Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nawrócenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nawrócenie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 lipca 2015

aniele!

Księga Tobiasza.

Anioł Rafał. Anioł. który ukrywa swoją tożsamość. Anioł, który działa pod przykryciem. Anioł, który daje się poznać dopiero po spełnieniu swojej misji.

Ciekawe, ilu takich aniołów spotkałam w swoim życiu. Ciekawe, ilu z nich nie dałam objawić ich tożsamości. Ciekawe, ilu z nich objawiło swoją tożsamość, ale ja tego nie zrozumiałam.

Tak czy siak, za wszystkich aniołów zesłanych przez Boga w moje życie - dziękuję.

Bądź uwielbiony, Boże,
wszelkim czystym uwielbieniem!
Niech Cię wielbią po wszystkie wieki.
Bądź uwielbiony, ponieważ mnie ucieszyłeś
i nie stało się, jak przypuszczałem.
Postąpiłeś z nami
według wielkiego Twego miłosierdzia.

Tb 8, 15-16

czwartek, 7 maja 2015

trudno tak

Co Chrystus chce mi powiedzieć przez to, że pozwala mi ciągle popełniać ten sam grzech? Że pozwala mi się nie modlić? Może to, że moja wiara jest bardzo słaba. Że może nie wierzę w Niebo tak, jak powinnam i jak bym chciała. Że może prawie w ogóle w Niego nie wierzę.

Trudno jest. Trudno wierzyć.

Trudno się modlić. Nie modlić się też trudno.

czwartek, 13 listopada 2014

wzorce

Od jakiegoś czasu bardzo dobitnie dociera do mnie ogrom Bożego Miłosierdzia. Niezasłużonego, darmowego, niezrozumiałego Bożego Miłosierdzia. Miłosierdzia, przed którym można próbować się ukryć, ale to akurat nigdy się nie uda. Zadziwia mnie Bóg, który po raz siedemdziesiąty siódmy przychodzi, gdy siedzę w swoim ciemnym kątku, i mówi, że jeśli chociaż trochę chcę do Niego wrócić, to On z radością mnie przyjmie.

Na kanwie dzisiejszej spowiedzi doszłam również do pewnej poruszającej mnie myśli. Mianowicie, że nasze relacje z ludźmi powinniśmy wzorować na relacji z Bogiem - a nie na odwrót. Nie muszę się chować przed Bogiem jak dziecko przed rodzicem, który będzie krzyczał po zobaczeniu zbitej szyby. Za to mogę pójść do ojca i powiedzieć mu wybaczam, nawet jeśli jest to siedemdziesiąty siódmy raz, bo tego sama doświadczam od Boga.

Niby takie proste, ale jednak uderzające.

Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

środa, 5 listopada 2014

tęsknota

Praca w katolickiej księgarni daje sporo nowych doświadczeń.

Pierwsze jest takie, że naprawdę sporo ludzi pragnie pogłębiać swoją wiarę i decyduje się robić to poprzez lekturę. Wszelaką. Poradniki modlitewne, rekolekcje, świadectwa, życiorysy świętych, komentarze do Ewangelii... i mnóstwo innych. Oczywiście, jak na deklarowane dziewięćdziesiąt z górą procent katolików w społeczeństwie, i tak nie nie jest powalająca liczba klientów. Jednak najważniejsze, że są. Że te wszystkie książki nie trafiają w próżnię.

Drugie doświadczenie to spotkanie z ludźmi. Różnymi. Z ludźmi, którzy mają wiele do opowiedzenia, również w kwestii wiary. Z takimi, którzy chętnie dzielą się swoim doświadczeniem Boga. Również z takimi, którzy w religii i okolicach szukają lekarstwa na swoje problemy duchowo-psychiczne. No i, na ostatek, także z takimi, którzy rozwiązań problemów psychicznych nie szukają, chociaż może czasem byłoby to wskazane. Tych ostatnich jest zdecydowanie najmniej. Zresztą, sam fakt, że przychodzą do księgarni, świadczy, że czegoś szukają. Może nie zawsze to znajdują, ale mogą za to dostać naprawdę wiele dobrego.

