Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śpiewanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śpiewanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 stycznia 2013

imię Pana jest twierdzą

Okazuje się, że czasem dobrze powrócić do starych czasów i starych metod. Nie chodzi bynajmniej o odgrzewanie zleżałych potraw, ale o gotowanie w oparciu o ten sprawdzony przepis. Wieczór piosenki religijnej w klimacie, który się zarzuciło dawno temu, potrafi człowiekowi przypomnieć o wielu innych, mniej bądź bardziej luźno powiązanych rzeczach.

Na przykład, że modlitwa nie jest czymś nadzwyczajnym, co trzeba wyodrębniać ze swojego codziennego życia. A może po prostu - nie tylko tym. Że modlitwa całe to życie przenika, całe je przemienia, ale może się tak dziać tylko, jeśli naprawdę odda się to wszystko Jemu. Coś, co przypomina mi się od kilku tygodni, po wielu miesiącach amnezji.

O Jezu cichy i pokorny, uczyń serce me według serca Twego!

środa, 15 sierpnia 2012

maksym(ili)alnie

Rekolekcje młodzieżowe u franciszkanów w Harmężach. Trud lekkości, lekkość trudu.

Trud lekkości, bo żadnych zdań, które by się wryły w pamięć i serce i nie pozwoliły przejść obojętnie. I jeszcze, bo muzyka, zupełnie nie taka, co swoją drogą pozwoliło na nowo docenić scholę dominikańską.

Lekkość trudu, bo niechciane myśli, przykre wspomnienia, trudne rzeczy ogólnie, zderzyły się ze Słowem Bożym i Najświętszym Sakramentem. I jeszcze, bo byli inni ludzie, zaświadczający o prawdziwości Bożej łaski. Nawet przerażające grafiki Mariana Kołodzieja, chociaż od dziesiątej stacji już nie mogłam na nie patrzeć, żeby nie zwariować, były lżejsze dzięki temu jednemu szeptowi, że Bóg jest.

Bóg sam wystarczy.

piątek, 24 lutego 2012

ludzkość

Pierwsza w sezonie Droga Krzyżowa.

Pieśń Boska dobroci, omawiająca wszystkie stacje. I jej fragment, traktujący o drugim upadku Chrystusa.

Jezusowi memu na pół żywemu.

To nie było tak, że On sobie był żywy, a potem był martwy, a jeszcze potem zmartwychwstał. On w pewnym momencie był rzeczywiście na pół żywy z cierpienia, bólu, zmęczenia. Cała Jego ludzkość w tym właśnie znalazła wyraz.

My też jesteśmy Jego ludzkością. Albo przynajmniej powinniśmy do tego dążyć, aby być Jego. Więc może w tym samym powinniśmy znaleźć jakoś siebie?

sobota, 25 czerwca 2011

quo vadis, Ecclesiae?

Wczoraj miałam okazję uczestniczyć w dwóch spotkaniach, zorganizowanych w ramach Nocy Kościołów we Wrocławiu 2011.

Pierwszym był panel dyskusyjny na temat wizji Europy według bł. Jana Pawła II. Gośćmi byli ks. prof. Wiesław Wenz z PWT we Wrocławiu, prof. Zdzisław Krasnodębski z uniwersytetu w Bremie, red. Tomasz Terlikowski z Frondy. Nie było niestety posła Jana Olbrychta. Panel poprowadził red. Piotr Semka z Rzepy Dyskusja nie była zbyt ożywiona, ale pod koniec padło bardzo ważne zdanie. Ks. Wenz, wsłuchując się w negatywne opinie rozmówców na temat Europy i jej świata wartości, powiedział wreszcie, że nie możemy dać się zdominować i zdołować przez takie czarne wizje. Że nie jest dobrze i że może nawet jest źle, ale jeśli pogrążymy się w otchłani tej ciemności, to nic nie zmienimy. Zamiast ciągle patrzeć za siebie, trzeba też spojrzeć w przód.

