Pokazywanie postów oznaczonych etykietą służba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą służba. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 czerwca 2011

ach, ten charakter

Śpiewanie w scholi ma tę cudowną stronę, że można przypatrywać się ludzkim historiom poprzez sakramenty. Dzisiaj u wrocławskich dominikanów odbyło się bierzmowanie. Mszy przewodniczył i sakramentu udzielił ksiądz biskup Andrzej Siemieniewski. Dopełnienie sakramentu chrztu przyjęło 18 osób, w tym jeden dorosły.

Osiemnaście osób kolejny raz powiedziało Bogu tak. Mam nadzieję, że nie było to uroczyste pożegnanie z Kościołem w obecności biskupa. Że poniosą dalej to, co dzisiaj otrzymali, i zrobią to świadomie, dojrzale i odpowiedzialnie.

I fragment kazania księdza biskupa, który mi zapadł mocno w pamięć. Że ta chrześcijańska dojrzałość to tak naprawdę odpowiedzialność. Odpowiedzialności za swoją świętość, odpowiedzialność za zbawienie bliźnich, odpowiedzialność za Kościół. Ci młodzi przyjmowali ją dopiero dzisiaj. My, którzy im towarzyszyliśmy, w większości przyjęliśmy ją wcześniej. Co z tego wynika? I jak pomóc im w tym nowym zadaniu?

Poczułam się wtedy trochę jak taka starsza siostra, której obowiązkiem jest poprowadzenie niedoświadczonych młodych dalej.

środa, 8 czerwca 2011

finito

Wczoraj odbyło się ostatnie spotkanie Szkoły Odnowy WiarY, zwanej SOWĄ. Dzieła, w które przez cały rok wkładałam dużo czasu, pracy, zaangażowania i serca w ogóle. Za rok SOWY nie będzie - będzie coś innego, za co być może wezmę odpowiedzialność. Zobaczymy.

Myślę o tym, ile dobrego SOWA mi dała. Ile musiałam czytać, i to rzeczy, po które dobrowolnie pewnie bym nie sięgnęła - albo w każdym razie musiałabym się bardzo mobilizować. I ile z tych rzeczy są naprawdę potrzebne chrześcijanom, aby mogli pełniej żyć swoją wiarą. Myślę o tym, że gdyby nie SOWA, pewnie nadal byłabym średnio zorientowaną katoliczką bez szczególnej formacji.

Zastanawiam się, ile ja dałam SOWIE, a przede wszystkim ludziom, którzy pojawiali się na spotkaniach. Myślę, że za mało. Że można było więcej i że w przyszłym roku, jeśli będzie taka możliwość, spróbuję to naprawić. Nie chodzi o to, żeby mnie jeszcze bardziej podziwiali za wiedzę - ostatecznie każdy może sobie poczytać kilka mądrych książek czy dokumentów. Chodzi o to, żeby służyć ludziom jak najlepiej - ad maiorem Dei gloriam. Zastanawiam się, jak to robić. Co poprawić. Jeśli się uda, będą całe wakacje na przemyślenie tej kwestii. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Nie wiem, jak mam podziękować tym wszystkim, bez których SOWY by nie było: mojej Współodpowiedzialnej, duszpasterzowi, a także ludziom-słuchaczom, ludziom-dyskutantom, wszystkim ludziom, którzy się jakoś przewinęli przez spotkania. Tak naprawdę to ja im powinnam dziękować, a nie oni mnie (mi?). I nie wiem, jak.

wtorek, 31 maja 2011

sakrament dla wszystkich

Fantastyczne dzisiejsze spotkanie Szkoły Odnowy Wiary z księdzem Adamem Łuźniakiem, rektorem Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu. Opowiadał nam o sakramencie kapłaństwa. Opowiadał i odpowiadał. Kilka ważnych, cennych, chociaż może się wydawać, że niezbyt odkrywczych myśli.

Ofiara Chrystusa miała ten szczególny wymiar, że po raz pierwszy kapłan - ten, który składa - zjednoczył się z ofiarą - tym, co składane. Przed Chrystusem składanie ofiary przez kapłana w żaden sposób nie wiązało się moralnie z osobą i czynami samego kapłana. Chrystus wkroczył w tę rzeczywistość i ją zmienił.

