Jedną z topowych informacji od wczoraj jest blokada płatności kartowych na terenie Watykanu. We wczorajszym serwisie informacyjnym Trójki jako powód podano, że Watykan nie spełnia norm Rady Europy, dotyczących uwiarygodniania płatników czy jakoś tak.
W dzisiejszych wiadomościach Radia Zet podano, że blokadę nałożono, ponieważ Watykan jest podejrzewany o pranie brudnych pieniędzy z zagranicznych kont.
Subtelna różnica, prawda?
Gdzie jest prawda? Czy nie ma jej już absolutnie nigdzie poza Jezusem Chrystusem? Już tak dalece ją zredukowano?
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zło. Pokaż wszystkie posty
środa, 16 stycznia 2013
poniedziałek, 18 lipca 2011
cichość
Tygodniowa rozłąka z najbliższymi może spowodować lawinę złych myśli, wątpliwości, pytań.
Co dopiero tygodniowa rozłąka z Bogiem. Dlatego trzeba popierać aktywny wypoczynek z Tym na Górze.
I sakrament spowiedzi.
Szatan jest niesamowicie przebiegły. Szepcze dokładnie wtedy, kiedy zapada cisza, żeby jego głos wydawał się tym jedynym, którego należy słuchać.
Jak to pogodzić ze słowami Jezu cichy [i pokornego serca]?
Co dopiero tygodniowa rozłąka z Bogiem. Dlatego trzeba popierać aktywny wypoczynek z Tym na Górze.
I sakrament spowiedzi.
Szatan jest niesamowicie przebiegły. Szepcze dokładnie wtedy, kiedy zapada cisza, żeby jego głos wydawał się tym jedynym, którego należy słuchać.
Jak to pogodzić ze słowami Jezu cichy [i pokornego serca]?
czwartek, 23 czerwca 2011
słowem jak mieczem
Tym razem magluję Łukasza. Dwa spostrzeżenia.
Spryt, przebiegłość, inteligencja szatana. Zarysowane w Ewangelii (Łk 4,1-13). Dobra Nowina nie znosi zła, nie zabiera go ze świata. Szatan kusi Chrystusa, obserwując przy tym uważnie, co Jezus mówi i robi. I ostatecznie używa przeciw Niemu Jego własnej broni - słów Pisma. Oczywiście z Chrystusem nie wygra. Ile razy jednak dzięki takim sztuczkom wygrywa z nami?
Uzdrowienie opętanego w Kafarnaum (Łk 4,31-37), coś niesamowitego. Jezus powiedział, Jezus rozkazał i stało się. Co więcej, stało się w sposób doskonały: zły duch rzucił go na środek i wyszedł z niego, nie wyrządzając mu żadnej szkody. Jak już Jezus coś powie, to klękajcie, narody!
Spryt, przebiegłość, inteligencja szatana. Zarysowane w Ewangelii (Łk 4,1-13). Dobra Nowina nie znosi zła, nie zabiera go ze świata. Szatan kusi Chrystusa, obserwując przy tym uważnie, co Jezus mówi i robi. I ostatecznie używa przeciw Niemu Jego własnej broni - słów Pisma. Oczywiście z Chrystusem nie wygra. Ile razy jednak dzięki takim sztuczkom wygrywa z nami?
Uzdrowienie opętanego w Kafarnaum (Łk 4,31-37), coś niesamowitego. Jezus powiedział, Jezus rozkazał i stało się. Co więcej, stało się w sposób doskonały: zły duch rzucił go na środek i wyszedł z niego, nie wyrządzając mu żadnej szkody. Jak już Jezus coś powie, to klękajcie, narody!
piątek, 3 czerwca 2011
szukanie
Kolej na świętego Marka.
Dwie refleksje z pierwszego rozdziału.
1. Chrystus przyjął chrzest Janowy i zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię. A przebywał na pustyni czterdzieści dni, kuszony przez szatana (Mk 1,12n). Nie przyjmuje się sakramentu po to, żeby mieć święty spokój. Przyjmuje się go po to, by od razu wyjść na pustynię i mieć siłę stawić czoła Złemu, który chce zniszczyć moc sakramentu - moc Chrystusa. Pójście do spowiedzi nie oznacza, że po niej zacznie się sielanka. Ja osobiście zawsze największych pokus doświadczam przez pierwszych kilka dni po spowiedzi (taki mały ekshibicjonizm).
To, co czyste, przyciąga szatana. Może dlatego, że sam był kiedyś czysty i jakoś za tym tęskni? (To tak za świętym Augustynem).
2. Chrystus dokonywał w Kafarnaum cudów, uzdrawiał wielu, którzy do Niego przychodzili. Kiedy wyszedł na pustynię, przyszli do Niego uczniowie: Wszyscy Cię szukają. A On, zamiast potulnie wrócić i dalej dokonywać cudów hurtem, powiedział: Pójdźmy gdzie indziej (Mk 1,37n). Znudziło Mu się? Liczył na jakieś bardziej spektakularne przypadki poza Kafarnaum? Myślę, że raczej liczył, że ci, którzy potrzebują, sami do Niego przyjdą. Może nawet pójdą za Nim po całej Galilei. Tak jak u Mateusza - za Jezusem chodziły tłumy.
Chrystusa nie mamy na własność. Nawet kiedy przyjmujemy Jego Ciało - sytuacja najbardziej intymna z możliwych - nie mamy Go na własność. Po pierwsze dlatego, że oprócz nas przyjmują Go w tej intymności setki i tysiące innych ludzi. Po drugie (i ważniejsze chyba) dlatego, że przyjmując Go, mamy Go dawać dalej. Nie mówię tu o bezczeszczeniu Najświętszego Sakramentu, ale o wykorzystaniu jego owoców. Chrystus sam ucieka od zamknięcia w czyimś światku.
Dwie refleksje z pierwszego rozdziału.
1. Chrystus przyjął chrzest Janowy i zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię. A przebywał na pustyni czterdzieści dni, kuszony przez szatana (Mk 1,12n). Nie przyjmuje się sakramentu po to, żeby mieć święty spokój. Przyjmuje się go po to, by od razu wyjść na pustynię i mieć siłę stawić czoła Złemu, który chce zniszczyć moc sakramentu - moc Chrystusa. Pójście do spowiedzi nie oznacza, że po niej zacznie się sielanka. Ja osobiście zawsze największych pokus doświadczam przez pierwszych kilka dni po spowiedzi (taki mały ekshibicjonizm).
