Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różaniec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różaniec. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 sierpnia 2013

polsko-ukraińsko

Już ponad dwa tygodnie temu wróciliśmy z ukraińskiej przygody, a refleksji ciągle przybywa. Teraz tylko skrótowo - kiedyś może co nieco rozwinę.

Nabożeństwo w rocznicę pomordowania profesorów Uniwersytetu Lwowskiego. Zebrana pod pomnikiem garstka Polonii, franciszkanin pełniący funkcję ich duchowego opiekuna, konsul RP. Na koniec śpiewamy Boże, coś Polskę. Powalający, dotykający aż do bólu wydźwięk słów ojczyznę wolną pobłogosław, Panie.

Przyjazd do podkijowskiego Wor'zelu, w którym znajduje się wyższe seminarium duchowne. Większość kleryków na wakacjach albo praktykach, w seminarium pozostało ich na dyżurze dwóch. Pytamy proboszcza, ile trwa tu formacja. Siedem lat. Pytamy też, ilu jest kleryków. Proboszcz z lekkim rumieńcem mówi, że w sumie około trzydziestu, i zaraz tłumaczy, że my w Polsce jesteśmy pewnie przyzwyczajeni do czego innego, ale dla nich tutaj to i tak całkiem spora liczba. Wtedy dociera do mnie sens modlitwy o powołania kapłańskie i zakonne.

Msza święta w kościele odprawiana oczywiście po ukraińsku. Dziękuję Bogu za natchnienie władz kościelnych, by ujednolicić liturgię.

Parafia jest ogromna, na niedzielną mszę ludzie przyjeżdżają kolejką i autobusami z dużym wyprzedzeniem. Co robią z wolnym czasem? Spędzają go w kościele na modlitwie, chyba na zapas. Przed mszą mówią Różaniec, po mszy jeszcze Anioła Pańskiego, jakieś litanie, modlitwy dziękczynne i błagalne - wszystko to animują sami wierni. Wspólnota tętniąca potrzebą wspólnoty, wierni tętniący potrzebą modlitwy i sakramentów.

W seminaryjnej kuchni siostry honoratki słuchają Radia Maryja (!), które nadaje częściowo po polsku, a częściowo po ukraińsku. Kiedy w drugim tygodniu jedziemy na święcenia do Berdyczowa, w samochodzie siostry zaczynają odmawiać Różaniec, a przez wzgląd na nas robią to po polsku, żebyśmy mogli się włączyć.

Święcenia diakonatu i prezbiteratu w sanktuarium Matki Bożej Śnieżnej w Berdyczowie to nie lada okazja. Ksiądz, z którym tam jedziemy, mówi, że to historyczna chwila, bo w diecezji jeszcze nigdy nie było tak licznej grupy kandydatów: aż sześciu diakonów i jeden prezbiter! Zbieramy szczęki z podłogi po tej w gruncie rzeczy radosnej informacji; sens modlitwy o nowe powołania kapłańskie wybija się jeszcze wyraźniej.

Na to wydarzenie zjechali się ludzie z ogromnego obszaru (byli także goście z Polski). Po mszy, na dziedzińcu sanktuarium, wszyscy ze wszystkimi się witają, wymieniają informacje o sobie i o wspólnych znajomych, panuje atmosfera prawdziwej radości i bliskości. Jest też całkiem pokaźna delegacja z parafii w Wor'zelu - a do Berdyczowa jest stamtąd ponad 100 kilometrów. Coś niesamowitego, że ludzie taki kawał drogi pokonują w środku tygodnia (to był wtorek), byle tylko wspólnie uradować się nowym kapłanem i nowymi diakonami.

