Księga Tobiasza.
Anioł Rafał. Anioł. który ukrywa swoją tożsamość. Anioł, który działa pod przykryciem. Anioł, który daje się poznać dopiero po spełnieniu swojej misji.
Ciekawe, ilu takich aniołów spotkałam w swoim życiu. Ciekawe, ilu z nich nie dałam objawić ich tożsamości. Ciekawe, ilu z nich objawiło swoją tożsamość, ale ja tego nie zrozumiałam.
Tak czy siak, za wszystkich aniołów zesłanych przez Boga w moje życie - dziękuję.
Bądź uwielbiony, Boże,
wszelkim czystym uwielbieniem!
Niech Cię wielbią po wszystkie wieki.
Bądź uwielbiony, ponieważ mnie ucieszyłeś
i nie stało się, jak przypuszczałem.
Postąpiłeś z nami
według wielkiego Twego miłosierdzia.
Tb 8, 15-16
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gość. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 14 lipca 2015
wtorek, 31 maja 2011
sakrament dla wszystkich
Fantastyczne dzisiejsze spotkanie Szkoły Odnowy Wiary z księdzem Adamem Łuźniakiem, rektorem Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu. Opowiadał nam o sakramencie kapłaństwa. Opowiadał i odpowiadał. Kilka ważnych, cennych, chociaż może się wydawać, że niezbyt odkrywczych myśli.
Ofiara Chrystusa miała ten szczególny wymiar, że po raz pierwszy kapłan - ten, który składa - zjednoczył się z ofiarą - tym, co składane. Przed Chrystusem składanie ofiary przez kapłana w żaden sposób nie wiązało się moralnie z osobą i czynami samego kapłana. Chrystus wkroczył w tę rzeczywistość i ją zmienił.
Kapłaństwo - zarówno powszechne (wynikające z sakramentu chrztu), jak i służebne (wynikające z sakramentu święceń) wypływa z kapłaństwa Chrystusa. Chrystus jest jedynym Kapłanem, tj. pośrednikiem między Bogiem a ludźmi. To, że na świecie mamy setki tysięcy kapłanów, jest możliwe tylko dzięki włączeniu ich w to jedyne kapłaństwo Chrystusa.
Motyw oblubieńczego charakteru kapłaństwa. Chrystus umiłował Kościół - Kościół stał się więc Oblubienicą (łacińskie Ecclesia to dziewczynka). Skoro więc kapłani zanurzeni są w kapłaństwie Chrystusa, to i oni poślubiają Kościół. Biskup poślubia diecezję, w której działa jako biskup - stąd nosi pierścień, oznakę przynależności.
W tym kontekście sensu i jasności nabiera celibat. Skoro kapłan jest zaślubiony z Kościołem, to nie może wziąć sobie innej żony.
Co do kapłaństwa kobiet natomiast - przed argumentem psychologicznym stoi zawsze argument teologiczny. Poza tym, jak to ujął ks. Łuźniak, Chrystus poprzez Wcielenie wszedł w lud o kulturze, w której kapłanami byli mężczyźni. Będąc Bogiem, nie obawiał się wytykać Żydom błędów, zmieniać tradycji, wskazywać na rzeczywistość ponad ich zwyczajami. Skoro w sprawie kapłaństwa nie zrobił żadnego, najmniejszego nawet kroku do zmiany, to można przypuszczać, że aprobował męski charakter urzędu kapłańskiego.
Ofiara Chrystusa miała ten szczególny wymiar, że po raz pierwszy kapłan - ten, który składa - zjednoczył się z ofiarą - tym, co składane. Przed Chrystusem składanie ofiary przez kapłana w żaden sposób nie wiązało się moralnie z osobą i czynami samego kapłana. Chrystus wkroczył w tę rzeczywistość i ją zmienił.