To, co czyste, przyciąga szatana. Może dlatego, że sam był kiedyś czysty i jakoś za tym tęskni? (To tak za świętym Augustynem).
2. Chrystus dokonywał w Kafarnaum cudów, uzdrawiał wielu, którzy do Niego przychodzili. Kiedy wyszedł na pustynię, przyszli do Niego uczniowie: Wszyscy Cię szukają. A On, zamiast potulnie wrócić i dalej dokonywać cudów hurtem, powiedział: Pójdźmy gdzie indziej (Mk 1,37n). Znudziło Mu się? Liczył na jakieś bardziej spektakularne przypadki poza Kafarnaum? Myślę, że raczej liczył, że ci, którzy potrzebują, sami do Niego przyjdą. Może nawet pójdą za Nim po całej Galilei. Tak jak u Mateusza - za Jezusem chodziły tłumy.
Chrystusa nie mamy na własność. Nawet kiedy przyjmujemy Jego Ciało - sytuacja najbardziej intymna z możliwych - nie mamy Go na własność. Po pierwsze dlatego, że oprócz nas przyjmują Go w tej intymności setki i tysiące innych ludzi. Po drugie (i ważniejsze chyba) dlatego, że przyjmując Go, mamy Go dawać dalej. Nie mówię tu o bezczeszczeniu Najświętszego Sakramentu, ale o wykorzystaniu jego owoców. Chrystus sam ucieka od zamknięcia w czyimś światku.
czwartek, 26 maja 2011
nieludzkie lub poniżające traktowanie
Po przeczytaniu artykułu w Rzepie mam uczucia wstrząśnięte, nie mieszane. Smutne to, bardzo smutne. Została pozbawiona prawa do badań genetycznych, a kiedy zostały one wykonane, minął czas, gdy mogła dokonać aborcji. Jak to jest, że cofamy się dobrowolnie w naszym ucywilizowaniu? W niektórych kulturach takie dzieci zaraz po urodzeniu zostawiano w górach na pewną śmierć, w późniejszych - bardziej humanitarnych opiekowano się nimi do ich (wczesnej) śmierci. Teraz chcemy je bezkarnie zabijać jeszcze przed ich narodzeniem.
Zastanawiam się, z czego to pragnienie wynika. Nie chcę tu nikogo osądzać - tylko Pan Bóg ma do tego pełne prawo. Coraz częściej nie umiem myśleć inaczej, niż że dzieje się tak przez dążenie do własnego psychicznego bezpieczeństwa i komfortu. I że nieprawdziwe są argumenty o tym, że dla tych dzieci tak będzie lepiej. Mój ojciec codziennie ratuje i podtrzymuje przy życiu maleństwa, których waga urodzeniowa rzadko kiedy przekracza 1000 g. Mówi często o tym, że wolałby, żeby jego działania były nieskuteczne, bo kiedy są skuteczne, to z tych dzieci wyrastają roślinki, a nie ludzie. Ale je ratuje, bo życie jest ważniejsze niż zdanie lekarza czy rodziców.
Mój ojciec, wojujący ateista, postępuje według zasady Bóg dał, Bóg wziął. Jak Panu Bogu się nie będzie podobało życie takiego maleństwa, to je weźmie do Siebie. Nie wyręczajmy Go w tym.
Na oddziale mojego ojca widać mnóstwo ludzi - rodziców, którzy swoje dzieci kochają mimo ich licznych chorób, mimo niespełnienia swoich życiowych ambicji. Wiadomo, każdy chciałby mieć zdrowe dziecko, które będzie przynosić dobre oceny ze szkoły, najlepiej wiele radości, a w dorosłości zajmie się stetryczałymi rodzicami. Tylko nie każdy może.
Zdaje się, że właśnie wylewam tu morze frustracji. Proszę o wybaczenie, ale coraz częściej sprzeciw, który się we mnie rodzi, domaga się jasnego wyrażenia. Wiem, że daleko nam do zbudowania świata, w którym wszyscy będą się kochać, w którym matka przyjmie swoje dziecko takim, jakie ono jest, i w którym problem aborcji będzie tylko kwestią historyczną.
Może dlatego, że daleko nam też do Pana Boga.
Zastanawiam się, z czego to pragnienie wynika. Nie chcę tu nikogo osądzać - tylko Pan Bóg ma do tego pełne prawo. Coraz częściej nie umiem myśleć inaczej, niż że dzieje się tak przez dążenie do własnego psychicznego bezpieczeństwa i komfortu. I że nieprawdziwe są argumenty o tym, że dla tych dzieci tak będzie lepiej. Mój ojciec codziennie ratuje i podtrzymuje przy życiu maleństwa, których waga urodzeniowa rzadko kiedy przekracza 1000 g. Mówi często o tym, że wolałby, żeby jego działania były nieskuteczne, bo kiedy są skuteczne, to z tych dzieci wyrastają roślinki, a nie ludzie. Ale je ratuje, bo życie jest ważniejsze niż zdanie lekarza czy rodziców.
Mój ojciec, wojujący ateista, postępuje według zasady Bóg dał, Bóg wziął. Jak Panu Bogu się nie będzie podobało życie takiego maleństwa, to je weźmie do Siebie. Nie wyręczajmy Go w tym.
Na oddziale mojego ojca widać mnóstwo ludzi - rodziców, którzy swoje dzieci kochają mimo ich licznych chorób, mimo niespełnienia swoich życiowych ambicji. Wiadomo, każdy chciałby mieć zdrowe dziecko, które będzie przynosić dobre oceny ze szkoły, najlepiej wiele radości, a w dorosłości zajmie się stetryczałymi rodzicami. Tylko nie każdy może.
Zdaje się, że właśnie wylewam tu morze frustracji. Proszę o wybaczenie, ale coraz częściej sprzeciw, który się we mnie rodzi, domaga się jasnego wyrażenia. Wiem, że daleko nam do zbudowania świata, w którym wszyscy będą się kochać, w którym matka przyjmie swoje dziecko takim, jakie ono jest, i w którym problem aborcji będzie tylko kwestią historyczną.