I ostatnia rzecz. Przez cały wyjazd, i we Lwowie, i w odwiedzanym kilkukrotnie Kijowie, podziwialiśmy cuda architektury prawosławnej i grekokatolickiej. W Ławrze Kijowsko-Peczerskiej założyłam chustkę na głowę, by nie urażać przybywających tam wiernych, modlących się w poszczególnych cerkwiach (co nie zmienia faktu, że do jednej z nich nie zostałam wpuszczona, bo nie miałam długiej spódnicy). Dzikie tłumy odwiedzających. Cerkwie pobudowane także przy drogach, na osiedlach. I opowieść księdza Olega, który wiózł nas na pociąg powrotny, że prawosławni wcale nie są przywiązani do swojej religii, do kultu, do sakramentów. Wspominał, jak to jeden jego nieochrzczony znajomy bez najmniejszego problemu (i bez żadnego pytania ze strony popa) zawarł kościelny ślub w cerkwi. Mówił też, że prawosławni cały czas prowadzą antykatolicką propagandę, wobec czego ekumeniczne marzenia kolejnych papieży w ukraińskich realiach są mało radosnymi mrzonkami.

poniedziałek, 20 maja 2013

pustostany świadomości

Wszystko, co się dzieje w moim życiu ostatnio, pędzi na łeb na szyję, nie wskazując celu. Silne postanowienie z ostatniej spowiedzi okazuje się mrzonką. Kiedy pędzę z jednego krańca swoich możliwości na drugi, nie mam czasu zatrzymać się przed Panem Bogiem. Dotarło do mnie, że kiedyś nie było dla mnie problemem zorganizować się tak, żeby być na Mszy świętej w tygodniu. Teraz nawet ta niedzielna wymaga akrobacji czasowych. I po co to?

W kalendarzu notuję sobie przy każdym wpisanym zadaniu i przypomnieniu dwie literki. P - jak pilne. I W - jak ważne. Nagle się okazuje, że tylko kilka rzeczy w tygodniu jest ważnych, ewentualnie jednocześnie pilnych i ważnych. I znajdują się one na szarym końcu listy do spełnienia. Pomieszanie z poplątaniem.

Żaden magiczny sposób nie pomoże. Mogę nosić przy sobie różaniec, mogę trzymać na biurku Oremus gotowy do otwarcia na odpowiedniej stronie, mogę wykonywać pobożne gesty przed posiłkiem. Jeśli naprawdę nie znajdę zorganizuję czasu, żeby powiedzieć - dziękuję, proszę, przepraszam, to każda z tych rzeczy będzie pusta.

Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

niedziela, 27 stycznia 2013

imię Pana jest twierdzą

Okazuje się, że czasem dobrze powrócić do starych czasów i starych metod. Nie chodzi bynajmniej o odgrzewanie zleżałych potraw, ale o gotowanie w oparciu o ten sprawdzony przepis. Wieczór piosenki religijnej w klimacie, który się zarzuciło dawno temu, potrafi człowiekowi przypomnieć o wielu innych, mniej bądź bardziej luźno powiązanych rzeczach.

Na przykład, że modlitwa nie jest czymś nadzwyczajnym, co trzeba wyodrębniać ze swojego codziennego życia. A może po prostu - nie tylko tym. Że modlitwa całe to życie przenika, całe je przemienia, ale może się tak dziać tylko, jeśli naprawdę odda się to wszystko Jemu. Coś, co przypomina mi się od kilku tygodni, po wielu miesiącach amnezji.

O Jezu cichy i pokorny, uczyń serce me według serca Twego!

piątek, 16 listopada 2012

krok za krokiem

Okazuje się, że naprawianie relacji z drugim człowiekiem jest całkiem możliwe. Jeśli oboje tego chcecie. Wtedy trzeba się zdeklarować do jednego małego dobrego uczynku względem tej relacji: rozmowy telefonicznej, spotkania, listu, czegokolwiek. I potem konsekwentnie to wypełniać, nie raz, nie dwa, ale od jednego razu trzeba przecież zacząć. Nagle się okazuje, że drugi człowiek naprawdę na to czekał i naprawdę chce z Tobą współpracować.

Może tak samo jest z Panem Bogiem? Dobrze się zdeklarować na jedną małą modlitwę w ciągu dnia. Niech to będzie adoracja, Różaniec, nieszpory, Anioł Pański albo cokolwiek innego, małego, krótkiego. I potem, dzień po dniu, powoli, systematycznie, realizować ten jeden drobny zamysł. Może Pan Bóg się ucieszy, że wracasz. Za to Ty ucieszysz się na pewno. Z jednej małej modlitwy wykwitnie kiedyś piękny ogród. Tylko bądź na niej codziennie.

