Natknęłam się właśnie na wywiad z profesorem Janem Hartmanem. Zasmucił mnie niepomiernie.
Ja rozumiem, że o chrześcijaństwie mówią nie tylko chrześcijanie, o katolicyzmie nie tylko katolicy. Rozumiem też, że jest to uprawnione, bo nie trzeba być ptakiem, żeby być ornitologiem. Nie rozumiem jednak, dlaczego człowiek, który nie ma zielonego pojęcia o doktrynie chrześcijańskiej, dogmatach, historii Kościoła, wypowiada się z taką stanowczością i pozorowaną znajomością tematu w sprawie, która tak naprawdę go nie dotyczy.
Jeśli człowiek z tytułem profesora wypowiada się publicznie, to mam chyba prawo oczekiwać, że ponad swoimi poglądami wykaże się pewną fundamentalną wiedzą. Na przykład nie powie, że rozróżnienie na dobro i zło, wyodrębnienie szatana, pochodzi z gnostycyzmu i nie występowało w jakimś pierwotnym chrześcijaństwie (czymkolwiek by ono było). Nie powie też, że 1 listopada obchodzimy święto przodków. Ani, że Maria i jej matka były dziewicami. Nie trzeba w to wierzyć, żeby mieć na ten temat wiedzę. To wszystko jest do przeczytania w ogólnodostępnych źródłach, nie jest to żadna wiedza tajemna. Człowiek z tytułem profesora powinien korzystać z ogólnodostępnych źródeł, skoro wypowiada się w temacie, który jest dla niego widocznie w jakiś sposób istotny.
A może ja po prostu za wiele wymagam?
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Paweł II. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jan Paweł II. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 21 lutego 2013
czwartek, 6 października 2011
najwyższym dobrem
Świeżo skończona lektura Ut unum sint, encykliki o ekumenizmie Jana Pawła II, została cudownie skomentowana przez Pismo święte. Bowiem zaraz po przeczytaniu ostatnich zdań natknęłam się w Drugim Liście do Koryntian na takie słowa:
W tym wszystkim chodzi właśnie o to, żeby mieć przed oczami Chrystusa, zawsze na pierwszym miejscu. To On jest tu najważniejszy, a nie nasze przestrzeganie praw. W końcu On sam nas od Prawa uwolnił, sam je wypełnił.
Bo to, że w Kościele katolickim istnieje pełnia środków zbawienia, a w innych wspólnotach tylko jej cząstki, nie znaczy, że owe inne wspólnoty należy tępić. Raczej z miłością pomagać im dojść do owej pełni - do Kościoła, jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego.
Błogosławię Pana, który dał mi rozsądek,
bo serce napomina mnie nawet nocą.
Zawsze stawiam sobie Pana przed oczy,
On jest po mojej prawicy, nic mną nie zachwieje.
(Ps 16,7-8)
Jeżeli ktoś jest przekonany, że należy do Chrystusa, niechże znów weźmie sobie pod rozwagę i to, że my również, podobnie jak on, jesteśmy Chrystusowi.
(2 Kor 10,7)
W tym wszystkim chodzi właśnie o to, żeby mieć przed oczami Chrystusa, zawsze na pierwszym miejscu. To On jest tu najważniejszy, a nie nasze przestrzeganie praw. W końcu On sam nas od Prawa uwolnił, sam je wypełnił.
Bo to, że w Kościele katolickim istnieje pełnia środków zbawienia, a w innych wspólnotach tylko jej cząstki, nie znaczy, że owe inne wspólnoty należy tępić. Raczej z miłością pomagać im dojść do owej pełni - do Kościoła, jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego.
Błogosławię Pana, który dał mi rozsądek,
bo serce napomina mnie nawet nocą.
Zawsze stawiam sobie Pana przed oczy,
On jest po mojej prawicy, nic mną nie zachwieje.
(Ps 16,7-8)
środa, 27 lipca 2011
żadna praca nie hańbi
Myślę sobie, jak wiele racji mieli Jan Paweł II i ks. Tischner, kiedy mówili i pisali o etyce pracy.
Myślę o pracy polegającej, przykładowo, na przekonywaniu ludzi do produktu, o którym prywatnie można myśleć najgorsze rzeczy, ale który trzeba przedstawić jako najlepsze rozwiązanie. Poza tym z doświadczenia wiem, że w takich firmach wszystko, co robi pracownik, jest restrykcyjnie kontrolowane. Rejestracja każdego wejścia i wyjścia, każdej przerwy i tysiąca innych informacji na temat pracy każdej osoby w systemie komputerowym.
Zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest miejsce na uczciwość. Rozumiem, że te wszystkie zabezpieczenia i kontrole wprowadzono przez to, że pracownicy nagminnie oszukiwali. Ale zastosowanie takich środków wcale nie spowoduje, że ludzie przestaną oszukiwać. Coś takiego musi brać się z wewnętrznej potrzeby i wolnej decyzji, a nie ze zwykłego, narzuconego odgórnie braku możliwości. Czasem może to wyglądać jak zwykła tresura, prowadzanie na krótkiej smyczy. Nie ma zaufania do pracownika.
O tym właśnie pisali Jan Paweł II i Józef Tischner. O zaufaniu, o uczciwości. Nasza hołubiona nowoczesność coraz bardziej wypiera te dwa składniki z ludzkiej pracy. W końcu to nic złego, że używamy najnowszych technik, że idziemy z duchem czasu. A że duch czasu w tym wypadku źle wpływa na ducha ludzkiego - cóż, takie są widocznie koszty uzyskania przychodu...
Myślę o pracy polegającej, przykładowo, na przekonywaniu ludzi do produktu, o którym prywatnie można myśleć najgorsze rzeczy, ale który trzeba przedstawić jako najlepsze rozwiązanie. Poza tym z doświadczenia wiem, że w takich firmach wszystko, co robi pracownik, jest restrykcyjnie kontrolowane. Rejestracja każdego wejścia i wyjścia, każdej przerwy i tysiąca innych informacji na temat pracy każdej osoby w systemie komputerowym.
Zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest miejsce na uczciwość. Rozumiem, że te wszystkie zabezpieczenia i kontrole wprowadzono przez to, że pracownicy nagminnie oszukiwali. Ale zastosowanie takich środków wcale nie spowoduje, że ludzie przestaną oszukiwać. Coś takiego musi brać się z wewnętrznej potrzeby i wolnej decyzji, a nie ze zwykłego, narzuconego odgórnie braku możliwości. Czasem może to wyglądać jak zwykła tresura, prowadzanie na krótkiej smyczy. Nie ma zaufania do pracownika.
O tym właśnie pisali Jan Paweł II i Józef Tischner. O zaufaniu, o uczciwości. Nasza hołubiona nowoczesność coraz bardziej wypiera te dwa składniki z ludzkiej pracy. W końcu to nic złego, że używamy najnowszych technik, że idziemy z duchem czasu. A że duch czasu w tym wypadku źle wpływa na ducha ludzkiego - cóż, takie są widocznie koszty uzyskania przychodu...
sobota, 25 czerwca 2011
quo vadis, Ecclesiae?
Wczoraj miałam okazję uczestniczyć w dwóch spotkaniach, zorganizowanych w ramach Nocy Kościołów we Wrocławiu 2011.
Pierwszym był panel dyskusyjny na temat wizji Europy według bł. Jana Pawła II. Gośćmi byli ks. prof. Wiesław Wenz z PWT we Wrocławiu, prof. Zdzisław Krasnodębski z uniwersytetu w Bremie, red. Tomasz Terlikowski z Frondy. Nie było niestety posła Jana Olbrychta. Panel poprowadził red. Piotr Semka z Rzepy Dyskusja nie była zbyt ożywiona, ale pod koniec padło bardzo ważne zdanie. Ks. Wenz, wsłuchując się w negatywne opinie rozmówców na temat Europy i jej świata wartości, powiedział wreszcie, że nie możemy dać się zdominować i zdołować przez takie czarne wizje. Że nie jest dobrze i że może nawet jest źle, ale jeśli pogrążymy się w otchłani tej ciemności, to nic nie zmienimy. Zamiast ciągle patrzeć za siebie, trzeba też spojrzeć w przód.