Kapłaństwo - zarówno powszechne (wynikające z sakramentu chrztu), jak i służebne (wynikające z sakramentu święceń) wypływa z kapłaństwa Chrystusa. Chrystus jest jedynym Kapłanem, tj. pośrednikiem między Bogiem a ludźmi. To, że na świecie mamy setki tysięcy kapłanów, jest możliwe tylko dzięki włączeniu ich w to jedyne kapłaństwo Chrystusa.

Motyw oblubieńczego charakteru kapłaństwa. Chrystus umiłował Kościół - Kościół stał się więc Oblubienicą (łacińskie Ecclesia to dziewczynka). Skoro więc kapłani zanurzeni są w kapłaństwie Chrystusa, to i oni poślubiają Kościół. Biskup poślubia diecezję, w której działa jako biskup - stąd nosi pierścień, oznakę przynależności.

W tym kontekście sensu i jasności nabiera celibat. Skoro kapłan jest zaślubiony z Kościołem, to nie może wziąć sobie innej żony.

Co do kapłaństwa kobiet natomiast - przed argumentem psychologicznym stoi zawsze argument teologiczny. Poza tym, jak to ujął ks. Łuźniak, Chrystus poprzez Wcielenie wszedł w lud o kulturze, w której kapłanami byli mężczyźni. Będąc Bogiem, nie obawiał się wytykać Żydom błędów, zmieniać tradycji, wskazywać na rzeczywistość ponad ich zwyczajami. Skoro w sprawie kapłaństwa nie zrobił żadnego, najmniejszego nawet kroku do zmiany, to można przypuszczać, że aprobował męski charakter urzędu kapłańskiego.

niedziela, 8 maja 2011

współumarli

Wytrwałam. Wysłuchałam całej pieśni Anielski orszak bez jednej łzy, jak nie ja.

Zachwyciłam się. Tekstem. I melodią trochę też.

Przybądźcie z nieba na głos naszych modlitw,
mieszkańcy chwały, wszyscy święci Boży;
Z obłoków jasnych zejdźcie, aniołowie,
Z rzeszą zbawionych spieszcie na spotkanie.

Anielski orszak niech twą duszę przyjmie,
Uniesie z ziemi ku wyżynom nieba,
A pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi
Aż przed oblicze Boga Najwyższego.

Niech cię przygarnie Chrystus uwielbiony,
On wezwał ciebie do królestwa światła.
Niech na spotkanie w progach Ojca domu
Po ciebie wyjdzie litościwa Matka.

Promienny Chryste, Boski Zbawicielu,
jedyne światło, które nie zna zmierzchu,
bądź dla tej duszy wiecznym odpocznieniem,
pozwól oglądać chwały Twej majestat.





A w ramach ostatniej posługi podczas Mszy pogrzebowej zaśpiewałam psalm. Babcia nigdy nie miała okazji usłyszeć mnie śpiewającej. Więc chociaż teraz.

czwartek, 24 marca 2011

dobro się szerzy

Przyznać się muszę, że jak zwykle - jak trwoga, to do Boga.

Proszę o bardzo dużo modlitwy. Jutro zaczynają się ostatnie, najintensywniejsze przygotowania do kolejnego już, XXII Jarmarku Dominikańskiego.

Tradycyjnie w starym refektarzu w klasztorze oo. dominikanów we Wrocławiu (pl. Dominikański 2, wejście od ul. Janickiego) od godziny 9:00 w najbliższą niedzielę można będzie wypić herbatę i zjeść pyszne ciastka i - uwaga - kanapki :) w jarmarkowej kawiarence; nabyć używane ubrania po okazyjnych cenach w lumpeksie; nabyć używane książki w jarmarkowym antykwariacie; wziąć udział w loterii fantowej z ciekawymi i wartościowymi nagrodami; kupić masę różnych innych rzeczy, książek, biżuterii i kto wie, czego jeszcze. A to wszystko dla dzieciaków ze świetlicy środowiskowej przy ul. Nowej we Wrocławiu - żeby mogły pojechać na wakacje, a po nich wrócić do odnowionych pomieszczeń świetlicy.

