Sztuką ogromną jest budowanie miłości. Zwłaszcza budowanie miłości na miłości Chrystusowej, a nie zamiast niej. Trochę to przypomina stąpanie po linie zawieszonej na dużej wysokości. Jeśli stracisz równowagę, to mała jest szansa, że do niej wrócisz.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
czwartek, 24 listopada 2011
niedziela, 30 października 2011
kwiatki
Pogaństwo to inaczej poganianie innych.
A moim bliźnim jest ten, kto urodził się w tym samym roku, co ja.
Chyba zostanę fanką Mszy dla dzieci. Pod warunkiem, że księża się zastosują do nowego Mszału, z którego wyrzucono przecież Modlitwy Eucharystyczne dla dzieci.
A moim bliźnim jest ten, kto urodził się w tym samym roku, co ja.
Chyba zostanę fanką Mszy dla dzieci. Pod warunkiem, że księża się zastosują do nowego Mszału, z którego wyrzucono przecież Modlitwy Eucharystyczne dla dzieci.
środa, 12 października 2011
chluba
Dziś trochę ekshibicjonistycznie.
W moim pokoju na ścianie wisi krzyż, stylizowany na krzyż św. Damiana. Kontury postaci i innych obiektów wokół Chrystusa są złocone. Kiedy siedziałam ostatnio przed nim, światło padało na niego w taki sposób, że wszystkie te złocenia zamazywały sens i treść obrazów. W tym natłoku blasku tylko ciało Chrystusa dawało spokój, ciszę, jakąś ponadracjonalną pewność.
Pierwszy raz od... dawna.
Wniosek: trzeba doceniać, co się ma.
W moim pokoju na ścianie wisi krzyż, stylizowany na krzyż św. Damiana. Kontury postaci i innych obiektów wokół Chrystusa są złocone. Kiedy siedziałam ostatnio przed nim, światło padało na niego w taki sposób, że wszystkie te złocenia zamazywały sens i treść obrazów. W tym natłoku blasku tylko ciało Chrystusa dawało spokój, ciszę, jakąś ponadracjonalną pewność.
Pierwszy raz od... dawna.
Wniosek: trzeba doceniać, co się ma.
niedziela, 9 października 2011
evviva l'arte
Tym razem nic religijnego.
Ostatnio przechadzałam się po wrocławskiej Galerii Dominikańskiej (z dominikanami ma tyle wspólnego, że stoi przy placu nazwanym tym imieniem). Miałam trochę wolnego czasu i w związku z tym oglądałam wystawione w pasażu na poziomie -1 obrazy studentów wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. Są tam wystawione w ramach jakiegoś konkursu dla klientów galerii.
Przechadzając się między licznymi płótnami, z których niektóre naprawdę są bardzo ciekawe i wartościowe, pomyślałam, że to chyba znak naszych czasów. Galeria handlowa, w zależności od potrzeb, przyjmuje też rolę galerii sztuki. Mogę obejrzeć obrazy, a może nawet spotkać ich autorów, w przerwie między obiadem w restauracji typu fast food a zakupami w odzieżowym molochu sieciowym lub ekskluzywnym salonie obuwniczym. Nie tylko więc zakupy nie wymagają więc rytuału odwiedzin kilku różnych lokalizacji. Sztuka również dostępna jest na zawołanie, a do tego darmowo.
Czy zatem dochodzimy do punktu, w którym sztuka jako taka nie będzie już potrzebowała rytuału ze strony obserwatora? Doświadczyliśmy już sztuki użytkowej, doświadczamy sztuki wychodzącej do widza. Czy jednak wychodzenie do widza oznacza, że widz dla spotkania ze sztuką nie musi przekraczać siebie w żadnym wymiarze? Ani psychicznym, ani fizycznym, ani czasowym, ani żadnym innym? Może z nią obcować z siatami wypchanymi zakupami albo z lodem/ciastkiem/hamburgerem w ręku? A niebawem pewnie także w domowych kapciach i piżamie?
Ostatnio przechadzałam się po wrocławskiej Galerii Dominikańskiej (z dominikanami ma tyle wspólnego, że stoi przy placu nazwanym tym imieniem). Miałam trochę wolnego czasu i w związku z tym oglądałam wystawione w pasażu na poziomie -1 obrazy studentów wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. Są tam wystawione w ramach jakiegoś konkursu dla klientów galerii.
