Nieustannie powraca do mnie temat, który już tu kiedyś poruszałam, mianowicie kochania samego siebie. Powraca każdego dnia w nowych odsłonach. Teraz chyba dojrzał na tyle, że można go puścić w świat.
Życie bez miłości do samego siebie jest niebywale ciężkie. Człowiek patrzy na swoje oblicze w lustrze i myśli - Nie. Myśli o swoich dokonaniach mniejszych i większych i o każdym z nich myśli - Nie. Czasem pozwala sobie na marzenie i wtedy też mówi sobie w myślach - Nie. Ani to, co ma, ani to, co mógłby mieć, nie jest powodem do radości. Bo zawsze można mieć więcej, lepiej. Ani to, kim jest, ani to, kim może się stać, jeśli zechce, nie satysfakcjonuje go w pełni. Przecież zawsze można być kimś innym - w domyśle: lepszym, większym, wspanialszym, ciekawszym, bardziej towarzyskim, w ogóle doskonalszym. Skoro można być bardziej, to trzeba się o to starać. I pół biedy, kiedy rzeczywiście można. Cyrk zaczyna się w momencie, kiedy jednak nie można. Z różnych przyczyn. Nie można i już. Może nie teraz, może nie tak, a może w ogóle nie. I taki niekochający się człowiek popada w ruinę.
Myślę, że można człowieka przyrównać do zamku wystawionego przez Pana Boga. Pan Bóg zbudował ten zamek najpiękniejszym, jaki mógł być. Wystarczy tylko zadbać. Człowiek ma tylko o ten zamek - o samego siebie - należycie zadbać. O konstrukcję, o wnętrze i o otoczenie tego swojego zamku. I jeśli ciągle swój zamek porównuje z innymi i ciągle nie dostrzega tego największego piękna jego własnego zamku, to zaniedbuje ten zamek, bo zwraca uwagę zupełnie nie na to, na co powinien. Sadzi kwiatuszki i robi skalniaczki w ogródku, podczas gdy fundamenty mu przemakają. Czy coś podobnego.
W czym tkwi piękno tego jego jedynego zamku? W tym, że ten zamek rzeczywiście jest jedyny. Pan Bóg tylko na ten jeden zamek spożytkował swoje siły w taki sposób. Tylko w tej konstrukcji użył dokładnie takich materiałów. Każdy inny zamek jest po prostu - innym zamkiem.
Jak wiele pokory trzeba, żeby uwierzyć Panu Bogu w to, że naprawdę chciał WŁAŚNIE TAKIEGO zamku. Jak wiele cierpliwości trzeba, że pielęgnować to, co się ma, i codziennie uczyć się dostrzegać tego właśnie czegoś piękno.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wątpienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wątpienie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 25 sierpnia 2013
sobota, 8 stycznia 2011
próba
Przychodzą takie chwile, kiedy człowiek musi całe dotychczasowe teoretyczne gadanie przekuć w czyn. W żywe świadectwo. Dobrze, kiedy się ma obok siebie kogoś, kto na ten temat myśli podobnie. Ba, myśli tak samo!
Trochę lęku i niepokoju, że takiej próby przejść się nie da. Że coś pójdzie źle, zaszwankuje. Że, krótko mówiąc, całe dotychczasowe gadanie było maksymalnie teoretyczne i miało charakter raczej pobożnych życzeń niż realnych planów postępowania.
I jednocześnie płynąca ze wspólnej modlitwy pewność, że musi się udać, że będzie dobrze.
To nie jest słitaśna nocia gloryfikująca tę drugą osobę. W każdym razie nie takie było moje zamierzenie, kiedy pisałam. To jest raczej próba odnalezienia się w tym wielkim pozytywnym zawirowaniu, i to w taki sposób, żeby nigdy, przenigdy nie stracić z oczu Pana Boga. Bo to dzięki Niemu to wszystko. Po prostu.
Trochę lęku i niepokoju, że takiej próby przejść się nie da. Że coś pójdzie źle, zaszwankuje. Że, krótko mówiąc, całe dotychczasowe gadanie było maksymalnie teoretyczne i miało charakter raczej pobożnych życzeń niż realnych planów postępowania.