Natomiast drugim wydarzeniem - zaraz po tym panelu, w tym samym Kościele Uniwersyteckim - był recital Marka Torzewskiego, tenora, znanego bardziej z chwytliwego Do boju, Polsko!. Program, przedstawiony w harmonogramie Nocy Kościołów, wyglądał całkiem ciekawie: Ave Maria Schuberta, Panis angelicum Francka, Ave verum Mozarta... Oprócz tego jakieś dwa współczesne utwory, nawiązujące bezpośrednio lub pośrednio do Jana Pawła II (jeden z nich był organowy i został odegrany). Niestety, zamiast uciechy duchowej dostałam sporą porcję frustracji i wściekłości. Nie dość, że z powodu kręgu odbiorców czułam się jak na zjeździe pacjentów oddziału geriatrycznego i zaniżałam średnią wieku o dobre 30 lat, to jeszcze program recitalu, z jakiegoś nieznanego powodu, został zmieniony. I tak, rzeczywiście usłyszeliśmy wspomniany utwór organowy, Ave Maria i jeszcze ten drugi utwór, którego tytuły nie pomnę. Natomiast potem pan Torzewski urządził sobie szoł, śpiewając włoskie disco polo (swoją drogą, to nie jego repertuar i słychać to było niemiłosiernie) i aranżując interaktywny kabaret. Interaktywny kabaret polegał na tym, że pan Torzewski wyciągnął z tłumu jakąś kobietę, stanął z nią w prezbiterium i polecił jej ruszać ustami w czasie, kiedy on będzie śpiewał - tak, żeby wyszło takie śpiewanie na rybę.

Geriatryczna publika miała świetną zabawę, a mi szczęka opadła do samej ziemi i trudno ją było potem wynieść. Bo, oczywiście, rzecz działa się w kościele, a za plecami pana Torzewskiego i jego pomocnicy było tabernakulum z Najświętszym Sakramentem. Co było dalej, nie wiem, gdyż dokonałam jednego słusznego wyboru i wyszłam stamtąd. Szczerze mówiąc, trochę się bałam, że następną atrakcją będzie taniec z panem Torzewskim w prezbiterium do rytmu tego włoskiego disco polo.

Zastanawiam się, czy program recitalu rzeczywiście został zmieniony nagle, czy może założenie było takie, że w harmonogramie niech to sobie ładnie wygląda, a my damy panu Markowi trochę pobłaznować, bo przecież jest gwiazdą. Tak czy siak, na takie szoł zgodzili się ludzie Kościoła - zarówno świeccy organizatorzy z Radia Rodzina, jak i duchowni, chociażby proboszcz Kościoła Uniwersyteckiego. Powstaje naglące pytanie: czemu nikt się nie sprzeciwił? Czemu nikt nie postawił sprawy na ostrzu noża, stając w obronie świętości i godności miejsca i Osoby, która w tym miejscu przebywa? I następne pytanie, łączące się z wcześniejszym panelem dyskusyjnym: jak mamy budować chrześcijańską Europę, skoro sprzedajemy swoje świętości byle komu i z byle powodu?

wtorek, 14 czerwca 2011

ach, ten charakter

Śpiewanie w scholi ma tę cudowną stronę, że można przypatrywać się ludzkim historiom poprzez sakramenty. Dzisiaj u wrocławskich dominikanów odbyło się bierzmowanie. Mszy przewodniczył i sakramentu udzielił ksiądz biskup Andrzej Siemieniewski. Dopełnienie sakramentu chrztu przyjęło 18 osób, w tym jeden dorosły.

Osiemnaście osób kolejny raz powiedziało Bogu tak. Mam nadzieję, że nie było to uroczyste pożegnanie z Kościołem w obecności biskupa. Że poniosą dalej to, co dzisiaj otrzymali, i zrobią to świadomie, dojrzale i odpowiedzialnie.