Trudne to, ale jakie piękne!

niedziela, 8 stycznia 2012

4. zazdrość

Sięgam myślą niedaleko wstecz i myślę sobie, jak dziwny to stan ducha, kiedy jedyne, co można zrobić, to mówić Różaniec. Kiedy naprawdę nie da się zrobić nic innego. Kiedy nawet nazwy poszczególnych tajemnic nie są potrzebne. Po prostu można tylko wołać o pomoc.

Kilka dni temu przytoczone mi zostało zdanie wypowiedziane gdzieś kiedyś przez kogoś (okoliczności nie są tu istotne), że można się modlić na różańcu, ale lepiej modlić się szczerze. Dawno temu może bym się pod takim stwierdzeniem podpisała. Teraz jednak myślę sobie, że przecież nie mam prawa oceniać cudzej modlitwy, a już szczególnie pod kątem szczerości. Zdrowaś Mario, powtarzane aż do bólu, może być nieskończenie bardziej szczere niż samodzielnie wymyślane hymny uwielbienia.

Skąd się bierze takie właśnie ocenianie?

Myślę sobie, że może to z jakiejś potrzeby dowartościowania samego siebie, a może trochę i z zazdrości. Przypomina mi się, że kiedy byłam małą dziewczynką, a mój kuzyn nieco większym chłopcem, przeczytaliśmy w rachunku sumienia, że zazdrościć komuś łaski Bożej jest grzechem. I zastanawialiśmy się, jak można komuś tego zazdrościć. Jakby było czego.

Naprawdę jest czego. I nie życzę nikomu, żeby się o tym przekonywał na własnej skórze.

poniedziałek, 14 lutego 2011

wielka cisza

Rekolekcje ciszy były czasem bezsprzecznie trudnym, ale warto było się wysilić. Maksymalne wyhamowanie ze skutkiem takim, że nagle wolnego czasu było za dużo. I ciężko było się do tego dostroić.

Czas trudny, bo w tej ciszy przychodziły pytania, na które w zgiełku codnia nie szukamy odpowiedzi, które spychamy na wieczne kiedyś. Więc właśnie nastało to kiedyś i trzeba było się zmierzyć, spróbować odpowiedzieć.

Konstruktywne wnioski, wyciągnięte z tych dni:
1) medytacja chrześcijańska nie jest dla mnie;
2) Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie jest bardzo cierpliwy;
3) jest tyle różnych sposobów na wyrażenie tego, co się myśli i czuje, poza słowami;
4) możliwość mówienia jest niesamowita i trzeba umieć z niej korzystać;
5) cały Różaniec (4 części) jednak nie starcza na omodlenie wszystkich intencji;
6) śpiewanie religijnych pieśni też bywa zagłuszaniem religijnych pytań;
7) lektura Pisma Świętego może być pasjonująca.

Następna edycja za rok. Polecam, zapraszam :)

sobota, 23 października 2010

na przystanku

Stałam dziś na przystanku, czekając na kolejny spóźniający się autobus. Odmawiałam Koronkę do Ducha Świętego, przesuwając sobie w kieszeni koraliki. Kiedy wyciągnęłam rękę z kieszeni na moment - żeby sprawdzić czy aby mi jeden koralik nie uciekł - starsza, zażywna kobieta stojąca niedaleko uśmiechnęła się szeroko, szerzej nawet niż ja (co generalnie jest nie lada wyczynem). Ja też, ja też!, powiedziała, wyciągając w moją stronę rękę z kolorowym różańcem.

Tacy ci katolicy niepozorni, że ani się obejrzysz, a Cię otoczą. Ot co.

sobota, 16 października 2010

wieńce róż

Już po. Masa refleksji.