Natomiast drugim wydarzeniem - zaraz po tym panelu, w tym samym Kościele Uniwersyteckim - był recital Marka Torzewskiego, tenora, znanego bardziej z chwytliwego Do boju, Polsko!. Program, przedstawiony w harmonogramie Nocy Kościołów, wyglądał całkiem ciekawie: Ave Maria Schuberta, Panis angelicum Francka, Ave verum Mozarta... Oprócz tego jakieś dwa współczesne utwory, nawiązujące bezpośrednio lub pośrednio do Jana Pawła II (jeden z nich był organowy i został odegrany). Niestety, zamiast uciechy duchowej dostałam sporą porcję frustracji i wściekłości. Nie dość, że z powodu kręgu odbiorców czułam się jak na zjeździe pacjentów oddziału geriatrycznego i zaniżałam średnią wieku o dobre 30 lat, to jeszcze program recitalu, z jakiegoś nieznanego powodu, został zmieniony. I tak, rzeczywiście usłyszeliśmy wspomniany utwór organowy, Ave Maria i jeszcze ten drugi utwór, którego tytuły nie pomnę. Natomiast potem pan Torzewski urządził sobie szoł, śpiewając włoskie disco polo (swoją drogą, to nie jego repertuar i słychać to było niemiłosiernie) i aranżując interaktywny kabaret. Interaktywny kabaret polegał na tym, że pan Torzewski wyciągnął z tłumu jakąś kobietę, stanął z nią w prezbiterium i polecił jej ruszać ustami w czasie, kiedy on będzie śpiewał - tak, żeby wyszło takie śpiewanie na rybę.
Geriatryczna publika miała świetną zabawę, a mi szczęka opadła do samej ziemi i trudno ją było potem wynieść. Bo, oczywiście, rzecz działa się w kościele, a za plecami pana Torzewskiego i jego pomocnicy było tabernakulum z Najświętszym Sakramentem. Co było dalej, nie wiem, gdyż dokonałam jednego słusznego wyboru i wyszłam stamtąd. Szczerze mówiąc, trochę się bałam, że następną atrakcją będzie taniec z panem Torzewskim w prezbiterium do rytmu tego włoskiego disco polo.
Zastanawiam się, czy program recitalu rzeczywiście został zmieniony nagle, czy może założenie było takie, że w harmonogramie niech to sobie ładnie wygląda, a my damy panu Markowi trochę pobłaznować, bo przecież jest gwiazdą. Tak czy siak, na takie szoł zgodzili się ludzie Kościoła - zarówno świeccy organizatorzy z Radia Rodzina, jak i duchowni, chociażby proboszcz Kościoła Uniwersyteckiego. Powstaje naglące pytanie: czemu nikt się nie sprzeciwił? Czemu nikt nie postawił sprawy na ostrzu noża, stając w obronie świętości i godności miejsca i Osoby, która w tym miejscu przebywa? I następne pytanie, łączące się z wcześniejszym panelem dyskusyjnym: jak mamy budować chrześcijańską Europę, skoro sprzedajemy swoje świętości byle komu i z byle powodu?
Pierwszym był panel dyskusyjny na temat wizji Europy według bł. Jana Pawła II. Gośćmi byli ks. prof. Wiesław Wenz z PWT we Wrocławiu, prof. Zdzisław Krasnodębski z uniwersytetu w Bremie, red. Tomasz Terlikowski z Frondy. Nie było niestety posła Jana Olbrychta. Panel poprowadził red. Piotr Semka z Rzepy Dyskusja nie była zbyt ożywiona, ale pod koniec padło bardzo ważne zdanie. Ks. Wenz, wsłuchując się w negatywne opinie rozmówców na temat Europy i jej świata wartości, powiedział wreszcie, że nie możemy dać się zdominować i zdołować przez takie czarne wizje. Że nie jest dobrze i że może nawet jest źle, ale jeśli pogrążymy się w otchłani tej ciemności, to nic nie zmienimy. Zamiast ciągle patrzeć za siebie, trzeba też spojrzeć w przód.
Natomiast drugim wydarzeniem - zaraz po tym panelu, w tym samym Kościele Uniwersyteckim - był recital Marka Torzewskiego, tenora, znanego bardziej z chwytliwego Do boju, Polsko!. Program, przedstawiony w harmonogramie Nocy Kościołów, wyglądał całkiem ciekawie: Ave Maria Schuberta, Panis angelicum Francka, Ave verum Mozarta... Oprócz tego jakieś dwa współczesne utwory, nawiązujące bezpośrednio lub pośrednio do Jana Pawła II (jeden z nich był organowy i został odegrany). Niestety, zamiast uciechy duchowej dostałam sporą porcję frustracji i wściekłości. Nie dość, że z powodu kręgu odbiorców czułam się jak na zjeździe pacjentów oddziału geriatrycznego i zaniżałam średnią wieku o dobre 30 lat, to jeszcze program recitalu, z jakiegoś nieznanego powodu, został zmieniony. I tak, rzeczywiście usłyszeliśmy wspomniany utwór organowy, Ave Maria i jeszcze ten drugi utwór, którego tytuły nie pomnę. Natomiast potem pan Torzewski urządził sobie szoł, śpiewając włoskie disco polo (swoją drogą, to nie jego repertuar i słychać to było niemiłosiernie) i aranżując interaktywny kabaret. Interaktywny kabaret polegał na tym, że pan Torzewski wyciągnął z tłumu jakąś kobietę, stanął z nią w prezbiterium i polecił jej ruszać ustami w czasie, kiedy on będzie śpiewał - tak, żeby wyszło takie śpiewanie na rybę.
Geriatryczna publika miała świetną zabawę, a mi szczęka opadła do samej ziemi i trudno ją było potem wynieść. Bo, oczywiście, rzecz działa się w kościele, a za plecami pana Torzewskiego i jego pomocnicy było tabernakulum z Najświętszym Sakramentem. Co było dalej, nie wiem, gdyż dokonałam jednego słusznego wyboru i wyszłam stamtąd. Szczerze mówiąc, trochę się bałam, że następną atrakcją będzie taniec z panem Torzewskim w prezbiterium do rytmu tego włoskiego disco polo.
Zastanawiam się, czy program recitalu rzeczywiście został zmieniony nagle, czy może założenie było takie, że w harmonogramie niech to sobie ładnie wygląda, a my damy panu Markowi trochę pobłaznować, bo przecież jest gwiazdą. Tak czy siak, na takie szoł zgodzili się ludzie Kościoła - zarówno świeccy organizatorzy z Radia Rodzina, jak i duchowni, chociażby proboszcz Kościoła Uniwersyteckiego. Powstaje naglące pytanie: czemu nikt się nie sprzeciwił? Czemu nikt nie postawił sprawy na ostrzu noża, stając w obronie świętości i godności miejsca i Osoby, która w tym miejscu przebywa? I następne pytanie, łączące się z wcześniejszym panelem dyskusyjnym: jak mamy budować chrześcijańską Europę, skoro sprzedajemy swoje świętości byle komu i z byle powodu?
piątek, 17 czerwca 2011
vox populi
Szanowna Redakcjo!
Zdecydowałam się napisać do Państwa w związku z felietonem ojca Jana Góry OP pt. "Beatyfikacja od dołu", opublikowanym w ostatnim numerze miesięcznika.