I jednocześnie płynąca ze wspólnej modlitwy pewność, że musi się udać, że będzie dobrze.
To nie jest słitaśna nocia gloryfikująca tę drugą osobę. W każdym razie nie takie było moje zamierzenie, kiedy pisałam. To jest raczej próba odnalezienia się w tym wielkim pozytywnym zawirowaniu, i to w taki sposób, żeby nigdy, przenigdy nie stracić z oczu Pana Boga. Bo to dzięki Niemu to wszystko. Po prostu.
wtorek, 30 listopada 2010
keine Grenzen?
Siedząc dziś na uczelni w czasie okienka, mimowolnie byłam świadkiem rozmowy kilkorga obcych mi osób. Podczas gdy ja próbowałam się skupić na lekturze Fromma (o tym, być może, kiedy indziej), oni gadali o różnych, mniej lub bardziej związanych z filozofią rzeczach. W pewnym momencie rozmowa zeszła na kupowanie ciuchów i jedna z siedzących tam dziewczyn wyznała bez cienia żenady: Bo wiecie, ostatnio weszłam do lumpeksu i nie miałam w ogóle kasy, a były tam takie ciuchy, które normalnie musiałam mieć! No i wzięłam je do przymierzalni, wrzuciłam do torebki i wyszłam. (Mi osobiście szczęka opadła, więc zręcznie udałam, że to od ziewania). Jej znajomi byli zaskoczeni tą historią; jeden z chłopaków powiedział, że ukradła - i ona się zgodziła, powtarzając to słowo kilkukrotnie. Potem ten sam chłopak powiedział, że kradzież to kradzież, więc owa dziewczyna jest złodziejką. Na te słowa święcie (sic!) się oburzyła: Ukradłam tylko dwie rzeczy, to znaczy, że jeszcze nie jestem złodziejką!
Teraz, z dystansu, mogę tylko zapytać: gdzie leży granica, poza którą można już będzie nazwać tę dziewczynę złodziejką?
Teraz, z dystansu, mogę tylko zapytać: gdzie leży granica, poza którą można już będzie nazwać tę dziewczynę złodziejką?
niedziela, 21 listopada 2010
forumowisko
Służbowe czytanie katolickich forów internetowych może człowiekowi skutecznie wyprać mózg i odebrać chęć życia.
Obserwacja pierwsza: zaskakujące, że tylko niektóre spośród niezliczonych forów dyskusyjnych zrzeszających katolików mają wydzielone działy dotyczące liturgii. A już tylko jedno albo dwa (bez adresów, żeby nie robić kryptoreklamy - poza tym pozamykałam już wszystkie karty :)) mają wśród użytkowników ludzi, którzy potrafią powiedzieć coś więcej niż tak mi się wydaje.
Obserwacja druga: wszystkie te fora są dość monotonne. Młodzi i ciut starsi katolicy w Polsce mają dość wąskie spektrum problemów i wątpliwości. Ciągle tylko: pokłon, przyklękanie, znak pokoju, taniec, szaty liturgiczne, bicie się w piersi, czytania i psalmy, dzwonki - do wszystkiego: co, jak, kiedy i czy w ogóle można. I znowu: pokłon, przyklękanie, znak pokoju... Nie przeglądałam za bardzo działów niezwiązanych z liturgią, ale rzuciło mi się w oczy np.: Wasz typ księdza - to znaczy co, urody, mody, duchowości, emocjonalności czy czegoś jeszcze innego? Rzuciłam różańcem o ścianę - czy Bóg mi to wybaczy? albo Czy Bóg wie, co mam w sercu? No i najbardziej zaskakujące: Czy trzeba chodzić na Mszę świętą?
Refleksja: dobrze, że dzieciaki (i młodzież, i dorośli także) pytają. Znaczy, że coś im się tam w duszy rusza. Trzeba o ten ruch bardzo, bardzo dbać. Nawet jeśli pytania są na takim poziomie, że aż niewiarygodna wydaje się sama możliwość ich zadania. Zapomniał wół, jak cielęciem był, co tu dużo mówić. Wracając - dobrze, że pytania są. Źle jednak, że nie ma komu na nie odpowiadać. Czytając ciągle powtarzające się pytania na temat liturgii, spotykałam za każdym razem inne odpowiedzi. Jak można wymagać od przeciętnych katolików - nawet tych, którzy próbują szukać odpowiedzi na swoje wątpliwości - jakiejś wiedzy na temat liturgii (ale też teologii, jak wynika z obserwacji), skoro nie ma jednego głosu, który by tym mądrze pokierował?
