Szykuje się nowa, małżeńska rzeczywistość. W tej nowej małżeńskiej rzeczywistości trzeba będzie znaleźć odpowiedni czas, miejsce i formę modlitwy i przeżywania relacji z Panem Bogiem. Jak to zrobić, jeśli problematyczne jest robienie tego nawet indywidualnie?
Z drugiej strony, po to stajemy się SAKRAMENTEM, żeby nie polegać tylko na sobie.
W ogóle ostatnimi czasy bardzo intensywnie odbieram wszelkie sygnały mówiące "nie jesteś sama", "to nie twoja siła tu działa". W końcu Bóg jest w nas sprawcą i chcenia, i działania. Bez Niego nic nie możemy uczynić. Modlitwy, miłości, małżeństwa.
I jakoś tak trochę smutno, że po śmierci nie będzie już żony ani męża, że to, co zaczniemy za kilka dni, zakończy się tak prozaicznie, razem z życiem któregoś z nas. Chociaż daje to jakąś nadzieję, że jest coś JESZCZE LEPSZEGO - zbawienie :)
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobro. Pokaż wszystkie posty
środa, 7 października 2015
czwartek, 13 listopada 2014
wzorce
Od jakiegoś czasu bardzo dobitnie dociera do mnie ogrom Bożego Miłosierdzia. Niezasłużonego, darmowego, niezrozumiałego Bożego Miłosierdzia. Miłosierdzia, przed którym można próbować się ukryć, ale to akurat nigdy się nie uda. Zadziwia mnie Bóg, który po raz siedemdziesiąty siódmy przychodzi, gdy siedzę w swoim ciemnym kątku, i mówi, że jeśli chociaż trochę chcę do Niego wrócić, to On z radością mnie przyjmie.
Na kanwie dzisiejszej spowiedzi doszłam również do pewnej poruszającej mnie myśli. Mianowicie, że nasze relacje z ludźmi powinniśmy wzorować na relacji z Bogiem - a nie na odwrót. Nie muszę się chować przed Bogiem jak dziecko przed rodzicem, który będzie krzyczał po zobaczeniu zbitej szyby. Za to mogę pójść do ojca i powiedzieć mu wybaczam, nawet jeśli jest to siedemdziesiąty siódmy raz, bo tego sama doświadczam od Boga.
Niby takie proste, ale jednak uderzające.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
Na kanwie dzisiejszej spowiedzi doszłam również do pewnej poruszającej mnie myśli. Mianowicie, że nasze relacje z ludźmi powinniśmy wzorować na relacji z Bogiem - a nie na odwrót. Nie muszę się chować przed Bogiem jak dziecko przed rodzicem, który będzie krzyczał po zobaczeniu zbitej szyby. Za to mogę pójść do ojca i powiedzieć mu wybaczam, nawet jeśli jest to siedemdziesiąty siódmy raz, bo tego sama doświadczam od Boga.
Niby takie proste, ale jednak uderzające.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
środa, 5 listopada 2014
tęsknota
Praca w katolickiej księgarni daje sporo nowych doświadczeń.
Pierwsze jest takie, że naprawdę sporo ludzi pragnie pogłębiać swoją wiarę i decyduje się robić to poprzez lekturę. Wszelaką. Poradniki modlitewne, rekolekcje, świadectwa, życiorysy świętych, komentarze do Ewangelii... i mnóstwo innych. Oczywiście, jak na deklarowane dziewięćdziesiąt z górą procent katolików w społeczeństwie, i tak nie nie jest powalająca liczba klientów. Jednak najważniejsze, że są. Że te wszystkie książki nie trafiają w próżnię.
Drugie doświadczenie to spotkanie z ludźmi. Różnymi. Z ludźmi, którzy mają wiele do opowiedzenia, również w kwestii wiary. Z takimi, którzy chętnie dzielą się swoim doświadczeniem Boga. Również z takimi, którzy w religii i okolicach szukają lekarstwa na swoje problemy duchowo-psychiczne. No i, na ostatek, także z takimi, którzy rozwiązań problemów psychicznych nie szukają, chociaż może czasem byłoby to wskazane. Tych ostatnich jest zdecydowanie najmniej. Zresztą, sam fakt, że przychodzą do księgarni, świadczy, że czegoś szukają. Może nie zawsze to znajdują, ale mogą za to dostać naprawdę wiele dobrego.
Trzecie doświadczenie to praca w charakterze doradcy. Tutaj naprawdę widać, co to znaczy doradzać. Kiedy przychodzi pan z obłędem w oku, mówiąc, że szuka dla siostrzenicy jakiejś książki na osiemnastkę... albo pani poszukuje dla wnuka z okazji pierwszej rocznicy ślubu czegoś ciekawego... od razu zamieniam się w poszukiwacza skarbów i prowadzę ich do dobrze mi znanych kryjówek, w których takie skarby można znaleźć. Nigdy się nie spodziewałam, że tyle frajdy sprawi mi widok człowieka wychodzącego z książką pod pachą. No, bo też przecież nigdy wcześniej nikomu książek nie polecałam :)
I czwarte doświadczenie, pewnie nie ostatnie, ale na pewno ostatnie z ważnych. Potrzeba kontaktu z Panem Bogiem. Bo spotykam codziennie wielu ludzi, którzy z Nim są, spotykają się, rozmawiają. I we mnie budzi się tęsknota. Tak po prostu. Codziennie kilka razy mam w rękach Pismo święte, które podaję klientom. I codziennie wieczorem z radością biorę swoją biblię do ręki, żeby ją poczytać w ramach modlitwy. Już dawno tego nie doświadczyłam. Oby jak najdłużej.
Pierwsze jest takie, że naprawdę sporo ludzi pragnie pogłębiać swoją wiarę i decyduje się robić to poprzez lekturę. Wszelaką. Poradniki modlitewne, rekolekcje, świadectwa, życiorysy świętych, komentarze do Ewangelii... i mnóstwo innych. Oczywiście, jak na deklarowane dziewięćdziesiąt z górą procent katolików w społeczeństwie, i tak nie nie jest powalająca liczba klientów. Jednak najważniejsze, że są. Że te wszystkie książki nie trafiają w próżnię.
