 4, 38-44) pokazuje scenę uzdrowienia teściowej Szymona. Kiedy już Jezus dokonał cudu, uzdrowił kobietę, ona zaraz też wstała i usługiwała im. Czemu? Przecież skoro była przed chwilą jeszcze ciężko chora, to powinna, jako rekonwalescentka, leżeć w łóżku i czekać, aż się nią córka i zięć zajmą. Tymczasem nie dość, że natychmiast wstała, to jeszcze usługiwała gościom, jakby mało było w domu ludzi od tego. O co chodzi? Może o to, że jak Pan Jezus uzdrawia, to już na całego i do końca. A może też o to, że kiedy już uzdrowi, to nie ma co się nad sobą roztkliwiać, tylko trzeba zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Samo się przecież nie zrobi, prawda?
nawracajcie się!
Ostatnia lektura - Anna Karenina Lwa Tołstoja - zafascynowała mnie do granic możliwości, a jej zakończenie ujęło mnie, ponieważ zupełnie się czegoś takiego nie spodziewałam w tym miejscu. Pozwolę sobie przytoczyć cały ten fragment:
Pomijając już ten oczywisty fakt, że wiara nie jest uczuciem, a raczej postawą, a także, że dobro nadające życiu sens wkłada w to życie raczej Bóg niż sam człowiek, powyższy fragment jest całkiem udanym literackim opisem stanu człowieka po nawróceniu. Rzecz jasna, nie każdy świeżo nawrócony stwierdzi, że nikomu nie powie o tym, co czuje - chyba każdy z nas spotkał na swojej drodze neofitę nadmiernie gorliwego i zapamiętale opisującego stan jego duszy. Myślę jednak, że w tym skomplikowanym procesie dochodzenia do dojrzałej wiary znajdują się także momenty takie jak ten, w którym znalazł się na sam koniec Konstanty Lewin: momenty, w których nie sposób opisać tego, co się w duszy dzieje.
Mówiła też o tym Mała Tereska:
Dyskusyjne jest także to, że nawrócenie "jest to tajemnica potrzebna tylko mnie jednemu". Nie wiadomo, w którym momencie ta tajemnica, której rzeczywiście nie może zgłębić nikt postronny, stanie się potrzebna komuś innemu.
I jeszcze tylko na koniec: pięknie Tołstoj wyraził, że chrześcijanin to taki sam człowiek, jak wszyscy inni: tak samo się kłóci, wdaje w dyskusje, ulega słabościom. Ma jednak perspektywę, ku której realizacji może zmierzać. Wieczność. Zbawienie. Sens życia właśnie w tym tkwi.
Nie, lepiej nic nie powiem (...). Jest to tajemnica potrzebna tylko mnie jednemu, ważna i niemożliwa do wysłowienia.
To nowe uczucie nie dokonało we mnie zmiany, nie dało mi szczęścia i nie uświadomiła z nagła, tak jak o tym marzyłem. Było z nim podobnie jak z uczuciem dla syna: tu także nie spotkała mnie żadna niespodzianka. Wiara - a może to zresztą nie wiara - ja sam nie wiem, co to takiego, ale uczucie to równie niepostrzeżenie i na skutek cierpienia zakorzeniło mi się w duszy.
Będę się po staremu niecierpliwił na stangreta Iwana, po staremu wdawał się nie w porę w dyskusję, ten sam mur pozostanie pomiędzy moim wewnętrznym świętym świętych a innymi ludźmi nie wykluczając mojej żony; podobnie jak dotychczas, jej przypiszę winę mojego własnego strachu, a potem tego pożałuję; tak samo będę się modlił nie pojmując rozumem, dlaczego to czynię... A jednak odtąd już życie moje, całe moje życie, każda jego minuta, niezależnie od wszystkiego, co się ze mną stać może - nie tylko nie będzie bez sensu jak dawniej, ale posiędzie niezawodny sens tego dobra, które jestem mocen w nie włożyć!
Pomijając już ten oczywisty fakt, że wiara nie jest uczuciem, a raczej postawą, a także, że dobro nadające życiu sens wkłada w to życie raczej Bóg niż sam człowiek, powyższy fragment jest całkiem udanym literackim opisem stanu człowieka po nawróceniu. Rzecz jasna, nie każdy świeżo nawrócony stwierdzi, że nikomu nie powie o tym, co czuje - chyba każdy z nas spotkał na swojej drodze neofitę nadmiernie gorliwego i zapamiętale opisującego stan jego duszy. Myślę jednak, że w tym skomplikowanym procesie dochodzenia do dojrzałej wiary znajdują się także momenty takie jak ten, w którym znalazł się na sam koniec Konstanty Lewin: momenty, w których nie sposób opisać tego, co się w duszy dzieje.
Mówiła też o tym Mała Tereska:
Istnieją rzeczy, które wystawione na powietrze, tracą swój zapach. Są myśli duszy, których nie można przełożyć na język ziemski, tak by nie utraciły swego wewnętrznego i niebiańskiego znaczenia. Są one jak ten kamyk biały, który będzie dany zwycięzcy i na którym jest wypisane imię znane tylko temu, kto go otrzymuje.
Dyskusyjne jest także to, że nawrócenie "jest to tajemnica potrzebna tylko mnie jednemu". Nie wiadomo, w którym momencie ta tajemnica, której rzeczywiście nie może zgłębić nikt postronny, stanie się potrzebna komuś innemu.
I jeszcze tylko na koniec: pięknie Tołstoj wyraził, że chrześcijanin to taki sam człowiek, jak wszyscy inni: tak samo się kłóci, wdaje w dyskusje, ulega słabościom. Ma jednak perspektywę, ku której realizacji może zmierzać. Wieczność. Zbawienie. Sens życia właśnie w tym tkwi.
Subskrybuj:
Posty (Atom)