Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grzech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grzech. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 lipca 2014

choćby matka opuściła

Konfesjonał. Za kratką znajomy ojciec, który patrzy na mnie przez cały czas (jak mu jest tak wygodnie???). Dobra, jest wyznanie grzechów, jest pouczenie, naznaczenie pokuty, wreszcie rozgrzeszenie. I już, już rzucę tylko sympatyczne, ale zdawkowe Bóg zapłać...

I nagle, jak grom z jasnego nieba. Nie wiem, jak zdążył to wypowiedzieć w czasie mojego nabierania oddechu.

Pamiętaj, że Bóg cię bardzo kocha i przebaczył ci twoje grzechy.

Bóg mnie kocha. Choćby nikt na świecie już mnie nie kochał, to Bóg mnie kocha. Choćbym ja nie kochała, to Bóg mnie kocha. Choćby wszyscy zawiedli... i choćbym ja zawiodła... Bóg mnie kocha.

Dziękuję Ci, Boże, za wierzących księży. Za świętych księży.

niedziela, 13 października 2013

Jezus zwyciężył

Chwila pokusy. Przeciągająca się chwila pokusy. Pokusy obezwładniającej.

Na początku wola mówi - okej, okej, panuję nad sytuacją, dasz radę. No i daję.

Za chwilę wola mówi - no nie wiem, jakoś tak słabo się czuję. Więc zaczyna się robić jeszcze fajniej.

A w końcu wola woła z przerażeniem - ja dezerteruję, szukaj ratunku gdzie indziej! Nie wiem, dlaczego tym razem jest inaczej niż zwykle, dlaczego tym razem rzeczywiście szukam innego punktu zaczepienia. Jakieś kilka niezbyt poprawnie zlepionych razem słów jako wezwanie do Pana, żeby coś z tym zrobił, bo nie chcę się od Niego oddalać.

I tu, jak w komiksie, mógłby się pojawić dymek z wielkim Puffffff, chmura dymu, a w następnym okienku pokusa poobijana, czołgająca się po podłodze ku wyjściu. No... i byłby to całkiem adekwatny obrazek - no, może bez tej chmury dymu. Alleluja, Bóg jest wielki!

wtorek, 4 czerwca 2013

wznoszę duszę moją

Dwie impresje.

Pierwsza impresja z wczoraj, ze spowiedzi. W konfesjonale siedzi ojciec-dziadunio, przygarbiony, uśmiechnięty. Mówi do mnie "dziewczynko" i że wszystko dobrze - że miesiąc temu byłam u spowiedzi, że odprawiłam pokutę, że przychodzę teraz. Wyznaję swoje grzechy, a ojciec-dziadunio przy każdym z nich mówi: ja cię nie potępiam. W połączeniu z "dziewczynką" i z tym, że wszystko "dobrze", wydawało mi się to pocieszne i miłe. Dopóki pod koniec spowiedzi nie uświadomiłam sobie, że to Jezus pierwszy powiedział Ja cię nie potępiam. Powiedział to do jawnogrzesznicy, która nawet nie musiała mówić głośno o swoich występkach. I że tak naprawdę mówi tak samo do mnie w tym momencie, kiedy ja przychodzę do Niego i nie wiem, gdzie oczy podziać. Mówi to do mnie ustami ojca-dziadunia, może dlatego, że do tej pory jakoś tego nie rozumiałam. Ja cię nie potępiam. Alleluja!

Druga impresja z dzisiaj, związana z Ewangelią czytaną na mszy (Mk 12,13-17). Chrystus, obejrzawszy denara, każe oddać go temu, do kogo on należy - Cezarowi. Jednocześnie jednak mówi, żeby Bogu oddać to, co należy do Boga. To, co ma na sobie obraz Boga, co jest do Niego przypisane. O czym innym może mówić, jeśli nie o człowieku, stworzonym przecież właśnie na obraz Boga, a szczególnie o chrześcijaninie, który nosi na sercu niezatarte znamię chrztu? Bóg pragnie mnie, Bóg się o mnie upomina. Nic tak nie należy do Niego, jak właśnie ja - Jego obraz i podobieństwo! Alleluja!