Oj, nie - nie mówię tu o prostym nakazywaniu i zakazywaniu. Dokumenty Kościoła są sformułowane w taki sposób, że nie sposób jednoznacznie powiedzieć w wielu kwestiach - tak należy, a tak nie należy robić. Mam tu na myśli raczej wykładanie każdorazowo problemu szeroko: Kościół mówi w tym dokumencie tak, w tym inaczej. W takiej diecezji robi się tak, a w innej biskup zdecydował inaczej. I tak dalej. Tymczasem na większości tych forów, z których miałam (wątpliwą) przyjemność korzystać, niekompetentni ludzie na podstawie swoich wydaje-mi-siów próbują podawać jednoznaczne i (ich zdaniem) powszechnie obowiązujące sądy. Czytanie długiego posta z przekrojowo przedstawionym stanowiskiem Kościoła nie jest rzeczą prostą - ale czy w naszej wierze i w sprawach ściśle z nią związanych (np. liturgii) musimy koniecznie iść po linii najmniejszego oporu?
Obserwacja pierwsza: zaskakujące, że tylko niektóre spośród niezliczonych forów dyskusyjnych zrzeszających katolików mają wydzielone działy dotyczące liturgii. A już tylko jedno albo dwa (bez adresów, żeby nie robić kryptoreklamy - poza tym pozamykałam już wszystkie karty :)) mają wśród użytkowników ludzi, którzy potrafią powiedzieć coś więcej niż tak mi się wydaje.
Obserwacja druga: wszystkie te fora są dość monotonne. Młodzi i ciut starsi katolicy w Polsce mają dość wąskie spektrum problemów i wątpliwości. Ciągle tylko: pokłon, przyklękanie, znak pokoju, taniec, szaty liturgiczne, bicie się w piersi, czytania i psalmy, dzwonki - do wszystkiego: co, jak, kiedy i czy w ogóle można. I znowu: pokłon, przyklękanie, znak pokoju... Nie przeglądałam za bardzo działów niezwiązanych z liturgią, ale rzuciło mi się w oczy np.: Wasz typ księdza - to znaczy co, urody, mody, duchowości, emocjonalności czy czegoś jeszcze innego? Rzuciłam różańcem o ścianę - czy Bóg mi to wybaczy? albo Czy Bóg wie, co mam w sercu? No i najbardziej zaskakujące: Czy trzeba chodzić na Mszę świętą?
Refleksja: dobrze, że dzieciaki (i młodzież, i dorośli także) pytają. Znaczy, że coś im się tam w duszy rusza. Trzeba o ten ruch bardzo, bardzo dbać. Nawet jeśli pytania są na takim poziomie, że aż niewiarygodna wydaje się sama możliwość ich zadania. Zapomniał wół, jak cielęciem był, co tu dużo mówić. Wracając - dobrze, że pytania są. Źle jednak, że nie ma komu na nie odpowiadać. Czytając ciągle powtarzające się pytania na temat liturgii, spotykałam za każdym razem inne odpowiedzi. Jak można wymagać od przeciętnych katolików - nawet tych, którzy próbują szukać odpowiedzi na swoje wątpliwości - jakiejś wiedzy na temat liturgii (ale też teologii, jak wynika z obserwacji), skoro nie ma jednego głosu, który by tym mądrze pokierował?