Trzecie doświadczenie to praca w charakterze doradcy. Tutaj naprawdę widać, co to znaczy doradzać. Kiedy przychodzi pan z obłędem w oku, mówiąc, że szuka dla siostrzenicy jakiejś książki na osiemnastkę... albo pani poszukuje dla wnuka z okazji pierwszej rocznicy ślubu czegoś ciekawego... od razu zamieniam się w poszukiwacza skarbów i prowadzę ich do dobrze mi znanych kryjówek, w których takie skarby można znaleźć. Nigdy się nie spodziewałam, że tyle frajdy sprawi mi widok człowieka wychodzącego z książką pod pachą. No, bo też przecież nigdy wcześniej nikomu książek nie polecałam :)

I czwarte doświadczenie, pewnie nie ostatnie, ale na pewno ostatnie z ważnych. Potrzeba kontaktu z Panem Bogiem. Bo spotykam codziennie wielu ludzi, którzy z Nim są, spotykają się, rozmawiają. I we mnie budzi się tęsknota. Tak po prostu. Codziennie kilka razy mam w rękach Pismo święte, które podaję klientom. I codziennie wieczorem z radością biorę swoją biblię do ręki, żeby ją poczytać w ramach modlitwy. Już dawno tego nie doświadczyłam. Oby jak najdłużej.

środa, 9 lipca 2014

dzieci niczyje

Toczy się, toczy wielkie koło sprawy profesora Chazana. Jedni popierają (na fejsbuku), inni odsądzają od czci, rozumu i postępu (no bo przecież nie od wiary). A ja myślę sobie o tym małym dziecku i o jego matce.

Był taki dzień, dawno temu, który spędziłam na oddziale noworodkowym pewnego szpitala w charakterze gościa-obserwatora. Był to noworodkowy OIOM. Przypadki mniej bądź bardziej drastyczne. (No dobra, nie AŻ TAK drastyczne jak ten medialny). Razem z pielęgniarkami karmiłam te dzieciaki z butelki. Chłopca, który miał przerost wszystkich organów w jamie brzusznej i według progroz lekarzy miał przed sobą najwyżej rok życia. Dziewczynkę, która leżała w inkubatorze i nie można jej było na chwilę wyciągnąć - jej głowa spoczywała na dwóch moich palcach. Chłopca, który urodził się z HIV i uzależnieniem od narkotyków, a mamusia się go wyrzekła; pielęgniarki zaciskały zęby, bo przecież nikt go nie weźmie do adopcji. Życie każdego z nich miało bardzo krótką perspektywę. Poza tym ostatnim maluchem chyba wszystkie dzieci na oddziale były w jakiś sposób zdeformowane.

I to bolało. To nie był wstręt ani odraza, co się czuło. To był ból, że nie można im pomóc. Że władują w nie tonę leków, a to i tak nie da im szczęścia. To nie znaczy, żeby nie podejmować wszelkich możliwych działań. To znaczy tylko tyle, że patrzenie na te dzieci rodzi bezsilność, bezradność, ból, bunt. Tylko tyle i aż tyle.

Trudno orzec, jak bardzo dzieci w takim stanie odczuwają ból i inne bodźce. Nie ma więc uzasadnienia dla "skracania cierpienia", skoro nie mamy pojęcia, jak ono w rzeczywistości wygląda. Można jednak określić, jak bardzo cierpi matka, ojciec, rodzina tego dziecka, jeśli na nie patrzy. To jest coś, czego nie możemy zlekceważyć. Ten ból i wszystkie inne uczucia trzeba przyjąć i pomóc je przeżyć. Może dobrze byłoby kierować do takich rodziców psychologów od interwencji kryzysowej. Może dobrze byłoby nie odsądzać ich od czci i wiary. Nie wymagajmy, by byli od razu herosami.

Nie, nie mam na myśli, żeby grzecznie i ze współczuciem przytakiwać żądaniom aborcji. Myślę tylko o tym, żeby spojrzeć na tych rodziców jak na rodziców, ludzi, a nie jak na potwory (z ultrakatolickiej strony) lub na pokonanych rycerzy postępu (to z tej drugiej).

