Szykuje się nowa, małżeńska rzeczywistość. W tej nowej małżeńskiej rzeczywistości trzeba będzie znaleźć odpowiedni czas, miejsce i formę modlitwy i przeżywania relacji z Panem Bogiem. Jak to zrobić, jeśli problematyczne jest robienie tego nawet indywidualnie?
Z drugiej strony, po to stajemy się SAKRAMENTEM, żeby nie polegać tylko na sobie.
W ogóle ostatnimi czasy bardzo intensywnie odbieram wszelkie sygnały mówiące "nie jesteś sama", "to nie twoja siła tu działa". W końcu Bóg jest w nas sprawcą i chcenia, i działania. Bez Niego nic nie możemy uczynić. Modlitwy, miłości, małżeństwa.
I jakoś tak trochę smutno, że po śmierci nie będzie już żony ani męża, że to, co zaczniemy za kilka dni, zakończy się tak prozaicznie, razem z życiem któregoś z nas. Chociaż daje to jakąś nadzieję, że jest coś JESZCZE LEPSZEGO - zbawienie :)
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadzieja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nadzieja. Pokaż wszystkie posty
środa, 7 października 2015
piątek, 11 października 2013
in Te Domine speravi
Czytam aktualnie Pokonaj swojego Goliata Maxa Lucado. Dziś dzięki tej książce dokonałam epokowego odkrycia. Przynajmniej jeśli chodzi o moje życie.
Jezus płakał. Smucił się. Przeżywał po ludzku ból związany ze stratą bliskiego człowieka. On wie, czym jest ból. On to rozumie. On nie jest daleko od tego, wyizolowany, w sterylnych warunkach Boskiej egzystencji. On naprawdę wie, co to jest ból i że człowiek może od niego upaść. On nie trzyma się z daleka, obserwując cierpiącego człowieka jak laboratoryjnego szczura podczas testów. On doskonale wie, On nie musi się przyglądać. On wchodzi w to cierpienie, On zna ten ból. I ponieważ sam dał upust temu bólowi, to ja także mogę to zrobić. Z tego morza smutku On mnie wydźwignie, dając mi nadzieję.
W Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki!
Jezus płakał. Smucił się. Przeżywał po ludzku ból związany ze stratą bliskiego człowieka. On wie, czym jest ból. On to rozumie. On nie jest daleko od tego, wyizolowany, w sterylnych warunkach Boskiej egzystencji. On naprawdę wie, co to jest ból i że człowiek może od niego upaść. On nie trzyma się z daleka, obserwując cierpiącego człowieka jak laboratoryjnego szczura podczas testów. On doskonale wie, On nie musi się przyglądać. On wchodzi w to cierpienie, On zna ten ból. I ponieważ sam dał upust temu bólowi, to ja także mogę to zrobić. Z tego morza smutku On mnie wydźwignie, dając mi nadzieję.
W Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki!
wtorek, 19 lutego 2013
zabiera strach
Krótka wyprawa w góry. Śnieg, śnieg, śnieg. Idziemy szczytem. Śnieg, śnieg, mgła. Mgła, towarzysząca nam właściwie od samego dołu, teraz nabiera nowej gęstości. W zasadzie nie można odróżnić bieli śniegu od bieli mgły. Idziemy jakby zawieszeni w próżni, tylko śnieg pod nogami przypomina, że jest jakaś granica tej bieli. Idziemy w zasadzie każde sobie, bo wiatr, wzmagający się coraz bardziej, skutecznie uniemożliwia rozmowę. Punktem odniesienia są tylko tyczki wbite wzdłuż szlaku. Idziemy.
Pierwsza myśl jak błyskawica. Zaraz zacznie się jakaś potworna zamieć. Kiedy zaczynaliśmy drogę, wszystko było w porządku, ale wiadomo, w górach wszystko się może nagle zmienić. Wiatr się wzmaga. Jakiś samonakręcający się strach ściska mnie za gardło.
Druga myśl jak wysoka ściana. Panie Boże, przecież jesteś. Nie pozwolisz, żeby nam włos z głowy spadł. W Tobie nasza nadzieja. W Twoich rękach wszystko. I my, i ten szlak, i ten śnieg, i ten wiatr. Rób co chcesz, byle po Twojemu.
Zakończenie tej wędrówki nie jest jakoś spektakularnie cudowne. Wiatr nie ucichł, mgła nie rozstąpiła się przed nami, śnieg nie stopił się od Boskiego powiewu. Dotarliśmy w tych samych warunkach do punktu, z którego już dość stroma droga w dół prowadziła nas do schroniska. Im niżej, tym mgła była rzadsza, ale nie miało to chyba wiele wspólnego z ponadnaturalną Bożą ingerencją. Słońce, które ostatecznie prawie się przebiło przez mgłę i chmury (a, jak wiadomo, prawie robi wielką różnicę), też raczej nie.
A jednak jakoś Pan Bóg szedł z nami przez cały ten czas, odkąd Mu się przypomniałam :) Jezus mówi ci, że miłość ta zabiera strach, zabiera strach, zabiera strach... - tym razem chyba wręcz dosłownie :)
Pierwsza myśl jak błyskawica. Zaraz zacznie się jakaś potworna zamieć. Kiedy zaczynaliśmy drogę, wszystko było w porządku, ale wiadomo, w górach wszystko się może nagle zmienić. Wiatr się wzmaga. Jakiś samonakręcający się strach ściska mnie za gardło.
Druga myśl jak wysoka ściana. Panie Boże, przecież jesteś. Nie pozwolisz, żeby nam włos z głowy spadł. W Tobie nasza nadzieja. W Twoich rękach wszystko. I my, i ten szlak, i ten śnieg, i ten wiatr. Rób co chcesz, byle po Twojemu.