Przechadzając się między licznymi płótnami, z których niektóre naprawdę są bardzo ciekawe i wartościowe, pomyślałam, że to chyba znak naszych czasów. Galeria handlowa, w zależności od potrzeb, przyjmuje też rolę galerii sztuki. Mogę obejrzeć obrazy, a może nawet spotkać ich autorów, w przerwie między obiadem w restauracji typu fast food a zakupami w odzieżowym molochu sieciowym lub ekskluzywnym salonie obuwniczym. Nie tylko więc zakupy nie wymagają więc rytuału odwiedzin kilku różnych lokalizacji. Sztuka również dostępna jest na zawołanie, a do tego darmowo.
Czy zatem dochodzimy do punktu, w którym sztuka jako taka nie będzie już potrzebowała rytuału ze strony obserwatora? Doświadczyliśmy już sztuki użytkowej, doświadczamy sztuki wychodzącej do widza. Czy jednak wychodzenie do widza oznacza, że widz dla spotkania ze sztuką nie musi przekraczać siebie w żadnym wymiarze? Ani psychicznym, ani fizycznym, ani czasowym, ani żadnym innym? Może z nią obcować z siatami wypchanymi zakupami albo z lodem/ciastkiem/hamburgerem w ręku? A niebawem pewnie także w domowych kapciach i piżamie?
czwartek, 6 października 2011
najwyższym dobrem
Świeżo skończona lektura Ut unum sint, encykliki o ekumenizmie Jana Pawła II, została cudownie skomentowana przez Pismo święte. Bowiem zaraz po przeczytaniu ostatnich zdań natknęłam się w Drugim Liście do Koryntian na takie słowa:
W tym wszystkim chodzi właśnie o to, żeby mieć przed oczami Chrystusa, zawsze na pierwszym miejscu. To On jest tu najważniejszy, a nie nasze przestrzeganie praw. W końcu On sam nas od Prawa uwolnił, sam je wypełnił.
Bo to, że w Kościele katolickim istnieje pełnia środków zbawienia, a w innych wspólnotach tylko jej cząstki, nie znaczy, że owe inne wspólnoty należy tępić. Raczej z miłością pomagać im dojść do owej pełni - do Kościoła, jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego.
Błogosławię Pana, który dał mi rozsądek,
bo serce napomina mnie nawet nocą.
Zawsze stawiam sobie Pana przed oczy,
On jest po mojej prawicy, nic mną nie zachwieje.
(Ps 16,7-8)
Jeżeli ktoś jest przekonany, że należy do Chrystusa, niechże znów weźmie sobie pod rozwagę i to, że my również, podobnie jak on, jesteśmy Chrystusowi.
(2 Kor 10,7)
W tym wszystkim chodzi właśnie o to, żeby mieć przed oczami Chrystusa, zawsze na pierwszym miejscu. To On jest tu najważniejszy, a nie nasze przestrzeganie praw. W końcu On sam nas od Prawa uwolnił, sam je wypełnił.
Bo to, że w Kościele katolickim istnieje pełnia środków zbawienia, a w innych wspólnotach tylko jej cząstki, nie znaczy, że owe inne wspólnoty należy tępić. Raczej z miłością pomagać im dojść do owej pełni - do Kościoła, jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego.
Błogosławię Pana, który dał mi rozsądek,
bo serce napomina mnie nawet nocą.
Zawsze stawiam sobie Pana przed oczy,
On jest po mojej prawicy, nic mną nie zachwieje.
(Ps 16,7-8)
czwartek, 29 września 2011
anielsko
W związku z dzisiejszym świętem spróbowałam wyguglować coś na temat Archaniołów. Jedną z pierwszych stron, jakie się wyświetliły, była ta, tworzona przez niejaką panią Andrzejewską. To, co tam znalazłam, zadziwiło mnie niepomiernie. Po krótkim przeglądzie innych podstron nieco mi się rozjaśniło pod kopułą.