Może dlatego, że daleko nam też do Pana Boga.
wtorek, 1 lutego 2011
łańcuchy kruszył, a pęta rozrywał
Tym razem, dla odmiany, coś o Ewangelii. Wczorajszej (Mk 5,1-20). Słuchałam jej podczas Mszy o siódmej rano i uderzyła mnie.
Uderzyło mnie, że zło jest destrukcyjne - o. Marcin podczas kazania powiedział, że autodestrukcyjne i to kwestia do przemyślenia, ale chodzi mi o destrukcję tego, w czym zło się zadomawia i działa. Przecież stado świń, w które wszedł Zły, od razu pognało do przepaści i zginęło w jeziorze. Zło to nie jest coś, co sobie gdzieś tam istnieje, czasem się objawia i znika prawie niezauważone.
I jednocześnie uderzyło mnie, jak bardzo Bóg musi kochać człowieka, że daje mu siłę do walki z tym złem. Człowiek, w którym w tej Ewangelii panował Zły, ciągle żył. Mieszkał w grobach, ale żył. W sensie duchowym, jak powiedział o. Marcin, był martwy. Zastanawiam się, czy rzeczywiście tak było. Zły nad nim panował i można to uznać za śmierć duchową, ale jednocześnie ten człowiek przyszedł do Chrystusa. Wiedziony nienawiścią Złego do Pana, ale przyszedł. Był żywy. Była więc jakaś nadzieja. Stado świń zginęło od razu, nie mając żadnej nadziei, bo i nie mając rozumu. Boża miłość właśnie tu się objawia. Człowiek nigdy nie przegra tak do końca, póki jeszcze żyje. Niesamowite.
Uderzyło mnie, że zło jest destrukcyjne - o. Marcin podczas kazania powiedział, że autodestrukcyjne i to kwestia do przemyślenia, ale chodzi mi o destrukcję tego, w czym zło się zadomawia i działa. Przecież stado świń, w które wszedł Zły, od razu pognało do przepaści i zginęło w jeziorze. Zło to nie jest coś, co sobie gdzieś tam istnieje, czasem się objawia i znika prawie niezauważone.
I jednocześnie uderzyło mnie, jak bardzo Bóg musi kochać człowieka, że daje mu siłę do walki z tym złem. Człowiek, w którym w tej Ewangelii panował Zły, ciągle żył. Mieszkał w grobach, ale żył. W sensie duchowym, jak powiedział o. Marcin, był martwy. Zastanawiam się, czy rzeczywiście tak było. Zły nad nim panował i można to uznać za śmierć duchową, ale jednocześnie ten człowiek przyszedł do Chrystusa. Wiedziony nienawiścią Złego do Pana, ale przyszedł. Był żywy. Była więc jakaś nadzieja. Stado świń zginęło od razu, nie mając żadnej nadziei, bo i nie mając rozumu. Boża miłość właśnie tu się objawia. Człowiek nigdy nie przegra tak do końca, póki jeszcze żyje. Niesamowite.
środa, 26 stycznia 2011
testament
Wczorajsze święto nawrócenia świętego Pawła wskazuje na dwie, moim zdaniem maksymalnie istotne, rzeczy.
Pierwsza - dość banalna i standardowa, ale to przecież jej nie dyskwalifikuje: na nawrócenie nigdy nie jest za późno. Święty Paweł miał krew na rękach, był mordercą - jak to mówił na Mszy świętej o. Marcin. I nawet w takiej sytuacji można pójść za Bożym głosem i dobrze go wykorzystać.
Druga: nawrócenie grzesznika jest świętem. Momentalnie stają przed oczami sceny z przypowieści ewangelicznych - o synu marnotrawnym, o zgubionej drachmie, o dobrym pasterzu. Może kolejny banał, to chyba nie takie istotne. Świętujemy nawrócenie świętego Pawła, bo dzięki temu wydarzeniu my jesteśmy tym, kim jesteśmy. Ilu jest ludzi, których nawrócenie powinniśmy świętować, gdybyśmy tylko o nim wiedzieli? Bo taki nawrócony może wiele w naszym życiu zmienić, może je z Bożą pomocą i pod Bożym natchnieniem przestawić na lepsze tory. Z tym świętowaniem wiąże się też bardzo ważna rzecz - modlitwa. Modlitwa o nawrócenie. Tylu ludzi - nie wyłączając przecież nas samych - potrzebuje nawrócenia. I modlitwa o dobre wykorzystanie Bożej pomocy.
Myślę sobie, że nawrócenie jest procesem. I może nawet jest procesem permanentnym. Innym jednak od permanentnej rewolucji. Nie prowadzi od jednej skrajności do drugiej. Prowadzi do tej Jedynej, ostatecznej Skrajności, ku której zmierzamy wszyscy, czy tego jesteśmy świadomi, czy nie. Takie wydarzenie, jak nawrócenie świętego Pawła, to w zasadzie moment inicjujący. Życie sprzed nawrócenia przecież nie znika z pamięci - dalej w niej istnieje, ale to dobrze. Utwierdzenie się w nowym jest niesamowicie trudne bez pamięci o starym. Może chodzi o to, żeby to nowe było stale nowe. Nie, nie - bez rozpamiętywania, taplania się w błocie przeszłości. Jak to zrobić?
Odpowiedź - chyba w listach św. Pawła.
Pierwsza - dość banalna i standardowa, ale to przecież jej nie dyskwalifikuje: na nawrócenie nigdy nie jest za późno. Święty Paweł miał krew na rękach, był mordercą - jak to mówił na Mszy świętej o. Marcin. I nawet w takiej sytuacji można pójść za Bożym głosem i dobrze go wykorzystać.
Druga: nawrócenie grzesznika jest świętem. Momentalnie stają przed oczami sceny z przypowieści ewangelicznych - o synu marnotrawnym, o zgubionej drachmie, o dobrym pasterzu. Może kolejny banał, to chyba nie takie istotne. Świętujemy nawrócenie świętego Pawła, bo dzięki temu wydarzeniu my jesteśmy tym, kim jesteśmy. Ilu jest ludzi, których nawrócenie powinniśmy świętować, gdybyśmy tylko o nim wiedzieli? Bo taki nawrócony może wiele w naszym życiu zmienić, może je z Bożą pomocą i pod Bożym natchnieniem przestawić na lepsze tory. Z tym świętowaniem wiąże się też bardzo ważna rzecz - modlitwa. Modlitwa o nawrócenie. Tylu ludzi - nie wyłączając przecież nas samych - potrzebuje nawrócenia. I modlitwa o dobre wykorzystanie Bożej pomocy.