środa, 12 września 2012

ani świnka, ani morska

Dzięki Bogu, udało mi się dotrzeć dziś cało do spowiedzi. I, co więcej, cało z niej wyjść. Wprawdzie z naruszoną konstrukcją swojego miłego i przyjemnego wyobrażenia o sobie, Bogu i tym, co między nami - ale w zasadniczej części wyszłam cało.

Bardzo, bardzo mądre słowa. Że przecież trzeba uznać swoją własną małość, słabość, lichość, bo Jezus Chrystus przyszedł do świata nie w bogatej i zachwycającej świątyni jerozolimskiej, ale w małej, lichej i dziurawej stajni w Betlejem. Jak ma przyjść do mnie, to lepiej być jak ta stajenka, ale naprawdę być i czekać, niż starać się być jak świątynia - czyli nie być w rzeczywistości. W tym momencie przypomina mi się dowcip, który ostatnio często powtarzałam, że świnka morska to takie dziwo, bo ani świnka, ani morska. I tak samo chyba jest z człowiekiem, jak się stara być bardziej doskonały od samego Pana Boga, a już na pewno od Maryi Panny. No. Pokory trzeba.

Jezu cichy i pokornego serca, zmiłuj się nad nami!
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

poniedziałek, 23 lipca 2012

o żesz, stół zakratowany!

Myśli-perełki z wczorajszej spowiedzi.

Imię Boże niesie za sobą konkretną treść, skrywa pewną rzeczywistość. Nadużywanie go powoduje wyświechtanie tej treści, zbanalizowanie tej rzeczywistości.

Zbanalizowanie rzeczywistości sacrum powoduje (albo przynajmniej powodować może) zbanalizowanie wszystkiego, co się z nią łączy - z modlitwą na czele.

Zbanalizowanie modlitwy, czyli składowej relacji z Bogiem, powoduje (albo przynajmniej może powodować) zbanalizowanie - czyli wypaczenie - relacji z drugim człowiekiem.

A stąd już niedaleko do odrzucenia Chrystusa, obecnego przecież w tym drugim człowieku, moim bliźnim.

Wniosek końcowy: sprawdza się zdanie, że karą za grzech jest grzech.

"Grzech sam w sobie jest karą" - powiada mądre przysłowie. To prawda, że czasem działa on jak narkotyk i może dać człowiekowi na jakiś czas poczucie szczęścia i spełnienia, ale obiektywnie każdy grzech zmienia sytuację człowieka na gorsze. Toteż najbardziej tragiczną i przeklętą karą za grzech jest to, że otwiera on wrota do grzechów następnych.
Jacek Salij OP, Zło, cierpienie, nadzieja

piątek, 27 maja 2011

Mateusza ciąg dalszy

"Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?" (Mt 20,15). Pan Bóg ma plan wobec każdego z nas. Zamiast więc porównywać plan dotyczący nas z planami dotyczącymi innych, zajmijmy się współdziałaniem w realizacji tego pierwszego. Jak już wejdziemy do chwały zbawionych, wtedy będziemy mogli patrzeć całkiem z boku i oceniać.

I ciągle przewijające się tłumy. Tłumy, które Jezus uzdrawia. Tłumy, które idą za Nim z miejsca na miejsce. Tłumy, których boją się faryzeusze. Tłumy, które krzyczą Hosanna Synowi Dawida! Czy bez tych tłumów działalność Jezusa byłaby tą samą działalnością? Gdyby tłumy za Nim nie szły, czy dzisiaj mielibyśmy całe to chrześcijańskie dziedzictwo? Czy chrześcijaństwo w ogóle by się narodziło, a jeśli tak, to czy przetrwałoby 2000 lat?

