Od kilku lat w same święta Bożego Narodzenia przeżywam coś na kształt wewnętrznego rozdarcia, czy może raczej dezorientacji. W Adwencie teksty liturgiczne odwołują się do zapowiedzi mesjańskich, do wizji przyjścia Zbawiciela, do potrzeby nawrócenia serc i dusz. Człowiek aż zaczyna tęsknić do paruzji. A w Boże Narodzenie czytamy o małym Jezusku w pieluszkach, gdzieś tam na uboczu i w ogóle bez pompy. No dobra, są aniołowie, którzy wyśpiewują "Gloria". Ale czas się wtedy nie kończy, nawrócenie znowu może trochę poczekać.
Zastanawiają mnie w tym kontekście pastuszkowie, którzy jako pierwsi powitali Boże Dziecię. Co oni wtedy myśleli? Czy znali te wszystkie piękne historie o nadejściu Mesjasza? Czy rzeczywiście nimi żyli? Czy naprawdę usłyszeli głos anielski i czy naprawdę to za nim poszli? Czy nie uznali - albo chociaż nie chcieli uznać - że to małe dziecko na sianie to po prostu noworodek jakich wiele, z ledwo otwartymi oczami, sklejonymi włosami i takie tam? Czy naprawdę rozpoznali w nim tego Mesjasza, tego Zbawiciela, o którym pisali i Izajasz, i Jeremiasz, i Micheasz, i inni?
Bo jeśli tak, to chciałabym mieć taką wiarę.
I Wam też takiej wiary życzę.
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żydzi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żydzi. Pokaż wszystkie posty
piątek, 27 grudnia 2013
niedziela, 28 sierpnia 2011
uświęcanie czasu
Ciągła surowość może poważnie ochłodzić emocje, a jednak brak powagi z całą pewnością umniejszyłby ducha tego dnia. Nie można wykonać drogocennego filigranu za pomocą włóczni ani zrobić operacji mózgu przy użyciu lemiesza. Trzeba zawsze pamiętać o tym, że Szabat nie jest okazją do rozrywek czy lekkomyślności; nie jest dniem puszczania fajerwerków czy fikania koziołków, ale sposobnością do naprawiania naszego złachmanionego życia: gromadzenia raczej niż trwonienia czasu. Praca bez godności jest przyczyną cierpienia; odpoczynek bez ducha jest źródłem deprawacji. I zaiste dzięki zakazom udało się uchronić od wulgaryzacji wspaniałość tego dnia.
Dwóch rzeczy lud Rzymu niecierpliwie pragnął - chleba i igrzysk. A jednak człowiek żyje nie tylko chlebem i igrzyskami. Któż nauczy go z niecierpliwością oczekiwać ducha świętego dnia?
Szabat to najbardziej drogocenny prezent, który ludzkość otrzymała ze skarbca Boga. Przez cały tydzień myślimy: duch jest zbyt daleko, a my ulegamy duchowemu lenistwu, w najlepszym wypadku modlimy się: "Ześlij nam choć trochę Twojego ducha". W dzień Szabatu duch stoi i błaga: "Przyjmijcie ode mnie całą doskonałość..."
(Abraham Joshua Heschel Szabat)
piątek, 28 stycznia 2011
z przepisanych mięs i ziół
Z racji dzisiejszego dominikańskiego święta świętego Tomasza z Akwinu (jednego z moich ulubionych świętych), dla odetchnienia od jego dzieł filozoficznych sięgnęłam po hymn Pange lingua jego autorstwa (do posłuchania tutaj). Trzecia strofa mnie poruszyła.
Poruszyła mnie ona w kontekście pół żartem, pół serio rzucanych pod moim adresem oskarżeń o faryzejską postawę w kwestii liturgii. Taż tu jest pięknie wskazany argument za należytą troską o liturgię, jej godność, jedność, trwałość i piękno.