Myślę o tym, żeby modlić się za tych ludzi. Często słyszę o modlitwie za dzieci poczęte, zagrożone aborcją, a modlitwy potrzebują chyba przede wszystkim rodzice, którzy nie potrafią sobie poradzić z przerastającą ich sytuacją. Może dobrze będzie modlić się przede wszystkim za nich, i niekoniecznie tylko o "zmądrzenie", "nawrócenie", ale też o realną i konkretną pomoc dla nich.

piątek, 27 grudnia 2013

Syn

Od kilku lat w same święta Bożego Narodzenia przeżywam coś na kształt wewnętrznego rozdarcia, czy może raczej dezorientacji. W Adwencie teksty liturgiczne odwołują się do zapowiedzi mesjańskich, do wizji przyjścia Zbawiciela, do potrzeby nawrócenia serc i dusz. Człowiek aż zaczyna tęsknić do paruzji. A w Boże Narodzenie czytamy o małym Jezusku w pieluszkach, gdzieś tam na uboczu i w ogóle bez pompy. No dobra, są aniołowie, którzy wyśpiewują "Gloria". Ale czas się wtedy nie kończy, nawrócenie znowu może trochę poczekać.

Zastanawiają mnie w tym kontekście pastuszkowie, którzy jako pierwsi powitali Boże Dziecię. Co oni wtedy myśleli? Czy znali te wszystkie piękne historie o nadejściu Mesjasza? Czy rzeczywiście nimi żyli? Czy naprawdę usłyszeli głos anielski i czy naprawdę to za nim poszli? Czy nie uznali - albo chociaż nie chcieli uznać - że to małe dziecko na sianie to po prostu noworodek jakich wiele, z ledwo otwartymi oczami, sklejonymi włosami i takie tam? Czy naprawdę rozpoznali w nim tego Mesjasza, tego Zbawiciela, o którym pisali i Izajasz, i Jeremiasz, i Micheasz, i inni?

Bo jeśli tak, to chciałabym mieć taką wiarę.

I Wam też takiej wiary życzę.

niedziela, 13 października 2013

Jezus zwyciężył

Chwila pokusy. Przeciągająca się chwila pokusy. Pokusy obezwładniającej.

Na początku wola mówi - okej, okej, panuję nad sytuacją, dasz radę. No i daję.

Za chwilę wola mówi - no nie wiem, jakoś tak słabo się czuję. Więc zaczyna się robić jeszcze fajniej.

A w końcu wola woła z przerażeniem - ja dezerteruję, szukaj ratunku gdzie indziej! Nie wiem, dlaczego tym razem jest inaczej niż zwykle, dlaczego tym razem rzeczywiście szukam innego punktu zaczepienia. Jakieś kilka niezbyt poprawnie zlepionych razem słów jako wezwanie do Pana, żeby coś z tym zrobił, bo nie chcę się od Niego oddalać.

I tu, jak w komiksie, mógłby się pojawić dymek z wielkim Puffffff, chmura dymu, a w następnym okienku pokusa poobijana, czołgająca się po podłodze ku wyjściu. No... i byłby to całkiem adekwatny obrazek - no, może bez tej chmury dymu. Alleluja, Bóg jest wielki!

piątek, 11 października 2013

in Te Domine speravi

Czytam aktualnie Pokonaj swojego Goliata Maxa Lucado. Dziś dzięki tej książce dokonałam epokowego odkrycia. Przynajmniej jeśli chodzi o moje życie.

Jezus płakał. Smucił się. Przeżywał po ludzku ból związany ze stratą bliskiego człowieka. On wie, czym jest ból. On to rozumie. On nie jest daleko od tego, wyizolowany, w sterylnych warunkach Boskiej egzystencji. On naprawdę wie, co to jest ból i że człowiek może od niego upaść. On nie trzyma się z daleka, obserwując cierpiącego człowieka jak laboratoryjnego szczura podczas testów. On doskonale wie, On nie musi się przyglądać. On wchodzi w to cierpienie, On zna ten ból. I ponieważ sam dał upust temu bólowi, to ja także mogę to zrobić. Z tego morza smutku On mnie wydźwignie, dając mi nadzieję.

W Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki!

poniedziałek, 23 września 2013

miłujmy

Tak niewiele trzeba, by okazać miłość.

Wystarczy wpaść do samotnej sąsiadki na szklankę owocowej herbaty.

Wystarczy nie spojrzeć z obrzydzeniem na bezdomnego siedzącego w końcu wagonu.

Wystarczy uśmiechnąć się do pani kasjerki, którą przed chwilą inna klientka zmieszała z błotem.

Wystarczy uklęknąć wieczorem i podziękować za całe dobro tego dnia.

I może właśnie to ostatnie zdanie powinno być pierwsze przed wszystkimi wypisanymi wcześniej.