Pomoc? Więc, jak już wspomniałam wcześniej, najpierw modlitwa, dużo modlitwy. Za koordynatorów i za odpowiedzialnych za poszczególne stanowiska - o siły i zapał do pracy. Za ojców dominikanów i za wszystkich dobrodziejów Jarmarku - o Boże błogosławieństwo dla nich. I wreszcie za dzieciaki, dla których te pieniądze zbieramy - żeby startowały w życie z dobrym kapitałem.

A po modlitwie można przynieść ciasto do kawiarenki albo pomóc w sprzątaniu po zakończeniu Jarmarku. Ale głównie pomóc można swoją obecnością w tłumie kupujących - oczywiście w charakterze kupującego :) Polecam, zapraszam :)

środa, 12 stycznia 2011

szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie

Pan Bóg nie daje człowiekowi szczęścia bez powodu. Tak myślę. Jak już takie szczęście dostanie w dłonie, to po pierwsze, trzeba je umocnić, żeby się nie rozsypało przy pierwszym ruchu, a po drugie - trzeba je dobrze wykorzystać. Dla innych. Trzeba to szczęście pomnożyć, czy raczej dać mu się pomnożyć samemu. I tym szczęściem jeszcze trzeba świadczyć.

Pierwszy aspekt bez drugiego nie ma sensu. Drugi bez pierwszego - tym bardziej.

Praca, praca, praca. W dzisiejszym kazaniu o. Marcin mówił o tym też. Że jak się widzi jakieś pole, na którym trzeba pracować, to nie ma co stanąć i biadolić, tylko się trzeba zabrać do roboty. Praca, praca, praca.

wtorek, 14 grudnia 2010

zmagania

Dziś w duszpasterstwie trudne pytanie. Dlaczego chodzisz na roraty?

Odpowiedzi padały różne. Bardzo pobożne i takie całkiem prozaiczne. Tak naprawdę warto sobie zadać takie pytanie. W środku Adwentu. Po co?

Trudno mi było znaleźć odpowiedź na pytanie. Może dlatego, że to takie - oczywiste. Roraty są i już, i się na nie chodzi. Jednakowoż to, co najbardziej pewne i oczywiste, wcale takie nie jest, kiedy trzeba podać jego racje.

Dlaczego ja chodzę na roraty? Bo to służba. Przy mikrofonie, o ile tylko stan zdrowia pozwala. I trochę też przemagania siebie - zrobić coś, na co w codzienności nie ma się siły i odwagi. Z tej niecierpliwości wyczekiwania różne rzeczy człowiekowi przychodzą. Dużo modlitwy trzeba. Bardzo dużo.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

znów cisza

Jarmark minął, zwieńczony tradycyjnym sukcesem :) Trzy dni wytężonej pracy - w tym wczorajszy najcięższy. Z perspektywą pomocy potrzebującym. A potrzebujące kręciły się po klasztorze, wystawiały jakieś przedstawienie, prezentowały przygotowane układy taneczne. Dostały ciepły obiad - kto wie, dla niektórych może pierwszy i ostatni w tym tygodniu.

Szczególnie przemawia podczas Jarmarku idea caritas jako jednego z trzech filarów działalności Kościoła katolickiego (Benedykt XVI, Deus caritas est). Właśnie tego filaru, który przychodzi nam zbudować i utrzymać najłatwiej. Trzeba go budować mocnym, pewnym, wytrzymałym. Budujmy! Dziś każdy ma szansę zagrać choćby przez chwilę Boba Budowniczego. Na szczęście coraz więcej ludzi ma tego świadomość i pragnie tę możliwość wykorzystać. Niech każdy z nas stara się o to, co dla bliźniego dogodne - dla jego dobra, dla zbudowania (Rz 15,2-3).