Pan Jezus rewolucjonizował, jak już kiedyś pisałam. Robił rzeczy, których nikt inny by nie zrobił, wprowadzał zamęt we współczesny sobie świat. A jednak - w tej konkretnej chwili, kiedy spożywał wieczerzę paschalną z Apostołami, postępował według Prawa, które ustanowiono przed Nim. Kto jak kto, ale On miał pełne prawo powiedzieć: robię to dla Mojego Ojca, więc Ojciec na pewno się nie obrazi, jeśli zrobię to inaczej niż wszyscy. Nie powiedział tego, nie zrobił inaczej niż wszyscy. Wprowadził tylko jedną Rewolucję, na sam koniec, a był to naprawdę szczególny wzgląd duszpasterski, jeśli w ogóle można tak powiedzieć.
Ostatnią Wieczerzę, sprawowaną według Prawa, nazywamy ustanowieniem sakramentu Eucharystii. Myślę, że w związku z tym powinniśmy trzymać się przepisów, które w temacie liturgii ustanawia Matka-Kościół. Są na świecie ludzie mądrzejsi od nas, a przypuszczalnie także bliżsi sprawom Bożym. Odrobinę zaufania. Po co udziwniać, skoro proste też działa?
W noc ostatnią przy wieczerzy
z tymi, których braćmi zwał,
pełniąc wszystko jak należy,
czego przepis prawny chciał,
Sam Dwunastu się powierzył
i za pokarm z rąk Swych dał.
Poruszyła mnie ona w kontekście pół żartem, pół serio rzucanych pod moim adresem oskarżeń o faryzejską postawę w kwestii liturgii. Taż tu jest pięknie wskazany argument za należytą troską o liturgię, jej godność, jedność, trwałość i piękno.
Pan Jezus rewolucjonizował, jak już kiedyś pisałam. Robił rzeczy, których nikt inny by nie zrobił, wprowadzał zamęt we współczesny sobie świat. A jednak - w tej konkretnej chwili, kiedy spożywał wieczerzę paschalną z Apostołami, postępował według Prawa, które ustanowiono przed Nim. Kto jak kto, ale On miał pełne prawo powiedzieć: robię to dla Mojego Ojca, więc Ojciec na pewno się nie obrazi, jeśli zrobię to inaczej niż wszyscy. Nie powiedział tego, nie zrobił inaczej niż wszyscy. Wprowadził tylko jedną Rewolucję, na sam koniec, a był to naprawdę szczególny wzgląd duszpasterski, jeśli w ogóle można tak powiedzieć.
Ostatnią Wieczerzę, sprawowaną według Prawa, nazywamy ustanowieniem sakramentu Eucharystii. Myślę, że w związku z tym powinniśmy trzymać się przepisów, które w temacie liturgii ustanawia Matka-Kościół. Są na świecie ludzie mądrzejsi od nas, a przypuszczalnie także bliżsi sprawom Bożym. Odrobinę zaufania. Po co udziwniać, skoro proste też działa?
niedziela, 21 listopada 2010
Wodzem i Królem
Obchodzimy dziś uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata.

Dzisiejsze czytania (2 Sm 5,1-3; Ps 122,1-2.4-5; Kol 1,12-20; Łk 23,35-43) niosą ze sobą trudną w rzeczywistości treść.
Pierwsze czytanie mówi o wyborze, jakiego dokonał lud Izraela wobec króla Dawida. Do Dawida przyszli przedstawiciele Izraela i najpierw się przed nim ukorzyli, a potem zawarli przymierze i namaścili go na swego króla. Sami przyznali, że robią to ze względu na słowa Pana Boga do Dawida o nim samym: Ty będziesz pasł mój lud, Izraela, i ty będziesz wodzem dla Izraela. Pismo prezentuje w tym fragmencie ściśle ziemski porządek wybierania władcy. Owszem, na skutek słowa Pana, ale jednak to ludzie wybrali Dawida na króla.
Psalm - jeden z moich ulubionych. Ucieszyłem się, gdy mi powiedziano: "Pójdziemy do domu Pana". Nie wiem, na ile trafna jest moja wizja, ale zawsze przy tych słowach wyobrażam sobie sytuację, w której psalmista jest biednym, smutnym, opuszczonym człowiekiem, do którego przychodzą ludzie z zamiarem podniesienia go na duchu - i stawiają go przed faktem: pójdziemy do domu Pana. I sama ta zapowiedź jest dla psalmisty źródłem radości - opadają z niego troski i zgnębienie. Wizja plastyczna, ale czy teologicznie poprawna - nie gwarantuję. Myślę, że w kontekście dzisiejszej uroczystości większe znaczenie mają jednak słowa o tronach domu Dawida. O co chodzi? O dziedziczenie władzy i powiązanych z nią przymiotów. Także o to, że - przenosząc ten psalm w płaszczyznę interpretacji chrześcijańskiej - w Świątyni, w domu Pana, jest miejsce Chrystusa - Króla.