Drugie doświadczenie to spotkanie z ludźmi. Różnymi. Z ludźmi, którzy mają wiele do opowiedzenia, również w kwestii wiary. Z takimi, którzy chętnie dzielą się swoim doświadczeniem Boga. Również z takimi, którzy w religii i okolicach szukają lekarstwa na swoje problemy duchowo-psychiczne. No i, na ostatek, także z takimi, którzy rozwiązań problemów psychicznych nie szukają, chociaż może czasem byłoby to wskazane. Tych ostatnich jest zdecydowanie najmniej. Zresztą, sam fakt, że przychodzą do księgarni, świadczy, że czegoś szukają. Może nie zawsze to znajdują, ale mogą za to dostać naprawdę wiele dobrego.
Trzecie doświadczenie to praca w charakterze doradcy. Tutaj naprawdę widać, co to znaczy doradzać. Kiedy przychodzi pan z obłędem w oku, mówiąc, że szuka dla siostrzenicy jakiejś książki na osiemnastkę... albo pani poszukuje dla wnuka z okazji pierwszej rocznicy ślubu czegoś ciekawego... od razu zamieniam się w poszukiwacza skarbów i prowadzę ich do dobrze mi znanych kryjówek, w których takie skarby można znaleźć. Nigdy się nie spodziewałam, że tyle frajdy sprawi mi widok człowieka wychodzącego z książką pod pachą. No, bo też przecież nigdy wcześniej nikomu książek nie polecałam :)
I czwarte doświadczenie, pewnie nie ostatnie, ale na pewno ostatnie z ważnych. Potrzeba kontaktu z Panem Bogiem. Bo spotykam codziennie wielu ludzi, którzy z Nim są, spotykają się, rozmawiają. I we mnie budzi się tęsknota. Tak po prostu. Codziennie kilka razy mam w rękach Pismo święte, które podaję klientom. I codziennie wieczorem z radością biorę swoją biblię do ręki, żeby ją poczytać w ramach modlitwy. Już dawno tego nie doświadczyłam. Oby jak najdłużej.
poniedziałek, 23 września 2013
miłujmy
Tak niewiele trzeba, by okazać miłość.
Wystarczy wpaść do samotnej sąsiadki na szklankę owocowej herbaty.
Wystarczy nie spojrzeć z obrzydzeniem na bezdomnego siedzącego w końcu wagonu.
Wystarczy uśmiechnąć się do pani kasjerki, którą przed chwilą inna klientka zmieszała z błotem.
Wystarczy uklęknąć wieczorem i podziękować za całe dobro tego dnia.
I może właśnie to ostatnie zdanie powinno być pierwsze przed wszystkimi wypisanymi wcześniej.
Jedynie w Bogu zbawienie moje i chwała, Bóg opoką mocy mojej i moją nadzieją (Ps 62)
Wystarczy wpaść do samotnej sąsiadki na szklankę owocowej herbaty.
Wystarczy nie spojrzeć z obrzydzeniem na bezdomnego siedzącego w końcu wagonu.
Wystarczy uśmiechnąć się do pani kasjerki, którą przed chwilą inna klientka zmieszała z błotem.
Wystarczy uklęknąć wieczorem i podziękować za całe dobro tego dnia.
I może właśnie to ostatnie zdanie powinno być pierwsze przed wszystkimi wypisanymi wcześniej.
Jedynie w Bogu zbawienie moje i chwała, Bóg opoką mocy mojej i moją nadzieją (Ps 62)
środa, 17 kwietnia 2013
pakiet rocznicowy
Dwa dni temu minęły 23 lata od mojego chrztu. Dziś mija 8 lat od bierzmowania. Myślę sobie, że dobrze jest w takim momencie zastanowić się nad swoją relacją z Panem Bogiem, który jest sensem i centrum tych rocznic.
Myślę też, że to dobry moment na dziękczynienie za te wszystkie lata wypełnione łaskami. Ostatnio widziałam w czeluściach internetu takie pytanie: Gdybyś miał się jutro obudzić tylko z tym, za co dzisiaj podziękowałeś Bogu, co by ci zostało? To trudne pytanie, bo pozwala uświadomić sobie, że nie doceniam Bożej obecności w moim życiu. Wszystkie dobra, które On daje mi w taki czy inny sposób ze Swej nieskończonej dobroci, są tak powszednie, że zupełnie nie postrzegam ich przez pryzmat łaski. A przecież tak wiele rzeczy zawdzięczam Jemu! Zaczynając od życia samego w sobie, przez rodzinę (jaka jest, taka jest, ale dobrze sobie powiedzieć, że nie mogę narzekać), przyjaciół, mężczyznę mojego życia, przez siłę do uporania się z różnymi trudnościami, przez duszpasterstwo i mądrych kapłanów na mojej drodze... aż po łaski płynące z sakramentów Eucharystii i pokuty i pojednania. Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty - Trójjedyny Bóg prowadzi mnie za rękę przez życie, dając mnóstwo dowodów na mocny uścisk i pewny krok.
Potrzeba dziękczynienia rośnie we mnie ostatnio. Nie sztuką jest ciągle prosić. Sztuką jest prosić i umieć dostrzec spełnienie próśb.