Jedynie w Bogu zbawienie moje i chwała, Bóg opoką mocy mojej i moją nadzieją (Ps 62)

sobota, 31 sierpnia 2013

w tacie pokładam ufność swą

Prosta rzecz, wypowiadana codziennie, a tak trudno ją zrozumieć. Szok podczas spowiedzi, kiedy ksiądz dwoma pytaniami doprowadza do łez. Jeszcze większy szok, kiedy dociera wreszcie do głowy - a oby także do duszy - że Bóg jest Ojcem. Nie kolegą, nie szefem, nie egzaminatorem. Właśnie Ojcem.

Bóg jest Tatą. Tatą, który nie zawodzi. Nie spóźnia się, nie odwołuje wizyt, nie zwleka z kontaktem, nie oczekuje zbyt wiele, nie cofa swojej akceptacji w razie niepowodzenia. Bóg jest Tatą, jakiego można sobie tylko wymarzyć.

Abba. Tato. Tatusiu!

wtorek, 20 sierpnia 2013

enpeer

Przygotowuję wykład na temat metod naturalnego planowania rodziny. Piszę, notuję, zaglądam do mądrych książek. A w tle, w mojej głowie, kołacze się pytanie: jak udowodnić, że droga Kościoła jest rzeczywiście dobra?

Jako społeczeństwo i jako wspólnota wyrośliśmy (dzięki Bogu!) z uznawania za aksjomat czegoś, co nim ewidentnie nie jest. Mam jednak nieodparte wrażenie, że niepostrzeżenie przeszliśmy na dokładnie drugą stronę: odrzucić wszelkie aksjomaty w imię naukowej potwierdzalności wszystkiego. Wobec tego, kiedy o naukowo potwierdzonym fakcie mówi nam ktoś, o kim wiemy (lub możemy przypuszczać), że uznaje w swoim myśleniu pewne aksjomaty, z góry odrzucamy te jego naukowo potwierdzone fakty. Żeby się przypadkiem nie okazało, że karmi nas swoją wiarą w aksjomaty, zamiast suchymi faktami. I jak tu nie popaść w paranoję udowadniania wszystkiego, co tylko możliwe?

Sęk w tym, że w pewnym momencie trzeba uznać własną niewystarczalność. Być może jestem jedyną osobą uznającą NPR za słuszny, jaką dany człowiek spotka w swoim życiu. I być może nie uda mi się go przekonać, że warto spróbować. Być może nie uwierzy mi, że to droga warta zachodu, skuteczna i po prostu, po ludzku i po Bożemu dobra. Być może żaden naukowy dowód potwierdzający tę skuteczność do tego człowieka nie przemówi. Jeśli tylko zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, aby wypełnić swoje zadanie, to mogę spać spokojnie. Pan czynów wspaniałych dokonał - mogę się tylko modlić, by i tym razem tak zdecydował.

Pokazuję ludziom, że mogą podjąć współpracę z Bogiem-Stwórcą, ale nie uda się to ani w jednym procencie, jeśli Bóg nie będzie ze mną. NPR jest naukowo potwierdzone jako skuteczne, ale uznanie go i przyjęcie jako czegoś swojego musi się opierać na czymś więcej niż tylko na naukowym dowodzie. Drugim filarem musi być zaufanie do drugiego człowieka. Nie tyle nawet do tego, kto przekazuje podstawową wiedzę na temat NPR - bardziej do tego, z którym tę metodę mogę wprowadzić w życie. A takie zaufanie jest już pewnym aksjomatem.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

protokół

Kobieta, która upadła Chrystusowi do nóg, obmywała je własnymi łzami, ocierała włosami i maściła olejkiem, bardzo umiłowała.

Może po prostu pomyślała, że nikt poza Nim nie jest w stanie jej pomóc, że też ona sama nie może udźwignąć tego ciężaru, który narósł w jej życiu. Mając niewiele do stracenia, podjęła decyzję o pokochaniu - o rzuceniu się w ramiona Boga, o oddaniu Mu wszystkiego.

Szybko rachunek sumienia. Jak wygląda moja modlitwa w ostatnim czasie? Łez i wonnego olejku na stopy Pana to tam raczej nie ma. Już prędzej coś w rodzaju protokołu zdawczo-odbiorczego. Żeby zatwierdził i podpisał.