Na podstronie o aniołach autorka strony pisze tak: W moim życiu Anioły zajmują szczególne miejsce. Są dla mnie Światłem, są wsparciem i są czymś więcej: nadzieją, ze nasze modlitwy, westchnienia i marzenia o duchowości odnajdują sens. Piszę często, ze wierzę w Anioły, ale zgodnie z definicją w moim stosunku do Aniołów nie ma wcale wiary - jest pewność, miłość i wiedza, bo są One dla mnie tak oczywiste, jak drzewo rosnące za oknem. Od kiedy jest mi dane odczuwać inne energie, odbierać ich obecność, kwestia kontaktu i obcowania z Aniołami przestała być rozważana jako wiara lub nie. To raczej doświadczanie. Na początku uczyłam się rozpoznawać co manifestuje się obok, jakiego rodzaju energia, jak się przejawia, czego chce - jeśli w ogóle czegoś chce. Potem latami uczyłam się pracować najpierw z niższymi energiami - bo to rzecz jasna trudniejsze - potem z Aniołami. Dzisiaj już wiem, kiedy się pojawiają... Zweryfikowałam swoją wiedzę z innymi osobami, które mają podobny lub całkiem inny dar odbioru niewidzialnych energii. To na pewno w znacznym stopniu pomaga pracować z Aniołami. Coś już świta?
Jeśli dodamy do tego niejakie Karty Anielskie, astrologię, czakry, żywioły i inne niesamowitości, o których autorka szeroko się rozpisuje, sytuacja staje się jasna.
Czy w człowieku, będącym wszak homo religiosus, głód religii jest tak silny, że musi tworzyć swoją własną, żeby się w pełni odnaleźć? Chyba należałoby zapytać, o jakie odnalezienie chodzi - o odnalezienie siebie w religii czy odnalezienie religii w sobie?
Jeśli celem takiego gmatwania jest odnalezienie religii w sobie, to po cóż sięgać po byty i pojęcia pochodzące z innych, zewnętrznych religii? Nauka o aniołach ma proweniencję żydowską, została również rozwinięta przez chrześcijan. Czakry to pojęcie systemów wschodnich. Czy kompilowanie ich ze sobą i z innymi jest odnajdywaniem religii (duchowości) w sobie, czy może tworzeniem bytu fałszywego - wewnętrznie sprzecznego? (Fałszywego już choćby przez to, że immanencję, wewnętrzność, beztrosko przemienia z transcendencją, zewnętrznością).
Tu wychodzi to założenie religii chrześcijańskiej, które gwarantuje jej obiektywność, mianowicie założenie transcendencji Boga, Absolutu, wobec Jego stworzeń. Boga, a więc także duchowości i zbudowanej na niej religii, nie można szukać tylko w sobie, skoro Bóg ze Swej natury jest na zewnątrz. Duchowość zatem, realizująca się w każdym poszczególnym człowieku, jest czymś wobec niego zewnętrznym, bo odzwierciedla Boga w człowieku w ogóle, w ludzkości, jeśli można tak powiedzieć. Dlatego chrześcijaństwo nie poszukuje na siłę tego, co wygodne. Transcendencja, a także związana z nią obiektywność, nie musi być wygodna. Ona po prostu jest.
Archaniołowie Michale, Gabrielu i Rafale, módlcie się za nami!
Na podstronie o aniołach autorka strony pisze tak: W moim życiu Anioły zajmują szczególne miejsce. Są dla mnie Światłem, są wsparciem i są czymś więcej: nadzieją, ze nasze modlitwy, westchnienia i marzenia o duchowości odnajdują sens. Piszę często, ze wierzę w Anioły, ale zgodnie z definicją w moim stosunku do Aniołów nie ma wcale wiary - jest pewność, miłość i wiedza, bo są One dla mnie tak oczywiste, jak drzewo rosnące za oknem. Od kiedy jest mi dane odczuwać inne energie, odbierać ich obecność, kwestia kontaktu i obcowania z Aniołami przestała być rozważana jako wiara lub nie. To raczej doświadczanie. Na początku uczyłam się rozpoznawać co manifestuje się obok, jakiego rodzaju energia, jak się przejawia, czego chce - jeśli w ogóle czegoś chce. Potem latami uczyłam się pracować najpierw z niższymi energiami - bo to rzecz jasna trudniejsze - potem z Aniołami. Dzisiaj już wiem, kiedy się pojawiają... Zweryfikowałam swoją wiedzę z innymi osobami, które mają podobny lub całkiem inny dar odbioru niewidzialnych energii. To na pewno w znacznym stopniu pomaga pracować z Aniołami. Coś już świta?