I fragment kazania księdza biskupa, który mi zapadł mocno w pamięć. Że ta chrześcijańska dojrzałość to tak naprawdę odpowiedzialność. Odpowiedzialności za swoją świętość, odpowiedzialność za zbawienie bliźnich, odpowiedzialność za Kościół. Ci młodzi przyjmowali ją dopiero dzisiaj. My, którzy im towarzyszyliśmy, w większości przyjęliśmy ją wcześniej. Co z tego wynika? I jak pomóc im w tym nowym zadaniu?

Poczułam się wtedy trochę jak taka starsza siostra, której obowiązkiem jest poprowadzenie niedoświadczonych młodych dalej.

niedziela, 8 maja 2011

współumarli

Wytrwałam. Wysłuchałam całej pieśni Anielski orszak bez jednej łzy, jak nie ja.

Zachwyciłam się. Tekstem. I melodią trochę też.

Przybądźcie z nieba na głos naszych modlitw,
mieszkańcy chwały, wszyscy święci Boży;
Z obłoków jasnych zejdźcie, aniołowie,
Z rzeszą zbawionych spieszcie na spotkanie.

Anielski orszak niech twą duszę przyjmie,
Uniesie z ziemi ku wyżynom nieba,
A pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi
Aż przed oblicze Boga Najwyższego.

Niech cię przygarnie Chrystus uwielbiony,
On wezwał ciebie do królestwa światła.
Niech na spotkanie w progach Ojca domu
Po ciebie wyjdzie litościwa Matka.

Promienny Chryste, Boski Zbawicielu,
jedyne światło, które nie zna zmierzchu,
bądź dla tej duszy wiecznym odpocznieniem,
pozwól oglądać chwały Twej majestat.





A w ramach ostatniej posługi podczas Mszy pogrzebowej zaśpiewałam psalm. Babcia nigdy nie miała okazji usłyszeć mnie śpiewającej. Więc chociaż teraz.

wtorek, 14 grudnia 2010

zmagania

Dziś w duszpasterstwie trudne pytanie. Dlaczego chodzisz na roraty?

Odpowiedzi padały różne. Bardzo pobożne i takie całkiem prozaiczne. Tak naprawdę warto sobie zadać takie pytanie. W środku Adwentu. Po co?

Trudno mi było znaleźć odpowiedź na pytanie. Może dlatego, że to takie - oczywiste. Roraty są i już, i się na nie chodzi. Jednakowoż to, co najbardziej pewne i oczywiste, wcale takie nie jest, kiedy trzeba podać jego racje.

Dlaczego ja chodzę na roraty? Bo to służba. Przy mikrofonie, o ile tylko stan zdrowia pozwala. I trochę też przemagania siebie - zrobić coś, na co w codzienności nie ma się siły i odwagi. Z tej niecierpliwości wyczekiwania różne rzeczy człowiekowi przychodzą. Dużo modlitwy trzeba. Bardzo dużo.

piątek, 3 grudnia 2010

niemota

Stało się. To, co się stać musiało. Chociaż liczyłam, że jednak później, że trochę dłużej będę się mogła nacieszyć.

Zaniemówiłam.

Właśnie wtedy, kiedy najbardziej się chce Panu śpiewać, struny głosowe wydają agonalne okrzyki i westchnienia. A może to i dobrze. Trochę pokory się przyda. Może ta cisza - jeszcze wczoraj od świeżego śniegu, a dzisiaj od nieposłusznego gardła - jest jakimś sposobem przeżycia Adwentu. W tej ciszy może uda się usłyszeć ciche kroki Tego, który się nigdy nie narzuca. Co najwyżej patrzy uparcie w oczy, że aż nie można nie odwrócić wzroku.



No i wreszcie stały spowiednik i kierownik duchowy. Mała stabilizacja. Uzyskana w ostatnim normalnym odruchu mojego gardła.

I śmieszne słowa, że za pokutę wystarczy to klęczenie. Pół godziny klęczenia. Tak niewiele!