Myślę też, że to dobry moment na dziękczynienie za te wszystkie lata wypełnione łaskami. Ostatnio widziałam w czeluściach internetu takie pytanie: Gdybyś miał się jutro obudzić tylko z tym, za co dzisiaj podziękowałeś Bogu, co by ci zostało? To trudne pytanie, bo pozwala uświadomić sobie, że nie doceniam Bożej obecności w moim życiu. Wszystkie dobra, które On daje mi w taki czy inny sposób ze Swej nieskończonej dobroci, są tak powszednie, że zupełnie nie postrzegam ich przez pryzmat łaski. A przecież tak wiele rzeczy zawdzięczam Jemu! Zaczynając od życia samego w sobie, przez rodzinę (jaka jest, taka jest, ale dobrze sobie powiedzieć, że nie mogę narzekać), przyjaciół, mężczyznę mojego życia, przez siłę do uporania się z różnymi trudnościami, przez duszpasterstwo i mądrych kapłanów na mojej drodze... aż po łaski płynące z sakramentów Eucharystii i pokuty i pojednania. Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty - Trójjedyny Bóg prowadzi mnie za rękę przez życie, dając mnóstwo dowodów na mocny uścisk i pewny krok.
Potrzeba dziękczynienia rośnie we mnie ostatnio. Nie sztuką jest ciągle prosić. Sztuką jest prosić i umieć dostrzec spełnienie próśb.
czwartek, 14 marca 2013
chwalcie Pana
Jedyne, co pomyślałam, kiedy wczoraj wieczorem z radością w sercach oglądaliśmy program na żywo po wyborze nowego biskupa Rzymu, to: Chwała Panu!
Niech będzie Mu chwała za ustanowienie Kościoła, jednego, świętego, powszechnego i apostolskiego. Niech będzie Mu chwała za prowadzenie tego Kościoła rękami kolejnych papieży. Niech będzie Mu chwała za tych wszystkich papieży, którzy już odeszli - do wiecznej chwały albo na emeryturę. Wreszcie niech będzie Mu chwała za nowego papieża, Franciszka, którego wybrało konklawe, wiedzione - oby tak było naprawdę! - mocą i mądrością Ducha Świętego.
Chwała Panu!
Niech będzie Mu chwała za ustanowienie Kościoła, jednego, świętego, powszechnego i apostolskiego. Niech będzie Mu chwała za prowadzenie tego Kościoła rękami kolejnych papieży. Niech będzie Mu chwała za tych wszystkich papieży, którzy już odeszli - do wiecznej chwały albo na emeryturę. Wreszcie niech będzie Mu chwała za nowego papieża, Franciszka, którego wybrało konklawe, wiedzione - oby tak było naprawdę! - mocą i mądrością Ducha Świętego.
Chwała Panu!
niedziela, 3 marca 2013
społem
Piątkowe spotkanie z dość przypadkowymi, zdawałoby się, ludźmi, przy okazji całkiem formalnych interesów finansowych. Atmosfera szacunku, sympatii, dobroci. I nagle jeden z panów zaczyna mówić o Panu Bogu. W taki zupełnie naturalny sposób, jakby nie było możliwości, że nie podejmiemy tematu. Mówi z tak wielkim zaufaniem i czcią, że samemu chce się też zacząć wielbić.
I wczorajsze spotkanie urodzinowe u K., które zaczęłyśmy... nieszporami. Grupa dorosłych ludzi, chętnych do umiarkowanej zabawy, spotkanie wybitnie towarzyskie... i nieszpory. Żeby Pan Bóg też w tym był. Żeby wszystko było na swoim miejscu. Nieszpory tak zupełnie naturalnie celebrowane, że w zasadzie nie da się odmówić im integralności z całym tym spotkaniem.
Po co jest Kościół? Bo w Kościele naprawdę jest lepiej. I łatwiej nam - maluczkim pielgrzymom - iść razem.
I wczorajsze spotkanie urodzinowe u K., które zaczęłyśmy... nieszporami. Grupa dorosłych ludzi, chętnych do umiarkowanej zabawy, spotkanie wybitnie towarzyskie... i nieszpory. Żeby Pan Bóg też w tym był. Żeby wszystko było na swoim miejscu. Nieszpory tak zupełnie naturalnie celebrowane, że w zasadzie nie da się odmówić im integralności z całym tym spotkaniem.
Po co jest Kościół? Bo w Kościele naprawdę jest lepiej. I łatwiej nam - maluczkim pielgrzymom - iść razem.
środa, 30 stycznia 2013
gdyby
Czytanie z dzisiejszych nieszporów.
Nie każde Jego działanie jest jasne, oczywiste i definiowalne w kategoriach naszego wielkiego, ale jednak ułomnego rozumu. Jego działanie odbywa się w nas, w każdym z nas, w świętych i nieświętych, w mądrych i głupich. Jego działanie przekracza spełnianie naszych próśb. Możemy dostać takie dobra, o jakich nie śmieliśmy marzyć, o jakie nie umieliśmy prosić. I to wszystko za tak niewiele - za chwałę po wszystkie czasy.
To niesamowite, ale naprawdę działa. Kiedy chwalisz Go, więcej widzisz. Kiedy więcej widzisz, to zwykle też i więcej chwalisz. A kiedy więcej chwalisz...
A jakoś mało w nas wielbienia. No dobra. We mnie. Ciągle tylko daj i wybacz na zmianę, aż do obrzydzenia. Gdyby tak umieć Go chwalić. Gdyby tak móc Go chwalić w wieczności.
Bogu, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków. Amen
Ef 3, 20-21
Nie każde Jego działanie jest jasne, oczywiste i definiowalne w kategoriach naszego wielkiego, ale jednak ułomnego rozumu. Jego działanie odbywa się w nas, w każdym z nas, w świętych i nieświętych, w mądrych i głupich. Jego działanie przekracza spełnianie naszych próśb. Możemy dostać takie dobra, o jakich nie śmieliśmy marzyć, o jakie nie umieliśmy prosić. I to wszystko za tak niewiele - za chwałę po wszystkie czasy.
To niesamowite, ale naprawdę działa. Kiedy chwalisz Go, więcej widzisz. Kiedy więcej widzisz, to zwykle też i więcej chwalisz. A kiedy więcej chwalisz...