Ojciec Góra, opisując beatyfikację Jana Pawła II posługuje się metaforami i konstrukcjami, które ja, jako katoliczka, uważam za niedopuszczalne. Najpierw pisze, iż na rozpalonych twarzach pielgrzymów zobaczył "Jego oblicze". Mówienie o dostrzeżeniu w czyjejś twarzy czyjegoś oblicza dla katolika wiąże się prosto z Obliczem Chrystusa. Dalej ojciec Góra pisze o poznawaniu bł. Jana Pawła II po łamaniu chleba. Cały ten fragment wprawił mnie podczas lektury w konsternację - nie miałam pewności, czy dotyczy Chrystusa, czy Jana Pawła. Ostatecznie doszłam do wniosku, że jednak Jana Pawła. Poczułam się zniesmaczona, bo znak łamania chleba jest "zastrzeżony" dla Jezusa Chrystusa.
Powyższe uwagi nie wynikają z jakiegoś szczególnego wykształcenia teologicznego, ale z prostej intuicji wiernego, dla którego Ewangelia jest wciąż aktualnym przesłaniem, a jednocześnie Słowem bardzo bliskim. Jeśli ktoś chce to Słowo przeinaczać, naturalne jest reagowanie sprzeciwem. W dobie wolności słowa ojciec Jan Góra oczywiście może wyrażać, co mu się podoba. Z jego poglądami (i, w konsekwencji, tekstami) można się zgadzać bądź nie, ale nie to jest tutaj kluczowe. Kluczowa jest zgoda Redakcji na publikację tekstu, który w moim odczuciu zawiera nadużycia teologiczne.
Oczywiście można powiedzieć, że jest to tylko felieton, a więc specyficzny gatunek literacki, i nie podaje się w nim niczego ex cathedra. Myślę jednak - a nie jestem w tym odosobniona - że podobne wypowiedzi nie tylko nie wnoszą nic dobrego do świadomości katolika, ale wręcz mogą tę świadomość zaburzyć. Od "miesięcznika poświęconego życiu chrześcijańskiemu" oczekiwałabym wypowiedzi w tonie rzeczywiście chrześcijańskim. Moim zdaniem bezpośrednie odnoszenie do bł. Jana Pawła II (czy jakiegokolwiek świętego) słów mówiących o Jezusie Chrystusie zdecydowanie wykracza poza ten ton - zwłaszcza jeśli wychodzi z ust zakonnika, kapłana, duszpasterza. Stwarza bowiem zagrożenie potraktowania tej metafory dosłownie i uznania Jana Pawła za lokalnego bożka.
Nie postuluję tu tworzenia nowego Świętego Oficjum ani wprowadzania cenzury do miesięcznika. Proszę tylko o uwagę w doborze tekstów. Ewentualnie o jakąś rozsądną krytykę czy komentarz takich wywodów, zamieszczone na łamach. Proszę o to dla dobra wszystkich czytelników, z których nie wszyscy muszą myśleć krytycznie (nawet jeśli takie jest założenie Redakcji).
Z poważaniem,
a przede wszystkim z Panem Bogiem,
O.A., Wrocław
Tak. Wysłałam przed chwilą. Amen.
sobota, 11 czerwca 2011
pojedynek gigantów?
Już sama myślałam, że dam spokój. Że może się czepiam, że przeginam, że przecież to nic złego. Jednak nie mogę. Muszę to napisać, bo eksploduję. Felieton o. Jana Góry OP w ostatnim numerze W drodze położył mnie na łopatki i czuję się zmieszana z błotem. Jeśli tak ma wyglądać polski katolicyzm, to ja wysiadam.
Felieton zaczyna się opisem drogi o. Góry i jego młodych podopiecznych na Mszę beatyfikacyjną do Rzymu. Opisem maksymalnie emocjonalnym i wskazującym na pewien kult jednostki (noszenie za nim krzesła przez młodzież, żeby sobie mógł usiąść?!). Ale nic to. Najlepsze (najgorsze?) zaczyna się mniej więcej w połowie artykułu. O. Góra opisuje, jak w drodze powrotnej zatrzymali się w jakimś hoteliku. Tu pozwolę sobie przytoczyć dość obszerne fragmenty, bo mi samej brakuje słów.
Tu następują cytaty z przemówień i homilii Jana Pawła II, okraszone odpowiedziami pielgrzymów na temat miejsca i daty. I dalej, coś, co mnie osobiście doprowadziło do łez:
Nie jestem teologiem i nie mam takich aspiracji, ale jako dla osoby wierzącej i w swoją wiarę zaangażowanej powyższe fragmenty wskazują na pewne zagrożenie. Mówienie o bł. Janie Pawle łudząco przypomina i myli się z mówieniem o Chrystusie. Może się czepiam, ale to chyba Chrystusa, a nie Jego sługi, mamy widzieć w twarzach bliźnich. I to chyba Chrystusa, a nie Jego uczniów, mamy rozpoznawać po łamaniu chleba. A młodzi rzeczywiście lepiej czują niż dorośli, ale zdecydowanie gorzej myślą. Czy zadaniem dorosłych nie jest wskazanie im właściwego miejsca rozumu w wierze, zamiast podtrzymywania emocji religijnych?
Powracają do mnie wszystkie stłumione przez beatyfikację obawy. Że zrobimy sobie z bł. Jana Pawła jakiegoś bożka regionalnego, tym ważniejszego, że bliskiego i namacalnego. A przynajmniej że niektórzy tak zrobią. Można machnąć ręką i stwierdzić, że o. Jan Góra i Ruch Lednicki to nie moja sprawa, nie mój klimat, nie moja grupa. W moim odczuciu jednak troska o dobro Kościoła nakazuje mocno się tym interesować i występować przeciw, kiedy widzi się przegięcia.
Utworzenie frontu przeciw Janowi Górze, o czym pisałam jakiś czas temu, coraz bardziej się przybliża.
* wszystkie zaimki odnoszące się do bł. Jana Pawła zachowuję za tekstem oryginalnym, czyli pisane wielką literą.
Felieton zaczyna się opisem drogi o. Góry i jego młodych podopiecznych na Mszę beatyfikacyjną do Rzymu. Opisem maksymalnie emocjonalnym i wskazującym na pewien kult jednostki (noszenie za nim krzesła przez młodzież, żeby sobie mógł usiąść?!). Ale nic to. Najlepsze (najgorsze?) zaczyna się mniej więcej w połowie artykułu. O. Góra opisuje, jak w drodze powrotnej zatrzymali się w jakimś hoteliku. Tu pozwolę sobie przytoczyć dość obszerne fragmenty, bo mi samej brakuje słów.
Tam po kolacji w podniosłej atmosferze robimy podsumowanie naszej pielgrzymki. Wspominając wczorajsze doświadczenie ulicy i placu, nawet nie spostrzegliśmy, że o 21:37 On* sam przyszedł do nas. Na rozpalonych twarzach pielgrzymów zobaczyłem Jego oblicze. Przyszedł, jak wtedy w Krakowie do okna, mówił spokojnie, wyraźnie, dobitnie. I chociaż Tole jest wysoko w górach, to spotkanie z Janem Pawłem nie było kwestią podwyższonego ciśnienia.
Tu następują cytaty z przemówień i homilii Jana Pawła II, okraszone odpowiedziami pielgrzymów na temat miejsca i daty. I dalej, coś, co mnie osobiście doprowadziło do łez:
Potwierdzały to rozpalone oczy pielgrzymów, zapatrzone w Jego portret wiszący na ścianie. On jest wśród nas. Skąd oni to wiedzieli? Bo serca nasze pałały. Byliśmy jak uczniowie zdążający do Emaus i poznaliśmy Go po łamanym chlebie. Łzy przemyły nasze oczy. Widzieliśmy Go wyraźnie w twarzach bliźnich, tak brzydkich i pospolitych, a przecież tak pięknych. Ja płakałem i miałem problemy z widzeniem, ale wierzę młodym, którzy lepiej widzą i czują, że On naprawdę był wśród nas i nas pobłogosławił. Chyba przez to, że byliśmy razem i stworzyliśmy wspólnotę, do której On dotarł, tak jak my dotarliśmy do Niego. (...) W tym hoteliku wieczorem mówiliśmy do siebie szeptem, aby nie zagłuszyć słów błogosławionego.