Oj, nie - nie mówię tu o prostym nakazywaniu i zakazywaniu. Dokumenty Kościoła są sformułowane w taki sposób, że nie sposób jednoznacznie powiedzieć w wielu kwestiach - tak należy, a tak nie należy robić. Mam tu na myśli raczej wykładanie każdorazowo problemu szeroko: Kościół mówi w tym dokumencie tak, w tym inaczej. W takiej diecezji robi się tak, a w innej biskup zdecydował inaczej. I tak dalej. Tymczasem na większości tych forów, z których miałam (wątpliwą) przyjemność korzystać, niekompetentni ludzie na podstawie swoich wydaje-mi-siów próbują podawać jednoznaczne i (ich zdaniem) powszechnie obowiązujące sądy. Czytanie długiego posta z przekrojowo przedstawionym stanowiskiem Kościoła nie jest rzeczą prostą - ale czy w naszej wierze i w sprawach ściśle z nią związanych (np. liturgii) musimy koniecznie iść po linii najmniejszego oporu?
wtorek, 28 września 2010
ciężko
Zaciekawiły mnie czytania przeznaczone na dzisiejszą Liturgię Słowa.
Najpierw Księga Hioba (3,1-3.11-17.20-23). Hiob przeklinał swój dzień, przeklinał ten los, jaki go spotkał. To nie jest tak cukierkowo, jak się czasem opowiada dzieciom w szkole, że Bóg Hiobowi dawał same nieszczęścia, a Hiob potulnie kiwał głową i prosił o więcej. Wydawałoby się, że skoro przeklinał, to sprzeciwiał się woli Boga, powinien więc być ukarany. Tak się nie stało. Może dlatego, że wiara Hioba, chwilowo może przykryta gorzkimi słowami, była od nich silniejsza, a Pan Bóg to widział. W kontekście dzisiejszej Ewangelii ta interpretacja wydaje się uzasadniona.
Św. Łukasz (9,51-56) przedstawia wydarzenie, które z pozoru niewiele znaczy. Ot, chciał przenocować u kogoś w drodze do Jeruzalem, a ten ktoś mu odmówił. Kiedy uczniowie proponują zesłanie na tego kogoś wielkiej, okrutnej (dziś powiedzielibyśmy: medialnej) kary, Pan Jezus im zabrania. Jest przeciwny karaniu od razu. Jedno potknięcie, jedna zła decyzja nie musi oznaczać definitywnego nastawienia na zło. Tak samo było z Hiobem.
Pokazuje to też, jak bardzo Bóg ceni naszą wolność. Mamy prawo Mu odmówić, bo jesteśmy wolni. Jezus mógłby wejść do tego samarytańskiego miasteczka, wejść do pierwszego domu, rozsiąść się przy stole i powiedzieć: Halo, halo, to Ja tu jestem Bogiem i to Ja decyduję, gdzie śpię z moimi uczniami, tak? A wy, robaczki, możecie mi... No dobra, On by pewnie powiedział to inaczej. Sens jest zachowany. Nie tu, to gdzie indziej. Szkoda trochę, bo właśnie tu byłoby dobrze, bliżej, wygodniej, ale skoro ci ludzie nie chcą, nawet Jezus jako Bóg nie chce ich zmuszać.
Ciekawie w świetle tych czytań prezentuje się osoba św. Wacława, męczennika, którego dziś wspominamy. Mógł przecież podjąć inną decyzję, nie zabiegać o rozwój chrześcijaństwa w swoim kraju. Do tego zresztą pewnie próbowano go zmusić, zanim wysłano na niego siepaczy. Diametralna różnica między porządkiem Bożym a ludzkim: Bóg daje wolność, człowiek na przekór tej wolności próbuje narzucać swoją wolę. Św. Wacław wybrał w wolności od Boga, a zginął z powodu zniewolenia, którego nie przyjął.
Najpierw Księga Hioba (3,1-3.11-17.20-23). Hiob przeklinał swój dzień, przeklinał ten los, jaki go spotkał. To nie jest tak cukierkowo, jak się czasem opowiada dzieciom w szkole, że Bóg Hiobowi dawał same nieszczęścia, a Hiob potulnie kiwał głową i prosił o więcej. Wydawałoby się, że skoro przeklinał, to sprzeciwiał się woli Boga, powinien więc być ukarany. Tak się nie stało. Może dlatego, że wiara Hioba, chwilowo może przykryta gorzkimi słowami, była od nich silniejsza, a Pan Bóg to widział. W kontekście dzisiejszej Ewangelii ta interpretacja wydaje się uzasadniona.