A jakoś mało w nas wielbienia. No dobra. We mnie. Ciągle tylko daj i wybacz na zmianę, aż do obrzydzenia. Gdyby tak umieć Go chwalić. Gdyby tak móc Go chwalić w wieczności.
niedziela, 27 stycznia 2013
imię Pana jest twierdzą
Okazuje się, że czasem dobrze powrócić do starych czasów i starych metod. Nie chodzi bynajmniej o odgrzewanie zleżałych potraw, ale o gotowanie w oparciu o ten sprawdzony przepis. Wieczór piosenki religijnej w klimacie, który się zarzuciło dawno temu, potrafi człowiekowi przypomnieć o wielu innych, mniej bądź bardziej luźno powiązanych rzeczach.
Na przykład, że modlitwa nie jest czymś nadzwyczajnym, co trzeba wyodrębniać ze swojego codziennego życia. A może po prostu - nie tylko tym. Że modlitwa całe to życie przenika, całe je przemienia, ale może się tak dziać tylko, jeśli naprawdę odda się to wszystko Jemu. Coś, co przypomina mi się od kilku tygodni, po wielu miesiącach amnezji.
O Jezu cichy i pokorny, uczyń serce me według serca Twego!
Na przykład, że modlitwa nie jest czymś nadzwyczajnym, co trzeba wyodrębniać ze swojego codziennego życia. A może po prostu - nie tylko tym. Że modlitwa całe to życie przenika, całe je przemienia, ale może się tak dziać tylko, jeśli naprawdę odda się to wszystko Jemu. Coś, co przypomina mi się od kilku tygodni, po wielu miesiącach amnezji.
O Jezu cichy i pokorny, uczyń serce me według serca Twego!
wtorek, 25 grudnia 2012
na szczęście, na zdrowie
Drodzy Czytelnicy :)
Boże Narodzenie już się wydarzyło, Jezus przyszedł! Z tej okazji życzę Wam wszystkim wiele Jego błogosławieństwa, które z czasem Was przemieni. Życzę Wam otwartości na to błogosławieństwo i gotowości na przemianę, na koniec świata. Życzę Wam na te najbliższe dni miłości do siebie i do bliźnich, żeby te święta były choć trochę świąteczne. Na te dalsze dni, całego nadchodzącego roku i jeszcze później, całego życia, życzę Wam odwagi i nadziei płynących z wiary w Jednorodzonego Syna Bożego. Niech On Was umacnia każdego dnia od nowa, żebyście mieli siłę podnosić się z każdego upadku i wspinać się na coraz wyższe góry.
I jeszcze... tak na koniec, chociaż to chyba najważniejsze... życzę Wam zbawienia. Życzę Wam z całego serca, byście kiedyś - prędzej lub później - mogli oglądać Jego oblicze i cieszyć się Jego chwałą.
Maranatha!
Boże Narodzenie już się wydarzyło, Jezus przyszedł! Z tej okazji życzę Wam wszystkim wiele Jego błogosławieństwa, które z czasem Was przemieni. Życzę Wam otwartości na to błogosławieństwo i gotowości na przemianę, na koniec świata. Życzę Wam na te najbliższe dni miłości do siebie i do bliźnich, żeby te święta były choć trochę świąteczne. Na te dalsze dni, całego nadchodzącego roku i jeszcze później, całego życia, życzę Wam odwagi i nadziei płynących z wiary w Jednorodzonego Syna Bożego. Niech On Was umacnia każdego dnia od nowa, żebyście mieli siłę podnosić się z każdego upadku i wspinać się na coraz wyższe góry.
I jeszcze... tak na koniec, chociaż to chyba najważniejsze... życzę Wam zbawienia. Życzę Wam z całego serca, byście kiedyś - prędzej lub później - mogli oglądać Jego oblicze i cieszyć się Jego chwałą.
Maranatha!
niedziela, 9 grudnia 2012
przygotujcie drogę Panu
Przygotowujemy się na Jego przyjście. Trzeba być gotowym, bo w chwili, której się nie domyślamy...
Wczoraj wieczorem w Ewangelii wg św. Mateusza znalazłam fragment, który można w tym kluczu zinterpretować. Chodzi o początek opisu drugiego rozmnożenia chleba (Mt 15,32-36). Jezus mówi do swoich uczniów: popatrzcie, ktoś potrzebuje pomocy. I za chwilę, kiedy uczniowie wykazują się znowu niewielką inteligencją, daje im znak, że jeśli tylko trochę się zmobilizują, to On im pomoże we wszystkim.
Może trzeba przygotowywać się także i na to, że w każdej chwili Chrystus może stanąć koło mnie i powiedzieć: popatrz, ktoś potrzebuje pomocy, zrób coś! Chrystus działa naszymi rękami. Czy te ręce są stale gotowe do bycia rękami Boga?
Wczoraj wieczorem w Ewangelii wg św. Mateusza znalazłam fragment, który można w tym kluczu zinterpretować. Chodzi o początek opisu drugiego rozmnożenia chleba (Mt 15,32-36). Jezus mówi do swoich uczniów: popatrzcie, ktoś potrzebuje pomocy. I za chwilę, kiedy uczniowie wykazują się znowu niewielką inteligencją, daje im znak, że jeśli tylko trochę się zmobilizują, to On im pomoże we wszystkim.
Może trzeba przygotowywać się także i na to, że w każdej chwili Chrystus może stanąć koło mnie i powiedzieć: popatrz, ktoś potrzebuje pomocy, zrób coś! Chrystus działa naszymi rękami. Czy te ręce są stale gotowe do bycia rękami Boga?
poniedziałek, 19 listopada 2012
małe jest wielkie
Czytając kolejne doniesienia o projektach prawa zezwalającego parom homoseksualnym na adopcję dzieci, pomyślałam sobie nagle, że w przedziwny sposób łączy się ten temat z problemem zapłodnienia in vitro. Ogólnie rzecz biorąc, nie lubię wrzucania aborcji, eutanazji, antykoncepcji, in vitro i homoseksualizmu do jednego worka Sodomy i Gomory, ale tym razem chyba się przełamię.