I jeszcze wcześniej, ważne słowa - i trudne. Że Maryja tak naprawdę jest nieodkryta. Że pokazuje nam zawierzenie. Chyba właśnie tego trzeba. Zawierzenia.

czwartek, 2 grudnia 2010

w cichości

Sezon rorat. Niewyspania, zmęczenia, przemarznięcia. Śpiewania, ciemności, świec. CZEKANIA.

W tym śniegu, który spadł, jest coś dobrego. Mianowicie - cisza. O 5:20, kiedy idę na przystanek, samochody jadą i milczą. W ogóle ich nie słychać. Ta cisza jest w gruncie rzeczy radosna, bo wiadomo, że zaraz będzie inaczej. I zaraz po tej ciszy jest inaczej - jest śpiew, już w kościele. Śpiew, który zapiera oddech i odbiera głos - dzisiaj już prawie dosłownie. Lubię ten kontrast. Najbardziej lubię tę ciszę zimowej nocy. W takiej ciszy nie słychać nic niepotrzebnego.

Może właśnie w takiej ciszy przychodzi na świat Jezus.

Oby było słychać tylko Jego. Oby się Adwent stał czasem takiej właśnie ciszy.

poniedziałek, 22 listopada 2010

związkowcom i niezrzeszonym

Wspomnień czar. Dziś pora na św. Cecylię.

Wart przeczytania jest jej życiorys. Nie będę go tu przytaczać, streszczać ani nic podobnego. Powiem natomiast, że motyw nawrócenia męża przypomniał mi niedawną rozmowę. W rozmowie tej padły słowa o tym, że lepiej jest dla kobiety wiązać się z mężczyzną dobrym, a niekoniecznie katolikiem - i potem go ewentualnie prostować - niż szukać na siłę katolika, który wcale taki dobry być nie musi. Niby prosta konstatacja, ale ile znaczy dla kogoś, kto ma już na tym tle złe doświadczenia. (I nieważne jest tutaj, że św. Cecylia wcale sobie męża nie szukała :P)

Święta Cecylia jest dla mnie szczególnie ważna i bliska, bo jest patronką muzyki kościelnej. Ponoć sama grała na organach - co skutecznie studzi mój zapał w jej kierunku - ale to tylko legenda. W ikonografii przedstawia się ją też z innymi instrumentami. Tak czy inaczej -

święta Cecylio - módl się za nami!

wtorek, 16 listopada 2010

czy muzyka jest do zbawienia koniecznie potrzebna?

Na spotkanie SOWY (Szkoły Odnowy WiarY) zawitał dziś z dawna oczekiwany gość - o. Błażej Matusiak OP. Mówił o muzyce we Mszy świętej, swój wykład ilustrował fragmentami nagrań. Ciekawe, choć trudne. Kwiatki, które mi zapadły w pamięć (i w notes):

Śpiew mężczyzny jest bardzo męski, a śpiew kobiety - bardzo kobiecy

Śpiewanie to piękne oddychanie - o. Błażej nie umiał powiedzieć, czyja to oryginalnie myśl.

Głos jest sumą własnych doświadczeń i przeżyć oraz głosów innych ludzi, których się słyszało/słuchało.

U grekokatolików chłopak by nawet nie pomyślał, że ma powołanie, gdyby nie miał dobrego głosu.

I na koniec absolutny hit: Śpiewa człowiek, nie anioł - nie musimy udawać kogoś, kim nie jesteśmy :)

niedziela, 14 listopada 2010

kwiat

Długi weekend. Długi czasowo i długi mentalnie. Dobry w jakiś przedziwny sposób.

Najpierw ślub Znajomych. Ślub, podczas którego znowu, znowu śpiewanie było przede wszystkim służbą. Ślub, który był tak naturalną konsekwencją tego, co widziało się przez ostatnie miesiące, lata, że trudno sobie wyobrazić, by mogło go nie być.