I ciągła, bolesna aktualność przypowieści o dwóch synach (Mt 21,28-31). Ilekroć grzeszę, odwracam się od Jego woli, od Jego Słowa, tylekroć stoję w miejscu, chociaż powiedziałam Pójdę. Za świętym Pawłem: Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię właśnie zło, którego nie chcę (Rz 7,19). Wielkim zadaniem dla każdego z nas jest ciągle się opamiętywać jak ten drugi syn. Oby nam do tego starczyło siły - i czasu.


Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

poniedziałek, 16 maja 2011

niepoprawnie, frustracyjnie

Jedno ze spotkań w moim duszpasterstwie w tym tygodniu dotyczyć będzie naturalnego planowania rodziny. Temat brzmi: Kalendarzyk czy nowoczesny i ciekawy pomysł na styl życia?. Pomyślałam sobie, że NPR właściwie można by wspaniale rozpropagować, zrobić wielką kampanię reklamową i chyba sporo ludzi przynajmniej zastanowiłoby się nad tym rozwiązaniem. Jest w nas, współczesnych, jakieś pragnienie naturalności, powrotu do stanu sprzed rewolucji przemysłowych, seksualnych i innych. Ostatnio natknęłam się na tekst o prezerwatywach jednej z firm obecnych na polskim rynku (nie pomnę, której): dzięki nowym rozwiązaniom zapewniają poczucie większej naturalności niż wszystkie inne. Po co zapewniać sobie poczucie naturalności, skoro można sobie zapewnić samą naturalności? Myślę, że idąc tym tropem, NPR mógłby zyskać całkiem pokaźną liczbę zwolenników.

Problem w tym, że NPR kosztuje dużo mniej niż wszelkie inne środki antykoncepcyjne. Taka kampania reklamowa nikomu nie przyniosłaby zysku, poza samymi zainteresowanymi naturalnym planowaniem rodziny. Pewnie dlatego nikt się nie kwapi, żeby zająć się na poważnie uczeniem ludzi ich własnej fizjologii i jej oswajania.

Ostatnio byłam świadkiem rozmowy dwóch młodych kobiet - jedna w moim wieku, druga kilka lat starsza - o antykoncepcji. Starsza przestrzegała młodszą przed zażywaniem źle dobranych pigułek, opowiadając, co ją samą spotkało - szereg problemów ze zdrowiem, operacja i inne takie. Wspominała, że dużo skuteczniejsze od tabletek są zastrzyki hormonalne: no, jej pomagały, ale wyregulowanie cyklu po takiej terapii zajmuje dwa do trzech lat. Oczy mi wychodziły z orbit. Kobiety same się kaleczą, odczuwają to mniej lub bardziej boleśnie, i niczego się nie uczą!

Jakby przeciwstawnie do tego, co pisałam wyżej - coś złego stało się z naszym poczuciem naturalności. Kobieta opowiadała o chemicznej ingerencji w swój organizm w celu umożliwienia (współ)życia bez odpowiedzialności, jakby to była najzwyklejsza rzecz pod słońcem.

Przyznam szczerze, że tracę szacunek do takich kobiet. Zresztą - nie tylko do kobiet. Moim zdaniem niewiele jest rzeczy bardziej żałosnych niż facet przynoszący swojej kobiecie opakowanie pigułek, żeby czasem nie zapomniała o koniecznej dawce hormonów. Zazwyczaj staram się nie być zbyt ostra w osądach, ale zastanawiam się, czy to nie jest właśnie ten czas, kiedy pewne rzeczy trzeba powiedzieć jasno i wyraźnie. Bez owijania w bawełnę, bez polit-poprawności.

środa, 11 maja 2011

liturgicznie

Jakiś wielki mam problem z wewnętrzną zgodą na śpiewanie Alleluja teraz. Weszło mi w krew powstrzymywanie się od tego w Wielkim Poście. Ciężko mi się przestawić. Dziwne, bo zawsze dotąd było na odwrót: to Wielki Post był czasem walki ze śpiewem Alleluja, natomiast okres wielkanocny stanowił powrót do normalności.