Św. Łukasz (9,51-56) przedstawia wydarzenie, które z pozoru niewiele znaczy. Ot, chciał przenocować u kogoś w drodze do Jeruzalem, a ten ktoś mu odmówił. Kiedy uczniowie proponują zesłanie na tego kogoś wielkiej, okrutnej (dziś powiedzielibyśmy: medialnej) kary, Pan Jezus im zabrania. Jest przeciwny karaniu od razu. Jedno potknięcie, jedna zła decyzja nie musi oznaczać definitywnego nastawienia na zło. Tak samo było z Hiobem.
Pokazuje to też, jak bardzo Bóg ceni naszą wolność. Mamy prawo Mu odmówić, bo jesteśmy wolni. Jezus mógłby wejść do tego samarytańskiego miasteczka, wejść do pierwszego domu, rozsiąść się przy stole i powiedzieć: Halo, halo, to Ja tu jestem Bogiem i to Ja decyduję, gdzie śpię z moimi uczniami, tak? A wy, robaczki, możecie mi... No dobra, On by pewnie powiedział to inaczej. Sens jest zachowany. Nie tu, to gdzie indziej. Szkoda trochę, bo właśnie tu byłoby dobrze, bliżej, wygodniej, ale skoro ci ludzie nie chcą, nawet Jezus jako Bóg nie chce ich zmuszać.
Ciekawie w świetle tych czytań prezentuje się osoba św. Wacława, męczennika, którego dziś wspominamy. Mógł przecież podjąć inną decyzję, nie zabiegać o rozwój chrześcijaństwa w swoim kraju. Do tego zresztą pewnie próbowano go zmusić, zanim wysłano na niego siepaczy. Diametralna różnica między porządkiem Bożym a ludzkim: Bóg daje wolność, człowiek na przekór tej wolności próbuje narzucać swoją wolę. Św. Wacław wybrał w wolności od Boga, a zginął z powodu zniewolenia, którego nie przyjął.
czwartek, 16 września 2010
wątpić mądrze?
Z dzisiejszych czytań dwie rzeczy, które jakoś się dla mnie wyróżniły.
Z listu św. Pawła (1 Kor 15,1-11): za łaską Boga jestem tym, czym jestem.
Z Ewangelii (Łk 7,36-50): Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: "Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna (...)".
Pierwsze - to całkowite zaufanie Bogu, docenienie Jego dzieła, Jego miłosierdzia. Jednocześnie wyraz wdzięczności (Jesteś moim Bogiem, chcę Ci podziękować - Ps 118,28).
Drugie - to powątpiewanie w Bożą Mądrość, w słuszność Bożych zamiarów i Bożych decyzji.
I o ile św. Paweł składa dziękczynienie zupełnie jawnie i otwarcie, o tyle faryzeusz z Ewangelii wątpi po cichu. Pierwszy daje innym możliwość poznania wielkości Boga, umiłowania Go i, być może, wyjścia z błędów życiowych. Drugi na tę możliwość się zamyka. Jeśli nie stawiamy pytań otwarcie, nie możemy liczyć na odpowiedź.
No, chyba że mamy do czynienia z samym Panem Jezusem, który przecież zna nasze myśli.
Z listu św. Pawła (1 Kor 15,1-11): za łaską Boga jestem tym, czym jestem.
Z Ewangelii (Łk 7,36-50): Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: "Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna (...)".
Pierwsze - to całkowite zaufanie Bogu, docenienie Jego dzieła, Jego miłosierdzia. Jednocześnie wyraz wdzięczności (Jesteś moim Bogiem, chcę Ci podziękować - Ps 118,28).
Drugie - to powątpiewanie w Bożą Mądrość, w słuszność Bożych zamiarów i Bożych decyzji.
I o ile św. Paweł składa dziękczynienie zupełnie jawnie i otwarcie, o tyle faryzeusz z Ewangelii wątpi po cichu. Pierwszy daje innym możliwość poznania wielkości Boga, umiłowania Go i, być może, wyjścia z błędów życiowych. Drugi na tę możliwość się zamyka. Jeśli nie stawiamy pytań otwarcie, nie możemy liczyć na odpowiedź.
No, chyba że mamy do czynienia z samym Panem Jezusem, który przecież zna nasze myśli.
Subskrybuj:
Posty (Atom)