Kapłaństwo - zarówno powszechne (wynikające z sakramentu chrztu), jak i służebne (wynikające z sakramentu święceń) wypływa z kapłaństwa Chrystusa. Chrystus jest jedynym Kapłanem, tj. pośrednikiem między Bogiem a ludźmi. To, że na świecie mamy setki tysięcy kapłanów, jest możliwe tylko dzięki włączeniu ich w to jedyne kapłaństwo Chrystusa.
Motyw oblubieńczego charakteru kapłaństwa. Chrystus umiłował Kościół - Kościół stał się więc Oblubienicą (łacińskie Ecclesia to dziewczynka). Skoro więc kapłani zanurzeni są w kapłaństwie Chrystusa, to i oni poślubiają Kościół. Biskup poślubia diecezję, w której działa jako biskup - stąd nosi pierścień, oznakę przynależności.
W tym kontekście sensu i jasności nabiera celibat. Skoro kapłan jest zaślubiony z Kościołem, to nie może wziąć sobie innej żony.
Co do kapłaństwa kobiet natomiast - przed argumentem psychologicznym stoi zawsze argument teologiczny. Poza tym, jak to ujął ks. Łuźniak, Chrystus poprzez Wcielenie wszedł w lud o kulturze, w której kapłanami byli mężczyźni. Będąc Bogiem, nie obawiał się wytykać Żydom błędów, zmieniać tradycji, wskazywać na rzeczywistość ponad ich zwyczajami. Skoro w sprawie kapłaństwa nie zrobił żadnego, najmniejszego nawet kroku do zmiany, to można przypuszczać, że aprobował męski charakter urzędu kapłańskiego.
środa, 30 marca 2011
akcja-reakcja
Jarmark zakończył się sukcesem. Dzięki wszystkim, którzy przy nim pracowali, a przede wszystkim dzięki tym, którzy przyszli i korzystali z dobrodziejstw, sowicie za nie płacąc. Udało nam się zebrać 12 tysięcy złotych! Dzieciaki z Nowej będą miały wspaniałe wakacje, no i pewnie remont też się uda. Dziękuję w imieniu swoim, organizatorów i tych dzieci, którym pomogliśmy.
To nie był łatwy czas. Trudna była też Msza święta w niedzielę, kiedy wyrwałam się z Jarmarku tylko na tę godzinę. Nie mogłam wysiedzieć i zamiast myśleć o Panu Bogu, myślałam o tym, co się dzieje na moim stoisku, co trzeba zrobić, jak to organizować dalej. Pozostaje jedynie nadzieja, że Pan Bóg zna intencje i dlatego nie będzie zbyt surowy za to zupełne rozbicie.
Wczoraj na spotkaniu SOWY gościliśmy biskupa Andrzeja Siemieniewskiego, który mówił nam o sakramencie bierzmowania (w ramach cyklu spotkań o sakramentach). Wspominał o tym, że kiedy jego bratanek w Stanach Zjednoczonych przygotowywał się do bierzmowania w wieku 16 lat, musiał oprócz spełnienia innych warunków wylegitymować się konkretną liczbą odbytych godzin wolontariatu. Biskup mówił - a ja się z tym zgadzam - że to bardzo dobry pomysł, żeby młodego człowieka (i człowieka w ogóle), który ma pogłębić swoją relację z Bogiem, uczulać na obecność i potrzeby drugiego człowieka. Żeby ten sakrament miał przedłużenie w odnajdywaniu Boga w ludziach. Myślę sobie, że może trzeba by wprowadzić coś takiego także u nas. Wielu młodych angażuje się w różnego rodzaju wolontariaty, ale chodzi o to, że jako chrześcijanie (i to już dojrzali, jak sami często podkreślają) mają wręcz obowiązek świadczyć dzieła miłosierdzia. Znowu wraca encyklika Deus caritas est.
To nie był łatwy czas. Trudna była też Msza święta w niedzielę, kiedy wyrwałam się z Jarmarku tylko na tę godzinę. Nie mogłam wysiedzieć i zamiast myśleć o Panu Bogu, myślałam o tym, co się dzieje na moim stoisku, co trzeba zrobić, jak to organizować dalej. Pozostaje jedynie nadzieja, że Pan Bóg zna intencje i dlatego nie będzie zbyt surowy za to zupełne rozbicie.