Dziś podczas Mszy świętej czytana była 3. prefacja wielkanocna. Niezwykle mocno uderzyły mnie słowa: Raz ofiarowany więcej nie umiera, lecz zawsze żyje jako Baranek zabity. Ofiara Chrystusa była jedna i wystarczyła. To, co mamy w sakramencie Eucharystii, to pamiątka i uobecnienie tamtej zbawczej Ofiary. Aby do tego uobecnienia mogło dojść, Chrystus musi żyć właśnie jako zabity Baranek. Trudno sobie wyobrazić, jak w ogóle można żyć jako zabity baranek. Chrystus jest żywy mimo śmierci, w którą musiał wejść, ale to zabicie, którego doznał, jest w Nim stale obecne, jakoś Go naznacza. Dlatego Chrystus doskonale rozumie nasze bóle, niepokoje, nasz grzech, naszą słabość. Żyje jako zabity, czyli jako ten, który poznał naturę człowieka od wewnątrz. (Jeśli mówimy o Bogu i człowieku, to tylko człowieka można zabić - Bóg sam przecież jest życiem, nie można Mu odebrać Jego samego).

czwartek, 5 maja 2011

post

Zaskakujące słowa usłyszane dziś w konfesjonale. Nie dajmy sobie wmówić, że jesteśmy grzesznikami. Konsternacja, bo przecież co innego tłuką nam do głów od małego. I ciąg dalszy: Jesteśmy dziećmi Bożymi, które grzeszą, ale to nie znaczy, że jesteśmy nimi przez to mniej. No tak. Póki żyję, jest nadzieja.
(I to wspaniałe uczucie, kiedy można powiedzieć, że jakąś słabość się wreszcie pokonało, albo że się jest na dobrej drodze).

I tyle, tyle intencji do omodlenia. Można zapomnieć o swoich własnych, kiedy się zbiera cudze w wiązankę. Może to i czasem dobrze...



Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

wtorek, 1 lutego 2011

łańcuchy kruszył, a pęta rozrywał

Tym razem, dla odmiany, coś o Ewangelii. Wczorajszej (Mk 5,1-20). Słuchałam jej podczas Mszy o siódmej rano i uderzyła mnie.

Uderzyło mnie, że zło jest destrukcyjne - o. Marcin podczas kazania powiedział, że autodestrukcyjne i to kwestia do przemyślenia, ale chodzi mi o destrukcję tego, w czym zło się zadomawia i działa. Przecież stado świń, w które wszedł Zły, od razu pognało do przepaści i zginęło w jeziorze. Zło to nie jest coś, co sobie gdzieś tam istnieje, czasem się objawia i znika prawie niezauważone.

I jednocześnie uderzyło mnie, jak bardzo Bóg musi kochać człowieka, że daje mu siłę do walki z tym złem. Człowiek, w którym w tej Ewangelii panował Zły, ciągle żył. Mieszkał w grobach, ale żył. W sensie duchowym, jak powiedział o. Marcin, był martwy. Zastanawiam się, czy rzeczywiście tak było. Zły nad nim panował i można to uznać za śmierć duchową, ale jednocześnie ten człowiek przyszedł do Chrystusa. Wiedziony nienawiścią Złego do Pana, ale przyszedł. Był żywy. Była więc jakaś nadzieja. Stado świń zginęło od razu, nie mając żadnej nadziei, bo i nie mając rozumu. Boża miłość właśnie tu się objawia. Człowiek nigdy nie przegra tak do końca, póki jeszcze żyje. Niesamowite.

środa, 26 stycznia 2011

testament

Wczorajsze święto nawrócenia świętego Pawła wskazuje na dwie, moim zdaniem maksymalnie istotne, rzeczy.