Ale oprócz tej caritas przemawia do mnie podczas Jarmarku cisza. Konkretnie ta cisza, która towarzyszy sprzątaniu w niedzielę wieczorem. Oczywiście jest pełno hałasu - wynoszenia mebli, zbierania śmieci, tych wszystkich gospodarskich czynności, bez których nic by się nie dało zrobić. A jednak jakoś działa ta cisza, kiedy do nikogo się nie mówi poza wymienianiem wskazówek, zasięganiem informacji organizacyjnych. Dobrze czasem pomilczeć, nawet nosząc worki pełne ubrań, myjąc olbrzymie garnki, zmiatając podłogi czy cokolwiek. To w zasadzie też dla dobra bliźniego i dla zbudowania, bo gdyby się w takiej chwili odezwać, to by można nabluzgać przypadkiem. Albo się pokłócić.

I myślę sobie, że gdyby Pan Bóg nie chciał takiej ciszy, to by nam na nią nie pozwolił. I sam też by nie pozwalał Sobie na milczenie.

sobota, 11 grudnia 2010

Jarmark

Uwaga! Teraz będzie reklama! Reklama najbardziej wciągającej i pozytywnej inicjatywy, jaka się może zdarzyć w grudniu.

12 grudnia 2010 w refektarzu klasztoru oo. dominikanów we Wrocławiu (wejście od ul. Janickiego) odbędzie się już XXI Jarmark Dominikański. Zaczyna się o 9:00 i czeka na Was do 22:30. Co na nim? Mnóstwo atrakcji: kawiarenka - ciasta, ciasteczka, kawa, herbata wszystko!; second hand (czyli rzeczy bardziej i mniej używane, wśród których można złowić perełki; antykwariat z książkami i innymi fantami; loteria fantowa z ciekawymi nagrodami; stoisko z miodami z prawdziwej pasieki - te miody naprawdę mają coś wspólnego z pszczołami!; i masa innych atrakcji, w stylu stanowisk z biżuterią i innymi. Jarmark dostępny dla każdego przez cały dzień. A po co? Ano żeby zebrać pieniądze dla dzieciaków ze świetlicy środowiskowej przy ulicy Nowej - Fundacja Nowa Dominikańska dzięki temu zapewni im wyjazd zimowy i wyremontuje pomieszczenia świetlicy. Gra warta świeczki!

Jarmarkowi można pomóc na wiele różnych sposobów. Większość z nich już się wyczerpała w sensie terminowym, ale pozostają jeszcze takie możliwości: przyjść i kupując coś dla siebie, wspomóc dzieciaki z Nowej; przynieść ciasto i inne słodkie przysmaki albo napoje do kawiarenki - przyjmujemy cały dzień; a także, i może przede wszystkim pomodlić się - bo bez Bożej pomocy niewiele z tego wszystkiego wyjdzie.

W imieniu swoim i organizatorów/koordynatorów/pozostałych odpowiedzialnych/dzieciaków ze świetlicy zapraszam Was wszystkich serdecznie do włączenia się w tę akcję :) Zabrzmi banalnie, ale każda złotówka się liczy - każdy pierniczek zjedzony w kawiarence, każda para kolczyków albo nowa bluzka to pomoc tym, które mają gorszy start, a którym ten start staramy się jakoś ułatwić :) Przychodźcie tłumnie, przekazujcie dalej, zapraszajcie znajomych. Im nas więcej, tym lepiej :)




Inny to Jarmark niż ten rozsławiany Jarmark Bożonarodzeniowy na wrocławskim Rynku. Tam się je, pije, kupuje głupoty i napędza machinę komercji, słuchając piosenek o kobietach, które łamią serca w święta Bożego Narodzenia. U nas - robi się coś ciut bardziej konstruktywnego. No i jeszcze jeden plus - u nas nikt nie będzie śpiewał o zawiedzionej miłości ;)

czwartek, 18 listopada 2010

społeczeństwo obywatelskie



Zadaniem chrześcijanina - moim skromnym zdaniem, rzecz jasna - jest właśnie wziąć tę gazetę do ręki, przeczytać od pierwszej do ostatniej literki, a następnie zastanowić się, co i jak może sam zmienić. Ofiarom trzęsienia ziemi albo wypadku samochodowego życia (ziemskiego) nie przywróci. Może coś zrobić dla ich życia wiecznego, może coś zrobić dla ich rodzin. Jest tyle pól działania, tyle możliwości. Trzeba tylko wiedzieć. Że coś jest do zrobienia.