Myślę sobie, że nawrócenie jest procesem. I może nawet jest procesem permanentnym. Innym jednak od permanentnej rewolucji. Nie prowadzi od jednej skrajności do drugiej. Prowadzi do tej Jedynej, ostatecznej Skrajności, ku której zmierzamy wszyscy, czy tego jesteśmy świadomi, czy nie. Takie wydarzenie, jak nawrócenie świętego Pawła, to w zasadzie moment inicjujący. Życie sprzed nawrócenia przecież nie znika z pamięci - dalej w niej istnieje, ale to dobrze. Utwierdzenie się w nowym jest niesamowicie trudne bez pamięci o starym. Może chodzi o to, żeby to nowe było stale nowe. Nie, nie - bez rozpamiętywania, taplania się w błocie przeszłości. Jak to zrobić?
Odpowiedź - chyba w listach św. Pawła.
sobota, 18 grudnia 2010
mea
Rewelacyjna książka - Józefa Tischnera Historia filozofii po góralsku. Dla wszystkich rozmiłowanych w gwarze góralskiej i/lub odpornych na filozofię :)
A w niej rewelacyjne zdanie, oczywiście ciut wyrwane z kontekstu, ale znaczenie pozostaje raczej zbliżone do zamierzonego przez Autora.
Tak to bywo: źle se siednies, a pote krzycys, ze Pon Bóg winien.
Oooj tak. Czasem słyszę od znajomych ateistów i innych, że my, katolicy (albo chrześcijanie w ogóle) mamy lepiej, bo mamy na kogo zwalić winę za nasze porażki. Jak nam się coś nie układa, to hyc!, podkładamy to autorstwu Pana Boga i już nam lepiej, już wygodniej. Ewentualnie można jeszcze powiedzieć, że Bóg tak chciał, taki niby przejaw zdania się na Jego wolę. I niby nie bluźnimy wtedy, bo przecież nie przypisujemy Mu wprost winy.
Trudno i boleśnie to zrobić, ale trzeba sobie w pewnym momencie swojego życia powiedzieć jasno i wyraźnie: za swoje życie odpowiedzialny jestem ja sam - przed sobą i przed Bogiem. Jego wola działa w moim życiu w zdecydowanie mniejszym zakresie, niż bym tego chciał. Niepowodzenia, których doznaję, porażki, które przeżywam, są skutkiem moich niedociągnięć, błędów, a jeśli nie moich, to innych ludzi, z którymi przyszło mi się spotykać, pracować i tak dalej. Pan Bóg jest na tyle miłosierny, że może mnie z takich opresji wyciągnąć - czasem za uszy, żebym dotkliwie odczuł swoją odpowiedzialność - ale to jest tylko i wyłącznie kwestia Jego miłosierdzia, a nie poczucia winy czy potrzeby rekompensaty.
Tak to bywo: źle se siednies, a pote krzycys, ze Pon Bóg winien.
Trzeba z tym mocno, usilnie walczyć. Ot co.
A w niej rewelacyjne zdanie, oczywiście ciut wyrwane z kontekstu, ale znaczenie pozostaje raczej zbliżone do zamierzonego przez Autora.
Tak to bywo: źle se siednies, a pote krzycys, ze Pon Bóg winien.
Oooj tak. Czasem słyszę od znajomych ateistów i innych, że my, katolicy (albo chrześcijanie w ogóle) mamy lepiej, bo mamy na kogo zwalić winę za nasze porażki. Jak nam się coś nie układa, to hyc!, podkładamy to autorstwu Pana Boga i już nam lepiej, już wygodniej. Ewentualnie można jeszcze powiedzieć, że Bóg tak chciał, taki niby przejaw zdania się na Jego wolę. I niby nie bluźnimy wtedy, bo przecież nie przypisujemy Mu wprost winy.
Trudno i boleśnie to zrobić, ale trzeba sobie w pewnym momencie swojego życia powiedzieć jasno i wyraźnie: za swoje życie odpowiedzialny jestem ja sam - przed sobą i przed Bogiem. Jego wola działa w moim życiu w zdecydowanie mniejszym zakresie, niż bym tego chciał. Niepowodzenia, których doznaję, porażki, które przeżywam, są skutkiem moich niedociągnięć, błędów, a jeśli nie moich, to innych ludzi, z którymi przyszło mi się spotykać, pracować i tak dalej. Pan Bóg jest na tyle miłosierny, że może mnie z takich opresji wyciągnąć - czasem za uszy, żebym dotkliwie odczuł swoją odpowiedzialność - ale to jest tylko i wyłącznie kwestia Jego miłosierdzia, a nie poczucia winy czy potrzeby rekompensaty.
Tak to bywo: źle se siednies, a pote krzycys, ze Pon Bóg winien.
Trzeba z tym mocno, usilnie walczyć. Ot co.
piątek, 10 grudnia 2010
Pomoc Kościołowi w Potrzebie
Artykuł, który mną wstrząsnął. W zestawieniu z niedawną notką mojej Współodpowiedzialnej.
Na co się zdaje nasza tolerancyjność? Dlaczego do niej dążymy? Czy właśnie przez takie prześladowania? A może jesteśmy prześladowani i dyskryminowani, bo w jakiś przedziwny sposób dajemy na to pozwolenie?
I jakże się różni chrześcijaństwo na Zachodzie od chrześcijaństwa w krajach Wschodu, Bliskiego i Dalekiego. Jak różni się świadectwo, które się składa tu i tam. Apostoł - świadek - martyr - męczennik.
Omnes sancti martyres, orate pro nobis!
Na co się zdaje nasza tolerancyjność? Dlaczego do niej dążymy? Czy właśnie przez takie prześladowania? A może jesteśmy prześladowani i dyskryminowani, bo w jakiś przedziwny sposób dajemy na to pozwolenie?
I jakże się różni chrześcijaństwo na Zachodzie od chrześcijaństwa w krajach Wschodu, Bliskiego i Dalekiego. Jak różni się świadectwo, które się składa tu i tam. Apostoł - świadek - martyr - męczennik.