Zakończenie tej wędrówki nie jest jakoś spektakularnie cudowne. Wiatr nie ucichł, mgła nie rozstąpiła się przed nami, śnieg nie stopił się od Boskiego powiewu. Dotarliśmy w tych samych warunkach do punktu, z którego już dość stroma droga w dół prowadziła nas do schroniska. Im niżej, tym mgła była rzadsza, ale nie miało to chyba wiele wspólnego z ponadnaturalną Bożą ingerencją. Słońce, które ostatecznie prawie się przebiło przez mgłę i chmury (a, jak wiadomo, prawie robi wielką różnicę), też raczej nie.
A jednak jakoś Pan Bóg szedł z nami przez cały ten czas, odkąd Mu się przypomniałam :) Jezus mówi ci, że miłość ta zabiera strach, zabiera strach, zabiera strach... - tym razem chyba wręcz dosłownie :)
wtorek, 25 grudnia 2012
na szczęście, na zdrowie
Drodzy Czytelnicy :)
Boże Narodzenie już się wydarzyło, Jezus przyszedł! Z tej okazji życzę Wam wszystkim wiele Jego błogosławieństwa, które z czasem Was przemieni. Życzę Wam otwartości na to błogosławieństwo i gotowości na przemianę, na koniec świata. Życzę Wam na te najbliższe dni miłości do siebie i do bliźnich, żeby te święta były choć trochę świąteczne. Na te dalsze dni, całego nadchodzącego roku i jeszcze później, całego życia, życzę Wam odwagi i nadziei płynących z wiary w Jednorodzonego Syna Bożego. Niech On Was umacnia każdego dnia od nowa, żebyście mieli siłę podnosić się z każdego upadku i wspinać się na coraz wyższe góry.
I jeszcze... tak na koniec, chociaż to chyba najważniejsze... życzę Wam zbawienia. Życzę Wam z całego serca, byście kiedyś - prędzej lub później - mogli oglądać Jego oblicze i cieszyć się Jego chwałą.
Maranatha!
Boże Narodzenie już się wydarzyło, Jezus przyszedł! Z tej okazji życzę Wam wszystkim wiele Jego błogosławieństwa, które z czasem Was przemieni. Życzę Wam otwartości na to błogosławieństwo i gotowości na przemianę, na koniec świata. Życzę Wam na te najbliższe dni miłości do siebie i do bliźnich, żeby te święta były choć trochę świąteczne. Na te dalsze dni, całego nadchodzącego roku i jeszcze później, całego życia, życzę Wam odwagi i nadziei płynących z wiary w Jednorodzonego Syna Bożego. Niech On Was umacnia każdego dnia od nowa, żebyście mieli siłę podnosić się z każdego upadku i wspinać się na coraz wyższe góry.
I jeszcze... tak na koniec, chociaż to chyba najważniejsze... życzę Wam zbawienia. Życzę Wam z całego serca, byście kiedyś - prędzej lub później - mogli oglądać Jego oblicze i cieszyć się Jego chwałą.
Maranatha!
sobota, 22 grudnia 2012
opoką
Przeczytane dziś w ramach kończenia własnych, prywatnych, czytanych rekolekcji.
Ten fragment, w połączeniu z tym, co zostało napisane kawałek przed nim, przypomniał mi pewną rozmowę z Ł. niedługo po śmierci mojej mamy. Była wtedy mowa o zrozumieniu sensu tego wydarzenia. Wtedy byłam święcie przekonana, że doskonale rozumiem jego sens - wszak było to wysłuchanie mojej modlitwy o dzianie się Bożej woli. W jakiejś mierze pewnie też. Ten fragment uświadomił mi, że być może w tym całym szaleństwie była metoda - zwrócenia mnie ku Bogu ze słowami psalmu 62: Jedynie w Bogu spokój znajduje ma dusza, bo od niego przychodzi moje zbawienie. Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, On moją twierdzą, więc się nie zachwieję. Bez takiej świadomości każda modlitwa byłaby jednym wielkim przekłamaniem.
A więc... Jedynie w Bogu szukaj spokoju, duszo moja, bo od Niego pochodzi moja nadzieja. Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, On moją twierdzą, więc się nie zachwieję.
Naszym jedynym prawdziwym bezpieczeństwem jest prawda o tym, że Boże miłosierdzie nie zna granic. Bóg jest nieskończenie dobry i wierny, jest, jak mówi Pismo Święte, naszą jedyną skałą. Wszystko inne: zdrowie, wykształcenie, dyplomy, przyjaciele, nasze osobiste siły i cnoty, może nas opuścić. Trzeba być realistą! Wszystkie te rzeczy są oczywiście dobre, cenne jest dysponowanie pewnymi zabezpieczeniami finansowymi, stabilnością uczuciową, dobrym wykształceniem, doświadczeniem, posiadanie do swojej dyspozycji przyjaciół, przewodnika duchowego, wspólnoty, z przynależenia do której jesteśmy zadowoleni, itd. Należy je przyjąć,a nawet starać je sobie zapewnić, tak jak to tylko możliwe, ale nigdy nie należy czynić z nich swojego ostatecznego oparcia. Ponieważ tylko sam Bóg jest naszym całkowitym zabezpieczeniem. Wszystko inne jest względne. Jest to fundamentalny punkt doświadczenia nadziei: doświadczyć pewnego ubóstwa, osłabienia na różnych polach (na szczęście nie na wszystkich jednocześnie!) po to, aby nauczyć się odnajdywać swe prawdziwe bezpieczeństwo w Bogu. Bóg nigdy nas nie opuści. (...)
(Jacques Philippe Mała droga ufności Teresy z Lisieux)
Ten fragment, w połączeniu z tym, co zostało napisane kawałek przed nim, przypomniał mi pewną rozmowę z Ł. niedługo po śmierci mojej mamy. Była wtedy mowa o zrozumieniu sensu tego wydarzenia. Wtedy byłam święcie przekonana, że doskonale rozumiem jego sens - wszak było to wysłuchanie mojej modlitwy o dzianie się Bożej woli. W jakiejś mierze pewnie też. Ten fragment uświadomił mi, że być może w tym całym szaleństwie była metoda - zwrócenia mnie ku Bogu ze słowami psalmu 62: Jedynie w Bogu spokój znajduje ma dusza, bo od niego przychodzi moje zbawienie. Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, On moją twierdzą, więc się nie zachwieję. Bez takiej świadomości każda modlitwa byłaby jednym wielkim przekłamaniem.