Pomyślałam sobie bowiem, że i zapłodnienie in vitro, i adopcja dzieci przez pary homoseksualne, są wyrazem przerażającej tendencji uprzedmiotowienia dziecka. Dziecko ma być odpowiedzią na moje osobiste potrzeby. Przestaje być osobą - podmiotem, staje się rzeczą - przedmiotem. Można go nabyć - idąc do ośrodka adopcyjnego albo do tak zwanej kliniki leczenia niepłodności. Można go zostawić, kiedy przestanie być użyteczny. Mam silne wrażenie, że dla środowisk homoseksualnych kwestia adopcji dzieci jest właśnie zaradzaniem ich osobistym potrzebom. Jeśli wierzyć wypowiedzi z tego artkułu, wiele par homoseksualnych (przynajmniej we Francji) naprawdę nie chce adoptować dziecka, uważając, że powinno ono wychowywać się w rodzinie, to znaczy z mamą i tatą. O co zatem chodzi? Czy nie jest tak, że zgoda na adopcję dzieci przez takie pary będzie po prostu zrównaniem ich praw z prawami rodzin na całej linii? Czy nie jest to gra dzieckiem - żywą, czującą, myślącą osobą o własnej godności - dla uzyskania jakiegoś swojego celu? W tym wypadku cel ten wydaje się raczej czysto polityczny, może trochę kulturowy. W przypadku zapłodnienia in vitro jest on bardziej spersonalizowany. To ci konkretni rodzice mają jakieś potrzeby, które chcą zrealizować za pomocą dziecka.
Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na dobro dziecka, rozumiane jako poszanowanie jego godności i natury?
Pomyślałam sobie bowiem, że i zapłodnienie in vitro, i adopcja dzieci przez pary homoseksualne, są wyrazem przerażającej tendencji uprzedmiotowienia dziecka. Dziecko ma być odpowiedzią na moje osobiste potrzeby. Przestaje być osobą - podmiotem, staje się rzeczą - przedmiotem. Można go nabyć - idąc do ośrodka adopcyjnego albo do tak zwanej kliniki leczenia niepłodności. Można go zostawić, kiedy przestanie być użyteczny. Mam silne wrażenie, że dla środowisk homoseksualnych kwestia adopcji dzieci jest właśnie zaradzaniem ich osobistym potrzebom. Jeśli wierzyć wypowiedzi z tego artkułu, wiele par homoseksualnych (przynajmniej we Francji) naprawdę nie chce adoptować dziecka, uważając, że powinno ono wychowywać się w rodzinie, to znaczy z mamą i tatą. O co zatem chodzi? Czy nie jest tak, że zgoda na adopcję dzieci przez takie pary będzie po prostu zrównaniem ich praw z prawami rodzin na całej linii? Czy nie jest to gra dzieckiem - żywą, czującą, myślącą osobą o własnej godności - dla uzyskania jakiegoś swojego celu? W tym wypadku cel ten wydaje się raczej czysto polityczny, może trochę kulturowy. W przypadku zapłodnienia in vitro jest on bardziej spersonalizowany. To ci konkretni rodzice mają jakieś potrzeby, które chcą zrealizować za pomocą dziecka.
Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na dobro dziecka, rozumiane jako poszanowanie jego godności i natury?
poniedziałek, 22 października 2012
dobro czyń cały rok
Wczorajsze rozmyślania we wspólnej drodze przez sowiogórskie lasy, rozmyślania oparte na mojej niegdysiejszej pokucie.
Czym jest dobry uczynek? Jeśli mam zrobić dobry uczynek względem kogoś, kto ewidentnie cierpi, leży przy drodze i oczekuje pomocy, to odpowiedź jest banalnie prosta. Co jednak w sytuacji, gdy mam zrobić dobry uczynek względem kogoś, z kim mieszkam albo studiuję, kogo spotykam na co dzień i wiem, że nie wymaga doraźnej pomocy?
Czy dobry uczynek względem drugiego człowieka może być w ogóle oddzielony od dobrego uczynku względem samego siebie? Wszak każde dobro wyświadczone komuś wraca do dobroczyńcy. Nawet zresztą jeśli tak nie jest, to jednak każdy dobry uczynek mnie przemienia, umacnia moją wolę, dodaje mi doświadczenia. Czy da się wykonać wobec kogoś dobry uczynek, który jest całkowicie pozbawiony odniesienia do mnie samej i mojego dobra?
Czy wykonywanie swoich obowiązków z namaszczeniem i z dobrą wolą jest samo w sobie dobrym uczynkiem? Jeśli tak, to w zasadzie czynienie dobra wcale nie jest takie nieosiągalne. Jeśli nie, to czy może jednak nim być i pod jakimi warunkami?
Lubię mieć więcej pytań niż odpowiedzi :)
Czym jest dobry uczynek? Jeśli mam zrobić dobry uczynek względem kogoś, kto ewidentnie cierpi, leży przy drodze i oczekuje pomocy, to odpowiedź jest banalnie prosta. Co jednak w sytuacji, gdy mam zrobić dobry uczynek względem kogoś, z kim mieszkam albo studiuję, kogo spotykam na co dzień i wiem, że nie wymaga doraźnej pomocy?
Czy dobry uczynek względem drugiego człowieka może być w ogóle oddzielony od dobrego uczynku względem samego siebie? Wszak każde dobro wyświadczone komuś wraca do dobroczyńcy. Nawet zresztą jeśli tak nie jest, to jednak każdy dobry uczynek mnie przemienia, umacnia moją wolę, dodaje mi doświadczenia. Czy da się wykonać wobec kogoś dobry uczynek, który jest całkowicie pozbawiony odniesienia do mnie samej i mojego dobra?
Czy wykonywanie swoich obowiązków z namaszczeniem i z dobrą wolą jest samo w sobie dobrym uczynkiem? Jeśli tak, to w zasadzie czynienie dobra wcale nie jest takie nieosiągalne. Jeśli nie, to czy może jednak nim być i pod jakimi warunkami?