Omnes sancti martyres, orate pro nobis!
poniedziałek, 6 grudnia 2010
protest
W moim otoczeniu za sprawą pewnej bardzo wpływowej w tym względzie osoby furorę robi ostatnio określenie masochizmu religijnego. Pod pojęciem tym kryje się między innymi udział w dwóch Mszach świętych w ciągu dnia - roratach i Mszy popołudniowej.
Irytuje mnie to pojęcie niepomiernie. Czy udział w Mszy świętej, która jest przecież centrum życia chrześcijanina, można stawiać w jakiś dziwny sposób na równi z udręczaniem samego siebie?
Jeśli chodzi o wstawanie wczesnym rankiem mimo tego, że wieczorem tak czy siak idzie się na Mszę świętą, to można to nazwać zupełnie inaczej. Określenie masochizm religijny użyte w kontekście Mszy świętej przywodzi na myśl tę charakterystyczną postawę Polaka-katolika: idę na Mszę, bo trzeba, więc im szybciej się skończy, tym lepiej. A dwie w ciągu dnia? Przecież to udręka.
Dziwolągom językowym i mnożeniu bytów mówimy stanowcze NIE.
Irytuje mnie to pojęcie niepomiernie. Czy udział w Mszy świętej, która jest przecież centrum życia chrześcijanina, można stawiać w jakiś dziwny sposób na równi z udręczaniem samego siebie?
Jeśli chodzi o wstawanie wczesnym rankiem mimo tego, że wieczorem tak czy siak idzie się na Mszę świętą, to można to nazwać zupełnie inaczej. Określenie masochizm religijny użyte w kontekście Mszy świętej przywodzi na myśl tę charakterystyczną postawę Polaka-katolika: idę na Mszę, bo trzeba, więc im szybciej się skończy, tym lepiej. A dwie w ciągu dnia? Przecież to udręka.
Dziwolągom językowym i mnożeniu bytów mówimy stanowcze NIE.
wtorek, 30 listopada 2010
keine Grenzen?
Siedząc dziś na uczelni w czasie okienka, mimowolnie byłam świadkiem rozmowy kilkorga obcych mi osób. Podczas gdy ja próbowałam się skupić na lekturze Fromma (o tym, być może, kiedy indziej), oni gadali o różnych, mniej lub bardziej związanych z filozofią rzeczach. W pewnym momencie rozmowa zeszła na kupowanie ciuchów i jedna z siedzących tam dziewczyn wyznała bez cienia żenady: Bo wiecie, ostatnio weszłam do lumpeksu i nie miałam w ogóle kasy, a były tam takie ciuchy, które normalnie musiałam mieć! No i wzięłam je do przymierzalni, wrzuciłam do torebki i wyszłam. (Mi osobiście szczęka opadła, więc zręcznie udałam, że to od ziewania). Jej znajomi byli zaskoczeni tą historią; jeden z chłopaków powiedział, że ukradła - i ona się zgodziła, powtarzając to słowo kilkukrotnie. Potem ten sam chłopak powiedział, że kradzież to kradzież, więc owa dziewczyna jest złodziejką. Na te słowa święcie (sic!) się oburzyła: Ukradłam tylko dwie rzeczy, to znaczy, że jeszcze nie jestem złodziejką!
Teraz, z dystansu, mogę tylko zapytać: gdzie leży granica, poza którą można już będzie nazwać tę dziewczynę złodziejką?
Teraz, z dystansu, mogę tylko zapytać: gdzie leży granica, poza którą można już będzie nazwać tę dziewczynę złodziejką?
środa, 24 listopada 2010
opoka mocy mojej
Radości moich przyjaciół są moimi radościami. Ile człowiek ma w życiu radości, jeśli wychodzi z takiego założenia! Ciągle coś, ciągle nie można się nie uśmiechnąć, nie można nie przeżywać wspólnie. Cudowne, jeśli przyjaźń jest przestrzenią dzielenia radości.
Na zdrowy rozum przyjmując powyższe założenie, o ile nie interesuje mnie tylko przyjemność i umilanie sobie życia, to powinnam przyjąć też drugie założenie: bóle moich przyjaciół są także moimi bólami. Dużo gorzej brzmi, prawda? Jest trudniej to przyjąć. Jeszcze trudniej - według tego postępować.
Jest tak, że jeśli się przyjmie oba te założenia i sumiennie się je realizuje jako cele w przyjaźni, to Pan Bóg człowieka nie zostawia samego z przyjmowaniem cudzego bólu. Robi to (tzn. nie zostawia człowieka samego) na wiele różnych sposobów.
Na przykład - mówiąc w psalmie w nieszporach:
Ta notka, oprócz oczywistego skierowania do wszystkich Czytelników, jest dedykowana jednej konkretnej Osobie, która koniecznie powinna wiedzieć, że właśnie dziś w nieszporach mówimy właśnie ten psalm.
Na zdrowy rozum przyjmując powyższe założenie, o ile nie interesuje mnie tylko przyjemność i umilanie sobie życia, to powinnam przyjąć też drugie założenie: bóle moich przyjaciół są także moimi bólami. Dużo gorzej brzmi, prawda? Jest trudniej to przyjąć. Jeszcze trudniej - według tego postępować.
Jest tak, że jeśli się przyjmie oba te założenia i sumiennie się je realizuje jako cele w przyjaźni, to Pan Bóg człowieka nie zostawia samego z przyjmowaniem cudzego bólu. Robi to (tzn. nie zostawia człowieka samego) na wiele różnych sposobów.
Na przykład - mówiąc w psalmie w nieszporach:
Jedynie w Bogu spokój znajduje ma dusza, *
od Niego przychodzi moje zbawienie.
Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, *
On moją twierdzą, więc się nie zachwieję.
Jak długo będziecie napadać na człowieka, †
przewracać go wszyscy jak pochyłą ścianę, *
jak mur, który się wali?
Oto usiłują go poniżyć *
i kłamstwem się rozkoszują.
Błogosławią kłamliwymi ustami, *
a przeklinają w sercu.
Jedynie w Bogu szukaj spokoju, duszo moja, *
bo od Niego pochodzi moja nadzieja.
Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, *
On moją twierdzą, więc się nie zachwieję.
W Bogu zbawienie moje i chwała, *
Bóg opoką mocy mojej i moją ucieczką.