Jeśli dodamy do tego niejakie Karty Anielskie, astrologię, czakry, żywioły i inne niesamowitości, o których autorka szeroko się rozpisuje, sytuacja staje się jasna.
Czy w człowieku, będącym wszak homo religiosus, głód religii jest tak silny, że musi tworzyć swoją własną, żeby się w pełni odnaleźć? Chyba należałoby zapytać, o jakie odnalezienie chodzi - o odnalezienie siebie w religii czy odnalezienie religii w sobie?
Jeśli celem takiego gmatwania jest odnalezienie religii w sobie, to po cóż sięgać po byty i pojęcia pochodzące z innych, zewnętrznych religii? Nauka o aniołach ma proweniencję żydowską, została również rozwinięta przez chrześcijan. Czakry to pojęcie systemów wschodnich. Czy kompilowanie ich ze sobą i z innymi jest odnajdywaniem religii (duchowości) w sobie, czy może tworzeniem bytu fałszywego - wewnętrznie sprzecznego? (Fałszywego już choćby przez to, że immanencję, wewnętrzność, beztrosko przemienia z transcendencją, zewnętrznością).
Tu wychodzi to założenie religii chrześcijańskiej, które gwarantuje jej obiektywność, mianowicie założenie transcendencji Boga, Absolutu, wobec Jego stworzeń. Boga, a więc także duchowości i zbudowanej na niej religii, nie można szukać tylko w sobie, skoro Bóg ze Swej natury jest na zewnątrz. Duchowość zatem, realizująca się w każdym poszczególnym człowieku, jest czymś wobec niego zewnętrznym, bo odzwierciedla Boga w człowieku w ogóle, w ludzkości, jeśli można tak powiedzieć. Dlatego chrześcijaństwo nie poszukuje na siłę tego, co wygodne. Transcendencja, a także związana z nią obiektywność, nie musi być wygodna. Ona po prostu jest.
Archaniołowie Michale, Gabrielu i Rafale, módlcie się za nami!
poniedziałek, 26 września 2011
tak nas, Chryste, w Swoim złącz Kościele
Moja praca licencjacka, już przecież napisana i obroniona, ciągle daje o sobie znać.
Doświadczenie Boga, będące doświadczeniem wiary, wymaga pewnej obiektywizacji, aby można je było przedstawić drugiemu człowiekowi. Skrajna indywidualizacja spotkania z Bogiem czyni z niego prywatną religię. Każdy może mieć swoją religię, bo przecież każdy z nas inaczej Boga doświadcza. Właśnie o to chodzi św. Pawłowi. Doświadczamy Boga indywidualnie, ale nie w oderwaniu od całości naszego życia i naszego otoczenia. Wszak chwilę wcześniej w tym samym liście mowa jest o tym, że wszyscy jesteśmy Ciałem Chrystusa. Oko doświadcza rzeczywistości inaczej niż ręka, ale to doświadczenie staje się w jakiś sposób dostępne dla ręki - za pośrednictwem umysłu - właśnie po to, aby i ona mogła działać zgodnie ze swoją naturą. Doświadczenie wiary, polegające na spotkaniu z Bogiem konkretnego człowieka, musi również być w pewien sposób - za pomocą umysłu - obiektywizowane i udostępnianie innym ludziom. Są oni przecież innymi członkami tego samego Ciała, do którego i ja należę.
Jeśli bowiem modlę się pod wpływem daru języków, duch mój wprawdzie się modli, ale umysł nie odnosi żadnych korzyści. Cóż przeto pozostaje? Będę się modlił duchem, ale będę się też modlił i umysłem; będę śpiewał duchem, będę też śpiewał i umysłem. Bo jeśli będziesz błogosławił w duchu, jakże na twoje błogosławieństwo odpowie 'Amen' ktoś niewtajemniczony, skoro nie rozumie tego, co ty mówisz? Zapewne piękne jest twoje dziękczynienie, lecz drugi tym się nie zbuduje.