Wczoraj na spotkaniu SOWY gościliśmy biskupa Andrzeja Siemieniewskiego, który mówił nam o sakramencie bierzmowania (w ramach cyklu spotkań o sakramentach). Wspominał o tym, że kiedy jego bratanek w Stanach Zjednoczonych przygotowywał się do bierzmowania w wieku 16 lat, musiał oprócz spełnienia innych warunków wylegitymować się konkretną liczbą odbytych godzin wolontariatu. Biskup mówił - a ja się z tym zgadzam - że to bardzo dobry pomysł, żeby młodego człowieka (i człowieka w ogóle), który ma pogłębić swoją relację z Bogiem, uczulać na obecność i potrzeby drugiego człowieka. Żeby ten sakrament miał przedłużenie w odnajdywaniu Boga w ludziach. Myślę sobie, że może trzeba by wprowadzić coś takiego także u nas. Wielu młodych angażuje się w różnego rodzaju wolontariaty, ale chodzi o to, że jako chrześcijanie (i to już dojrzali, jak sami często podkreślają) mają wręcz obowiązek świadczyć dzieła miłosierdzia. Znowu wraca encyklika Deus caritas est.
czwartek, 2 grudnia 2010
w cichości
Sezon rorat. Niewyspania, zmęczenia, przemarznięcia. Śpiewania, ciemności, świec. CZEKANIA.
W tym śniegu, który spadł, jest coś dobrego. Mianowicie - cisza. O 5:20, kiedy idę na przystanek, samochody jadą i milczą. W ogóle ich nie słychać. Ta cisza jest w gruncie rzeczy radosna, bo wiadomo, że zaraz będzie inaczej. I zaraz po tej ciszy jest inaczej - jest śpiew, już w kościele. Śpiew, który zapiera oddech i odbiera głos - dzisiaj już prawie dosłownie. Lubię ten kontrast. Najbardziej lubię tę ciszę zimowej nocy. W takiej ciszy nie słychać nic niepotrzebnego.
Może właśnie w takiej ciszy przychodzi na świat Jezus.
Oby było słychać tylko Jego. Oby się Adwent stał czasem takiej właśnie ciszy.
W tym śniegu, który spadł, jest coś dobrego. Mianowicie - cisza. O 5:20, kiedy idę na przystanek, samochody jadą i milczą. W ogóle ich nie słychać. Ta cisza jest w gruncie rzeczy radosna, bo wiadomo, że zaraz będzie inaczej. I zaraz po tej ciszy jest inaczej - jest śpiew, już w kościele. Śpiew, który zapiera oddech i odbiera głos - dzisiaj już prawie dosłownie. Lubię ten kontrast. Najbardziej lubię tę ciszę zimowej nocy. W takiej ciszy nie słychać nic niepotrzebnego.
Może właśnie w takiej ciszy przychodzi na świat Jezus.
Oby było słychać tylko Jego. Oby się Adwent stał czasem takiej właśnie ciszy.
wtorek, 16 listopada 2010
czy muzyka jest do zbawienia koniecznie potrzebna?
Na spotkanie SOWY (Szkoły Odnowy WiarY) zawitał dziś z dawna oczekiwany gość - o. Błażej Matusiak OP. Mówił o muzyce we Mszy świętej, swój wykład ilustrował fragmentami nagrań. Ciekawe, choć trudne. Kwiatki, które mi zapadły w pamięć (i w notes):
Śpiew mężczyzny jest bardzo męski, a śpiew kobiety - bardzo kobiecy
Śpiewanie to piękne oddychanie - o. Błażej nie umiał powiedzieć, czyja to oryginalnie myśl.
Głos jest sumą własnych doświadczeń i przeżyć oraz głosów innych ludzi, których się słyszało/słuchało.
U grekokatolików chłopak by nawet nie pomyślał, że ma powołanie, gdyby nie miał dobrego głosu.