A więc... Jedynie w Bogu szukaj spokoju, duszo moja, bo od Niego pochodzi moja nadzieja. Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, On moją twierdzą, więc się nie zachwieję.
poniedziałek, 30 lipca 2012
cuda, cuda niepojęte
Rozpoczynam drugą turę czytania Nowego Testamentu. To takie dobre, kiedy wiem, że jeśli teraz mnie coś zaskoczy, to nie przez moją niewiedzę, ale przez to, że akurat Panu Bogu się tak spodobało. Może trzeba trochę wolniej, dać sobie i Bogu więcej czasu.
Wczorajsze kazanie o cudach wlało nową nadzieję w moje strudzone skądinąd serce. Do cudu potrzebny jest i Pan Bóg, i człowiek. I Jego wola, i człowieczy trud. Trzeba zrobić tylko to i wszystko to, co w ludzkiej mocy. Tak jak Apostołowie, przynosząc pięć chlebów i dwie ryby. Niby mało, ale co więcej mogli? Sprowadzenie piekarza z dostawą świeżego pieczywa raczej nie wchodziło w grę. Musi wystarczyć to, co akurat mogą zrobić. W życiu każdego z nas jest tak samo: zrobić tylko to i wszystko to, co można. Jeśli można tylko i aż pójść do lekarza specjalisty, to należy to zrobić, a Pan Bóg zajmie się resztą. W sumie - dobrze to wiedzieć, że Pan Bóg zajmuje się wszystkim tym, czym ja się zająć nie mogę.
I jeszcze słowa św. Tomasza z Akwinu, które tylekroć powtarzałam bez głębszego zastanowienia, że teraz tym mocniej wbijają się w głowę i w serce.
Zbliżam się w pokorze i niskości swej,
Wielbię Twój majestat, skryty w Hostii tej,
Tobie dziś w ofierze serce daję swe,
O, utwierdzaj w wierze, Jezu, dzieci Twe.
Mylą się, o Boże, w Tobie wzrok i smak,
Kto się im poddaje, temu wiary brak,
Ja jedynie wierzyć Twej nauce chcę,
Że w postaci chleba utaiłeś się.
Bóstwo swe na krzyżu skryłeś wobec nas,
Tu ukryte z Bóstwem człowieczeństwo wraz,
Lecz w Oboje wierząc, wiem, że dojdę tam,
Gdzieś przygarnął łotra, do Twych niebios bram.
Jak niewierny Tomasz twych nie szukam ran,
Lecz wyznaję z wiarą, żeś mój Bóg i Pan,
Pomóż wierze mojej, Jezu, łaską swą,
Ożyw mą nadzieję, rozpal miłość mą.
Ty, coś upamiętnił śmierci Bożej czas,
Chlebie żywy, życiem swym darzący nas,
Spraw, bym dla swej duszy życie z Ciebie brał,
Bym nad wszelką słodycz Ciebie poznać chciał.
Ty, co jak Pelikan Krwią swą karmisz lud,
Przywróć mi niewinność, oddal grzechów brud,
Oczyść mnie Krwią swoją, która wszystkich nas
Jedną kroplą może obmyć z win i zmaz.
Pod zasłoną teraz, Jezu, widzę Cię,
Niech pragnienie serca kiedyś spełni się,
Bym oblicze Twoje tam oglądać mógł,
Gdzie wybranym miejsce przygotował Bóg.
Wczorajsze kazanie o cudach wlało nową nadzieję w moje strudzone skądinąd serce. Do cudu potrzebny jest i Pan Bóg, i człowiek. I Jego wola, i człowieczy trud. Trzeba zrobić tylko to i wszystko to, co w ludzkiej mocy. Tak jak Apostołowie, przynosząc pięć chlebów i dwie ryby. Niby mało, ale co więcej mogli? Sprowadzenie piekarza z dostawą świeżego pieczywa raczej nie wchodziło w grę. Musi wystarczyć to, co akurat mogą zrobić. W życiu każdego z nas jest tak samo: zrobić tylko to i wszystko to, co można. Jeśli można tylko i aż pójść do lekarza specjalisty, to należy to zrobić, a Pan Bóg zajmie się resztą. W sumie - dobrze to wiedzieć, że Pan Bóg zajmuje się wszystkim tym, czym ja się zająć nie mogę.
I jeszcze słowa św. Tomasza z Akwinu, które tylekroć powtarzałam bez głębszego zastanowienia, że teraz tym mocniej wbijają się w głowę i w serce.
Zbliżam się w pokorze i niskości swej,
Wielbię Twój majestat, skryty w Hostii tej,
Tobie dziś w ofierze serce daję swe,
O, utwierdzaj w wierze, Jezu, dzieci Twe.
Mylą się, o Boże, w Tobie wzrok i smak,
Kto się im poddaje, temu wiary brak,
Ja jedynie wierzyć Twej nauce chcę,
Że w postaci chleba utaiłeś się.
Bóstwo swe na krzyżu skryłeś wobec nas,
Tu ukryte z Bóstwem człowieczeństwo wraz,
Lecz w Oboje wierząc, wiem, że dojdę tam,
Gdzieś przygarnął łotra, do Twych niebios bram.
Jak niewierny Tomasz twych nie szukam ran,
Lecz wyznaję z wiarą, żeś mój Bóg i Pan,
Pomóż wierze mojej, Jezu, łaską swą,
Ożyw mą nadzieję, rozpal miłość mą.
Ty, coś upamiętnił śmierci Bożej czas,
Chlebie żywy, życiem swym darzący nas,
Spraw, bym dla swej duszy życie z Ciebie brał,
Bym nad wszelką słodycz Ciebie poznać chciał.