Nie jestem teologiem i nie mam takich aspiracji, ale jako dla osoby wierzącej i w swoją wiarę zaangażowanej powyższe fragmenty wskazują na pewne zagrożenie. Mówienie o bł. Janie Pawle łudząco przypomina i myli się z mówieniem o Chrystusie. Może się czepiam, ale to chyba Chrystusa, a nie Jego sługi, mamy widzieć w twarzach bliźnich. I to chyba Chrystusa, a nie Jego uczniów, mamy rozpoznawać po łamaniu chleba. A młodzi rzeczywiście lepiej czują niż dorośli, ale zdecydowanie gorzej myślą. Czy zadaniem dorosłych nie jest wskazanie im właściwego miejsca rozumu w wierze, zamiast podtrzymywania emocji religijnych?
Powracają do mnie wszystkie stłumione przez beatyfikację obawy. Że zrobimy sobie z bł. Jana Pawła jakiegoś bożka regionalnego, tym ważniejszego, że bliskiego i namacalnego. A przynajmniej że niektórzy tak zrobią. Można machnąć ręką i stwierdzić, że o. Jan Góra i Ruch Lednicki to nie moja sprawa, nie mój klimat, nie moja grupa. W moim odczuciu jednak troska o dobro Kościoła nakazuje mocno się tym interesować i występować przeciw, kiedy widzi się przegięcia.
Utworzenie frontu przeciw Janowi Górze, o czym pisałam jakiś czas temu, coraz bardziej się przybliża.
* wszystkie zaimki odnoszące się do bł. Jana Pawła zachowuję za tekstem oryginalnym, czyli pisane wielką literą.
środa, 4 maja 2011
coś się kończy, coś się zaczyna
Zdanie podsumowujące cały ten długi weekend.
Jan Paweł II jest już oficjalnie uznany i ogłoszony błogosławionym. Chociaż samych uroczystości nie oglądałam, to jednak gdy następnego dnia patrzyłam na urywki w serwisach informacyjnych, ogarniała mnie jakaś radość i spokój. Tak, to jest człowiek błogosławiony, święty. To dobrze, że Kościół uznał to odpowiednio szybko. Liczę po cichu, że teraz coś się skończy - medialny szał i szum wokół kremówek i 21:37 - i coś się zacznie - deszcz duchowych owoców, wyproszonych u Boga przez błogosławionego Jana Pawła.
Trudno bywa, kiedy trzeba zrzucić jakąś ładną zasłonkę i powiedzieć sobie i drugiej osobie: wróćmy do Tego, dzięki któremu to wszystko. Bo to znaczy, że jakoś się odeszło, może dalej, może bliżej, ale niepostrzeżenie i trzeba się nad tym zastanowić. Wtedy coś się kończy, a coś się zaczyna. Oby więcej się zaczęło niż skończyło.
Modlitwa wspólna i modlitwa indywidualna. Kiedy jedna się kończy, może zacząć się druga, ale człowiek nie może funkcjonować w obu jednocześnie. To taki mały ból czasów, kiedy tykanie zegarka bardziej przynagla niż cisza kaplicy adoracji. No więc oby i na tym polu coś się skończyło - jakiś marazm i bylejakość - i coś się zaczęło.
Dziś w nocy zmarła moja babcia. Jej życie się skończyło, teraz zaczyna się życie bez niej. Zaczęła się też jej wieczność, oby szczęśliwa, oby przed jaśniejącym Obliczem Boga. Po ludzku smutno i jakoś brak. I niesamowite, że jednak ważniejsze i bardziej dojmujące jest to, co po Bożemu - że może już Go ogląda, że jest jej lepiej tam niż tu. Skończył się jej ból, cierpienie, osamotnienie, zaczęła się za to radość, spokój. Taką mam nadzieję. Spełniło się to, co pisałam po ostatnim moim z nią spotkaniu - że chciałabym, żeby nasze pożegnanie wyglądało właśnie tak, jak wtedy. Żałuję trochę, że było to tak dawno. Wiele rzeczy mogłam zrobić inaczej od tamtej pory, ale myślę, że dla niej teraz jest już tylko Pan i moje niedociągnięcia mają znaczenie tylko dla mnie. Proszę o modlitwę w jej intencji, o spokój ducha. A także w intencji całej mojej rodziny, by życie bez niej różniło się tylko in plus od życia z nią.
Chrystus. Alfa i omega. Początek i koniec.
Jan Paweł II jest już oficjalnie uznany i ogłoszony błogosławionym. Chociaż samych uroczystości nie oglądałam, to jednak gdy następnego dnia patrzyłam na urywki w serwisach informacyjnych, ogarniała mnie jakaś radość i spokój. Tak, to jest człowiek błogosławiony, święty. To dobrze, że Kościół uznał to odpowiednio szybko. Liczę po cichu, że teraz coś się skończy - medialny szał i szum wokół kremówek i 21:37 - i coś się zacznie - deszcz duchowych owoców, wyproszonych u Boga przez błogosławionego Jana Pawła.
Trudno bywa, kiedy trzeba zrzucić jakąś ładną zasłonkę i powiedzieć sobie i drugiej osobie: wróćmy do Tego, dzięki któremu to wszystko. Bo to znaczy, że jakoś się odeszło, może dalej, może bliżej, ale niepostrzeżenie i trzeba się nad tym zastanowić. Wtedy coś się kończy, a coś się zaczyna. Oby więcej się zaczęło niż skończyło.
Modlitwa wspólna i modlitwa indywidualna. Kiedy jedna się kończy, może zacząć się druga, ale człowiek nie może funkcjonować w obu jednocześnie. To taki mały ból czasów, kiedy tykanie zegarka bardziej przynagla niż cisza kaplicy adoracji. No więc oby i na tym polu coś się skończyło - jakiś marazm i bylejakość - i coś się zaczęło.
Dziś w nocy zmarła moja babcia. Jej życie się skończyło, teraz zaczyna się życie bez niej. Zaczęła się też jej wieczność, oby szczęśliwa, oby przed jaśniejącym Obliczem Boga. Po ludzku smutno i jakoś brak. I niesamowite, że jednak ważniejsze i bardziej dojmujące jest to, co po Bożemu - że może już Go ogląda, że jest jej lepiej tam niż tu. Skończył się jej ból, cierpienie, osamotnienie, zaczęła się za to radość, spokój. Taką mam nadzieję. Spełniło się to, co pisałam po ostatnim moim z nią spotkaniu - że chciałabym, żeby nasze pożegnanie wyglądało właśnie tak, jak wtedy. Żałuję trochę, że było to tak dawno. Wiele rzeczy mogłam zrobić inaczej od tamtej pory, ale myślę, że dla niej teraz jest już tylko Pan i moje niedociągnięcia mają znaczenie tylko dla mnie. Proszę o modlitwę w jej intencji, o spokój ducha. A także w intencji całej mojej rodziny, by życie bez niej różniło się tylko in plus od życia z nią.
Chrystus. Alfa i omega. Początek i koniec.
niedziela, 20 lutego 2011
psikus
Dziś w kościele pozytywne zaskoczenie.
Znowu Msza nie u dominikanów, tym razem z braku możności. Dla odmiany u czarnych (diecezjalnych). I kazanie, które naprawdę było dobre. Może trochę przydługie, zwłaszcza pod koniec, ale dobre. I dotyczyło Ewangelii. Ksiądz Piotr sporo też cytował innych fragmentów Dobrej Nowiny. Jakoś tak podświadomie czekałam na jakieś nawiązanie do sługi Bożego Jana Pawła II - w końcu taka piękna Liturgia Słowa o przebaczeniu, pokorze, miłowaniu nieprzyjaciół. I się nie doczekałam - na szczęście, ale ku własnemu ogromnemu zdziwieniu. Lubię być tak zaskakiwana.
(A niektóre myśli z kazania jakoś wiązały mi się bardzo z tym, co wyczytałam na temat filozofii św. Tomasza Akwinaty, ale to już całkiem inny temat).