Pierwsza - dość banalna i standardowa, ale to przecież jej nie dyskwalifikuje: na nawrócenie nigdy nie jest za późno. Święty Paweł miał krew na rękach, był mordercą - jak to mówił na Mszy świętej o. Marcin. I nawet w takiej sytuacji można pójść za Bożym głosem i dobrze go wykorzystać.

Druga: nawrócenie grzesznika jest świętem. Momentalnie stają przed oczami sceny z przypowieści ewangelicznych - o synu marnotrawnym, o zgubionej drachmie, o dobrym pasterzu. Może kolejny banał, to chyba nie takie istotne. Świętujemy nawrócenie świętego Pawła, bo dzięki temu wydarzeniu my jesteśmy tym, kim jesteśmy. Ilu jest ludzi, których nawrócenie powinniśmy świętować, gdybyśmy tylko o nim wiedzieli? Bo taki nawrócony może wiele w naszym życiu zmienić, może je z Bożą pomocą i pod Bożym natchnieniem przestawić na lepsze tory. Z tym świętowaniem wiąże się też bardzo ważna rzecz - modlitwa. Modlitwa o nawrócenie. Tylu ludzi - nie wyłączając przecież nas samych - potrzebuje nawrócenia. I modlitwa o dobre wykorzystanie Bożej pomocy.

Myślę sobie, że nawrócenie jest procesem. I może nawet jest procesem permanentnym. Innym jednak od permanentnej rewolucji. Nie prowadzi od jednej skrajności do drugiej. Prowadzi do tej Jedynej, ostatecznej Skrajności, ku której zmierzamy wszyscy, czy tego jesteśmy świadomi, czy nie. Takie wydarzenie, jak nawrócenie świętego Pawła, to w zasadzie moment inicjujący. Życie sprzed nawrócenia przecież nie znika z pamięci - dalej w niej istnieje, ale to dobrze. Utwierdzenie się w nowym jest niesamowicie trudne bez pamięci o starym. Może chodzi o to, żeby to nowe było stale nowe. Nie, nie - bez rozpamiętywania, taplania się w błocie przeszłości. Jak to zrobić?

Odpowiedź - chyba w listach św. Pawła.

wtorek, 30 listopada 2010

keine Grenzen?

Siedząc dziś na uczelni w czasie okienka, mimowolnie byłam świadkiem rozmowy kilkorga obcych mi osób. Podczas gdy ja próbowałam się skupić na lekturze Fromma (o tym, być może, kiedy indziej), oni gadali o różnych, mniej lub bardziej związanych z filozofią rzeczach. W pewnym momencie rozmowa zeszła na kupowanie ciuchów i jedna z siedzących tam dziewczyn wyznała bez cienia żenady: Bo wiecie, ostatnio weszłam do lumpeksu i nie miałam w ogóle kasy, a były tam takie ciuchy, które normalnie musiałam mieć! No i wzięłam je do przymierzalni, wrzuciłam do torebki i wyszłam. (Mi osobiście szczęka opadła, więc zręcznie udałam, że to od ziewania). Jej znajomi byli zaskoczeni tą historią; jeden z chłopaków powiedział, że ukradła - i ona się zgodziła, powtarzając to słowo kilkukrotnie. Potem ten sam chłopak powiedział, że kradzież to kradzież, więc owa dziewczyna jest złodziejką. Na te słowa święcie (sic!) się oburzyła: Ukradłam tylko dwie rzeczy, to znaczy, że jeszcze nie jestem złodziejką!

Teraz, z dystansu, mogę tylko zapytać: gdzie leży granica, poza którą można już będzie nazwać tę dziewczynę złodziejką?

środa, 20 października 2010

czuj czuj

Myślę sobie tak: jutro idę do spowiedzi i co w związku z tym? W związku z tym znowu teksty Liturgii Słowa i Liturgii Godzin mówią specjalnie do mnie.