Ty, co jak Pelikan Krwią swą karmisz lud,
Przywróć mi niewinność, oddal grzechów brud,
Oczyść mnie Krwią swoją, która wszystkich nas
Jedną kroplą może obmyć z win i zmaz.
Pod zasłoną teraz, Jezu, widzę Cię,
Niech pragnienie serca kiedyś spełni się,
Bym oblicze Twoje tam oglądać mógł,
Gdzie wybranym miejsce przygotował Bóg.
środa, 2 maja 2012
zawieszenie
Gotowe jest serce moje, Boże, gotowe jest serce moje, zaśpiewam psalm i zagram.
Tylko do tego można się naprawdę przygotować, tylko do tego można być naprawdę przygotowanym. Myślę, że dzieje się tak po to, aby w sytuacjach zupełnego nieprzygotowania móc się na czymś oprzeć.
Zbudź się, duszo moja, zbudź się, harfo i cytro, a ja obudzę jutrzenkę.
Tylko do tego można się naprawdę przygotować, tylko do tego można być naprawdę przygotowanym. Myślę, że dzieje się tak po to, aby w sytuacjach zupełnego nieprzygotowania móc się na czymś oprzeć.
Zbudź się, duszo moja, zbudź się, harfo i cytro, a ja obudzę jutrzenkę.
czwartek, 8 grudnia 2011
nadzieja zawieść (zawieźć?) nie może
O ileż łatwiej byłoby bez tego wszystkiego. Bez przejmowania się wiarą czy jej brakiem, bez wertowania ksiąg w poszukiwaniu odpowiedzi niezależnych ode mnie, bez wsłuchiwania się w siebie i w innych, i jeszcze w Kogoś ponad tym wszystkim. Bez zrywania się nad ranem, bez urywania się wieczorem, bez rozumienia, bez myślenia.
Bez Adwentu też.
Bez nadziei.
O ileż łatwiej by było, gdyby wraz z pierwszą niedzielą Adwentu w serce automatycznie wlewała się odmierzona porcja tej nadziei, żeby starczyło do Wigilii. A tu lipa. Każdego dnia trzeba walczyć. Każdego dnia nadziei jakby mniej. Czy w rzeczywistości więcej?
Proszę o modlitwę.
Bez Adwentu też.
Bez nadziei.
O ileż łatwiej by było, gdyby wraz z pierwszą niedzielą Adwentu w serce automatycznie wlewała się odmierzona porcja tej nadziei, żeby starczyło do Wigilii. A tu lipa. Każdego dnia trzeba walczyć. Każdego dnia nadziei jakby mniej. Czy w rzeczywistości więcej?
Proszę o modlitwę.
środa, 7 grudnia 2011
Duch wieje, kędy chce
Dziś ostatni dzień rekolekcji akademickich u wrocławskich dominikanów - głosi o. Wojciech Dudzik OP. Brak mi słów na opisanie ich. Rewelacyjne, świetne, wspaniałe, mądre, głębokie, uderzające - to wszystko za mało. Może to tylko moja kondycja domaga się właśnie tego. A może właśnie to jest ten czas i ta osoba dla nas wszystkich.
Nadzieja. Ciągle nadzieja. We wszystkim. W dobrem i złem. Nawet dla zapierającego się Piotra - nadzieja, bo Jezus się za niego modlił.
Pytanie, dlaczego takiej nadziei nie dał Judaszowi. Dlaczego jakoś go nie umieścił w swoich planach w taki sposób, żeby się w nich sam odnalazł. Ale to może na kiedy indziej.
Nadzieja. Ciągle nadzieja. We wszystkim. W dobrem i złem. Nawet dla zapierającego się Piotra - nadzieja, bo Jezus się za niego modlił.
Pytanie, dlaczego takiej nadziei nie dał Judaszowi. Dlaczego jakoś go nie umieścił w swoich planach w taki sposób, żeby się w nich sam odnalazł. Ale to może na kiedy indziej.
poniedziałek, 13 czerwca 2011
pobudka
Słowo na dziś. I chyba nie tylko na dziś. Powaliło mnie w pozytywnym sensie.
Mk 10,49:
Spe salvi facti sumus - W nadziei już jesteśmy zbawieni (Rz 8,24).
Nie bój się, wierz tylko (Mk 5,36).
Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię.
Mk 10,49:
Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię.
Spe salvi facti sumus - W nadziei już jesteśmy zbawieni (Rz 8,24).
Nie bój się, wierz tylko (Mk 5,36).
Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię.
czwartek, 9 czerwca 2011
(od)sądzenie
Marka ciąg dalszy.
Opowieść o kobiecie cierpiącej na krwotok (Mk 5,21-34). Kobieta, która uwierzyła, że jeśli tylko dotknie Jego płaszcza, będzie uleczona. I Jezus, który poczuł, natychmiast poczuł, że moc wyszła od Niego. A nade wszystko - ten moment, kiedy Jezus pyta, kto Go dotknął. Uczniowie traktują Go trochę jak dziecko: widzisz, ile ludzi, każdy Cię mógł dotknąć, nie zawracaj głowy. A jednak Jezus wiedział, że to było inne dotknięcie. On (...) rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła.
Cicha nadzieja żyjąca w człowieku tutaj ma okazję eksplodować i w pełni się wyrazić. Te słowa wskazują przecież, że Jezus nie zważa na ignorujące spojrzenie innych ludzi. Sam czuje i sam szuka. Nawet gdy inni spisują mnie i moją sprawę na straty, Jezus nie ustaje w rozglądaniu się, w poszukiwaniu właśnie mnie i mojej sprawy. Niech sobie wszyscy machają rękami. On nie machnie. Jemu zależy na nas.
Opowieść o kobiecie cierpiącej na krwotok (Mk 5,21-34). Kobieta, która uwierzyła, że jeśli tylko dotknie Jego płaszcza, będzie uleczona. I Jezus, który poczuł, natychmiast poczuł, że moc wyszła od Niego. A nade wszystko - ten moment, kiedy Jezus pyta, kto Go dotknął. Uczniowie traktują Go trochę jak dziecko: widzisz, ile ludzi, każdy Cię mógł dotknąć, nie zawracaj głowy. A jednak Jezus wiedział, że to było inne dotknięcie. On (...) rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła.