Do tej pory chrystocentryzm modlitwy Zdrowaś Mario i Różańca był dla mnie hasłem nie tyle pustym, co niezrozumiałym i zbyt zawiłym na wszelkie próby zrozumienia. Czasem myślałam sobie, że może chodzi o istniejące w środku słowo Jezus. Jak kulą w płot, naprawdę. Rainer Scherschel pisze mianowicie:
Poruszenie się z radości Jana w jej łonie było dla Elżbiety znakiem rozpoznawczym, że owocem łona Maryi jest Mesjasz. Nie byłoby więc błędem tłumaczyć Łk 1,42 tak, aby się uwidaczniał akcent położony w rzeczywistości na owocu łona. Przyjmując lekko zmieniony wariant przekładu (...) rdzeń Zdrowaś Mario wyglądałby następująco:
"Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan jest z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami, błogosławiony jest bowiem owoc Twojego łona".
Takie sformułowanie nie ma przeczyć temu, że Ewangelista Łukasz widzi, ocenia i czci Maryję również jako odrębną osobę.

Takie postawienie sprawy (tekstu modlitwy) bardzo mi pomogło. W takiej formie, jaką posługujemy się powszechnie, jakoś zanika ten sens: błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego. Można to zrozumieć opacznie, mianowicie - najpierw błogosławiona jest Maryja, a dopiero potem owoc Jej łona. Ewentualnie - że Oboje błogosławieni są jednocześnie. Nic z tych rzeczy. Łaska, którą ma Maryja, pochodzi od Boga i to ona sprawia, że Maryja jest błogosławiona. Jak wiele może zmienić jedno słowo!

Dopiero teraz dotarło też do mnie w pełni, że modlitwa Zdrowaś, a także Ojcze nasz, są słowami Pisma świętego. W tym kontekście zdecydowanie łatwiej zrozumieć, w jaki sposób Różaniec jest modlitwą Jezusową Zachodu. Modlitwa Jezusowa powstała z dążenia do modlitwy nieustannej, do bycia w ciągłej obecności Boga. Początkowo ojcowie pustyni medytowali nad krótkimi fragmentami z Pisma świętego, z czasem powstawały też akty strzeliste. Wielokrotne powtarzanie jednych lub drugich powodowało, że z czasem wchodziły człowiekowi w umysł, serce i w życie tak głęboko, że budowały w nim stałą gotowość modlitwy, nawet kiedy aktualnie się nie modlił. Zdrowaś, Ojcze nasz mają podobne działanie; jak dowodzi Scherschel, Zdrowaś od początku pomyślane było jako modlitwa powtarzalna. Powtarzanie słów Pisma świętego, medytowanie nad nimi - czyż w ten sposób nie buduje się w sobie gotowości modlitwy i nie przemienia się swojego życia?

W ostatnim rozdziale książki Scherschel pisze o czymś, co bardzo mnie osobiście dotknęło, ale myślę, że jest adekwatne w przypadku bardzo wielu ludzi:
Nie tylko (...) modlitwie Jezusowej grozi niebezpieczeństwo odejścia od chrystocentryzmu. Również Różaniec może się zagubić w pobożności maryjnej, stającej się celem dla siebie, do tego stopnia, że w praktyce zapomina się, iż Maryja prowadzić ma do Chrystusa. Jeśli w polu widzenia pozostaje przede wszystkim Królowa nieba i Jej siła wspomożycielska i opiekuńcza, to również gubi się charakter autentycznej modlitwy skierowanej do Jezusa.

Nie trzeba tu chyba specjalnego komentarza. W następnym akapicie Scherschel pisze, że jedynym sposobem uniknięcia takiego błędu jest mocne oparcie się w modlitwie różańcowej na Piśmie świętym, zwłaszcza na Nowym Testamencie.

Chciałabym tu przytoczyć legendę o mnichu i wieńcach róż, która w piękny sposób mówi o powstaniu modlitwy różańcowej. Jest ona jednak długa i nie chcę Czytelników nużyć rozmiarem wpisu :), a przy tym - niech to będzie zachęta do sięgnięcia po tę książkę i zapoznania się z historią i znaczeniem Różańca.