Najpierw w Ewangelii (Łk 12,39-48): Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. Wiem, czego Bóg ode mnie oczekuje. Że zawiodłam? Więc trzeba to naprawić przed Jego przyjściem. Nie, nie zamiatać pod dywan. Wymieść ze wszystkich kątów i wyrzucić. Sam fakt, że wiem, co mam robić, jest darem. Za ten dar trzeba się odwdzięczyć, odpowiednio go wykorzystując.

Potem w nieszporach - Psalm 27: W namiocie swoim mnie ukryje w chwili nieszczęścia, schowa w głębi przybytku (...). Tą chwilą nieszczęścia jest grzech, który łapie duszę i nie chce jej Bogu oddać. W tej chwili nieszczęścia Bóg mnie przygarnie. Przygarnia ciągle. Chowa w głębi przybytku, w najświętszym ze świętych miejsc (przybytek był miejscem w Świątyni Jerozolimskiej, w którym przebywał Bóg, w którym trzymano Arkę Przymierza, do którego najwyższy kapłan miał wstęp tylko w wyjątkowych okolicznościach). Tam właśnie mnie Pan będzie trzymał, żeby grzech nie panował nade mną. Tylko trzeba najpierw stanąć u Jego bram. On po mnie wyjdzie do tych bram, poprowadzi dalej. Tylko czekać trzeba przy bramie.

Czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy Pan wasz nadejdzie.

niedziela, 12 września 2010

miłosierny i łaskawy

W ostatnich dniach bardzo wiele wokół mnie dzieje się w temacie nawrócenia. Kulminacją są dzisiejsze czytania mszalne.

Czytanie z Księgi Wyjścia (Wj 32,7-11.13-14) mówi może nie tyle o samym nawróceniu, co o jego konieczności. Widzę, że lud ten jest ludem o twardym karku, mówi Pan do Mojżesza. Co na to Mojżesz? Nie, nie zaprzecza winom narodu izraelskiego. Bierze Pana Boga trochę pod włos, przypominając Mu o przysiędze, którą złożył Żydom na samego Siebie. Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego (2 Tm 2,13).

Psalm (Ps 51,3-4.12-13.17.19) - jeden z najpiękniejszych, jakie znam - jest chyba jedną z najwspanialszych modlitw, jakie Kościół odziedziczył po Starym Testamencie (Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, 10). I dalej: Te słowa właściwie nie wymagają żadnego komentarza. One mówią same za siebie. One same objawiają prawdę o kruchości moralnej człowieka. Oskarża on siebie przed Bogiem, bo wie, że grzech jest przeciwny świętości jego Stwórcy. Równocześnie też człowiek-grzesznik wie o tym, że Bóg jest miłosierdziem i że to miłosierdzie jest nieskończone: Bóg wciąż na nowo gotów jest przebaczać i usprawiedliwiać grzesznego człowieka (tamże). Skoro tak, to człowiek powinien być wciąż na nowo gotów dostrzegać swoje winy i nawracać się.

Drugie czytanie (1 Tm 1,12-17) pokazuje, co Bóg daje człowiekowi, który się nawróci: uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył do posługi mnie, ongiś bluźniercę, prześladowcę i oszczercę. Mówi to święty Paweł, ten, który podjął misję głoszenia Ewangelii jak najdalej i jak najszerzej, i tę misję wypełnił w sposób godny pozazdroszczenia. Ciekawie tłumaczy on zresztą sens miłosierdzia, które grzesznikowi okazuje Pan Bóg: dostąpiłem miłosierdzia po to, by we mnie pierwszym Jezus Chrystus pokazał całą wielkoduszność jako przykład dla tych, którzy w Niego wierzyć będą dla życia wiecznego. Sporo znamy świętych, którzy przez dłuższy lub krótszy czas za życia na ziemi święci wcale nie byli (szerzej o tym pisze moja współodpowiedzialna).