I na koniec absolutny hit: Śpiewa człowiek, nie anioł - nie musimy udawać kogoś, kim nie jesteśmy :)
Śpiew mężczyzny jest bardzo męski, a śpiew kobiety - bardzo kobiecy
Śpiewanie to piękne oddychanie - o. Błażej nie umiał powiedzieć, czyja to oryginalnie myśl.
Głos jest sumą własnych doświadczeń i przeżyć oraz głosów innych ludzi, których się słyszało/słuchało.
U grekokatolików chłopak by nawet nie pomyślał, że ma powołanie, gdyby nie miał dobrego głosu.
I na koniec absolutny hit: Śpiewa człowiek, nie anioł - nie musimy udawać kogoś, kim nie jesteśmy :)
niedziela, 29 sierpnia 2010
pokornych wieńczy zwycięstwem
Czytania z dzisiejszej Liturgii Słowa w piękny sposób zgrały się z moimi przemyśleniami ostatnich dni, związanymi z pewnymi rozmowami i zdarzeniami. Po pierwsze - pokora.
Ta pokora może być jednym z kluczyków otwierających drzwi Królestwa Niebieskiego. Pan Bóg otwiera je jednym wielkim kluczem - Swoją łaską. Skoro jednak możemy Mu w tym pomóc, czemu unikamy tego zadania?
Drugie czytanie (Hbr 12, 18-19.22-24a) pokazuje nam, że jesteśmy wybrani, wywyższeni. Nie swoją mocą, ale mocą Boga - osobowego Boga. I jako taki - nie chmura, nie ogień, nie burza, ale osobowy Bóg - wymaga On naszej pokory. Z Jego łaski nie mamy się chlubić, mamy ją dobrze wykorzystać. Wszak "nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa" (Ga 6, 14). To, że przystąpiliśmy "do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego", oznacza tyle, że mamy nieść dalej, co właśnie tu otrzymaliśmy. Żeby coś dać drugiej osobie, trzeba być pokornym. Inaczej obdarowany zostanie postawiony na niższej pozycji, potraktowany jako gorszy.
Jest jeszcze jedna ważna sprawa, nad którą zastanawiam się od dłuższego czasu, a dzisiejsza Ewangelia stanowi dobre intro. Pod koniec perykopy z Ewangelii Jezus mówi do gospodarza:
Tak sobie myślę, że ten ostatni akapit współgra jakoś z filozofią dialogu, a więc poniekąd także z tym, co mówił ks. Tischner.
O ile wielki jesteś, o tyle się uniżaj, a znajdziesz łaskę u Pana. Wielka jest bowiem potęga Pana i przez pokornych bywa chwalony. Na chorobę pyszałka nie ma lekarstwa, albowiem nasienie zła w nim zapuściło korzenie.I słowa Ewangelii (Łk 14, 1.7-14), przypowieść, w której Jezus jakby "daje po łapkach" zaproszonym gościom: Jeśli cię kto zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by czasem ktoś znakomitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Tłumaczy to zresztą bardzo zdroworozsądkowo, można powiedzieć: może się zdarzyć, że będziesz musiał wtedy zająć gorsze miejsce i spotka Cię ujma, której nie doznałbyś, gdybyś od początku był skromny i pokorny. Co więcej, jeśli taki będziesz właśnie, skromny i pokorny, to może Cię spotkać wielki zaszczyt. O co chodzi? Chyba o to, byśmy nie bali się być pokorni. Byśmy do tej pokory dążyli, nawet jeśli wydaje nam się czasem, że jest ona nieuzasadniona. Myślę, że brak pokory wynika często ze strachu. Boimy się, że przez to ominie nas coś ważnego, że stracimy jakieś dobro. Znowu, znowu, kolejny raz trzeba nam pamiętać o wyższym Dobru, o nagrodzie przygotowanej gdzie indziej, o tym, iż nie tylko życie doczesne musimy sobie ułożyć.