Są jeszcze mądrzy księża w naszym kraju, ale dużo bardziej budujące jest, że znajdują się oni także poza zakonem dominikanów :)
(A moja babcia zabiła mnie dziś pytaniem: To jak się to twoje zgromadzenie nazywa? Dominikanie? O ile mi wiadomo, nie wstępowałam do żadnego. Zwłaszcza do męskiej gałęzi.)
Znowu Msza nie u dominikanów, tym razem z braku możności. Dla odmiany u czarnych (diecezjalnych). I kazanie, które naprawdę było dobre. Może trochę przydługie, zwłaszcza pod koniec, ale dobre. I dotyczyło Ewangelii. Ksiądz Piotr sporo też cytował innych fragmentów Dobrej Nowiny. Jakoś tak podświadomie czekałam na jakieś nawiązanie do sługi Bożego Jana Pawła II - w końcu taka piękna Liturgia Słowa o przebaczeniu, pokorze, miłowaniu nieprzyjaciół. I się nie doczekałam - na szczęście, ale ku własnemu ogromnemu zdziwieniu. Lubię być tak zaskakiwana.
(A niektóre myśli z kazania jakoś wiązały mi się bardzo z tym, co wyczytałam na temat filozofii św. Tomasza Akwinaty, ale to już całkiem inny temat).
Są jeszcze mądrzy księża w naszym kraju, ale dużo bardziej budujące jest, że znajdują się oni także poza zakonem dominikanów :)
(A moja babcia zabiła mnie dziś pytaniem: To jak się to twoje zgromadzenie nazywa? Dominikanie? O ile mi wiadomo, nie wstępowałam do żadnego. Zwłaszcza do męskiej gałęzi.)
środa, 19 stycznia 2011
krucjata
Mimo zamiłowania do czytania wszystkiego, które to zamiłowanie nie gaśnie, a wręcz się pogłębia, czasem myślę sobie, że jak człowiek za dużo czyta, to niekoniecznie dobrze dla jego głowy. Tym razem chodzi mi o artykuł na stronie Zakonu Kaznodziejskiego.
Po jego przeczytaniu dotarło do mnie, że chyba naprawdę wytoczę jakąś krucjatę. Nie widzę innego wyjścia. Zrobię to całkiem formalnie, żeby móc do tej krucjaty zaciągnąć wszystkich, którzy chcą zachować resztki zdrowego rozsądku w Kościele.
Nie wiem, w jaki sposób okno, nie tylko z Pałacu Arcybiskupów Krakowskich na Franciszkańskiej, ale w ogóle jakiekolwiek okno umieszczone w kaplicy ma być realizacją testamentu z homilii pogrzebowej kard. Ratzingera, że Jan Paweł II patrzy na nas z okna Domu Ojca. Pomyślałabym, że o. Góra się z nas, biednych owieczek, nabija, ale niestety - prawdopodobnie mówi i myśli w ten sposób całkiem poważnie (przypuszczam tak na podstawie felietonów, które pisze dla dominikańskiego W drodze).
Zastanawiam się, czy Mszał, z którego Jan Paweł II korzystał, brewiarz, z którego się modlił, szkaplerz, który nosił czy wreszcie parkiet, po którym chodził (!) są jakimiś relikwiami, które trzeba zbierać? Kiedy przeczytałam ten artykuł kilka dni temu, pierwszym moim skojarzeniem było, że kiedy byłam mała i na skutek przymusowego rozłączenia z moim ukochanym ojcem widywałam go raz w miesiącu, to budowałam w pokoju takie małe ołtarzyki ze wszystkim, co się z nim jakoś wiązało: kartkami świątecznymi, listami, pamiątkami ze wspólnych wycieczek, kamizelką, którą przez przypadek zostawił za którymś razem... Skojarzenie to zamknęłam konstatacją, że jednak mi to minęło, kiedy miałam jakieś 13 lat. Widocznie ojcu Janowi i kilkorgu innym ludziom takie zachowanie wcale nie minęło i, co gorsza, minąć nie zamierza.
Tak, jest plus. Mieli tam, na Lednicy, rozważać przemówienie Jana Pawła II. Czyli coś z nauczaniem, nie tylko z narodowo-sentymentalnym szałem. I błagam: budujmy na tym. Na nauczaniu. A jak już dojdziemy do tego, że Jan Paweł II w swoim nauczaniu korzystał z tego, co Święta Matka Kościół powiedział lub próbował powiedzieć wcześniej, to już będzie w ogóle wspaniale.
Może jak założę formalnie tę krucjatę, to napiszę do o. Jana Góry, powołując się na głosy naprawdę licznych młodych katolików, którzy myślą podobnie?
Po jego przeczytaniu dotarło do mnie, że chyba naprawdę wytoczę jakąś krucjatę. Nie widzę innego wyjścia. Zrobię to całkiem formalnie, żeby móc do tej krucjaty zaciągnąć wszystkich, którzy chcą zachować resztki zdrowego rozsądku w Kościele.
Nie wiem, w jaki sposób okno, nie tylko z Pałacu Arcybiskupów Krakowskich na Franciszkańskiej, ale w ogóle jakiekolwiek okno umieszczone w kaplicy ma być realizacją testamentu z homilii pogrzebowej kard. Ratzingera, że Jan Paweł II patrzy na nas z okna Domu Ojca. Pomyślałabym, że o. Góra się z nas, biednych owieczek, nabija, ale niestety - prawdopodobnie mówi i myśli w ten sposób całkiem poważnie (przypuszczam tak na podstawie felietonów, które pisze dla dominikańskiego W drodze).
Zastanawiam się, czy Mszał, z którego Jan Paweł II korzystał, brewiarz, z którego się modlił, szkaplerz, który nosił czy wreszcie parkiet, po którym chodził (!) są jakimiś relikwiami, które trzeba zbierać? Kiedy przeczytałam ten artykuł kilka dni temu, pierwszym moim skojarzeniem było, że kiedy byłam mała i na skutek przymusowego rozłączenia z moim ukochanym ojcem widywałam go raz w miesiącu, to budowałam w pokoju takie małe ołtarzyki ze wszystkim, co się z nim jakoś wiązało: kartkami świątecznymi, listami, pamiątkami ze wspólnych wycieczek, kamizelką, którą przez przypadek zostawił za którymś razem... Skojarzenie to zamknęłam konstatacją, że jednak mi to minęło, kiedy miałam jakieś 13 lat. Widocznie ojcu Janowi i kilkorgu innym ludziom takie zachowanie wcale nie minęło i, co gorsza, minąć nie zamierza.
Tak, jest plus. Mieli tam, na Lednicy, rozważać przemówienie Jana Pawła II. Czyli coś z nauczaniem, nie tylko z narodowo-sentymentalnym szałem. I błagam: budujmy na tym. Na nauczaniu. A jak już dojdziemy do tego, że Jan Paweł II w swoim nauczaniu korzystał z tego, co Święta Matka Kościół powiedział lub próbował powiedzieć wcześniej, to już będzie w ogóle wspaniale.
Może jak założę formalnie tę krucjatę, to napiszę do o. Jana Góry, powołując się na głosy naprawdę licznych młodych katolików, którzy myślą podobnie?
sobota, 20 listopada 2010
myśl przewodnia
Kolejny artykuł, który wprawił mnie w zakłopotanie. Zawołanie najbliższego spotkania lednickiego - "Jan Paweł II - liczy się świętość" - brzmi co najmniej dziwnie. Wzmianka na stronie organizatora niewiele wyjaśnia. Co znaczy to hasło? Czy że dla Jana Pawła II liczyła się świętość? Nie jestem specem od myśli i duchowości JP2, ale czy nie bardziej liczył się dla niego sam Pan Bóg? Może to hasło znaczy coś innego. Na przykład - że dla nas powinna się liczyć świętość, tak jak święty był Jan Paweł II? No, to by się zgadzało z lednicką i w ogóle polską histerią na punkcie osoby Jana Pawła II, naszego papieża. Czy może myśl przewodnia najbliższej Lednicy ma znaczyć, że Jan Paweł II w pierwszej kolejności nawołuje nas do bycia świętymi? Pokrętnymi argumentacjami można to jakoś wytłumaczyć.