No i chcieć.

niedziela, 14 listopada 2010

kwiat

Długi weekend. Długi czasowo i długi mentalnie. Dobry w jakiś przedziwny sposób.

Najpierw ślub Znajomych. Ślub, podczas którego znowu, znowu śpiewanie było przede wszystkim służbą. Ślub, który był tak naturalną konsekwencją tego, co widziało się przez ostatnie miesiące, lata, że trudno sobie wyobrazić, by mogło go nie być.

Potem bieg do domu po bagaż i na dworzec, żeby dołączyć do młodzieży i ojca w Wilkanowie. Perypetie pociągowe, zakończone sukcesem. Komitet powitalny w Bystrzycy Kłodzkiej, stamtąd autem do Wilkanowa. I cztery dni... jak to nazwać? Cztery dni obserwowania się nawzajem, nawiązywania niteczek kontaktu. Nie jestem najlepszym pedagogiem i czas coś z tym zrobić. Pod względem duchowym ten wyjazd dał mi jedną bardzo, ale to bardzo ważną rzecz: pokazał, jak bardzo przez ostatnie lata dojrzałam w wierze, jak bardzo się zmieniłam pod tym względem. Także - ile jeszcze przede mną.

Oraz - jak wiele można dać innym ludziom, kiedy ma się już tę odrobinę. Spotkanie ze Słowem Bożym w grupach - lectio divina - trzeba się nauczyć mówić o Panu Bogu - bez moraliny - cztery dziewczyny w wieku licealno-gimnazjalnym i ja - godzina jak z bicza strzelił. Tylko Ewangelia na tę niedzielę (na dzisiaj). Miałam tu zapisać te myśli, które się pojawiły w rozmowie, ale myślę sobie, że może jednak powinny zostać niespisane.

Na koniec - podróż powrotna i pociągowe rozmyślania tym razem skupione w rozmowie z ciut ode mnie starszym chłopakiem, z którym najpierw rozmawialiśmy o filozofii, a potem o Bogu, wierze, religii. Pod koniec tej rozmowy powiedział, że jestem pierwszą osobą, która ma inne zdanie od jego własnego. Wygląda więc na to, że mówienie, które obok robienia pierogów i śpiewania (w tej kolejności) wychodzi mi najlepiej, może być moim sposobem apostolstwa. Jasna sprawa, że nie jedynym. Ale tym najważniejszym?

środa, 3 listopada 2010

bez odpowiedzi

Bywa, że się człowiek na pracy zafiksuje. Albo na studiach. Na nauce. Taka fiksacja zdecydowanie przeszkadza w odbiorze Słowa Bożego. Podczas dzisiejszego pierwszego czytania (Flp 2,12-18) najpierw w mojej głowie odbyła się galopada myśli w stronę Sorena Kierkegaarda (przy słowach z bojaźnią i drżeniem), a potem rozpłynęłam się na wspomnienie o św. Tomaszu z Akwinu i analizowaniu Summy teologicznej jego autorstwa (na słowa Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania). Nie sądziłam, że to powiem, ale - chyba za dużo czasu spędzam nad filozofią.

Dziś wspominamy (a dominikanie z tej okazji świętują) św. Marcina de Porres. To kolejny święty, o którym ostatnio czytam, że był jednocześnie niezwykle pobożny i oddany Bogu oraz oddawał siebie, swoje siły, czas i pieniądze ludziom potrzebującym. Czy oddanie siebie Bogu może przebiegać bez oddania się innym? Z drugiej strony, czy oddanie się innym może przebiegać bez oddania się Bogu?

wtorek, 26 października 2010

refleksje po

Pracować dla Pana Boga można nie tylko poprzez bycie księdzem, zakonnikiem, zakonnicą. Pracować dla Pana Boga można zawsze i wszędzie poprzez to, co się robi najlepiej, jak się umie, zgodnie z zasadami i mając na względzie dobro drugiego człowieka. Praca dla Pana Boga bywa czasem trudna. Hm, czasem nawet bardzo trudna. Praca dla Pana Boga może wymagać więcej wysiłku i zaangażowania niż praca dla siebie. Czy jednak nie jest tak, że pracując dla Pana Boga, pracujemy też dla samych siebie?