Fragment Listu do Kolosan regularnie przewija się w Liturgii Godzin. Wskazuje na niebywałą godność Syna Bożego. On jest obrazem Boga niewidzialnego, Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne, czy Trony, czy Panowania, czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone. On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie. I On jest Głową Ciała, to jest Kościoła. Jak nieskończenie wielki jest Chrystus, skoro jest ponad Tronami, Zwierzchnościami, Władzami, ponad wszelkim stworzeniem! I, co równie ważne, Jego wielkość nie pochodzi z dziedziczenia tronu Dawida - Zechciał bowiem Bóg, by w Nim zamieszkała cała Pełnia, i aby przez Niego i dla Niego znów pojednać wszystko ze sobą. To Bóg Ojciec przez istotową jedność z Synem zapewnił Mu godność królewską. (Bardziej po ludzku: Jezus jest Królem, bo jest jedno z Ojcem, który Sam jest Królem).
I wreszcie Ewangelia. Wydawać się może dziwne, że kiedy mówimy o Jezusie Chrystusie jako Królu Wszechświata, zamiast obrazu wielkiego tryumfu Kościół podaje nam obraz pohańbienia Chrystusa. W kontekście pierwszego czytania jest to bardzo wymowne: napis To jest król żydowski dobitnie świadczy o sposobie, w jaki Żydzi i Rzymianie pojmowali słowa Chrystusa o Jego królowaniu. Żadnego porządku boskiego - sam się nazywasz królem w znaczeniu ziemskim, politycznym. Toż to uzurpator! Popatrz na historię, na swojego przodka, Dawida - on nie uzurpował sobie władzy nad Izraelem, Izrael sam do niego przyszedł i o to prosił. Kto Ciebie prosił o królowanie? Jednak przeznaczenie tego właśnie fragmentu na uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata odbieram także jako ważną naukę dla wszystkich katolików, dotyczącą krzyża Chrystusa. Przeglądając w nocy katolickie fora internetowe (patrz poprzednia notka) trafiłam na wątek, który mnie cokolwiek zaniepokoił. Trzeba jasno powiedzieć: Jezus Chrystus jest Królem i Zbawcą w jednym, a bez krzyża to drugie by się nie dokonało. Zbawienie jest udziałem tych, którzy na tego sponiewieranego, umęczonego, dramatycznie ludzkiego Chrystusa patrzą w porządku nie tylko ludzkim, ale i Boskim. Stąd Jezus mówi do dobrego łotra: aprawdę powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju.
A na temat samej uroczystości, którą dziś obchodzimy, polecam poczytać tutaj :)
Dzisiejsze czytania (2 Sm 5,1-3; Ps 122,1-2.4-5; Kol 1,12-20; Łk 23,35-43) niosą ze sobą trudną w rzeczywistości treść.
Pierwsze czytanie mówi o wyborze, jakiego dokonał lud Izraela wobec króla Dawida. Do Dawida przyszli przedstawiciele Izraela i najpierw się przed nim ukorzyli, a potem zawarli przymierze i namaścili go na swego króla. Sami przyznali, że robią to ze względu na słowa Pana Boga do Dawida o nim samym: Ty będziesz pasł mój lud, Izraela, i ty będziesz wodzem dla Izraela. Pismo prezentuje w tym fragmencie ściśle ziemski porządek wybierania władcy. Owszem, na skutek słowa Pana, ale jednak to ludzie wybrali Dawida na króla.