W każdym czasie Jemu ufaj, narodzie, †
przed Nim wylejcie wasze serca. *
Bóg jest naszą ucieczką!
Synowie ludzcy są tylko tchnieniem, *
synowie mężów kłamliwi.
Unoszą się w górę na wadze, *
bo wszyscy razem są lżejsi niż oddech.
Nie pokładajcie ufności w przemocy †
ani na próżno nie łudźcie się rabunkiem, *
do bogactw, choćby rosły, serc nie przywiązujcie.
Bóg raz powiedział, dwakroć to słyszałem, *
że moc należy do Boga.
I u Ciebie, Panie, jest łaska, *
bo Ty każdemu oddasz według jego czynów.
Psalm 62
Ta notka, oprócz oczywistego skierowania do wszystkich Czytelników, jest dedykowana jednej konkretnej Osobie, która koniecznie powinna wiedzieć, że właśnie dziś w nieszporach mówimy właśnie ten psalm.
wtorek, 28 września 2010
ciężko
Zaciekawiły mnie czytania przeznaczone na dzisiejszą Liturgię Słowa.
Najpierw Księga Hioba (3,1-3.11-17.20-23). Hiob przeklinał swój dzień, przeklinał ten los, jaki go spotkał. To nie jest tak cukierkowo, jak się czasem opowiada dzieciom w szkole, że Bóg Hiobowi dawał same nieszczęścia, a Hiob potulnie kiwał głową i prosił o więcej. Wydawałoby się, że skoro przeklinał, to sprzeciwiał się woli Boga, powinien więc być ukarany. Tak się nie stało. Może dlatego, że wiara Hioba, chwilowo może przykryta gorzkimi słowami, była od nich silniejsza, a Pan Bóg to widział. W kontekście dzisiejszej Ewangelii ta interpretacja wydaje się uzasadniona.
Św. Łukasz (9,51-56) przedstawia wydarzenie, które z pozoru niewiele znaczy. Ot, chciał przenocować u kogoś w drodze do Jeruzalem, a ten ktoś mu odmówił. Kiedy uczniowie proponują zesłanie na tego kogoś wielkiej, okrutnej (dziś powiedzielibyśmy: medialnej) kary, Pan Jezus im zabrania. Jest przeciwny karaniu od razu. Jedno potknięcie, jedna zła decyzja nie musi oznaczać definitywnego nastawienia na zło. Tak samo było z Hiobem.
Pokazuje to też, jak bardzo Bóg ceni naszą wolność. Mamy prawo Mu odmówić, bo jesteśmy wolni. Jezus mógłby wejść do tego samarytańskiego miasteczka, wejść do pierwszego domu, rozsiąść się przy stole i powiedzieć: Halo, halo, to Ja tu jestem Bogiem i to Ja decyduję, gdzie śpię z moimi uczniami, tak? A wy, robaczki, możecie mi... No dobra, On by pewnie powiedział to inaczej. Sens jest zachowany. Nie tu, to gdzie indziej. Szkoda trochę, bo właśnie tu byłoby dobrze, bliżej, wygodniej, ale skoro ci ludzie nie chcą, nawet Jezus jako Bóg nie chce ich zmuszać.
Ciekawie w świetle tych czytań prezentuje się osoba św. Wacława, męczennika, którego dziś wspominamy. Mógł przecież podjąć inną decyzję, nie zabiegać o rozwój chrześcijaństwa w swoim kraju. Do tego zresztą pewnie próbowano go zmusić, zanim wysłano na niego siepaczy. Diametralna różnica między porządkiem Bożym a ludzkim: Bóg daje wolność, człowiek na przekór tej wolności próbuje narzucać swoją wolę. Św. Wacław wybrał w wolności od Boga, a zginął z powodu zniewolenia, którego nie przyjął.
Najpierw Księga Hioba (3,1-3.11-17.20-23). Hiob przeklinał swój dzień, przeklinał ten los, jaki go spotkał. To nie jest tak cukierkowo, jak się czasem opowiada dzieciom w szkole, że Bóg Hiobowi dawał same nieszczęścia, a Hiob potulnie kiwał głową i prosił o więcej. Wydawałoby się, że skoro przeklinał, to sprzeciwiał się woli Boga, powinien więc być ukarany. Tak się nie stało. Może dlatego, że wiara Hioba, chwilowo może przykryta gorzkimi słowami, była od nich silniejsza, a Pan Bóg to widział. W kontekście dzisiejszej Ewangelii ta interpretacja wydaje się uzasadniona.
Św. Łukasz (9,51-56) przedstawia wydarzenie, które z pozoru niewiele znaczy. Ot, chciał przenocować u kogoś w drodze do Jeruzalem, a ten ktoś mu odmówił. Kiedy uczniowie proponują zesłanie na tego kogoś wielkiej, okrutnej (dziś powiedzielibyśmy: medialnej) kary, Pan Jezus im zabrania. Jest przeciwny karaniu od razu. Jedno potknięcie, jedna zła decyzja nie musi oznaczać definitywnego nastawienia na zło. Tak samo było z Hiobem.
Pokazuje to też, jak bardzo Bóg ceni naszą wolność. Mamy prawo Mu odmówić, bo jesteśmy wolni. Jezus mógłby wejść do tego samarytańskiego miasteczka, wejść do pierwszego domu, rozsiąść się przy stole i powiedzieć: Halo, halo, to Ja tu jestem Bogiem i to Ja decyduję, gdzie śpię z moimi uczniami, tak? A wy, robaczki, możecie mi... No dobra, On by pewnie powiedział to inaczej. Sens jest zachowany. Nie tu, to gdzie indziej. Szkoda trochę, bo właśnie tu byłoby dobrze, bliżej, wygodniej, ale skoro ci ludzie nie chcą, nawet Jezus jako Bóg nie chce ich zmuszać.
Ciekawie w świetle tych czytań prezentuje się osoba św. Wacława, męczennika, którego dziś wspominamy. Mógł przecież podjąć inną decyzję, nie zabiegać o rozwój chrześcijaństwa w swoim kraju. Do tego zresztą pewnie próbowano go zmusić, zanim wysłano na niego siepaczy. Diametralna różnica między porządkiem Bożym a ludzkim: Bóg daje wolność, człowiek na przekór tej wolności próbuje narzucać swoją wolę. Św. Wacław wybrał w wolności od Boga, a zginął z powodu zniewolenia, którego nie przyjął.
niedziela, 12 września 2010
miłosierny i łaskawy
W ostatnich dniach bardzo wiele wokół mnie dzieje się w temacie nawrócenia. Kulminacją są dzisiejsze czytania mszalne.