Cały czas kołacze mi tylko w głowie pytanie: czy Jan Paweł II chciałby, żeby zamiast skupiać się na Panu Bogu, skupiać się na nim jako na wielkim szołmenie i inicjatorze takich fajnych spotkań?
Cały czas kołacze mi tylko w głowie pytanie: czy Jan Paweł II chciałby, żeby zamiast skupiać się na Panu Bogu, skupiać się na nim jako na wielkim szołmenie i inicjatorze takich fajnych spotkań?
poniedziałek, 11 października 2010
świece i cóż?
W październikowym numerze miesięcznika W drodze znajduje się felieton o. Jana Góry OP, twórcy Spotkań Lednickich i paru innych rzeczy. Zatytułowany enigmatycznie - Świece - traktuje o świecach z VI Światowego Dnia Młodzieży, który odbył się na Jasnej Górze w 1991 roku. Nie pisałabym na ten temat, gdyby nie to, że ów felieton leje wodę na młyn mojego stosunku do o. Góry, któremu dałam wyraz kilka dni temu w rozmowie z koleżanką z DA.
W swoim felietonie o. Góra rozpamiętuje to właśnie spotkanie młodych na Jasnej Górze, dając upust pozytywnym emocjom (żeby nie powiedzieć - uwielbieniu) dla osoby Jana Pawła II (patrz dwa wpisy niżej). Wspomina, patrząc na świece, które się wtedy paliły. Z jakiegoś powodu robi z nich symbole - czego, to już trudno określić, bo sam o. Góra wyjaśnia to bardzo mgliście. Wystarczy sięgnąć po odpowiednie książki (choćby Świat symboliki chrześcijańskiej s. Dorothei Forstner), żeby zrozumieć, czym naprawdę są symbole chrześcijańskie. Po cóż pozorować?
W zasadzie nie wiadomo (przynajmniej ja nie mogę dociec), do czego poprzez odniesienie do tych świec autor zmierza. W ostatnim akapicie pisze tak:
Złote myśli rodem z książek Paulo Coelho (czytywałam za młodu, więc nie jest to gołosłowie). Smutne, że człowiek dorosły, inteligentny i z wielkim doświadczeniem życiowym posługuje się taką retoryką. Działanie uwodzące tłumy (czego dowodem jest popularność książek Coelho). Wypada zapytać zgodnie z myślą ostatnich rekolekcji: co to wnosi w rzeczywistą wiarę? Rozbudza uczucia, sprawia przyjemność, zachęca do niewyszukanej refleksji, której zwieńczeniem jest potulne pokiwanie głową nad mądrością autora. Nie wnosi nic nowego - ubiera ciągle te same myśli w coraz zgrabniejsze i powabniejsze słowa. Pozwala nie myśleć samemu, daje gładkie zastępniki. (Surogaty, jak by to powiedział Tischner).
Powraca do mnie myśl z owej rozmowy, do której tę notkę odnoszę. Na ile dzieła o. Jana Góry przybrały karykaturalne formy przez przypadek, przez niezrozumienie intencji twórcy, przez nieuświadomienie, a na ile ta karykaturalna forma jest pierwotnym zamierzeniem o. Góry, co byłoby bardzo smutne z punktu widzenia troski o rozwój wiary opartej na rozumie?
W swoim felietonie o. Góra rozpamiętuje to właśnie spotkanie młodych na Jasnej Górze, dając upust pozytywnym emocjom (żeby nie powiedzieć - uwielbieniu) dla osoby Jana Pawła II (patrz dwa wpisy niżej). Wspomina, patrząc na świece, które się wtedy paliły. Z jakiegoś powodu robi z nich symbole - czego, to już trudno określić, bo sam o. Góra wyjaśnia to bardzo mgliście. Wystarczy sięgnąć po odpowiednie książki (choćby Świat symboliki chrześcijańskiej s. Dorothei Forstner), żeby zrozumieć, czym naprawdę są symbole chrześcijańskie. Po cóż pozorować?
W zasadzie nie wiadomo (przynajmniej ja nie mogę dociec), do czego poprzez odniesienie do tych świec autor zmierza. W ostatnim akapicie pisze tak:
Moje myśli wracają tam, na jasnogórski szczyt, do tej rozśpiewanej młodzieży, do tego morza ognia, które zapalili harcerze pod dowództwem naszego Jędrzeja. A piszę to dlatego, aby donieść i ogłosić, że ten ogień nie zgasł. On płonie nie tylko jako wspomnienie przeszłości, ale jako zapowiedź przyszłości, która należeć będzie do tych, którzy zdołają przekazać młodemu pokoleniu ten płomień życia i nadziei.
Złote myśli rodem z książek Paulo Coelho (czytywałam za młodu, więc nie jest to gołosłowie). Smutne, że człowiek dorosły, inteligentny i z wielkim doświadczeniem życiowym posługuje się taką retoryką. Działanie uwodzące tłumy (czego dowodem jest popularność książek Coelho). Wypada zapytać zgodnie z myślą ostatnich rekolekcji: co to wnosi w rzeczywistą wiarę? Rozbudza uczucia, sprawia przyjemność, zachęca do niewyszukanej refleksji, której zwieńczeniem jest potulne pokiwanie głową nad mądrością autora. Nie wnosi nic nowego - ubiera ciągle te same myśli w coraz zgrabniejsze i powabniejsze słowa. Pozwala nie myśleć samemu, daje gładkie zastępniki. (Surogaty, jak by to powiedział Tischner).
Powraca do mnie myśl z owej rozmowy, do której tę notkę odnoszę. Na ile dzieła o. Jana Góry przybrały karykaturalne formy przez przypadek, przez niezrozumienie intencji twórcy, przez nieuświadomienie, a na ile ta karykaturalna forma jest pierwotnym zamierzeniem o. Góry, co byłoby bardzo smutne z punktu widzenia troski o rozwój wiary opartej na rozumie?
sobota, 9 października 2010
na Dzień Papieski
Trafiłam dziś na artykuł w Rzeczpospolitej, dotyczący Jana Pawła II i Dnia Papieskiego. Przez ten artykuł przeziera momentami ta jakaś narodowa histeria na punkcie naszego papieża, umiłowanego sługi Bożego i tak dalej, i tak dalej. Opisywany Dzień Papieski, razem z jego genezą i skutkami, jest dla mnie wybuchem miłości do Jana Pawła II, tylko że ten wybuch doprowadza społeczeństwo do takich mdłości, że nie może się powtarzać częściej niż raz do roku. (No, od śmierci Jana Pawła II już dwa razy do roku).
Chciałabym, żeby było jasne: uważam Jana Pawła II za człowieka o niezwykłym potencjale, mądrości, świętości nawet. Nie oznacza to jednak, że mam bezkrytycznie patrzeć, jak robi się z niego polskiego bożka, którego przesłanie mamy realizować czy kultywować. Słowa, które we wspomnianym artykule uznawane są za przesłanie Jana Pawła II, są tak naprawdę słowami Chrystusa, Jego przesłaniem, Jego oczekiwaniem wobec nas. I to Jego właśnie oczekiwanie mamy spełnić, na Jego wołanie odpowiedzieć. Pontyfikat Jana Pawła II wiele zmienił i Pan Bóg nie powołał Karola Wojtyły bezcelowo czy przypadkowo. Jan Paweł II wiele przypomniał, wiele uświadomił, wiele odświeżył, wiele dopowiedział. Jego przesłanie jest jednak tylko i wyłącznie głoszeniem Słowa, które zostało wypowiedziane przed wiekami. To na tym Słowie powinniśmy się skupiać.