Właśnie mi się skojarzyło - kiedy napisałam o wieńcach róż - że przecież Mała Tereska mówiła o sobie, że z nieba będzie sypać deszcz płatków róż, czyli łask Bożych, dla tych, którzy będą się o to modlili i tego potrzebowali :)

piątek, 15 października 2010

na rozluźnienie :)

Fragment książki pt. Różaniec. Modlitwa Jezusowa Zachodu (pisałam o niej niedawno), który bardzo mnie dziś pobudził:
(...) Ludolf wyraża następnie pogląd, że istnieje różnica między Imieniem Jezus a Imieniem Chrystus. Właściwym i wyższym imieniem jest Jezus, podczas gdy Chrystus to tylko nomen commune (imię ogólne). Imię Chrystus określa teraźniejszy zbawczy porządek łaski i sakramentów, imię Jezus należy natomiast do przyszłego porządku niebieskiej chwały. Co więcej, Ludolf wzmacnia jeszcze tę osobliwą myśl, będącą wprost odwróceniem pierwotnej treści, posuwając się do następującego rozważania: "Jak tu dzięki łasce chrztu nazywają nas od Chrystusa chrześcijanami, tak w niebieskiej wspaniałości sam Jezus nazwie nas jezuitami, czyli zbawionymi przez Zbawiciela". Choć tak zadziwiająca, myśl ta może miała znaczenie dla kultu Jezusowego Imienia; może i zbieżność z późniejszym brzmieniem nazwy członków Towarzystwa Jezusowego nie jest przypadkowa.

:)

Ogólnie polecam tę książeczkę autorstwa Rainera Scherschela. Kiedy już ją skończę, podzielę się refleksjami.

piątek, 8 października 2010

koniec z kwikiem!

Jakoś tak się złożyło (kto by się spodziewał!), że mamy październik, miesiąc Różańca świętego, a jak już pewnie wspominałam, moja pobożność maryjna leży i kwiczy, podobnie jak modlitwa na różańcu. Jednakowoż dzisiaj w duszpasterstwie odmawialiśmy (właściwie -łyśmy) wieczorem Różaniec i dotarło do mnie w pełni, że to jest rzeczywiście modlitwa chrystocentryczna. Jestem pod wielkim wrażeniem tego odkrycia. Jakby tego było mało, moja współodpowiedzialna, kiedy siedziałyśmy z o. Marcinem w naszym Dominikowym lektorium, podsunęła mi książkę o Różańcu jako modlitwie Jezusowej. Lista lektur musi zatem przeżyć kolejny przeskok o jedno miejsce w tył. Pora się zabrać za zgłębianie Różańca. Wymawianie się kwiczącą pobożnością maryjną czy jakąkolwiek inną w niczym tu nie pomoże. Ot co!

niedziela, 25 lipca 2010

spacerujmy!

W ostatnim "Gościu Niedzielnym" trafiłam (za przyczyną mojej współodpowiedzialnej z duszpasterstwa) na artykuł, w którym opisana jest łódzka inicjatywa modlitwy-błogosławieństwa za miasto i jego mieszkańców. Chodzą sobie tacy niepozorni, nie wyróżniający się z tłumu ludzie z różańcami lub koronkami i modlą się. Za to, co widzą - za nowe inwestycje, za konkretnych ludzi, za jakieś grupy, za wszystko, co widzą. Polecam ten artykuł, bardzo ciekawy.

Idea ta bardzo nam się spodobała. Na tyle, że po krótkich konsultacjach postanowiłyśmy spróbować stworzyć coś podobnego we Wrocławiu. Oczywiście najpierw musimy wybadać, czy w ogóle będą ludzie, którzy się podejmą tego zadania. Tak czy siak, nie zaszkodzi się skontaktować z osobą, która koordynuje tę akcję w Łodzi, żeby dopytać o szczegóły. Właśnie to uczyniłam i zobaczymy, jakie będą efekty.

Jedynym, co mnie początkowo odstraszyło, był fakt, że w Łodzi zajmuje się tym wspólnota charyzmatyczna. Mam do nich ograniczone zaufanie. Ale, biorąc pod uwagę, że podczas tych spacerów modlą się Różańcem i Koronką do Bożego Miłosierdzia... chyba nie jest to inicjatywa przeznaczona tylko dla charyzmatyków.