Potem bieg do domu po bagaż i na dworzec, żeby dołączyć do młodzieży i ojca w Wilkanowie. Perypetie pociągowe, zakończone sukcesem. Komitet powitalny w Bystrzycy Kłodzkiej, stamtąd autem do Wilkanowa. I cztery dni... jak to nazwać? Cztery dni obserwowania się nawzajem, nawiązywania niteczek kontaktu. Nie jestem najlepszym pedagogiem i czas coś z tym zrobić. Pod względem duchowym ten wyjazd dał mi jedną bardzo, ale to bardzo ważną rzecz: pokazał, jak bardzo przez ostatnie lata dojrzałam w wierze, jak bardzo się zmieniłam pod tym względem. Także - ile jeszcze przede mną.

Oraz - jak wiele można dać innym ludziom, kiedy ma się już tę odrobinę. Spotkanie ze Słowem Bożym w grupach - lectio divina - trzeba się nauczyć mówić o Panu Bogu - bez moraliny - cztery dziewczyny w wieku licealno-gimnazjalnym i ja - godzina jak z bicza strzelił. Tylko Ewangelia na tę niedzielę (na dzisiaj). Miałam tu zapisać te myśli, które się pojawiły w rozmowie, ale myślę sobie, że może jednak powinny zostać niespisane.

Na koniec - podróż powrotna i pociągowe rozmyślania tym razem skupione w rozmowie z ciut ode mnie starszym chłopakiem, z którym najpierw rozmawialiśmy o filozofii, a potem o Bogu, wierze, religii. Pod koniec tej rozmowy powiedział, że jestem pierwszą osobą, która ma inne zdanie od jego własnego. Wygląda więc na to, że mówienie, które obok robienia pierogów i śpiewania (w tej kolejności) wychodzi mi najlepiej, może być moim sposobem apostolstwa. Jasna sprawa, że nie jedynym. Ale tym najważniejszym?

niedziela, 3 października 2010

z bardem

Dziś zaczęliśmy rekolekcje na dobry początek. Głosi je o. Paweł Gużyński OP. Myśl przewodnia: Późno mądrość przychodzi. Opierać się będziemy na tekstach piosenek Jacka Kaczmarskiego; temat rekolekcji pochodzi z piosenki Jan Kochanowski. O niej też była mowa dzisiaj. Przytaczam tekst (za teksty.org) do przemyślenia:

Tak nas Panie obdarzasz, wżdy nam zawsze mało -
Za nic mamy - co mamy, więcej by się chciało.
A przecież ni nam życia ni geniuszu starcza
By skorzystać z bogactwa samej duszy skarbca.
Za to ciało gnębimy, jakby wieczne było:
Krwią wojenny trud płaci, potem zrasza miłość
Aż i w końcu niezdatne do snu ni kielicha;
Trzeszczy, cieknie i śmierdnie, wzdyma się i wzdycha.
Nie zachwycą już nas wtedy szczodre dary boże.
Bośmy kochać to nawykli, z czego czerpać możem.

Późno mądrość przychodzi
Czego pragnąć się godzi.
Ale próżno żałować
Czego nie szło zachować.

Przypomina pergamin i cielęca skóra
Że i drzewiej wiedziano - co teraz skrobią pióra.
Krom grosiwa i jadła i chybkiej obłapki
Zawżdy człeka kusiły te same zagadki:
Po swojemu się każdy ze Stwórcą pasował,
A co siebie nadręczył, innym krwi popsował,
Własnym myślom nie ufał, życie sobie zbrzydził,
Bał się swojego strachu i wstydu się wstydził,
Lubo jako my się cieszył - czym? - nie miał pojęcia
I umierał taki mądry jak był w czas porczęcia.

Żak profesorom krzywy
Martwych nie słuch żywy,
Nie wyciągają wnuki
Z życia dziadów nauki.

Kto cnotami znudzony, nieufny nadziei,
Swoich kroków niepewny - do dworu się klei.
Tam wśród podobnych sobie może się wyszumieć
A przy tym w nic nie wierzyć, niczego nie umieć:
Prałat karci opojów - sam jeszcze czerwony,
Złodziej kluczem potrząsa do skarbca Korony,
Kanclerz wspiera sojusze na ościennym żołdzie,
Mędrcy przed głupotą łby schylają w hołdzie.
Wiem - bo byłem sekretarzem u Króla. Do czasu
Nim wolałem się pokłonić władzy Czarnolasu.