Lubię mieć więcej pytań niż odpowiedzi :)
środa, 1 lutego 2012
powiew nowości
W związku z zatwierdzeniem przez Stolicę Apostolską (po wielu latach badań) Statutu Drogi Neokatechumenalnej zastanawiam się intensywnie nad tym dziełem.
W czasach odpowiedzialności za Szkołę Odnowy Wiary (czyt. w zeszłym roku) kilkukrotnie przyszło mi się zetknąć z tym tematem. W kategorii liturgii prezentowałam (-łyśmy) neokatechumenat jako przykład wydziwiania i samowolki. I rzeczywiście w pewnym sensie tak jest. Nawet obecne zatwierdzenie niektórych elementów celebracji nie oznacza, że całość poczynań Drogi jest w porządku.
Z drugiej jednak strony, moje stanowisko od jakiegoś czasu zbliża się do zdania Marcina Jakimowicza. Nie podoba mi się nagonka tradycjonalistów na neonów, ciągłe obrzucanie ich błotem. Czasem sobie myślę, że przy całej słabości strony liturgicznej, Droga robi dużo więcej dobrego dla Kościoła powszechnego niż ci wszyscy krytycy posoborowia. A ostatecznie po owocach ich poznacie, jak to pisze pan Jakimowicz.
Może rzeczywiście, zamiast się frustrować, jak to płytko różne ruchy traktują chrześcijaństwo, warto dostrzec, że, podobnie jak nauka pływania wcale nie zaczyna się od nurkowania, ale od utrzymywania się na wodzie, tak też wygląda rozwój duchowy. Nie wejdzie głębiej ten, kto nie czuje się pewnie na powierzchni.
W czasach odpowiedzialności za Szkołę Odnowy Wiary (czyt. w zeszłym roku) kilkukrotnie przyszło mi się zetknąć z tym tematem. W kategorii liturgii prezentowałam (-łyśmy) neokatechumenat jako przykład wydziwiania i samowolki. I rzeczywiście w pewnym sensie tak jest. Nawet obecne zatwierdzenie niektórych elementów celebracji nie oznacza, że całość poczynań Drogi jest w porządku.
Z drugiej jednak strony, moje stanowisko od jakiegoś czasu zbliża się do zdania Marcina Jakimowicza. Nie podoba mi się nagonka tradycjonalistów na neonów, ciągłe obrzucanie ich błotem. Czasem sobie myślę, że przy całej słabości strony liturgicznej, Droga robi dużo więcej dobrego dla Kościoła powszechnego niż ci wszyscy krytycy posoborowia. A ostatecznie po owocach ich poznacie, jak to pisze pan Jakimowicz.
Może rzeczywiście, zamiast się frustrować, jak to płytko różne ruchy traktują chrześcijaństwo, warto dostrzec, że, podobnie jak nauka pływania wcale nie zaczyna się od nurkowania, ale od utrzymywania się na wodzie, tak też wygląda rozwój duchowy. Nie wejdzie głębiej ten, kto nie czuje się pewnie na powierzchni.
niedziela, 3 lipca 2011
lectio divina
Są takie dni, kiedy Pan Bóg przychodzi do człowieka w najzwyklejszych sytuacjach, w najmniejszych gestach, w takich ludziach i w taki sposób, że serce się człowiekowi z piersi wyrywa. To może być robienie z kimś pierogów. I to może być też czyjś wieczór panieński. Albo rozmowa o planach na wspólną przyszłość.
Myślę sobie, że lektura Pisma świętego otwiera człowieka na takie spotkania. Że Pan Bóg z kart Biblii przenika całe życie i wszystkie relacje.
Lectio divina to trudna sztuka.
Myślę sobie, że lektura Pisma świętego otwiera człowieka na takie spotkania. Że Pan Bóg z kart Biblii przenika całe życie i wszystkie relacje.
Lectio divina to trudna sztuka.
poniedziałek, 13 czerwca 2011
pobudka
Słowo na dziś. I chyba nie tylko na dziś. Powaliło mnie w pozytywnym sensie.
Mk 10,49:
Spe salvi facti sumus - W nadziei już jesteśmy zbawieni (Rz 8,24).
Nie bój się, wierz tylko (Mk 5,36).
Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię.
Mk 10,49:
Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię.
Spe salvi facti sumus - W nadziei już jesteśmy zbawieni (Rz 8,24).
Nie bój się, wierz tylko (Mk 5,36).
Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię.
poniedziałek, 30 maja 2011
wolność - kocham i rozumiem?
Prowadziłam dziś lekcje z licealistami na temat etyki św. Augustyna. Fascynujące, jak młodzi ludzie potrafią być krytyczni, poszukujący i twórczy.
Myślę jednak o czymś innym. O wolności. Starożytna koncepcja wolności mówiła, że istotą wolności jest dążenie do bycia w zgodzie z własną naturą. Skoro ludzka natura jest dobra (bo człowiek stworzony jest przez Boga, a absolutnie dobry Bóg nie może stworzyć czegoś złego), to jego wolna wola powinna dążyć właśnie do osiągnięcia dobra. Trudno zrozumieć to nam, którzy wyrośliśmy w kulcie wolności jako zdolności dokonywania wyboru między dobrem a złem.
Przypomina mi się to, co dawno temu mówił mój ówczesny duszpasterz: że po złożeniu ślubów wieczystych w większości sytuacji pokusy jest łatwiej, bo jest się dobrze ukierunkowanym. Wiadomo, dokąd trzeba zmierzać, do czego trzeba dążyć - wiadomo, gdzie znaleźć Boga. Wolna wola człowieka po ślubach jest zatem wolna w sposób doskonalszy, bo jest bliższa swojej naturze.
Czy tak samo jest po przyjęciu sakramentu małżeństwa? Chciałabym, żeby tak było. Doświadczenie z innymi sakramentami pokazuje jednak, że niekoniecznie się tak dzieje. Dlaczego z małżeństwem miałoby być inaczej?