Cicha nadzieja żyjąca w człowieku tutaj ma okazję eksplodować i w pełni się wyrazić. Te słowa wskazują przecież, że Jezus nie zważa na ignorujące spojrzenie innych ludzi. Sam czuje i sam szuka. Nawet gdy inni spisują mnie i moją sprawę na straty, Jezus nie ustaje w rozglądaniu się, w poszukiwaniu właśnie mnie i mojej sprawy. Niech sobie wszyscy machają rękami. On nie machnie. Jemu zależy na nas.
czwartek, 5 maja 2011
post
Zaskakujące słowa usłyszane dziś w konfesjonale. Nie dajmy sobie wmówić, że jesteśmy grzesznikami. Konsternacja, bo przecież co innego tłuką nam do głów od małego. I ciąg dalszy: Jesteśmy dziećmi Bożymi, które grzeszą, ale to nie znaczy, że jesteśmy nimi przez to mniej. No tak. Póki żyję, jest nadzieja.
(I to wspaniałe uczucie, kiedy można powiedzieć, że jakąś słabość się wreszcie pokonało, albo że się jest na dobrej drodze).
I tyle, tyle intencji do omodlenia. Można zapomnieć o swoich własnych, kiedy się zbiera cudze w wiązankę. Może to i czasem dobrze...
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
(I to wspaniałe uczucie, kiedy można powiedzieć, że jakąś słabość się wreszcie pokonało, albo że się jest na dobrej drodze).
I tyle, tyle intencji do omodlenia. Można zapomnieć o swoich własnych, kiedy się zbiera cudze w wiązankę. Może to i czasem dobrze...
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
środa, 4 maja 2011
coś się kończy, coś się zaczyna
Zdanie podsumowujące cały ten długi weekend.
Jan Paweł II jest już oficjalnie uznany i ogłoszony błogosławionym. Chociaż samych uroczystości nie oglądałam, to jednak gdy następnego dnia patrzyłam na urywki w serwisach informacyjnych, ogarniała mnie jakaś radość i spokój. Tak, to jest człowiek błogosławiony, święty. To dobrze, że Kościół uznał to odpowiednio szybko. Liczę po cichu, że teraz coś się skończy - medialny szał i szum wokół kremówek i 21:37 - i coś się zacznie - deszcz duchowych owoców, wyproszonych u Boga przez błogosławionego Jana Pawła.
Trudno bywa, kiedy trzeba zrzucić jakąś ładną zasłonkę i powiedzieć sobie i drugiej osobie: wróćmy do Tego, dzięki któremu to wszystko. Bo to znaczy, że jakoś się odeszło, może dalej, może bliżej, ale niepostrzeżenie i trzeba się nad tym zastanowić. Wtedy coś się kończy, a coś się zaczyna. Oby więcej się zaczęło niż skończyło.
Modlitwa wspólna i modlitwa indywidualna. Kiedy jedna się kończy, może zacząć się druga, ale człowiek nie może funkcjonować w obu jednocześnie. To taki mały ból czasów, kiedy tykanie zegarka bardziej przynagla niż cisza kaplicy adoracji. No więc oby i na tym polu coś się skończyło - jakiś marazm i bylejakość - i coś się zaczęło.
Dziś w nocy zmarła moja babcia. Jej życie się skończyło, teraz zaczyna się życie bez niej. Zaczęła się też jej wieczność, oby szczęśliwa, oby przed jaśniejącym Obliczem Boga. Po ludzku smutno i jakoś brak. I niesamowite, że jednak ważniejsze i bardziej dojmujące jest to, co po Bożemu - że może już Go ogląda, że jest jej lepiej tam niż tu. Skończył się jej ból, cierpienie, osamotnienie, zaczęła się za to radość, spokój. Taką mam nadzieję. Spełniło się to, co pisałam po ostatnim moim z nią spotkaniu - że chciałabym, żeby nasze pożegnanie wyglądało właśnie tak, jak wtedy. Żałuję trochę, że było to tak dawno. Wiele rzeczy mogłam zrobić inaczej od tamtej pory, ale myślę, że dla niej teraz jest już tylko Pan i moje niedociągnięcia mają znaczenie tylko dla mnie. Proszę o modlitwę w jej intencji, o spokój ducha. A także w intencji całej mojej rodziny, by życie bez niej różniło się tylko in plus od życia z nią.
Chrystus. Alfa i omega. Początek i koniec.
Jan Paweł II jest już oficjalnie uznany i ogłoszony błogosławionym. Chociaż samych uroczystości nie oglądałam, to jednak gdy następnego dnia patrzyłam na urywki w serwisach informacyjnych, ogarniała mnie jakaś radość i spokój. Tak, to jest człowiek błogosławiony, święty. To dobrze, że Kościół uznał to odpowiednio szybko. Liczę po cichu, że teraz coś się skończy - medialny szał i szum wokół kremówek i 21:37 - i coś się zacznie - deszcz duchowych owoców, wyproszonych u Boga przez błogosławionego Jana Pawła.
Trudno bywa, kiedy trzeba zrzucić jakąś ładną zasłonkę i powiedzieć sobie i drugiej osobie: wróćmy do Tego, dzięki któremu to wszystko. Bo to znaczy, że jakoś się odeszło, może dalej, może bliżej, ale niepostrzeżenie i trzeba się nad tym zastanowić. Wtedy coś się kończy, a coś się zaczyna. Oby więcej się zaczęło niż skończyło.
Modlitwa wspólna i modlitwa indywidualna. Kiedy jedna się kończy, może zacząć się druga, ale człowiek nie może funkcjonować w obu jednocześnie. To taki mały ból czasów, kiedy tykanie zegarka bardziej przynagla niż cisza kaplicy adoracji. No więc oby i na tym polu coś się skończyło - jakiś marazm i bylejakość - i coś się zaczęło.