Czytanie z Księgi Wyjścia (Wj 32,7-11.13-14) mówi może nie tyle o samym nawróceniu, co o jego konieczności. Widzę, że lud ten jest ludem o twardym karku, mówi Pan do Mojżesza. Co na to Mojżesz? Nie, nie zaprzecza winom narodu izraelskiego. Bierze Pana Boga trochę pod włos, przypominając Mu o przysiędze, którą złożył Żydom na samego Siebie. Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego (2 Tm 2,13).
Psalm (Ps 51,3-4.12-13.17.19) - jeden z najpiękniejszych, jakie znam - jest chyba jedną z najwspanialszych modlitw, jakie Kościół odziedziczył po Starym Testamencie (Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, 10). I dalej: Te słowa właściwie nie wymagają żadnego komentarza. One mówią same za siebie. One same objawiają prawdę o kruchości moralnej człowieka. Oskarża on siebie przed Bogiem, bo wie, że grzech jest przeciwny świętości jego Stwórcy. Równocześnie też człowiek-grzesznik wie o tym, że Bóg jest miłosierdziem i że to miłosierdzie jest nieskończone: Bóg wciąż na nowo gotów jest przebaczać i usprawiedliwiać grzesznego człowieka (tamże). Skoro tak, to człowiek powinien być wciąż na nowo gotów dostrzegać swoje winy i nawracać się.
Drugie czytanie (1 Tm 1,12-17) pokazuje, co Bóg daje człowiekowi, który się nawróci: uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył do posługi mnie, ongiś bluźniercę, prześladowcę i oszczercę. Mówi to święty Paweł, ten, który podjął misję głoszenia Ewangelii jak najdalej i jak najszerzej, i tę misję wypełnił w sposób godny pozazdroszczenia. Ciekawie tłumaczy on zresztą sens miłosierdzia, które grzesznikowi okazuje Pan Bóg: dostąpiłem miłosierdzia po to, by we mnie pierwszym Jezus Chrystus pokazał całą wielkoduszność jako przykład dla tych, którzy w Niego wierzyć będą dla życia wiecznego. Sporo znamy świętych, którzy przez dłuższy lub krótszy czas za życia na ziemi święci wcale nie byli (szerzej o tym pisze moja współodpowiedzialna).
I Ewangelia (Łk 15,1-32), z wydzieloną krótszą perykopą. Cały ten fragment wskazuje, że miłosierdzie Ojca w niebiesiech bierze górę nad sprawiedliwością. Znowu pozwolę sobie zacytować Jana Pawła II: (...) miarą wyznaczoną złu, którego sprawcą i ofiarą jest człowiek, jest ostatecznie Boże miłosierdzie. Oczywiście, jest w miłosierdziu Bożym zawarta również sprawiedliwość, ale nie jest ona ostatnim słowem Bożej ekonomii w dziejach świata, a zwłaszcza w dziejach człowieka. Bóg zawsze potrafi wyprowadzić dobro ze zła, Bóg chce, ażeby wszyscy byli zbawieni (...). Natomiast z własnych refleksji nad tym fragmentem powiem tyle, że pod koniec dłuższej perykopy Jezus mówi o pretensjach drugiego, prawowiernego syna. A wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: «Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę». Chyba najważniejszym zadaniem dla katolików, wypływającym z tej Ewangelii, jest pokora wobec Bożych wyroków, wobec Bożego miłosierdzia i Bożej sprawiedliwości. Przecież Pan Bóg nie chce, żeby komukolwiek z nas stała się krzywda. Przyjmując grzeszników, niczego nie odbiera nam, za to im wynagradza krzywdy, których doznali przez swój grzech.
Czytanie z Księgi Wyjścia (Wj 32,7-11.13-14) mówi może nie tyle o samym nawróceniu, co o jego konieczności. Widzę, że lud ten jest ludem o twardym karku, mówi Pan do Mojżesza. Co na to Mojżesz? Nie, nie zaprzecza winom narodu izraelskiego. Bierze Pana Boga trochę pod włos, przypominając Mu o przysiędze, którą złożył Żydom na samego Siebie. Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego (2 Tm 2,13).
Psalm (Ps 51,3-4.12-13.17.19) - jeden z najpiękniejszych, jakie znam - jest chyba jedną z najwspanialszych modlitw, jakie Kościół odziedziczył po Starym Testamencie (Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, 10). I dalej: Te słowa właściwie nie wymagają żadnego komentarza. One mówią same za siebie. One same objawiają prawdę o kruchości moralnej człowieka. Oskarża on siebie przed Bogiem, bo wie, że grzech jest przeciwny świętości jego Stwórcy. Równocześnie też człowiek-grzesznik wie o tym, że Bóg jest miłosierdziem i że to miłosierdzie jest nieskończone: Bóg wciąż na nowo gotów jest przebaczać i usprawiedliwiać grzesznego człowieka (tamże). Skoro tak, to człowiek powinien być wciąż na nowo gotów dostrzegać swoje winy i nawracać się.
Drugie czytanie (1 Tm 1,12-17) pokazuje, co Bóg daje człowiekowi, który się nawróci: uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył do posługi mnie, ongiś bluźniercę, prześladowcę i oszczercę. Mówi to święty Paweł, ten, który podjął misję głoszenia Ewangelii jak najdalej i jak najszerzej, i tę misję wypełnił w sposób godny pozazdroszczenia. Ciekawie tłumaczy on zresztą sens miłosierdzia, które grzesznikowi okazuje Pan Bóg: dostąpiłem miłosierdzia po to, by we mnie pierwszym Jezus Chrystus pokazał całą wielkoduszność jako przykład dla tych, którzy w Niego wierzyć będą dla życia wiecznego. Sporo znamy świętych, którzy przez dłuższy lub krótszy czas za życia na ziemi święci wcale nie byli (szerzej o tym pisze moja współodpowiedzialna).