Po dzisiejszym spotkaniu SOWy wracałam do domu tramwajem i nawiedziła mnie myśl o mojej niegdysiejszej pracy w tzw. call center. Jak bardzo mnie wyczerpywała fizycznie, ale przede wszystkim - psychicznie i duchowo. Jak wielkie miałam moralne trudności z wciskaniem klientom kitu za pieniądze. To się zupełnie nie nadawało jako praca dla Pana Boga. Zajmując swoje stanowisko i "wydzwaniając" kolejny kontakt, trzeba było wręcz o Panu Bogu zapomnieć, bo wtedy szło choć odrobinę łatwiej (sic!).

Może dlatego o tym sobie przypomniałam, że wracałam ze spotkania, które uważam za dobre i owocne. Które wymagało ode mnie sporo pracy - nad przygotowaniem materiału, to jedno - ale drugie, ważniejsze, to praca nad sobą. Nad tym, co mogło zepsuć całość poprzez jeden szczegół. Summa summarum, przygotowania do tego jednego spotkania trwały u mnie od czwartku. Pięć dni po to, by poprowadzić dwugodzinne spotkanie o Liturgii Słowa. Nie chcę się tu gloryfikować ani kreować na męczennicę. To był czas, który mnie radował - zarówno przygotowania, jak i samo spotkanie. Chodzi mi tylko o to, że praca dla Pana Boga należy do każdego z nas, i że nie zawsze włożony w nią wkład przekłada się na jej jakość i na jej oddanie Panu Bogu.

Powraca myśl o żydowskim oddawaniu Bogu każdej czynności. I o modlitwie nieustannej.

Na początku i na końcu spotkania zawsze się wspólnie modlimy. To jedna z tych sytuacji, kiedy modlitwa czyni cuda.

niedziela, 3 października 2010

frustrujące czekanie

Pierwsze czytanie - prorok Habakuk (Ha 1,2-3;2,2-4). Myślę sobie, że to trochę frustrujące. Człowiek się tu skarży Bogu, jak to mu źle, jaka krzywda mu się dzieje, a Bóg odpowiada: spokojnie, w swoim czasie to się odmieni, poczekaj, zmiana przyjdzie szybko. No tak, ale co znaczy szybko dla Boga, który jest wieczny? Może to znaczyć coś całkiem innego niż dla nas, żyjących według praw czasu. Frustrujące jest to, że zamiast krzywdzie wiernego zaradzić od razu, Bóg każe mu czekać. Czekać na nie-wiadomo-co, które nie-wiadomo-kiedy nastąpi.

I na to - pięknie dobrany refren psalmu (Ps 95,1-2.6-9): Słysząc głos Pana, serc nie zatwardzajcie. Dobra, Bóg nie mówi wprost, nie daje łatwej odpowiedzi. Ale mówi, tak? Mógłby milczeć i śmiać się w skrytości z mojej słabości. Wybrał jednak mówienie do mnie. Trzeba mi się z tego radować, a nie zamykać i obrażać.

Drugie czytanie - św. Paweł pisze do Tymoteusza (2Tm 1,6-8.13-14). Z tego fragmentu wybijają się słowa: abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie. Bóg już mi dał ten charyzmat, teraz moim zadaniem jest o niego dbać, rozpalić go, żyć nim. Swoją drogą, trudnym pojęciem jest ten charyzmat w dzisiejszych czasach. Tutaj jednak św. Paweł mówi o danym nam przez Boga duchu miłości, mocy, trzeźwego myślenia. A wiarę nazywa dobrym depozytem. Dobrego depozytu trzeba strzec. Dodajmy, że z pomocą Ducha Świętego, który w nas mieszka.