Psalm - jeden z moich ulubionych. Ucieszyłem się, gdy mi powiedziano: "Pójdziemy do domu Pana". Nie wiem, na ile trafna jest moja wizja, ale zawsze przy tych słowach wyobrażam sobie sytuację, w której psalmista jest biednym, smutnym, opuszczonym człowiekiem, do którego przychodzą ludzie z zamiarem podniesienia go na duchu - i stawiają go przed faktem: pójdziemy do domu Pana. I sama ta zapowiedź jest dla psalmisty źródłem radości - opadają z niego troski i zgnębienie. Wizja plastyczna, ale czy teologicznie poprawna - nie gwarantuję. Myślę, że w kontekście dzisiejszej uroczystości większe znaczenie mają jednak słowa o tronach domu Dawida. O co chodzi? O dziedziczenie władzy i powiązanych z nią przymiotów. Także o to, że - przenosząc ten psalm w płaszczyznę interpretacji chrześcijańskiej - w Świątyni, w domu Pana, jest miejsce Chrystusa - Króla.
Fragment Listu do Kolosan regularnie przewija się w Liturgii Godzin. Wskazuje na niebywałą godność Syna Bożego. On jest obrazem Boga niewidzialnego, Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne, czy Trony, czy Panowania, czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone. On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie. I On jest Głową Ciała, to jest Kościoła. Jak nieskończenie wielki jest Chrystus, skoro jest ponad Tronami, Zwierzchnościami, Władzami, ponad wszelkim stworzeniem! I, co równie ważne, Jego wielkość nie pochodzi z dziedziczenia tronu Dawida - Zechciał bowiem Bóg, by w Nim zamieszkała cała Pełnia, i aby przez Niego i dla Niego znów pojednać wszystko ze sobą. To Bóg Ojciec przez istotową jedność z Synem zapewnił Mu godność królewską. (Bardziej po ludzku: Jezus jest Królem, bo jest jedno z Ojcem, który Sam jest Królem).
I wreszcie Ewangelia. Wydawać się może dziwne, że kiedy mówimy o Jezusie Chrystusie jako Królu Wszechświata, zamiast obrazu wielkiego tryumfu Kościół podaje nam obraz pohańbienia Chrystusa. W kontekście pierwszego czytania jest to bardzo wymowne: napis To jest król żydowski dobitnie świadczy o sposobie, w jaki Żydzi i Rzymianie pojmowali słowa Chrystusa o Jego królowaniu. Żadnego porządku boskiego - sam się nazywasz królem w znaczeniu ziemskim, politycznym. Toż to uzurpator! Popatrz na historię, na swojego przodka, Dawida - on nie uzurpował sobie władzy nad Izraelem, Izrael sam do niego przyszedł i o to prosił. Kto Ciebie prosił o królowanie? Jednak przeznaczenie tego właśnie fragmentu na uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata odbieram także jako ważną naukę dla wszystkich katolików, dotyczącą krzyża Chrystusa. Przeglądając w nocy katolickie fora internetowe (patrz poprzednia notka) trafiłam na wątek, który mnie cokolwiek zaniepokoił. Trzeba jasno powiedzieć: Jezus Chrystus jest Królem i Zbawcą w jednym, a bez krzyża to drugie by się nie dokonało. Zbawienie jest udziałem tych, którzy na tego sponiewieranego, umęczonego, dramatycznie ludzkiego Chrystusa patrzą w porządku nie tylko ludzkim, ale i Boskim. Stąd Jezus mówi do dobrego łotra: aprawdę powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju.
A na temat samej uroczystości, którą dziś obchodzimy, polecam poczytać tutaj :)
niedziela, 17 października 2010
nie ustawaj
Powracając do komentowania niedzielnych czytań...
Dzisiejsze pierwsze czytanie (Wj 17,8-13) podsunęło mi myśl, że w czynieniu dobra nie jesteśmy sami. I to nie tylko dlatego, że jest z nami zawsze Pan Bóg. Także dlatego, że są wokół nas inni ludzie i dobrze jest wykorzystywać ich pomoc. Nawet kiedy nam już ręce drętwieją. Albo opadają. Albo jedno i drugie.