1 Kor 14,14-17
Doświadczenie Boga, będące doświadczeniem wiary, wymaga pewnej obiektywizacji, aby można je było przedstawić drugiemu człowiekowi. Skrajna indywidualizacja spotkania z Bogiem czyni z niego prywatną religię. Każdy może mieć swoją religię, bo przecież każdy z nas inaczej Boga doświadcza. Właśnie o to chodzi św. Pawłowi. Doświadczamy Boga indywidualnie, ale nie w oderwaniu od całości naszego życia i naszego otoczenia. Wszak chwilę wcześniej w tym samym liście mowa jest o tym, że wszyscy jesteśmy Ciałem Chrystusa. Oko doświadcza rzeczywistości inaczej niż ręka, ale to doświadczenie staje się w jakiś sposób dostępne dla ręki - za pośrednictwem umysłu - właśnie po to, aby i ona mogła działać zgodnie ze swoją naturą. Doświadczenie wiary, polegające na spotkaniu z Bogiem konkretnego człowieka, musi również być w pewien sposób - za pomocą umysłu - obiektywizowane i udostępnianie innym ludziom. Są oni przecież innymi członkami tego samego Ciała, do którego i ja należę.
sobota, 17 września 2011
odbicia
Ważne refleksje.
Refleksja pierwsza: o miłości. Porażająca jest świadomość, że na miłość - ani Bożą, ani ludzką - nie można w żaden sposób zapracować, zasłużyć. Tak ważna dla naszego życia kwestia pozostaje całkowicie poza naszą kontrolą. Jedyne, co można zrobić, to ją przyjąć. Czekać na nią. Ewentualnie o nią poprosić. Czyli zbudować w sobie wielką machinę pokory i skorzystać z niej. Nigdy nie zasłużę na to, żeby drugi mnie kochał. Nigdy jego (ani tym bardziej Jego) miłość nie będzie odpowiedzią na moje dobro, piękno, zdolności, pracę. Przeciwnie, to właśnie wszystkie te rzeczy będą odpowiedzią na miłość otrzymaną całkowicie niezasłużenie. (Z drugiej strony - może to i dobrze. Słowo zasłużyć łączy się ze słowem sługa. Fakt, że nie można zasłużyć na miłość, oznacza, że jej otrzymanie i przyjęcie może się odbywać jedynie w całkowitej wolności).
Refleksja druga: o wierze. Przychodzą takie chwile, kiedy wiara jest równoznaczna wierności bardziej niż zwykle. Kiedy nie można się zagłębić w modlitwę, kiedy nie można ułożyć relacji z Bogiem tak, jak by się chciało. Wtedy samo trwanie - na modlitwie, na Eucharystii, na adoracji, w wierze - jest wiarą, bo jest wiernością. Pan jest wierny we wszystkich Swoich słowach. Bo w nich trwa. Jak mam być wierna, jeśli nie trwam mimo wszystko? Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
Refleksja trzecia: o Piśmie świętym. Najtrudniejszym tekstem, na jaki do tej pory się natknęłam, jest siódmy rozdział Pierwszego Listu do Koryntian. Ten o małżeństwie. Jest absolutnie najtrudniejszy. Najbardziej daje po łapach, po sercu i najgłębiej - po duszy. Poruszył mnie na tyle, że nie jestem w stanie teraz napisać czegoś konkretnego. Po prostu mnie zmiażdżył. Pierwszy raz doświadczam czegoś takiego w odniesieniu do Pisma świętego.
Refleksja czwarta: o dobrych ludziach. Dobrze jest mieć ich obok. Niekoniecznie na wyciągnięcie ręki. Może na odległość półtoragodzinnego spaceru. A może nawet na odległość listu raz na miesiąc. Albo rozmowy telefonicznej. I czasem dobrze poczuć, jak ważna jest ta bliskość. Chwilowe oddalenie dobrze robi. Jest tylko jeden wyjątek od tej reguły. Pan Bóg. Od Niego lepiej się nie oddalać dobrowolnie.
Refleksja pierwsza: o miłości. Porażająca jest świadomość, że na miłość - ani Bożą, ani ludzką - nie można w żaden sposób zapracować, zasłużyć. Tak ważna dla naszego życia kwestia pozostaje całkowicie poza naszą kontrolą. Jedyne, co można zrobić, to ją przyjąć. Czekać na nią. Ewentualnie o nią poprosić. Czyli zbudować w sobie wielką machinę pokory i skorzystać z niej. Nigdy nie zasłużę na to, żeby drugi mnie kochał. Nigdy jego (ani tym bardziej Jego) miłość nie będzie odpowiedzią na moje dobro, piękno, zdolności, pracę. Przeciwnie, to właśnie wszystkie te rzeczy będą odpowiedzią na miłość otrzymaną całkowicie niezasłużenie. (Z drugiej strony - może to i dobrze. Słowo zasłużyć łączy się ze słowem sługa. Fakt, że nie można zasłużyć na miłość, oznacza, że jej otrzymanie i przyjęcie może się odbywać jedynie w całkowitej wolności).