Przypominam sobie, że jako gimnazjalistka pisałam esej o księdzu Popiełuszce na konkurs pod hasłem Zło dobrem zwyciężaj. Jako nieuświadomione jeszcze wówczas stworzenie nie miałam pojęcia, że autorem tych słów nie jest ksiądz Jerzy. Nie miałam pojęcia, że jest to cytat biblijny i parę lat po tym konkursie mocno się zdziwiłam tym faktem. Obawiam się, że ze słowami Jana Pawła II może być podobnie. Wprawdzie wypowiedź o kremówkach nie zostanie potraktowana jako nowy dogmat, ale wiele innych - np. Nie lękajcie się - jako mądre, ponadczasowe i uniwersalne mogą zostać przypisane jego osobie. Obawiam się zatem, że dojdzie (a wydaje mi się, że dochodzi już teraz w niektórych przypadkach) do zafałszowania. Zafałszowania z jednej strony wspomnienia o osobie i duchowości Jana Pawła II; z drugiej strony znacznie gorszego zafałszowania Słowa Bożego.
Obserwując to, co się w naszym polskim kociołku gotuje w związku z Janem Pawłem II, myślę sobie, że chyba za bardzo jesteśmy skupieni na swoich wadach, niedociągnięciach, małostkach. Kiedy wreszcie zjawia się ktoś, kto wybija się ponad, rzucamy się, by go hołubić i wynosić jeszcze wyżej. Jeśli ta diagnoza jest trafna, to pozostaje tylko zaapelować o przyhamowanie i mądre wykorzystanie nauczania i charyzmatu Ojca Świętego Jana Pawła II. Takie ekscesy, jak ornat papieski, ornat z wizerunkiem Jana Pawła II albo z wizerunkami świętych kanonizowanych przez (sic!) naszego Papieża Jana Pawła II... cóż, nie wskazują na świadomość, co Jan Paweł II niósł Kościołowi i co mu dawał. Trzeba pamiętać, że skoro takie ornaty pojawiają się w ofercie sklepów, to jednak jest na nie zbyt. Ktoś z nich korzysta. Histeria nie jest wymysłem niepokornych.
Na ostatek mogę chyba napisać, że jedynym aspektem, w którym można by tolerować takie rozdmuchiwanie czci dla Jana Pawła II może być fakt, że przyczyni się to do jej usankcjonowania i kultywowania w przyszłości. Inna sprawa, czy chcemy, żeby Jan Paweł II pamiętany i czczony był jako lokalny bożek, który więcej przyniósł Polsce niż Kościołowi.
Chciałabym, żeby było jasne: uważam Jana Pawła II za człowieka o niezwykłym potencjale, mądrości, świętości nawet. Nie oznacza to jednak, że mam bezkrytycznie patrzeć, jak robi się z niego polskiego bożka, którego przesłanie mamy realizować czy kultywować. Słowa, które we wspomnianym artykule uznawane są za przesłanie Jana Pawła II, są tak naprawdę słowami Chrystusa, Jego przesłaniem, Jego oczekiwaniem wobec nas. I to Jego właśnie oczekiwanie mamy spełnić, na Jego wołanie odpowiedzieć. Pontyfikat Jana Pawła II wiele zmienił i Pan Bóg nie powołał Karola Wojtyły bezcelowo czy przypadkowo. Jan Paweł II wiele przypomniał, wiele uświadomił, wiele odświeżył, wiele dopowiedział. Jego przesłanie jest jednak tylko i wyłącznie głoszeniem Słowa, które zostało wypowiedziane przed wiekami. To na tym Słowie powinniśmy się skupiać.
Przypominam sobie, że jako gimnazjalistka pisałam esej o księdzu Popiełuszce na konkurs pod hasłem Zło dobrem zwyciężaj. Jako nieuświadomione jeszcze wówczas stworzenie nie miałam pojęcia, że autorem tych słów nie jest ksiądz Jerzy. Nie miałam pojęcia, że jest to cytat biblijny i parę lat po tym konkursie mocno się zdziwiłam tym faktem. Obawiam się, że ze słowami Jana Pawła II może być podobnie. Wprawdzie wypowiedź o kremówkach nie zostanie potraktowana jako nowy dogmat, ale wiele innych - np. Nie lękajcie się - jako mądre, ponadczasowe i uniwersalne mogą zostać przypisane jego osobie. Obawiam się zatem, że dojdzie (a wydaje mi się, że dochodzi już teraz w niektórych przypadkach) do zafałszowania. Zafałszowania z jednej strony wspomnienia o osobie i duchowości Jana Pawła II; z drugiej strony znacznie gorszego zafałszowania Słowa Bożego.
Obserwując to, co się w naszym polskim kociołku gotuje w związku z Janem Pawłem II, myślę sobie, że chyba za bardzo jesteśmy skupieni na swoich wadach, niedociągnięciach, małostkach. Kiedy wreszcie zjawia się ktoś, kto wybija się ponad, rzucamy się, by go hołubić i wynosić jeszcze wyżej. Jeśli ta diagnoza jest trafna, to pozostaje tylko zaapelować o przyhamowanie i mądre wykorzystanie nauczania i charyzmatu Ojca Świętego Jana Pawła II. Takie ekscesy, jak ornat papieski, ornat z wizerunkiem Jana Pawła II albo z wizerunkami świętych kanonizowanych przez (sic!) naszego Papieża Jana Pawła II... cóż, nie wskazują na świadomość, co Jan Paweł II niósł Kościołowi i co mu dawał. Trzeba pamiętać, że skoro takie ornaty pojawiają się w ofercie sklepów, to jednak jest na nie zbyt. Ktoś z nich korzysta. Histeria nie jest wymysłem niepokornych.
Na ostatek mogę chyba napisać, że jedynym aspektem, w którym można by tolerować takie rozdmuchiwanie czci dla Jana Pawła II może być fakt, że przyczyni się to do jej usankcjonowania i kultywowania w przyszłości. Inna sprawa, czy chcemy, żeby Jan Paweł II pamiętany i czczony był jako lokalny bożek, który więcej przyniósł Polsce niż Kościołowi.
niedziela, 12 września 2010
miłosierny i łaskawy
W ostatnich dniach bardzo wiele wokół mnie dzieje się w temacie nawrócenia. Kulminacją są dzisiejsze czytania mszalne.
Czytanie z Księgi Wyjścia (Wj 32,7-11.13-14) mówi może nie tyle o samym nawróceniu, co o jego konieczności. Widzę, że lud ten jest ludem o twardym karku, mówi Pan do Mojżesza. Co na to Mojżesz? Nie, nie zaprzecza winom narodu izraelskiego. Bierze Pana Boga trochę pod włos, przypominając Mu o przysiędze, którą złożył Żydom na samego Siebie. Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego (2 Tm 2,13).
Psalm (Ps 51,3-4.12-13.17.19) - jeden z najpiękniejszych, jakie znam - jest chyba jedną z najwspanialszych modlitw, jakie Kościół odziedziczył po Starym Testamencie (Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, 10). I dalej: Te słowa właściwie nie wymagają żadnego komentarza. One mówią same za siebie. One same objawiają prawdę o kruchości moralnej człowieka. Oskarża on siebie przed Bogiem, bo wie, że grzech jest przeciwny świętości jego Stwórcy. Równocześnie też człowiek-grzesznik wie o tym, że Bóg jest miłosierdziem i że to miłosierdzie jest nieskończone: Bóg wciąż na nowo gotów jest przebaczać i usprawiedliwiać grzesznego człowieka (tamże). Skoro tak, to człowiek powinien być wciąż na nowo gotów dostrzegać swoje winy i nawracać się.