A może On ma właśnie inny plan? Może mój protokół nie nadaje się do zatwierdzenia, właśnie dlatego, że jedyne, czego oczekuję, to owo zatwierdzenie.

Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serce moje według serca Twego!

wtorek, 4 czerwca 2013

wznoszę duszę moją

Dwie impresje.

Pierwsza impresja z wczoraj, ze spowiedzi. W konfesjonale siedzi ojciec-dziadunio, przygarbiony, uśmiechnięty. Mówi do mnie "dziewczynko" i że wszystko dobrze - że miesiąc temu byłam u spowiedzi, że odprawiłam pokutę, że przychodzę teraz. Wyznaję swoje grzechy, a ojciec-dziadunio przy każdym z nich mówi: ja cię nie potępiam. W połączeniu z "dziewczynką" i z tym, że wszystko "dobrze", wydawało mi się to pocieszne i miłe. Dopóki pod koniec spowiedzi nie uświadomiłam sobie, że to Jezus pierwszy powiedział Ja cię nie potępiam. Powiedział to do jawnogrzesznicy, która nawet nie musiała mówić głośno o swoich występkach. I że tak naprawdę mówi tak samo do mnie w tym momencie, kiedy ja przychodzę do Niego i nie wiem, gdzie oczy podziać. Mówi to do mnie ustami ojca-dziadunia, może dlatego, że do tej pory jakoś tego nie rozumiałam. Ja cię nie potępiam. Alleluja!

Druga impresja z dzisiaj, związana z Ewangelią czytaną na mszy (Mk 12,13-17). Chrystus, obejrzawszy denara, każe oddać go temu, do kogo on należy - Cezarowi. Jednocześnie jednak mówi, żeby Bogu oddać to, co należy do Boga. To, co ma na sobie obraz Boga, co jest do Niego przypisane. O czym innym może mówić, jeśli nie o człowieku, stworzonym przecież właśnie na obraz Boga, a szczególnie o chrześcijaninie, który nosi na sercu niezatarte znamię chrztu? Bóg pragnie mnie, Bóg się o mnie upomina. Nic tak nie należy do Niego, jak właśnie ja - Jego obraz i podobieństwo! Alleluja!

poniedziałek, 20 maja 2013

pustostany świadomości

Wszystko, co się dzieje w moim życiu ostatnio, pędzi na łeb na szyję, nie wskazując celu. Silne postanowienie z ostatniej spowiedzi okazuje się mrzonką. Kiedy pędzę z jednego krańca swoich możliwości na drugi, nie mam czasu zatrzymać się przed Panem Bogiem. Dotarło do mnie, że kiedyś nie było dla mnie problemem zorganizować się tak, żeby być na Mszy świętej w tygodniu. Teraz nawet ta niedzielna wymaga akrobacji czasowych. I po co to?

W kalendarzu notuję sobie przy każdym wpisanym zadaniu i przypomnieniu dwie literki. P - jak pilne. I W - jak ważne. Nagle się okazuje, że tylko kilka rzeczy w tygodniu jest ważnych, ewentualnie jednocześnie pilnych i ważnych. I znajdują się one na szarym końcu listy do spełnienia. Pomieszanie z poplątaniem.

Żaden magiczny sposób nie pomoże. Mogę nosić przy sobie różaniec, mogę trzymać na biurku Oremus gotowy do otwarcia na odpowiedniej stronie, mogę wykonywać pobożne gesty przed posiłkiem. Jeśli naprawdę nie znajdę zorganizuję czasu, żeby powiedzieć - dziękuję, proszę, przepraszam, to każda z tych rzeczy będzie pusta.

Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

środa, 17 kwietnia 2013

pakiet rocznicowy

Dwa dni temu minęły 23 lata od mojego chrztu. Dziś mija 8 lat od bierzmowania. Myślę sobie, że dobrze jest w takim momencie zastanowić się nad swoją relacją z Panem Bogiem, który jest sensem i centrum tych rocznic.