I Ewangelia (Łk 15,1-32), z wydzieloną krótszą perykopą. Cały ten fragment wskazuje, że miłosierdzie Ojca w niebiesiech bierze górę nad sprawiedliwością. Znowu pozwolę sobie zacytować Jana Pawła II: (...) miarą wyznaczoną złu, którego sprawcą i ofiarą jest człowiek, jest ostatecznie Boże miłosierdzie. Oczywiście, jest w miłosierdziu Bożym zawarta również sprawiedliwość, ale nie jest ona ostatnim słowem Bożej ekonomii w dziejach świata, a zwłaszcza w dziejach człowieka. Bóg zawsze potrafi wyprowadzić dobro ze zła, Bóg chce, ażeby wszyscy byli zbawieni (...). Natomiast z własnych refleksji nad tym fragmentem powiem tyle, że pod koniec dłuższej perykopy Jezus mówi o pretensjach drugiego, prawowiernego syna. A wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: «Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę». Chyba najważniejszym zadaniem dla katolików, wypływającym z tej Ewangelii, jest pokora wobec Bożych wyroków, wobec Bożego miłosierdzia i Bożej sprawiedliwości. Przecież Pan Bóg nie chce, żeby komukolwiek z nas stała się krzywda. Przyjmując grzeszników, niczego nie odbiera nam, za to im wynagradza krzywdy, których doznali przez swój grzech.

sobota, 11 września 2010

pamiętać i być sobą

Kolejna lektura z gatunku czytanie dla siebie. Jana Pawła II Pamięć i tożsamość. Zagubiona w odmętach dziejów, znaleziona dopiero przy ostatnim wyjeździe z domu. Pozwolę sobie przytoczyć fragment z rozdziału 2, który mnie zafascynował:
Właśnie w tych ostatnich godzinach ziemskiego życia Chrystusa otrzymaliśmy chyba najpełniejsze objawienie o Duchu Świętym. Wśród słów, które wypowiedział wówczas Jezus, znajduje się także stwierdzenie bardzo znamienne dla interesującej nas kwestii. Mówi On, że Duch Święty przekona świat o grzechu (J 16,8). Starałem się wniknąć w te słowa i to doprowadziło mnie do pierwszych stron Księgi Rodzaju, do wydarzenia, które zostało nazwane grzechem pierworodnym. Św. Augustyn z niezwykłą wnikliwością scharakteryzował naturę tego grzechu następującej formule: amor sui usque ad contemptum Dei - miłość siebie aż do negacji Boga (De civitate Dei, XIV, 28). Właśnie amor sui - miłość własna - popchnęła pierwszych rodziców ku pierwotnemu nieposłuszeństwu, które dało początek rozszerzaniu się grzechu w całych dziejach człowieka. Odpowiadają temu słowa z Księgi Rodzaju: Tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło (Rdz 3,5), czyli będzie sami stanowili o tym, co jest dobrem, a co złem.

I ten właśnie pierworodny wymiar grzechu nie mógł znaleźć współmiernej rekompensaty w innej postaci, jak poprzez przeciwstawne amor Dei usque contemptum sui - miłość Boga aż do negacji siebie. Tutaj właśnie dotykamy tajemnicy odkupienia człowieka, a do tego poznania prowadzi nas Duch Święty. To On pozwala nam tak głęboko wniknąć w mysterium Crucis, a równocześnie pochylić się nad otchłanią zła, którego sprawcą i zarazem ofiarąstał się człowiek na początku swoich dziejów. Do tego właśnie odnosi się wyrażenie: przekonać świat o grzechu. A celem tego przekonywania nie jest potępienie świata. Jeżeli Kościół w mocy Ducha Świętego nazywa zło po imieniu, to tylko w tym celu, ażeby wskazać możliwość jego przezwyciężenia. Amor Dei usque contemptum sui ma takie właśnie wymiary. Są to właściwe wymiary miłosierdzia.