Dziś w nocy zmarła moja babcia. Jej życie się skończyło, teraz zaczyna się życie bez niej. Zaczęła się też jej wieczność, oby szczęśliwa, oby przed jaśniejącym Obliczem Boga. Po ludzku smutno i jakoś brak. I niesamowite, że jednak ważniejsze i bardziej dojmujące jest to, co po Bożemu - że może już Go ogląda, że jest jej lepiej tam niż tu. Skończył się jej ból, cierpienie, osamotnienie, zaczęła się za to radość, spokój. Taką mam nadzieję. Spełniło się to, co pisałam po ostatnim moim z nią spotkaniu - że chciałabym, żeby nasze pożegnanie wyglądało właśnie tak, jak wtedy. Żałuję trochę, że było to tak dawno. Wiele rzeczy mogłam zrobić inaczej od tamtej pory, ale myślę, że dla niej teraz jest już tylko Pan i moje niedociągnięcia mają znaczenie tylko dla mnie. Proszę o modlitwę w jej intencji, o spokój ducha. A także w intencji całej mojej rodziny, by życie bez niej różniło się tylko in plus od życia z nią.
Chrystus. Alfa i omega. Początek i koniec.
wtorek, 1 lutego 2011
łańcuchy kruszył, a pęta rozrywał
Tym razem, dla odmiany, coś o Ewangelii. Wczorajszej (Mk 5,1-20). Słuchałam jej podczas Mszy o siódmej rano i uderzyła mnie.
Uderzyło mnie, że zło jest destrukcyjne - o. Marcin podczas kazania powiedział, że autodestrukcyjne i to kwestia do przemyślenia, ale chodzi mi o destrukcję tego, w czym zło się zadomawia i działa. Przecież stado świń, w które wszedł Zły, od razu pognało do przepaści i zginęło w jeziorze. Zło to nie jest coś, co sobie gdzieś tam istnieje, czasem się objawia i znika prawie niezauważone.
I jednocześnie uderzyło mnie, jak bardzo Bóg musi kochać człowieka, że daje mu siłę do walki z tym złem. Człowiek, w którym w tej Ewangelii panował Zły, ciągle żył. Mieszkał w grobach, ale żył. W sensie duchowym, jak powiedział o. Marcin, był martwy. Zastanawiam się, czy rzeczywiście tak było. Zły nad nim panował i można to uznać za śmierć duchową, ale jednocześnie ten człowiek przyszedł do Chrystusa. Wiedziony nienawiścią Złego do Pana, ale przyszedł. Był żywy. Była więc jakaś nadzieja. Stado świń zginęło od razu, nie mając żadnej nadziei, bo i nie mając rozumu. Boża miłość właśnie tu się objawia. Człowiek nigdy nie przegra tak do końca, póki jeszcze żyje. Niesamowite.
Uderzyło mnie, że zło jest destrukcyjne - o. Marcin podczas kazania powiedział, że autodestrukcyjne i to kwestia do przemyślenia, ale chodzi mi o destrukcję tego, w czym zło się zadomawia i działa. Przecież stado świń, w które wszedł Zły, od razu pognało do przepaści i zginęło w jeziorze. Zło to nie jest coś, co sobie gdzieś tam istnieje, czasem się objawia i znika prawie niezauważone.
I jednocześnie uderzyło mnie, jak bardzo Bóg musi kochać człowieka, że daje mu siłę do walki z tym złem. Człowiek, w którym w tej Ewangelii panował Zły, ciągle żył. Mieszkał w grobach, ale żył. W sensie duchowym, jak powiedział o. Marcin, był martwy. Zastanawiam się, czy rzeczywiście tak było. Zły nad nim panował i można to uznać za śmierć duchową, ale jednocześnie ten człowiek przyszedł do Chrystusa. Wiedziony nienawiścią Złego do Pana, ale przyszedł. Był żywy. Była więc jakaś nadzieja. Stado świń zginęło od razu, nie mając żadnej nadziei, bo i nie mając rozumu. Boża miłość właśnie tu się objawia. Człowiek nigdy nie przegra tak do końca, póki jeszcze żyje. Niesamowite.
środa, 26 stycznia 2011
testament
Wczorajsze święto nawrócenia świętego Pawła wskazuje na dwie, moim zdaniem maksymalnie istotne, rzeczy.
Pierwsza - dość banalna i standardowa, ale to przecież jej nie dyskwalifikuje: na nawrócenie nigdy nie jest za późno. Święty Paweł miał krew na rękach, był mordercą - jak to mówił na Mszy świętej o. Marcin. I nawet w takiej sytuacji można pójść za Bożym głosem i dobrze go wykorzystać.
Druga: nawrócenie grzesznika jest świętem. Momentalnie stają przed oczami sceny z przypowieści ewangelicznych - o synu marnotrawnym, o zgubionej drachmie, o dobrym pasterzu. Może kolejny banał, to chyba nie takie istotne. Świętujemy nawrócenie świętego Pawła, bo dzięki temu wydarzeniu my jesteśmy tym, kim jesteśmy. Ilu jest ludzi, których nawrócenie powinniśmy świętować, gdybyśmy tylko o nim wiedzieli? Bo taki nawrócony może wiele w naszym życiu zmienić, może je z Bożą pomocą i pod Bożym natchnieniem przestawić na lepsze tory. Z tym świętowaniem wiąże się też bardzo ważna rzecz - modlitwa. Modlitwa o nawrócenie. Tylu ludzi - nie wyłączając przecież nas samych - potrzebuje nawrócenia. I modlitwa o dobre wykorzystanie Bożej pomocy.