Psalm (Ps 121,1-8) przypomina, jak bardzo bezpiecznie jest u Boga. Nie trzeba od razu być w niebie, żeby być u Niego bezpiecznym. To może nie jest do końca tak, że z chmury wyłania się gigantyczna dłoń i osłania mnie przed nieszczęściami. Byłoby fajnie, ale trochę niepraktycznie. Jak mielibyśmy chodzić, działać, pracować, spotykać się z ludźmi i świadczyć im o Bogu, gdybyśmy byli cały czas zasłonięci taką dłonią? Bóg daje znacznie bardziej praktyczną pomoc. Taką, która nie odgradza od drugiego człowieka, ale ku niemu właśnie kieruje.
Drugie czytanie (2 Tm 3,14-4,2) w moim odbiorze wskazuje na dobrodziejstwo studiowania Pisma świętego. Wszelkie Pismo od Boga jest natchnione i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu. I to właśnie dzięki uważnej lekturze i wprowadzaniu Jego słów we własne życie możemy to życie odmienić. (Wiąże się to jakoś przedziwnie z tym, co pisałam w poprzedniej notce o modlitwach Zdrowaś i Ojcze nasz). I tylko dzięki Pismu będziemy mogli nastawać w porę i nie w porę, wykazywać błąd, pouczać, podnosić na duchu.
Wreszcie - Ewangelia (Łk 18,1-8). Jeśli niesprawiedliwy sędzia wysłucha prośby naprzykrzającej się mu wdowy, o ileż pewniejsze jest, że zrobi to Pan Bóg, który od tego sędziego jest nieskończenie lepszy! A inna refleksja, związana z ostatnią lekturą - nieustanna modlitwa. (Szczególne było dla mnie, że o. Marcin w dzisiejszym kazaniu mówił właśnie o ojcach pustyni i ich modlitwie nieustannej). Modlić się nieustannie to oddawać Bogu każdą wykonywaną czynność. Ciekawie wygląda to u Żydów, którzy dla wielu czynności życia codziennego mają swoiste, osobne formuły, które mają te czynności uświęcić, oddać je Bogu. Czemu my jakoś to pomijamy? (No dobrze, nie wiem, czy wszyscy - ale śmiem twierdzić, że spora część). Wspaniałym wynalazkiem są w tej kwestii akty strzeliste. Tak jakby strzałą prosto do Boga.
Dzisiejsze pierwsze czytanie (Wj 17,8-13) podsunęło mi myśl, że w czynieniu dobra nie jesteśmy sami. I to nie tylko dlatego, że jest z nami zawsze Pan Bóg. Także dlatego, że są wokół nas inni ludzie i dobrze jest wykorzystywać ich pomoc. Nawet kiedy nam już ręce drętwieją. Albo opadają. Albo jedno i drugie.
Psalm (Ps 121,1-8) przypomina, jak bardzo bezpiecznie jest u Boga. Nie trzeba od razu być w niebie, żeby być u Niego bezpiecznym. To może nie jest do końca tak, że z chmury wyłania się gigantyczna dłoń i osłania mnie przed nieszczęściami. Byłoby fajnie, ale trochę niepraktycznie. Jak mielibyśmy chodzić, działać, pracować, spotykać się z ludźmi i świadczyć im o Bogu, gdybyśmy byli cały czas zasłonięci taką dłonią? Bóg daje znacznie bardziej praktyczną pomoc. Taką, która nie odgradza od drugiego człowieka, ale ku niemu właśnie kieruje.
Drugie czytanie (2 Tm 3,14-4,2) w moim odbiorze wskazuje na dobrodziejstwo studiowania Pisma świętego. Wszelkie Pismo od Boga jest natchnione i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu. I to właśnie dzięki uważnej lekturze i wprowadzaniu Jego słów we własne życie możemy to życie odmienić. (Wiąże się to jakoś przedziwnie z tym, co pisałam w poprzedniej notce o modlitwach Zdrowaś i Ojcze nasz). I tylko dzięki Pismu będziemy mogli nastawać w porę i nie w porę, wykazywać błąd, pouczać, podnosić na duchu.