Myślę też, że to dobry moment na dziękczynienie za te wszystkie lata wypełnione łaskami. Ostatnio widziałam w czeluściach internetu takie pytanie: Gdybyś miał się jutro obudzić tylko z tym, za co dzisiaj podziękowałeś Bogu, co by ci zostało? To trudne pytanie, bo pozwala uświadomić sobie, że nie doceniam Bożej obecności w moim życiu. Wszystkie dobra, które On daje mi w taki czy inny sposób ze Swej nieskończonej dobroci, są tak powszednie, że zupełnie nie postrzegam ich przez pryzmat łaski. A przecież tak wiele rzeczy zawdzięczam Jemu! Zaczynając od życia samego w sobie, przez rodzinę (jaka jest, taka jest, ale dobrze sobie powiedzieć, że nie mogę narzekać), przyjaciół, mężczyznę mojego życia, przez siłę do uporania się z różnymi trudnościami, przez duszpasterstwo i mądrych kapłanów na mojej drodze... aż po łaski płynące z sakramentów Eucharystii i pokuty i pojednania. Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty - Trójjedyny Bóg prowadzi mnie za rękę przez życie, dając mnóstwo dowodów na mocny uścisk i pewny krok.

Potrzeba dziękczynienia rośnie we mnie ostatnio. Nie sztuką jest ciągle prosić. Sztuką jest prosić i umieć dostrzec spełnienie próśb.

wtorek, 19 lutego 2013

zabiera strach

Krótka wyprawa w góry. Śnieg, śnieg, śnieg. Idziemy szczytem. Śnieg, śnieg, mgła. Mgła, towarzysząca nam właściwie od samego dołu, teraz nabiera nowej gęstości. W zasadzie nie można odróżnić bieli śniegu od bieli mgły. Idziemy jakby zawieszeni w próżni, tylko śnieg pod nogami przypomina, że jest jakaś granica tej bieli. Idziemy w zasadzie każde sobie, bo wiatr, wzmagający się coraz bardziej, skutecznie uniemożliwia rozmowę. Punktem odniesienia są tylko tyczki wbite wzdłuż szlaku. Idziemy.

Pierwsza myśl jak błyskawica. Zaraz zacznie się jakaś potworna zamieć. Kiedy zaczynaliśmy drogę, wszystko było w porządku, ale wiadomo, w górach wszystko się może nagle zmienić. Wiatr się wzmaga. Jakiś samonakręcający się strach ściska mnie za gardło.

Druga myśl jak wysoka ściana. Panie Boże, przecież jesteś. Nie pozwolisz, żeby nam włos z głowy spadł. W Tobie nasza nadzieja. W Twoich rękach wszystko. I my, i ten szlak, i ten śnieg, i ten wiatr. Rób co chcesz, byle po Twojemu.

Zakończenie tej wędrówki nie jest jakoś spektakularnie cudowne. Wiatr nie ucichł, mgła nie rozstąpiła się przed nami, śnieg nie stopił się od Boskiego powiewu. Dotarliśmy w tych samych warunkach do punktu, z którego już dość stroma droga w dół prowadziła nas do schroniska. Im niżej, tym mgła była rzadsza, ale nie miało to chyba wiele wspólnego z ponadnaturalną Bożą ingerencją. Słońce, które ostatecznie prawie się przebiło przez mgłę i chmury (a, jak wiadomo, prawie robi wielką różnicę), też raczej nie.

A jednak jakoś Pan Bóg szedł z nami przez cały ten czas, odkąd Mu się przypomniałam :) Jezus mówi ci, że miłość ta zabiera strach, zabiera strach, zabiera strach... - tym razem chyba wręcz dosłownie :)

wtorek, 12 lutego 2013

sede vacante

Informacja o abdykacji papieża Benedykta XVI uderzyła mnie mocniej, niż w ogóle mogłam przypuszczać. Najpewniej dlatego, że początek jego pontyfikatu nałożył się na moje nawrócenie. Mój wzrost wiary opierał się mocno na łączności z papieżem, chociaż może nawet sobie tego jakoś znacząco nie uświadamiałam. Stałam się miłośniczką jego pierwszej encykliki i naprawdę bardzo lubiłam śledzić jego wypowiedzi na różne tematy. Kiedy prowadziłam SOWę w duszpasterstwie i zgłębiałam tajniki liturgii, postawa papieża niesamowicie mi imponowała.

Nie mnie oceniać jego decyzję o rezygnacji. Nikt z nas, którzy go chwalimy albo potępiamy, nie jest w stanie wyobrazić sobie, jaka to praca, jaki ogrom odpowiedzialności i jaka presja. Martwi mnie natomiast, że Wielki Post, który jutro zaczniemy, może się przekształcić w czas oczekiwania na konklawe i wybór nowego biskupa Rzymu, zamiast być czasem nawrócenia i pokuty.