Myślę sobie, że nawrócenie jest procesem. I może nawet jest procesem permanentnym. Innym jednak od permanentnej rewolucji. Nie prowadzi od jednej skrajności do drugiej. Prowadzi do tej Jedynej, ostatecznej Skrajności, ku której zmierzamy wszyscy, czy tego jesteśmy świadomi, czy nie. Takie wydarzenie, jak nawrócenie świętego Pawła, to w zasadzie moment inicjujący. Życie sprzed nawrócenia przecież nie znika z pamięci - dalej w niej istnieje, ale to dobrze. Utwierdzenie się w nowym jest niesamowicie trudne bez pamięci o starym. Może chodzi o to, żeby to nowe było stale nowe. Nie, nie - bez rozpamiętywania, taplania się w błocie przeszłości. Jak to zrobić?
Odpowiedź - chyba w listach św. Pawła.
Pierwsza - dość banalna i standardowa, ale to przecież jej nie dyskwalifikuje: na nawrócenie nigdy nie jest za późno. Święty Paweł miał krew na rękach, był mordercą - jak to mówił na Mszy świętej o. Marcin. I nawet w takiej sytuacji można pójść za Bożym głosem i dobrze go wykorzystać.
Druga: nawrócenie grzesznika jest świętem. Momentalnie stają przed oczami sceny z przypowieści ewangelicznych - o synu marnotrawnym, o zgubionej drachmie, o dobrym pasterzu. Może kolejny banał, to chyba nie takie istotne. Świętujemy nawrócenie świętego Pawła, bo dzięki temu wydarzeniu my jesteśmy tym, kim jesteśmy. Ilu jest ludzi, których nawrócenie powinniśmy świętować, gdybyśmy tylko o nim wiedzieli? Bo taki nawrócony może wiele w naszym życiu zmienić, może je z Bożą pomocą i pod Bożym natchnieniem przestawić na lepsze tory. Z tym świętowaniem wiąże się też bardzo ważna rzecz - modlitwa. Modlitwa o nawrócenie. Tylu ludzi - nie wyłączając przecież nas samych - potrzebuje nawrócenia. I modlitwa o dobre wykorzystanie Bożej pomocy.
Myślę sobie, że nawrócenie jest procesem. I może nawet jest procesem permanentnym. Innym jednak od permanentnej rewolucji. Nie prowadzi od jednej skrajności do drugiej. Prowadzi do tej Jedynej, ostatecznej Skrajności, ku której zmierzamy wszyscy, czy tego jesteśmy świadomi, czy nie. Takie wydarzenie, jak nawrócenie świętego Pawła, to w zasadzie moment inicjujący. Życie sprzed nawrócenia przecież nie znika z pamięci - dalej w niej istnieje, ale to dobrze. Utwierdzenie się w nowym jest niesamowicie trudne bez pamięci o starym. Może chodzi o to, żeby to nowe było stale nowe. Nie, nie - bez rozpamiętywania, taplania się w błocie przeszłości. Jak to zrobić?
Odpowiedź - chyba w listach św. Pawła.
sobota, 8 stycznia 2011
próba
Przychodzą takie chwile, kiedy człowiek musi całe dotychczasowe teoretyczne gadanie przekuć w czyn. W żywe świadectwo. Dobrze, kiedy się ma obok siebie kogoś, kto na ten temat myśli podobnie. Ba, myśli tak samo!
Trochę lęku i niepokoju, że takiej próby przejść się nie da. Że coś pójdzie źle, zaszwankuje. Że, krótko mówiąc, całe dotychczasowe gadanie było maksymalnie teoretyczne i miało charakter raczej pobożnych życzeń niż realnych planów postępowania.
I jednocześnie płynąca ze wspólnej modlitwy pewność, że musi się udać, że będzie dobrze.
To nie jest słitaśna nocia gloryfikująca tę drugą osobę. W każdym razie nie takie było moje zamierzenie, kiedy pisałam. To jest raczej próba odnalezienia się w tym wielkim pozytywnym zawirowaniu, i to w taki sposób, żeby nigdy, przenigdy nie stracić z oczu Pana Boga. Bo to dzięki Niemu to wszystko. Po prostu.
Trochę lęku i niepokoju, że takiej próby przejść się nie da. Że coś pójdzie źle, zaszwankuje. Że, krótko mówiąc, całe dotychczasowe gadanie było maksymalnie teoretyczne i miało charakter raczej pobożnych życzeń niż realnych planów postępowania.
I jednocześnie płynąca ze wspólnej modlitwy pewność, że musi się udać, że będzie dobrze.
To nie jest słitaśna nocia gloryfikująca tę drugą osobę. W każdym razie nie takie było moje zamierzenie, kiedy pisałam. To jest raczej próba odnalezienia się w tym wielkim pozytywnym zawirowaniu, i to w taki sposób, żeby nigdy, przenigdy nie stracić z oczu Pana Boga. Bo to dzięki Niemu to wszystko. Po prostu.
poniedziałek, 3 stycznia 2011
skok w Nowy Rok
Oddać Mu wszystko. Nawet to, że w swojej małości nie jestem w stanie nic Mu dać. Albo bardzo niewiele. Nawet swojego czasu Mu skąpię. I właśnie to Mu też oddać.
Trudne. Ale jeśli robić jakiekolwiek postanowienia noworoczne, to chyba tylko takie, które wymagają wysiłku, prawda? Bez wysiłku nie ma przecież zmian.
Trudne. Ale jeśli robić jakiekolwiek postanowienia noworoczne, to chyba tylko takie, które wymagają wysiłku, prawda? Bez wysiłku nie ma przecież zmian.
sobota, 25 grudnia 2010
Puer natus :)
Dziś się nam narodził Chrystus :) Z tej okazji wszystkim, którzy tu zaglądają częściej bądź rzadziej, życzę radości, pokoju, uśmiechu, nadziei, MIŁOŚCI, a przede wszystkim Boga w sercu.