Wreszcie - Ewangelia (Łk 18,1-8). Jeśli niesprawiedliwy sędzia wysłucha prośby naprzykrzającej się mu wdowy, o ileż pewniejsze jest, że zrobi to Pan Bóg, który od tego sędziego jest nieskończenie lepszy! A inna refleksja, związana z ostatnią lekturą - nieustanna modlitwa. (Szczególne było dla mnie, że o. Marcin w dzisiejszym kazaniu mówił właśnie o ojcach pustyni i ich modlitwie nieustannej). Modlić się nieustannie to oddawać Bogu każdą wykonywaną czynność. Ciekawie wygląda to u Żydów, którzy dla wielu czynności życia codziennego mają swoiste, osobne formuły, które mają te czynności uświęcić, oddać je Bogu. Czemu my jakoś to pomijamy? (No dobrze, nie wiem, czy wszyscy - ale śmiem twierdzić, że spora część). Wspaniałym wynalazkiem są w tej kwestii akty strzeliste. Tak jakby strzałą prosto do Boga.
niedziela, 10 października 2010
wyjątkowo
Dziś wyjątkowo nie o Słowie Bożym przeznaczonym na tę niedzielę. Dziś będzie cytat z książki, którą obecnie kończę - Tomasza Terlikowskiego Bogobójcy czy starsi bracia. Myśliciele rosyjskiego prawosławia wobec judaizmu. Myślę bowiem, że jeszcze długo trzeba będzie głośno o tym mówić, nachalnie o tym przypominać. Są to słowa patriarchy Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej Aleksego II:
Cóż więcej można powiedzieć w tym temacie?
P.S. Książka o Różańcu już wypożyczona i zaraz zabieram się za czytanie :)
(...) On - Istniejący - jest Bogiem i Ojcem wszystkich, a my wszyscy jesteśmy braćmi, bowiem stanowimy dzieci Starego Przymierza zawartego na Synaju, który w Nowym Testamencie, jak wierzymy my - chrześcijanie - został odnowiony przez Chrystusa. Te dwa przymierza stanowią dwa stopnie jednej i tej samej religii bogoczłowieczeństwa, są dwoma momentami jednego bosko-ludzkiego procesu. W tym procesie ustanawiania przymierza między Bogiem a człowiekiem Izrael stał się narodem wybranym, któremu zostały przekazane Prawo i Prorocy. To przez niego od Przeczystej Dziewicy Maryi przyjął swoje "człowieczeństwo" wcielający się Syn Boży. Ta więź krwi nie zostaje zerwana i nadal trwa również po narodzeniu Chrystusa... I dlatego my, chrześcijanie, powinniśmy odczuwać i przeżywać to Jego pochodzenie jako przyłączenie do niewysławialnej tajemnicy widzenia Boga
Cóż więcej można powiedzieć w tym temacie?
P.S. Książka o Różańcu już wypożyczona i zaraz zabieram się za czytanie :)
niedziela, 18 lipca 2010
rewolucja
Kiedy sięgnęłam po czytania przeznaczone na dziś, uderzyła mnie jedna rzecz. Pierwsze czytanie (Rdz 18, 1-10a) mówi o tym, że do Abrahama przyszedł Bóg (właściwie trzy ludzkie postacie, w których Abraham rozpoznał Pana) i tenże Abraham dwoił się i troił, aby jako gospodarz godnie ugościć tak wielkiego Gościa. Rozkazał przyrządzić cielę, żonie polecił upiec podpłomyki... I tak przyjął Boga, a Bóg (to znaczy trzy postacie) siadł i jadł. Wtedy dopiero Abraham stanął spokojnie pod drzewem i pokornie czekał.
Z kolei w dzisiejszej Ewangelii (Łk 10, 38-42) czytamy, że Jezus Chrystus przyszedł do pewnego domu, w którym mieszkały dwie siostry - Maria, która od razu siadła u Jego stóp i słuchała, co mówił, oraz Marta, która zaczęła się krzątać po domu, aby jako gospodyni godnie podjąć Pana. Co więcej, rugała swoją siostrę za to, że jej nie pomaga. Na to Jezus odpowiada, że nie jest istotne to krzątanie się, nie jest istotny zastawiony stół i przygotowane wino, ale liczy się bardziej właśnie słuchanie, trwanie przy Nim i skupienie uwagi na Jego słowach.