Refleksja druga: o wierze. Przychodzą takie chwile, kiedy wiara jest równoznaczna wierności bardziej niż zwykle. Kiedy nie można się zagłębić w modlitwę, kiedy nie można ułożyć relacji z Bogiem tak, jak by się chciało. Wtedy samo trwanie - na modlitwie, na Eucharystii, na adoracji, w wierze - jest wiarą, bo jest wiernością. Pan jest wierny we wszystkich Swoich słowach. Bo w nich trwa. Jak mam być wierna, jeśli nie trwam mimo wszystko? Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
Refleksja trzecia: o Piśmie świętym. Najtrudniejszym tekstem, na jaki do tej pory się natknęłam, jest siódmy rozdział Pierwszego Listu do Koryntian. Ten o małżeństwie. Jest absolutnie najtrudniejszy. Najbardziej daje po łapach, po sercu i najgłębiej - po duszy. Poruszył mnie na tyle, że nie jestem w stanie teraz napisać czegoś konkretnego. Po prostu mnie zmiażdżył. Pierwszy raz doświadczam czegoś takiego w odniesieniu do Pisma świętego.
Refleksja czwarta: o dobrych ludziach. Dobrze jest mieć ich obok. Niekoniecznie na wyciągnięcie ręki. Może na odległość półtoragodzinnego spaceru. A może nawet na odległość listu raz na miesiąc. Albo rozmowy telefonicznej. I czasem dobrze poczuć, jak ważna jest ta bliskość. Chwilowe oddalenie dobrze robi. Jest tylko jeden wyjątek od tej reguły. Pan Bóg. Od Niego lepiej się nie oddalać dobrowolnie.
środa, 14 września 2011
nic dwa razy się nie zdarza...
Na podstawie ostatnich (zwłaszcza dzisiejszych) doświadczeń przychodzi mi do głowy pytanie, jak to w życiu jest w kwestii przypadkowości bądź przeznaczenia? No dobra, z przeznaczeniem to doktryna katolicka jakoś sobie poradziła :) Ale co z przypadkiem? Czy wszystkie dobre złożenia różnych sytuacji należy traktować jako działanie Boga? A może właśnie w drugą stronę, że nie należy ich w ogóle tak traktować? Że Pan Bóg nie zawraca Sobie głowy (ach, cóż za antropomorfizacja...) takimi drobnostkami, jak obrona licencjatu, rozmowa kwalifikacyjna na studia i takie tam?
Z jednej strony nie można chyba powiedzieć, że nie interesuje się całkiem. Że zostawia nas samych ze wszystkimi naszymi wielkimi i małymi problemami.
Z drugiej strony, zwracanie się do Niego z każdą najmniejszą bolączką może skutkować zatarciem głównego celu człowieka i skrzywieniem perspektywy relacji z Bogiem. Bo wtedy przestaje się myśleć o świętości, o zbawieniu, o radowaniu się Bogiem, a zaczyna się myśleć o Nim jako o uniwersalnej pomocy życiowej. Jak trwoga, to do Boga.
Jak to wypośrodkować? Jak odczytywać rzeczywistość, w której żyjemy, i doświadczenia, które są naszym udziałem?
Z jednej strony nie można chyba powiedzieć, że nie interesuje się całkiem. Że zostawia nas samych ze wszystkimi naszymi wielkimi i małymi problemami.
Z drugiej strony, zwracanie się do Niego z każdą najmniejszą bolączką może skutkować zatarciem głównego celu człowieka i skrzywieniem perspektywy relacji z Bogiem. Bo wtedy przestaje się myśleć o świętości, o zbawieniu, o radowaniu się Bogiem, a zaczyna się myśleć o Nim jako o uniwersalnej pomocy życiowej. Jak trwoga, to do Boga.
Jak to wypośrodkować? Jak odczytywać rzeczywistość, w której żyjemy, i doświadczenia, które są naszym udziałem?
Subskrybuj:
Posty (Atom)