Tak czy siak, boli mnie trochę współczesne rozumienie wolności. Pomieszanie wolności z samowolą. Wyłączenie wolności z jej konotacji moralnych. Czy da się coś z tym zrobić?
Myślę jednak o czymś innym. O wolności. Starożytna koncepcja wolności mówiła, że istotą wolności jest dążenie do bycia w zgodzie z własną naturą. Skoro ludzka natura jest dobra (bo człowiek stworzony jest przez Boga, a absolutnie dobry Bóg nie może stworzyć czegoś złego), to jego wolna wola powinna dążyć właśnie do osiągnięcia dobra. Trudno zrozumieć to nam, którzy wyrośliśmy w kulcie wolności jako zdolności dokonywania wyboru między dobrem a złem.
Przypomina mi się to, co dawno temu mówił mój ówczesny duszpasterz: że po złożeniu ślubów wieczystych w większości sytuacji pokusy jest łatwiej, bo jest się dobrze ukierunkowanym. Wiadomo, dokąd trzeba zmierzać, do czego trzeba dążyć - wiadomo, gdzie znaleźć Boga. Wolna wola człowieka po ślubach jest zatem wolna w sposób doskonalszy, bo jest bliższa swojej naturze.
Czy tak samo jest po przyjęciu sakramentu małżeństwa? Chciałabym, żeby tak było. Doświadczenie z innymi sakramentami pokazuje jednak, że niekoniecznie się tak dzieje. Dlaczego z małżeństwem miałoby być inaczej?
Tak czy siak, boli mnie trochę współczesne rozumienie wolności. Pomieszanie wolności z samowolą. Wyłączenie wolności z jej konotacji moralnych. Czy da się coś z tym zrobić?
piątek, 27 maja 2011
Mateusza ciąg dalszy
"Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?" (Mt 20,15). Pan Bóg ma plan wobec każdego z nas. Zamiast więc porównywać plan dotyczący nas z planami dotyczącymi innych, zajmijmy się współdziałaniem w realizacji tego pierwszego. Jak już wejdziemy do chwały zbawionych, wtedy będziemy mogli patrzeć całkiem z boku i oceniać.
I ciągle przewijające się tłumy. Tłumy, które Jezus uzdrawia. Tłumy, które idą za Nim z miejsca na miejsce. Tłumy, których boją się faryzeusze. Tłumy, które krzyczą Hosanna Synowi Dawida! Czy bez tych tłumów działalność Jezusa byłaby tą samą działalnością? Gdyby tłumy za Nim nie szły, czy dzisiaj mielibyśmy całe to chrześcijańskie dziedzictwo? Czy chrześcijaństwo w ogóle by się narodziło, a jeśli tak, to czy przetrwałoby 2000 lat?
I ciągła, bolesna aktualność przypowieści o dwóch synach (Mt 21,28-31). Ilekroć grzeszę, odwracam się od Jego woli, od Jego Słowa, tylekroć stoję w miejscu, chociaż powiedziałam Pójdę. Za świętym Pawłem: Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię właśnie zło, którego nie chcę (Rz 7,19). Wielkim zadaniem dla każdego z nas jest ciągle się opamiętywać jak ten drugi syn. Oby nam do tego starczyło siły - i czasu.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
I ciągle przewijające się tłumy. Tłumy, które Jezus uzdrawia. Tłumy, które idą za Nim z miejsca na miejsce. Tłumy, których boją się faryzeusze. Tłumy, które krzyczą Hosanna Synowi Dawida! Czy bez tych tłumów działalność Jezusa byłaby tą samą działalnością? Gdyby tłumy za Nim nie szły, czy dzisiaj mielibyśmy całe to chrześcijańskie dziedzictwo? Czy chrześcijaństwo w ogóle by się narodziło, a jeśli tak, to czy przetrwałoby 2000 lat?
I ciągła, bolesna aktualność przypowieści o dwóch synach (Mt 21,28-31). Ilekroć grzeszę, odwracam się od Jego woli, od Jego Słowa, tylekroć stoję w miejscu, chociaż powiedziałam Pójdę. Za świętym Pawłem: Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię właśnie zło, którego nie chcę (Rz 7,19). Wielkim zadaniem dla każdego z nas jest ciągle się opamiętywać jak ten drugi syn. Oby nam do tego starczyło siły - i czasu.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
środa, 30 marca 2011
akcja-reakcja
Jarmark zakończył się sukcesem. Dzięki wszystkim, którzy przy nim pracowali, a przede wszystkim dzięki tym, którzy przyszli i korzystali z dobrodziejstw, sowicie za nie płacąc. Udało nam się zebrać 12 tysięcy złotych! Dzieciaki z Nowej będą miały wspaniałe wakacje, no i pewnie remont też się uda. Dziękuję w imieniu swoim, organizatorów i tych dzieci, którym pomogliśmy.
To nie był łatwy czas. Trudna była też Msza święta w niedzielę, kiedy wyrwałam się z Jarmarku tylko na tę godzinę. Nie mogłam wysiedzieć i zamiast myśleć o Panu Bogu, myślałam o tym, co się dzieje na moim stoisku, co trzeba zrobić, jak to organizować dalej. Pozostaje jedynie nadzieja, że Pan Bóg zna intencje i dlatego nie będzie zbyt surowy za to zupełne rozbicie.