Wydaje się, że przesłanie tego fragmentu Ewangelii jest jasne. Natomiast zastanowiło mnie zestawienie tej sceny z podobną w gruncie rzeczy sceną ze Starego Testamentu. Pomyślałam sobie, że ten układ czytań ma za zadanie pokazać, że Jezus wprowadza tak naprawdę rewolucję w świat żydowski. Że to, co w Starym Przymierzu było istotne - Prawo, przepisy, zwyczaje - ustępuje przed mocą Słowa, przed koniecznością przygotowania najpierw serca, a dopiero potem ciała. Zwróciłam na to uwagę dlatego, że od dłuższego czasu dostrzegam znaczące różnice między wiarą chrześcijańską a żydowską. Określenie Żydów naszymi "starszymi braćmi w wierze", chociaż całkiem trafne, zaciemnia sprawę, jeśli nie jest opatrzone komentarzem.
Moja znajoma ze studiów powiedziała kiedyś, że chrześcijaństwo to nie dla niej, ale judaizm już trochę bardziej, tylko gdyby nie był taki do chrześcijaństwa podobny... Funkcjonuje tu stereotyp, że skoro jedno i drugie są systemami monoteistycznymi, a ponadto chrześcijaństwo z judaizmu wyrasta, to muszą one być tak podobne, że niemal identyczne. A tu - niespodzianka. Kiedy słuchałam w tym roku wykładów rabina z wrocławskiej gminy żydowskiej na temat judaizmu, jego głównych pojęć, egzegezy Pisma Świętego... Nie mieściło mi się w głowie, że z tego systemy mógł wyrosnąć taki twór, jak chrześcijaństwo. Mogło się to stać tylko na drodze rewolucji. Właśnie takiej rewolucji, jaką dzisiaj pokazują nam czytania Mszy świętej.
Z kolei w dzisiejszej Ewangelii (Łk 10, 38-42) czytamy, że Jezus Chrystus przyszedł do pewnego domu, w którym mieszkały dwie siostry - Maria, która od razu siadła u Jego stóp i słuchała, co mówił, oraz Marta, która zaczęła się krzątać po domu, aby jako gospodyni godnie podjąć Pana. Co więcej, rugała swoją siostrę za to, że jej nie pomaga. Na to Jezus odpowiada, że nie jest istotne to krzątanie się, nie jest istotny zastawiony stół i przygotowane wino, ale liczy się bardziej właśnie słuchanie, trwanie przy Nim i skupienie uwagi na Jego słowach.
Wydaje się, że przesłanie tego fragmentu Ewangelii jest jasne. Natomiast zastanowiło mnie zestawienie tej sceny z podobną w gruncie rzeczy sceną ze Starego Testamentu. Pomyślałam sobie, że ten układ czytań ma za zadanie pokazać, że Jezus wprowadza tak naprawdę rewolucję w świat żydowski. Że to, co w Starym Przymierzu było istotne - Prawo, przepisy, zwyczaje - ustępuje przed mocą Słowa, przed koniecznością przygotowania najpierw serca, a dopiero potem ciała. Zwróciłam na to uwagę dlatego, że od dłuższego czasu dostrzegam znaczące różnice między wiarą chrześcijańską a żydowską. Określenie Żydów naszymi "starszymi braćmi w wierze", chociaż całkiem trafne, zaciemnia sprawę, jeśli nie jest opatrzone komentarzem.
Moja znajoma ze studiów powiedziała kiedyś, że chrześcijaństwo to nie dla niej, ale judaizm już trochę bardziej, tylko gdyby nie był taki do chrześcijaństwa podobny... Funkcjonuje tu stereotyp, że skoro jedno i drugie są systemami monoteistycznymi, a ponadto chrześcijaństwo z judaizmu wyrasta, to muszą one być tak podobne, że niemal identyczne. A tu - niespodzianka. Kiedy słuchałam w tym roku wykładów rabina z wrocławskiej gminy żydowskiej na temat judaizmu, jego głównych pojęć, egzegezy Pisma Świętego... Nie mieściło mi się w głowie, że z tego systemy mógł wyrosnąć taki twór, jak chrześcijaństwo. Mogło się to stać tylko na drodze rewolucji. Właśnie takiej rewolucji, jaką dzisiaj pokazują nam czytania Mszy świętej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)