W Ewangelii czytanej podczas pasterki (Łk 2,1-14) padają słowa W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoim stadem. Życzę Wam - nam - także tego, żebyśmy potrafili (z Jego pomocą) być zawsze w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie - i dobrze odczytać dane nam znaki. A dary? To, co możemy dać, znajdzie się samo :)
W Ewangelii czytanej podczas pasterki (Łk 2,1-14) padają słowa W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoim stadem. Życzę Wam - nam - także tego, żebyśmy potrafili (z Jego pomocą) być zawsze w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie - i dobrze odczytać dane nam znaki. A dary? To, co możemy dać, znajdzie się samo :)
piątek, 17 grudnia 2010
pseudowigilijno-paraopłatkowe
Spotkania opłatkowe nie zawsze są miłe. Ale mogą coś w życiu zmienić. Mogą wprowadzić rewolucję. W tym czasie intensywnych spotkań opłatkowych tego właśnie Wam życzę.
Mi się spełniło ;)
Czuwajcie i módlcie się, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie.
Mi się spełniło ;)
Czuwajcie i módlcie się, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie.
niedziela, 5 grudnia 2010
ucałują się
II niedziela Adwentu i coraz bardziej wzrasta radość i nadzieja tego oczekiwania.
Izajasz (Iz 11,1-10) kreśli obraz sądu, którego dokona Ten, który przyjdzie, napełniony Bożym Duchem. Pokazuje Jego wszechmoc, dzięki której może tchnieniem swoich warg uśmiercić bezbożnego. W zasadzie należałoby się przestraszyć. Jakim jesteśmy pyłkiem, skoro On tak łatwo sobie z nami może poradzić! Jednak Izajasz w dalszych słowach ukazuje wręcz sielankową wizję świata po tym sądzie: wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na norze kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii.
(We wrocławskim kościele oo. dominikanów znajduje się kaplica błogosławionego Czesława, w której podstawę ołtarza stanowią lew i baranek oraz człowiek i pies (?), którzy okazują sobie czułość i miłość). Ta sielanka ma ścisłe uzasadnienie w tym, że kraj się napełni znajomością Pana. Nic dobrego na świecie stać się nie może, jeśli nie ma w nim Pana i nie dąży się do Jego poznania.
Psalm (Ps 72,1-2.7-8.12-13.17) jest jakby kontynuacją wizji Izajasza. Jak już On przyjdzie, to będzie samo dobro. Jak można na Niego nie czekać z niecierpliwością?
Natomiast głos św. Pawła (Rz 15,4-9) jest takim jakby dzwoneczkiem, który się odzywa na przypomnienie. Można udawać, że się nie słyszy: przygarniajcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przygarnął was ku chwale Boga. Byłoby to jednak nieuczciwością wobec Chrystusa, który stał się sługą obrzezanych dla okazania wierności Boga i potwierdzenia przez to obietnic danych ojcom oraz po to, żeby poganie za okazane sobie miłosierdzie uwielbili Boga. Gwoli najprostszej uczciwości lepiej zatem usłyszeć polecenie św. Pawła i się do niego zastosować. A w ogóle najpiękniej by było, gdybyśmy w naszej wierze wszystko to, co usłyszymy od Boga, przekuwali w czyn. Może to dobry czas, żeby zacząć?
I wreszcie Ewangelia. Dwa nawiązania do tego, co wcześniej. Pierwsze - o korzeniu: siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. Skoro tak, to ta Odrośl z korzenia Jessego nie może być zła, bo inaczej sama siebie by musiała wyciąć. Drugie - o pyłku: Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. I to nie powód, żeby zamierać ze strachu przed Nim ani żeby się na Niego obrażać, że ma więcej (mocy, na przykład) niż ja. To raczej powód do tego, żeby swoją małością i pyłkowością wskazać na Jego wielkość.
Czego sobie i Wam wszystkim, drodzy Czytelnicy, życzę :)
Izajasz (Iz 11,1-10) kreśli obraz sądu, którego dokona Ten, który przyjdzie, napełniony Bożym Duchem. Pokazuje Jego wszechmoc, dzięki której może tchnieniem swoich warg uśmiercić bezbożnego. W zasadzie należałoby się przestraszyć. Jakim jesteśmy pyłkiem, skoro On tak łatwo sobie z nami może poradzić! Jednak Izajasz w dalszych słowach ukazuje wręcz sielankową wizję świata po tym sądzie: wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał. Krowa i niedźwiedzica przestawać będą przyjaźnie, młode ich razem będą legały. Lew też jak wół będzie jadał słomę. Niemowlę igrać będzie na norze kobry, dziecko włoży swą rękę do kryjówki żmii.
Psalm (Ps 72,1-2.7-8.12-13.17) jest jakby kontynuacją wizji Izajasza. Jak już On przyjdzie, to będzie samo dobro. Jak można na Niego nie czekać z niecierpliwością?
Natomiast głos św. Pawła (Rz 15,4-9) jest takim jakby dzwoneczkiem, który się odzywa na przypomnienie. Można udawać, że się nie słyszy: przygarniajcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przygarnął was ku chwale Boga. Byłoby to jednak nieuczciwością wobec Chrystusa, który stał się sługą obrzezanych dla okazania wierności Boga i potwierdzenia przez to obietnic danych ojcom oraz po to, żeby poganie za okazane sobie miłosierdzie uwielbili Boga. Gwoli najprostszej uczciwości lepiej zatem usłyszeć polecenie św. Pawła i się do niego zastosować. A w ogóle najpiękniej by było, gdybyśmy w naszej wierze wszystko to, co usłyszymy od Boga, przekuwali w czyn. Może to dobry czas, żeby zacząć?
I wreszcie Ewangelia. Dwa nawiązania do tego, co wcześniej. Pierwsze - o korzeniu: siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. Skoro tak, to ta Odrośl z korzenia Jessego nie może być zła, bo inaczej sama siebie by musiała wyciąć. Drugie - o pyłku: Ten, który idzie za mną, mocniejszy jest ode mnie; ja nie jestem godzien nosić Mu sandałów. I to nie powód, żeby zamierać ze strachu przed Nim ani żeby się na Niego obrażać, że ma więcej (mocy, na przykład) niż ja. To raczej powód do tego, żeby swoją małością i pyłkowością wskazać na Jego wielkość.
Czego sobie i Wam wszystkim, drodzy Czytelnicy, życzę :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)