Syr 3, 18.20.28
Ta pokora może być jednym z kluczyków otwierających drzwi Królestwa Niebieskiego. Pan Bóg otwiera je jednym wielkim kluczem - Swoją łaską. Skoro jednak możemy Mu w tym pomóc, czemu unikamy tego zadania?
Drugie czytanie (Hbr 12, 18-19.22-24a) pokazuje nam, że jesteśmy wybrani, wywyższeni. Nie swoją mocą, ale mocą Boga - osobowego Boga. I jako taki - nie chmura, nie ogień, nie burza, ale osobowy Bóg - wymaga On naszej pokory. Z Jego łaski nie mamy się chlubić, mamy ją dobrze wykorzystać. Wszak "nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa" (Ga 6, 14). To, że przystąpiliśmy "do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego", oznacza tyle, że mamy nieść dalej, co właśnie tu otrzymaliśmy. Żeby coś dać drugiej osobie, trzeba być pokornym. Inaczej obdarowany zostanie postawiony na niższej pozycji, potraktowany jako gorszy.
Jest jeszcze jedna ważna sprawa, nad którą zastanawiam się od dłuższego czasu, a dzisiejsza Ewangelia stanowi dobre intro. Pod koniec perykopy z Ewangelii Jezus mówi do gospodarza:
(...) kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych.Myślę, że trzeba często przypominać o tym, że drugi człowiek nie jest prostym narzędziem w naszej drodze do Królestwa Bożego. Nie możemy się drugą osobą posługiwać jak wytrychem, nie możemy jej traktować przedmiotowo. Chrystusa odnajdziemy w człowieku tylko o tyle, o ile traktujemy tego człowieka w stu procentach podmiotowo. Bóg może nam wszystko dać i wszystko odebrać jednym skinieniem palca (przepraszam za kolokwializm) i dlatego nie daje nam ludzi jako zabawek albo jako stopni, po których możemy się dostać do bram niebieskich. Jeśli mam zaprosić na ucztę "ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych", to nie po to, żeby pokazywać im swoją wielkość, ale też i nie po to, żeby potraktować ich jak środki do celu. Oni sami - ci ubodzy, ułomni, chorzy - są moim celem.
Tak sobie myślę, że ten ostatni akapit współgra jakoś z filozofią dialogu, a więc poniekąd także z tym, co mówił ks. Tischner.
niedziela, 18 lipca 2010
rewolucja
Kiedy sięgnęłam po czytania przeznaczone na dziś, uderzyła mnie jedna rzecz. Pierwsze czytanie (Rdz 18, 1-10a) mówi o tym, że do Abrahama przyszedł Bóg (właściwie trzy ludzkie postacie, w których Abraham rozpoznał Pana) i tenże Abraham dwoił się i troił, aby jako gospodarz godnie ugościć tak wielkiego Gościa. Rozkazał przyrządzić cielę, żonie polecił upiec podpłomyki... I tak przyjął Boga, a Bóg (to znaczy trzy postacie) siadł i jadł. Wtedy dopiero Abraham stanął spokojnie pod drzewem i pokornie czekał.
Z kolei w dzisiejszej Ewangelii (Łk 10, 38-42) czytamy, że Jezus Chrystus przyszedł do pewnego domu, w którym mieszkały dwie siostry - Maria, która od razu siadła u Jego stóp i słuchała, co mówił, oraz Marta, która zaczęła się krzątać po domu, aby jako gospodyni godnie podjąć Pana. Co więcej, rugała swoją siostrę za to, że jej nie pomaga. Na to Jezus odpowiada, że nie jest istotne to krzątanie się, nie jest istotny zastawiony stół i przygotowane wino, ale liczy się bardziej właśnie słuchanie, trwanie przy Nim i skupienie uwagi na Jego słowach.