Drugie czytanie (1 Tm 1,12-17) pokazuje, co Bóg daje człowiekowi, który się nawróci: uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył do posługi mnie, ongiś bluźniercę, prześladowcę i oszczercę. Mówi to święty Paweł, ten, który podjął misję głoszenia Ewangelii jak najdalej i jak najszerzej, i tę misję wypełnił w sposób godny pozazdroszczenia. Ciekawie tłumaczy on zresztą sens miłosierdzia, które grzesznikowi okazuje Pan Bóg: dostąpiłem miłosierdzia po to, by we mnie pierwszym Jezus Chrystus pokazał całą wielkoduszność jako przykład dla tych, którzy w Niego wierzyć będą dla życia wiecznego. Sporo znamy świętych, którzy przez dłuższy lub krótszy czas za życia na ziemi święci wcale nie byli (szerzej o tym pisze moja współodpowiedzialna).
I Ewangelia (Łk 15,1-32), z wydzieloną krótszą perykopą. Cały ten fragment wskazuje, że miłosierdzie Ojca w niebiesiech bierze górę nad sprawiedliwością. Znowu pozwolę sobie zacytować Jana Pawła II: (...) miarą wyznaczoną złu, którego sprawcą i ofiarą jest człowiek, jest ostatecznie Boże miłosierdzie. Oczywiście, jest w miłosierdziu Bożym zawarta również sprawiedliwość, ale nie jest ona ostatnim słowem Bożej ekonomii w dziejach świata, a zwłaszcza w dziejach człowieka. Bóg zawsze potrafi wyprowadzić dobro ze zła, Bóg chce, ażeby wszyscy byli zbawieni (...). Natomiast z własnych refleksji nad tym fragmentem powiem tyle, że pod koniec dłuższej perykopy Jezus mówi o pretensjach drugiego, prawowiernego syna. A wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: «Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę». Chyba najważniejszym zadaniem dla katolików, wypływającym z tej Ewangelii, jest pokora wobec Bożych wyroków, wobec Bożego miłosierdzia i Bożej sprawiedliwości. Przecież Pan Bóg nie chce, żeby komukolwiek z nas stała się krzywda. Przyjmując grzeszników, niczego nie odbiera nam, za to im wynagradza krzywdy, których doznali przez swój grzech.
Czytanie z Księgi Wyjścia (Wj 32,7-11.13-14) mówi może nie tyle o samym nawróceniu, co o jego konieczności. Widzę, że lud ten jest ludem o twardym karku, mówi Pan do Mojżesza. Co na to Mojżesz? Nie, nie zaprzecza winom narodu izraelskiego. Bierze Pana Boga trochę pod włos, przypominając Mu o przysiędze, którą złożył Żydom na samego Siebie. Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego (2 Tm 2,13).
Psalm (Ps 51,3-4.12-13.17.19) - jeden z najpiękniejszych, jakie znam - jest chyba jedną z najwspanialszych modlitw, jakie Kościół odziedziczył po Starym Testamencie (Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, 10). I dalej: Te słowa właściwie nie wymagają żadnego komentarza. One mówią same za siebie. One same objawiają prawdę o kruchości moralnej człowieka. Oskarża on siebie przed Bogiem, bo wie, że grzech jest przeciwny świętości jego Stwórcy. Równocześnie też człowiek-grzesznik wie o tym, że Bóg jest miłosierdziem i że to miłosierdzie jest nieskończone: Bóg wciąż na nowo gotów jest przebaczać i usprawiedliwiać grzesznego człowieka (tamże). Skoro tak, to człowiek powinien być wciąż na nowo gotów dostrzegać swoje winy i nawracać się.
Drugie czytanie (1 Tm 1,12-17) pokazuje, co Bóg daje człowiekowi, który się nawróci: uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył do posługi mnie, ongiś bluźniercę, prześladowcę i oszczercę. Mówi to święty Paweł, ten, który podjął misję głoszenia Ewangelii jak najdalej i jak najszerzej, i tę misję wypełnił w sposób godny pozazdroszczenia. Ciekawie tłumaczy on zresztą sens miłosierdzia, które grzesznikowi okazuje Pan Bóg: dostąpiłem miłosierdzia po to, by we mnie pierwszym Jezus Chrystus pokazał całą wielkoduszność jako przykład dla tych, którzy w Niego wierzyć będą dla życia wiecznego. Sporo znamy świętych, którzy przez dłuższy lub krótszy czas za życia na ziemi święci wcale nie byli (szerzej o tym pisze moja współodpowiedzialna).
I Ewangelia (Łk 15,1-32), z wydzieloną krótszą perykopą. Cały ten fragment wskazuje, że miłosierdzie Ojca w niebiesiech bierze górę nad sprawiedliwością. Znowu pozwolę sobie zacytować Jana Pawła II: (...) miarą wyznaczoną złu, którego sprawcą i ofiarą jest człowiek, jest ostatecznie Boże miłosierdzie. Oczywiście, jest w miłosierdziu Bożym zawarta również sprawiedliwość, ale nie jest ona ostatnim słowem Bożej ekonomii w dziejach świata, a zwłaszcza w dziejach człowieka. Bóg zawsze potrafi wyprowadzić dobro ze zła, Bóg chce, ażeby wszyscy byli zbawieni (...). Natomiast z własnych refleksji nad tym fragmentem powiem tyle, że pod koniec dłuższej perykopy Jezus mówi o pretensjach drugiego, prawowiernego syna. A wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: «Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę». Chyba najważniejszym zadaniem dla katolików, wypływającym z tej Ewangelii, jest pokora wobec Bożych wyroków, wobec Bożego miłosierdzia i Bożej sprawiedliwości. Przecież Pan Bóg nie chce, żeby komukolwiek z nas stała się krzywda. Przyjmując grzeszników, niczego nie odbiera nam, za to im wynagradza krzywdy, których doznali przez swój grzech.
sobota, 11 września 2010
pamiętać i być sobą
Kolejna lektura z gatunku czytanie dla siebie. Jana Pawła II Pamięć i tożsamość. Zagubiona w odmętach dziejów, znaleziona dopiero przy ostatnim wyjeździe z domu. Pozwolę sobie przytoczyć fragment z rozdziału 2, który mnie zafascynował:
Właśnie w tych ostatnich godzinach ziemskiego życia Chrystusa otrzymaliśmy chyba najpełniejsze objawienie o Duchu Świętym. Wśród słów, które wypowiedział wówczas Jezus, znajduje się także stwierdzenie bardzo znamienne dla interesującej nas kwestii. Mówi On, że Duch Święty przekona świat o grzechu (J 16,8). Starałem się wniknąć w te słowa i to doprowadziło mnie do pierwszych stron Księgi Rodzaju, do wydarzenia, które zostało nazwane grzechem pierworodnym. Św. Augustyn z niezwykłą wnikliwością scharakteryzował naturę tego grzechu następującej formule: amor sui usque ad contemptum Dei - miłość siebie aż do negacji Boga (De civitate Dei, XIV, 28). Właśnie amor sui - miłość własna - popchnęła pierwszych rodziców ku pierwotnemu nieposłuszeństwu, które dało początek rozszerzaniu się grzechu w całych dziejach człowieka. Odpowiadają temu słowa z Księgi Rodzaju: Tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło (Rdz 3,5), czyli będzie sami stanowili o tym, co jest dobrem, a co złem.
I ten właśnie pierworodny wymiar grzechu nie mógł znaleźć współmiernej rekompensaty w innej postaci, jak poprzez przeciwstawne amor Dei usque contemptum sui - miłość Boga aż do negacji siebie. Tutaj właśnie dotykamy tajemnicy odkupienia człowieka, a do tego poznania prowadzi nas Duch Święty. To On pozwala nam tak głęboko wniknąć w mysterium Crucis, a równocześnie pochylić się nad otchłanią zła, którego sprawcą i zarazem ofiarąstał się człowiek na początku swoich dziejów. Do tego właśnie odnosi się wyrażenie: przekonać świat o grzechu. A celem tego przekonywania nie jest potępienie świata. Jeżeli Kościół w mocy Ducha Świętego nazywa zło po imieniu, to tylko w tym celu, ażeby wskazać możliwość jego przezwyciężenia. Amor Dei usque contemptum sui ma takie właśnie wymiary. Są to właściwe wymiary miłosierdzia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)