Dwór ma swoje zalety:
Po komnatach - kobiety,
W radach szlachta zasiada
Jeno nie ma z kim gadać.

Kto i bawić się umiał i nie bał się myśleć
Temu starość nie straszna pod lipowym liściem.
Miło dumać wśród brzęku pszczół nad bytowaniem -
Czy się zboża wykłoszą, a czy kuśka stanie,
Czy w powszechnej niezgodzie kraj się znów pogrąży.
Czy się księgę ostatnią w druku ujrzeć zdąży,
Która gwiazoa na niebie - (moja) ta co spada,
Czy ta nad widnokręgiem, co jutrzenką włada?
Tylu bliskich i dalekich dzień po dniu odchodzi
A ja żyję w lat bogactwie, co mi schyłek słodzi...

Im mniej cię co dzień, miodzie -
Tym mi smakujesz słodziej:
I słońcem i księżycem,
Rozkoszą nienasyceń,
Szczodrością moich dni
- Dziękuję ci.


Pozostaje mi tylko prosić o modlitwę - za o. Pawła o mądrość - i za nas, studentów, o otwarte serca i umysły.

niedziela, 19 września 2010

zaniemówienie

Dziś wyjątkowo nie będzie o czytaniach. Nie jestem w stanie. Rozłożyła mnie na łopatki Msza święta, na której śpiewaliśmy ze scholą z racji chrztu, który po tejże Mszy miała otrzymać siostrzenica naszej prowadzącej. I to, niestety, rozłożona jestem w negatywnym sensie.

Mogę powiedzieć tylko tyle. Kapłan jako człowiek ma swoją osobowość i źle jest, jeśli tego nie widać. Ale jeszcze gorzej jest, jeśli swoją osobowością przysłania mi drogę do Pana Boga. Czy to na Mszy świętej, czy to w duszpasterstwie, czy gdziekolwiek indziej. Niestety. Podczas dzisiejszej Mszy w jednej z podwrocławskich parafii miałam wrażenie, że ten event ma jednego głównego bohatera i nie jest nim Pan Bóg. Ani nawet Pan Jezus.

Nie mówiąc już o tym, że kazanie traktowało o wszystkim, tylko nie o dzisiejszych czytaniach. Nie można przecież wymagać wszystkiego. Gwiazda musi się jakoś wypromować; ciężko to zrobić, komentując naprawdę trudne teksty, jakie na XXV niedzielę zwykłą ktoś mądry przygotował.

Jedno jest pewne, w takich chwilach człowiek dogłębnie odczuwa, że śpiew podczas liturgii również jest służbą. Co za tym idzie - nie zawsze musi wiązać się z przyjemnością i poczuciem wzrostu w wierze.

sobota, 4 września 2010

mija góry, łąki, lasy, by Komunii stał się cud

Z moją niezawodną współodpowiedzialną byłam dziś na mszy. Wśród wielu rzeczy wzbudzających w nas uśmiech, a nawet - o zgrozo! - śmiech, miejsce pierwsze zajął ksiądz koncelebrans, który śpiewał psalm. Przypomniał mi się komentarz z Gościa Niedzielnego, o śpiewaniu. W sam raz tenże komentarz pasował do dzisiejszej sytuacji.

Miejsce drugie zajęła pani, która biegła do komunii chyba z samego końca kościoła (a wrocławski kościół dominikanów długi jest), pech chciał, że na sam koniec. Ojciec czekał na nią jedną, a pani tak się zestresowała, że przez nią się przedłuża, że najpierw drobiła tymi bucikami na obcasikach, ile wlazło, a potem zaczęła najzwyczajniej w świecie biec... Ach, ten pęd do Komunii z Panem...

Z powyższego wynika, że wizyta w kościele w pierwszą sobotę miesiąca, na mszy maryjnej, wcale nie musi być taka zła. Ot co!