Wydaje się, że przesłanie tego fragmentu Ewangelii jest jasne. Natomiast zastanowiło mnie zestawienie tej sceny z podobną w gruncie rzeczy sceną ze Starego Testamentu. Pomyślałam sobie, że ten układ czytań ma za zadanie pokazać, że Jezus wprowadza tak naprawdę rewolucję w świat żydowski. Że to, co w Starym Przymierzu było istotne - Prawo, przepisy, zwyczaje - ustępuje przed mocą Słowa, przed koniecznością przygotowania najpierw serca, a dopiero potem ciała. Zwróciłam na to uwagę dlatego, że od dłuższego czasu dostrzegam znaczące różnice między wiarą chrześcijańską a żydowską. Określenie Żydów naszymi "starszymi braćmi w wierze", chociaż całkiem trafne, zaciemnia sprawę, jeśli nie jest opatrzone komentarzem.
Moja znajoma ze studiów powiedziała kiedyś, że chrześcijaństwo to nie dla niej, ale judaizm już trochę bardziej, tylko gdyby nie był taki do chrześcijaństwa podobny... Funkcjonuje tu stereotyp, że skoro jedno i drugie są systemami monoteistycznymi, a ponadto chrześcijaństwo z judaizmu wyrasta, to muszą one być tak podobne, że niemal identyczne. A tu - niespodzianka. Kiedy słuchałam w tym roku wykładów rabina z wrocławskiej gminy żydowskiej na temat judaizmu, jego głównych pojęć, egzegezy Pisma Świętego... Nie mieściło mi się w głowie, że z tego systemy mógł wyrosnąć taki twór, jak chrześcijaństwo. Mogło się to stać tylko na drodze rewolucji. Właśnie takiej rewolucji, jaką dzisiaj pokazują nam czytania Mszy świętej.
Z kolei w dzisiejszej Ewangelii (Łk 10, 38-42) czytamy, że Jezus Chrystus przyszedł do pewnego domu, w którym mieszkały dwie siostry - Maria, która od razu siadła u Jego stóp i słuchała, co mówił, oraz Marta, która zaczęła się krzątać po domu, aby jako gospodyni godnie podjąć Pana. Co więcej, rugała swoją siostrę za to, że jej nie pomaga. Na to Jezus odpowiada, że nie jest istotne to krzątanie się, nie jest istotny zastawiony stół i przygotowane wino, ale liczy się bardziej właśnie słuchanie, trwanie przy Nim i skupienie uwagi na Jego słowach.
Wydaje się, że przesłanie tego fragmentu Ewangelii jest jasne. Natomiast zastanowiło mnie zestawienie tej sceny z podobną w gruncie rzeczy sceną ze Starego Testamentu. Pomyślałam sobie, że ten układ czytań ma za zadanie pokazać, że Jezus wprowadza tak naprawdę rewolucję w świat żydowski. Że to, co w Starym Przymierzu było istotne - Prawo, przepisy, zwyczaje - ustępuje przed mocą Słowa, przed koniecznością przygotowania najpierw serca, a dopiero potem ciała. Zwróciłam na to uwagę dlatego, że od dłuższego czasu dostrzegam znaczące różnice między wiarą chrześcijańską a żydowską. Określenie Żydów naszymi "starszymi braćmi w wierze", chociaż całkiem trafne, zaciemnia sprawę, jeśli nie jest opatrzone komentarzem.
Moja znajoma ze studiów powiedziała kiedyś, że chrześcijaństwo to nie dla niej, ale judaizm już trochę bardziej, tylko gdyby nie był taki do chrześcijaństwa podobny... Funkcjonuje tu stereotyp, że skoro jedno i drugie są systemami monoteistycznymi, a ponadto chrześcijaństwo z judaizmu wyrasta, to muszą one być tak podobne, że niemal identyczne. A tu - niespodzianka. Kiedy słuchałam w tym roku wykładów rabina z wrocławskiej gminy żydowskiej na temat judaizmu, jego głównych pojęć, egzegezy Pisma Świętego... Nie mieściło mi się w głowie, że z tego systemy mógł wyrosnąć taki twór, jak chrześcijaństwo. Mogło się to stać tylko na drodze rewolucji. Właśnie takiej rewolucji, jaką dzisiaj pokazują nam czytania Mszy świętej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)