Myślę, że u progu tego czasu możemy się tylko modlić, aby dobrze i po Bożemu przeżyć ten czas, kiedy rzeczywistość opuszczenia duchowego łączy się z rzeczywistością sede vacante.

środa, 30 stycznia 2013

gdyby

Czytanie z dzisiejszych nieszporów.

Bogu, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków. Amen
Ef 3, 20-21


Nie każde Jego działanie jest jasne, oczywiste i definiowalne w kategoriach naszego wielkiego, ale jednak ułomnego rozumu. Jego działanie odbywa się w nas, w każdym z nas, w świętych i nieświętych, w mądrych i głupich. Jego działanie przekracza spełnianie naszych próśb. Możemy dostać takie dobra, o jakich nie śmieliśmy marzyć, o jakie nie umieliśmy prosić. I to wszystko za tak niewiele - za chwałę po wszystkie czasy.

To niesamowite, ale naprawdę działa. Kiedy chwalisz Go, więcej widzisz. Kiedy więcej widzisz, to zwykle też i więcej chwalisz. A kiedy więcej chwalisz...

A jakoś mało w nas wielbienia. No dobra. We mnie. Ciągle tylko daj i wybacz na zmianę, aż do obrzydzenia. Gdyby tak umieć Go chwalić. Gdyby tak móc Go chwalić w wieczności.

niedziela, 27 stycznia 2013

imię Pana jest twierdzą

Okazuje się, że czasem dobrze powrócić do starych czasów i starych metod. Nie chodzi bynajmniej o odgrzewanie zleżałych potraw, ale o gotowanie w oparciu o ten sprawdzony przepis. Wieczór piosenki religijnej w klimacie, który się zarzuciło dawno temu, potrafi człowiekowi przypomnieć o wielu innych, mniej bądź bardziej luźno powiązanych rzeczach.

Na przykład, że modlitwa nie jest czymś nadzwyczajnym, co trzeba wyodrębniać ze swojego codziennego życia. A może po prostu - nie tylko tym. Że modlitwa całe to życie przenika, całe je przemienia, ale może się tak dziać tylko, jeśli naprawdę odda się to wszystko Jemu. Coś, co przypomina mi się od kilku tygodni, po wielu miesiącach amnezji.

O Jezu cichy i pokorny, uczyń serce me według serca Twego!

poniedziałek, 17 września 2012

coraz bliżej

Czytałam wczoraj fragment Ewangelii wg św. Mateusza o początku działalności Jezusa Chrystusa. Uderzyły mnie dwie rzeczy:

1) Jezus nie zaczyna od arcygłębokich wykładów teologicznych, w których wyjaśniałby zależność między Sobą, Ojcem i Duchem. Zaczyna od prostego wezwania - Nawracajcie się! Myślę sobie, że łatwo jest (wiem, bo sama tak robiłam) krytykować dzieła, które zasadzają się na takich właśnie prostych wezwaniach i hasłach, nie proponując następnego etapu albo przedstawiając go oględnie. Dopiero jak się zobaczy, że nawet On od tego zaczynał pracę z ludźmi - pracę u podstaw, można rzec - to się człowiekowi układa kolejność w głowie. Pan Bóg potrzebuje nawróconych, i kto wie, czy nie potrzebuje ich bardziej niż tych wykształconych? Oczywiście ideałem jest, jeśli wykształcenie idzie w parze z nawróceniem. Wydaje się jednak, że jeśli nie można mieć jednego i drugiego jednocześnie, to sam Pan Jezus wskazuje, co tu jest priorytetem.

2) Jezus kontynuuje nauczanie Jana Chrzciciela, który Go poprzedzał, zapowiadał, przygotował Mu drogi. W końcu o nawróceniu mówi dokładnie tymi samymi słowami, którymi Jan Chrzciciel wzywał ludzi do przyjmowania od niego chrztu. Nieustannie mnie zaskakuje, jak spójna jest historia zbawienia. Trzeba tylko zajrzeć głębiej niż na literki zapisane w Tysiąclatce. Za tymi literkami kryje się Tajemnica, którą wielu próbowało i próbuje zgłębić i pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że kiedyś z woli Bożej dostąpimy tego zaszczytu.

Czego Wam wszystkim i sobie samej życzę :)