Wczoraj na spotkaniu SOWY gościliśmy biskupa Andrzeja Siemieniewskiego, który mówił nam o sakramencie bierzmowania (w ramach cyklu spotkań o sakramentach). Wspominał o tym, że kiedy jego bratanek w Stanach Zjednoczonych przygotowywał się do bierzmowania w wieku 16 lat, musiał oprócz spełnienia innych warunków wylegitymować się konkretną liczbą odbytych godzin wolontariatu. Biskup mówił - a ja się z tym zgadzam - że to bardzo dobry pomysł, żeby młodego człowieka (i człowieka w ogóle), który ma pogłębić swoją relację z Bogiem, uczulać na obecność i potrzeby drugiego człowieka. Żeby ten sakrament miał przedłużenie w odnajdywaniu Boga w ludziach. Myślę sobie, że może trzeba by wprowadzić coś takiego także u nas. Wielu młodych angażuje się w różnego rodzaju wolontariaty, ale chodzi o to, że jako chrześcijanie (i to już dojrzali, jak sami często podkreślają) mają wręcz obowiązek świadczyć dzieła miłosierdzia. Znowu wraca encyklika Deus caritas est.
To nie był łatwy czas. Trudna była też Msza święta w niedzielę, kiedy wyrwałam się z Jarmarku tylko na tę godzinę. Nie mogłam wysiedzieć i zamiast myśleć o Panu Bogu, myślałam o tym, co się dzieje na moim stoisku, co trzeba zrobić, jak to organizować dalej. Pozostaje jedynie nadzieja, że Pan Bóg zna intencje i dlatego nie będzie zbyt surowy za to zupełne rozbicie.
Wczoraj na spotkaniu SOWY gościliśmy biskupa Andrzeja Siemieniewskiego, który mówił nam o sakramencie bierzmowania (w ramach cyklu spotkań o sakramentach). Wspominał o tym, że kiedy jego bratanek w Stanach Zjednoczonych przygotowywał się do bierzmowania w wieku 16 lat, musiał oprócz spełnienia innych warunków wylegitymować się konkretną liczbą odbytych godzin wolontariatu. Biskup mówił - a ja się z tym zgadzam - że to bardzo dobry pomysł, żeby młodego człowieka (i człowieka w ogóle), który ma pogłębić swoją relację z Bogiem, uczulać na obecność i potrzeby drugiego człowieka. Żeby ten sakrament miał przedłużenie w odnajdywaniu Boga w ludziach. Myślę sobie, że może trzeba by wprowadzić coś takiego także u nas. Wielu młodych angażuje się w różnego rodzaju wolontariaty, ale chodzi o to, że jako chrześcijanie (i to już dojrzali, jak sami często podkreślają) mają wręcz obowiązek świadczyć dzieła miłosierdzia. Znowu wraca encyklika Deus caritas est.
czwartek, 24 marca 2011
dobro się szerzy
Przyznać się muszę, że jak zwykle - jak trwoga, to do Boga.
Proszę o bardzo dużo modlitwy. Jutro zaczynają się ostatnie, najintensywniejsze przygotowania do kolejnego już, XXII Jarmarku Dominikańskiego.
Tradycyjnie w starym refektarzu w klasztorze oo. dominikanów we Wrocławiu (pl. Dominikański 2, wejście od ul. Janickiego) od godziny 9:00 w najbliższą niedzielę można będzie wypić herbatę i zjeść pyszne ciastka i - uwaga - kanapki :) w jarmarkowej kawiarence; nabyć używane ubrania po okazyjnych cenach w lumpeksie; nabyć używane książki w jarmarkowym antykwariacie; wziąć udział w loterii fantowej z ciekawymi i wartościowymi nagrodami; kupić masę różnych innych rzeczy, książek, biżuterii i kto wie, czego jeszcze. A to wszystko dla dzieciaków ze świetlicy środowiskowej przy ul. Nowej we Wrocławiu - żeby mogły pojechać na wakacje, a po nich wrócić do odnowionych pomieszczeń świetlicy.
Pomoc? Więc, jak już wspomniałam wcześniej, najpierw modlitwa, dużo modlitwy. Za koordynatorów i za odpowiedzialnych za poszczególne stanowiska - o siły i zapał do pracy. Za ojców dominikanów i za wszystkich dobrodziejów Jarmarku - o Boże błogosławieństwo dla nich. I wreszcie za dzieciaki, dla których te pieniądze zbieramy - żeby startowały w życie z dobrym kapitałem.
A po modlitwie można przynieść ciasto do kawiarenki albo pomóc w sprzątaniu po zakończeniu Jarmarku. Ale głównie pomóc można swoją obecnością w tłumie kupujących - oczywiście w charakterze kupującego :) Polecam, zapraszam :)
Proszę o bardzo dużo modlitwy. Jutro zaczynają się ostatnie, najintensywniejsze przygotowania do kolejnego już, XXII Jarmarku Dominikańskiego.
Tradycyjnie w starym refektarzu w klasztorze oo. dominikanów we Wrocławiu (pl. Dominikański 2, wejście od ul. Janickiego) od godziny 9:00 w najbliższą niedzielę można będzie wypić herbatę i zjeść pyszne ciastka i - uwaga - kanapki :) w jarmarkowej kawiarence; nabyć używane ubrania po okazyjnych cenach w lumpeksie; nabyć używane książki w jarmarkowym antykwariacie; wziąć udział w loterii fantowej z ciekawymi i wartościowymi nagrodami; kupić masę różnych innych rzeczy, książek, biżuterii i kto wie, czego jeszcze. A to wszystko dla dzieciaków ze świetlicy środowiskowej przy ul. Nowej we Wrocławiu - żeby mogły pojechać na wakacje, a po nich wrócić do odnowionych pomieszczeń świetlicy.
Pomoc? Więc, jak już wspomniałam wcześniej, najpierw modlitwa, dużo modlitwy. Za koordynatorów i za odpowiedzialnych za poszczególne stanowiska - o siły i zapał do pracy. Za ojców dominikanów i za wszystkich dobrodziejów Jarmarku - o Boże błogosławieństwo dla nich. I wreszcie za dzieciaki, dla których te pieniądze zbieramy - żeby startowały w życie z dobrym kapitałem.
A po modlitwie można przynieść ciasto do kawiarenki albo pomóc w sprzątaniu po zakończeniu Jarmarku. Ale głównie pomóc można swoją obecnością w tłumie kupujących - oczywiście w charakterze kupującego :) Polecam, zapraszam :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)