Ewangelia (Łk 17,5-10), podobnie jak czytanie z Habakuka, ma w sobie coś frustrującego. Apostołowie proszą o przymnożenie im wiary, a Jezus na to wytyka im, że ich wiara jest mniejsza od ziarnka gorczycy. W moich relacjach z rodzicami (ale nie tylko z nimi) najbardziej nie lubię, kiedy o coś proszę ze szczerego serca, uznając swoją małość z powodu danego niedostatku, a oni mi to jeszcze wypominają; odbieram to zawsze jako takie a nie mówiłem?, chociaż często nikt nic wcześniej na ten temat nie mówił. Chrystus zachowuje się tu podobnie. I zaraz potem odwraca kota ogonem, zaczyna mówić o służeniu. Trudno to zrozumieć. Myślę jednak, że można tę scenę zinterpretować w ten sposób: to Bóg jest tym, który ma sługi i zamiast zaprosić je do stołu, posyła je na dalsze służenie. Ich zadaniem jest pokora, wykonywanie poleceń ze świadomością, że zaspokojenie ich własnych potrzeb przyjdzie z czasem. Tymi sługami, rzecz jasna, jesteśmy my. Są nimi Apostołowie, którzy proszą o przymnożenie wiary. To frustrujące, że zamiast im tej wiary przymnożyć, zgodnie z ich prośbą, Jezus posyła ich na dalsze służenie. Macie to, co macie, musicie teraz to dobrze wykorzystać. Pięknie się to łączy ze słowami św. Pawła do Tymoteusza: abyś rozpalił charyzmat Boży, który jest w tobie. Owoc przyjdzie później, tak jak w sytuacji Habakuka. Nie-wiadomo-kiedy. Jesteśmy w o tyle lepszej sytuacji, że mamy jakieś, mniej bądź bardziej mgliste, pojęcie - CO. Do tego czasu mamy żyć tym charyzmatem, który został nam dany. Pracować na rzecz Boga, który nam odda za naszą pracę. W swoim czasie. Cierpliwości.

niedziela, 19 września 2010

zaniemówienie

Dziś wyjątkowo nie będzie o czytaniach. Nie jestem w stanie. Rozłożyła mnie na łopatki Msza święta, na której śpiewaliśmy ze scholą z racji chrztu, który po tejże Mszy miała otrzymać siostrzenica naszej prowadzącej. I to, niestety, rozłożona jestem w negatywnym sensie.

Mogę powiedzieć tylko tyle. Kapłan jako człowiek ma swoją osobowość i źle jest, jeśli tego nie widać. Ale jeszcze gorzej jest, jeśli swoją osobowością przysłania mi drogę do Pana Boga. Czy to na Mszy świętej, czy to w duszpasterstwie, czy gdziekolwiek indziej. Niestety. Podczas dzisiejszej Mszy w jednej z podwrocławskich parafii miałam wrażenie, że ten event ma jednego głównego bohatera i nie jest nim Pan Bóg. Ani nawet Pan Jezus.

Nie mówiąc już o tym, że kazanie traktowało o wszystkim, tylko nie o dzisiejszych czytaniach. Nie można przecież wymagać wszystkiego. Gwiazda musi się jakoś wypromować; ciężko to zrobić, komentując naprawdę trudne teksty, jakie na XXV niedzielę zwykłą ktoś mądry przygotował.

Jedno jest pewne, w takich chwilach człowiek dogłębnie odczuwa, że śpiew podczas liturgii również jest służbą. Co za tym idzie - nie zawsze musi wiązać się z przyjemnością i poczuciem wzrostu w wierze.

środa, 1 września 2010

służba

Tym razem krótko. Nie o wszystkich dzisiejszych czytaniach, chociaż bardzo na mnie oddziałały. Tylko o Ewangelii. I to też tylko o jednym zdaniu.

Dzisiejsza perykopa (Łk 4, 38-44) pokazuje scenę uzdrowienia teściowej Szymona. Kiedy już Jezus dokonał cudu, uzdrowił kobietę, ona zaraz też wstała i usługiwała im. Czemu? Przecież skoro była przed chwilą jeszcze ciężko chora, to powinna, jako rekonwalescentka, leżeć w łóżku i czekać, aż się nią córka i zięć zajmą. Tymczasem nie dość, że natychmiast wstała, to jeszcze usługiwała gościom, jakby mało było w domu ludzi od tego. O co chodzi? Może o to, że jak Pan Jezus uzdrawia, to już na całego i do końca. A może też o to, że kiedy już uzdrowi, to nie ma co się nad sobą roztkliwiać, tylko trzeba zakasać rękawy i wziąć się do roboty. Samo się przecież nie zrobi, prawda?