I Ewangelia (Łk 15,1-32), z wydzieloną krótszą perykopą. Cały ten fragment wskazuje, że miłosierdzie Ojca w niebiesiech bierze górę nad sprawiedliwością. Znowu pozwolę sobie zacytować Jana Pawła II: (...) miarą wyznaczoną złu, którego sprawcą i ofiarą jest człowiek, jest ostatecznie Boże miłosierdzie. Oczywiście, jest w miłosierdziu Bożym zawarta również sprawiedliwość, ale nie jest ona ostatnim słowem Bożej ekonomii w dziejach świata, a zwłaszcza w dziejach człowieka. Bóg zawsze potrafi wyprowadzić dobro ze zła, Bóg chce, ażeby wszyscy byli zbawieni (...). Natomiast z własnych refleksji nad tym fragmentem powiem tyle, że pod koniec dłuższej perykopy Jezus mówi o pretensjach drugiego, prawowiernego syna. A wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: «Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę». Chyba najważniejszym zadaniem dla katolików, wypływającym z tej Ewangelii, jest pokora wobec Bożych wyroków, wobec Bożego miłosierdzia i Bożej sprawiedliwości. Przecież Pan Bóg nie chce, żeby komukolwiek z nas stała się krzywda. Przyjmując grzeszników, niczego nie odbiera nam, za to im wynagradza krzywdy, których doznali przez swój grzech.
sobota, 11 września 2010
pamiętać i być sobą
Kolejna lektura z gatunku czytanie dla siebie. Jana Pawła II Pamięć i tożsamość. Zagubiona w odmętach dziejów, znaleziona dopiero przy ostatnim wyjeździe z domu. Pozwolę sobie przytoczyć fragment z rozdziału 2, który mnie zafascynował:
Właśnie w tych ostatnich godzinach ziemskiego życia Chrystusa otrzymaliśmy chyba najpełniejsze objawienie o Duchu Świętym. Wśród słów, które wypowiedział wówczas Jezus, znajduje się także stwierdzenie bardzo znamienne dla interesującej nas kwestii. Mówi On, że Duch Święty przekona świat o grzechu (J 16,8). Starałem się wniknąć w te słowa i to doprowadziło mnie do pierwszych stron Księgi Rodzaju, do wydarzenia, które zostało nazwane grzechem pierworodnym. Św. Augustyn z niezwykłą wnikliwością scharakteryzował naturę tego grzechu następującej formule: amor sui usque ad contemptum Dei - miłość siebie aż do negacji Boga (De civitate Dei, XIV, 28). Właśnie amor sui - miłość własna - popchnęła pierwszych rodziców ku pierwotnemu nieposłuszeństwu, które dało początek rozszerzaniu się grzechu w całych dziejach człowieka. Odpowiadają temu słowa z Księgi Rodzaju: Tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło (Rdz 3,5), czyli będzie sami stanowili o tym, co jest dobrem, a co złem.
I ten właśnie pierworodny wymiar grzechu nie mógł znaleźć współmiernej rekompensaty w innej postaci, jak poprzez przeciwstawne amor Dei usque contemptum sui - miłość Boga aż do negacji siebie. Tutaj właśnie dotykamy tajemnicy odkupienia człowieka, a do tego poznania prowadzi nas Duch Święty. To On pozwala nam tak głęboko wniknąć w mysterium Crucis, a równocześnie pochylić się nad otchłanią zła, którego sprawcą i zarazem ofiarąstał się człowiek na początku swoich dziejów. Do tego właśnie odnosi się wyrażenie: przekonać świat o grzechu. A celem tego przekonywania nie jest potępienie świata. Jeżeli Kościół w mocy Ducha Świętego nazywa zło po imieniu, to tylko w tym celu, ażeby wskazać możliwość jego przezwyciężenia. Amor Dei usque contemptum sui ma takie właśnie wymiary. Są to właściwe wymiary miłosierdzia.
wtorek, 27 lipca 2010
optymizm?
W dzisiejszej Ewangelii (Mt 13, 36-43) Jezus wyjaśnia uczniom przypowieść o chwaście, którą słyszeliśmy podczas sobotniej Mszy świętej. Mówi, że dobrym nasieniem są synowie Królestwa, posiani przez Syna Człowieczego, a chwastem są synowie Złego; dalej, wyjaśnia, co się z nimi stanie przy końcu czasów.
Ta opozycja - synowie Królestwa a synowie Złego - jest opozycją między dobrym a złym. Uczciwie przyznam, że w trakcie kazania przychodziły mi do głowy różne koncepcje pochodzenia zła, które omawialiśmy na historii filozofii. Najpierw przypomniał mi się św. Augustyn z Hippony z jego teorią, że nie ma substancjalnego zła - zło jest jedynie brakiem dobra. Wynika to w prostej linii stąd, że wszystko, co stworzył Bóg, musi być dobre, tak jak Dobry jest sam Stwórca. Zły jest koń - podawał Augustyn - jeśli nie spełnia swojego przeznaczenia, np. jest za słaby, by uciągnąć wóz z kamieniami. Zło tego konia wynika jednak nie z natury tego konia, ale z jego cech akcydentalnych - znaczy to, że z natury koń jest dobry, a zły jest jedynie w konkretnej funkcji konia pociągowego. I tak dalej, i tak dalej.
Św. Augustyn to IV wiek po Chrystusie. Szesnaście wieków później w Europie powstaje książka, która również nasunęła mi się podczas kazania w kontekście problemu dobra i zła. "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa. I cytat, który wrył mi się w pamięć podczas lektury:
Tak jak u Augustyna zło jest zależne od dobra - najpierw musi istnieć dobro, aby zło mogło w ogóle zaistnieć - tak u Bułhakowa to zło jest pierwotne i dopiero w odniesieniu do niego czy w powiązaniu z nim może ujawnić się dobro. (Zwróćmy uwagę na różnicę między istnieniem a ujawnieniem się).
Tematyka ta wiąże się z tym, co czytam akurat w Katechizmie Kościoła Katolickiego:
To miłe, że Kościół zauważa, że problem dręczący ludzkość od zarania dziejów - unde malum? (skąd zło?) - dręczy ją nadal. Całe pokolenia filozofów, myślicieli, pisarzy, naukowców próbowały dojść do jednoznacznej i ostatecznej odpowiedzi na to pytanie.
Wizja św. Augustyna jest pociągająca - pozwala patrzeć na świat poniekąd przez różowe okulary, być optymistą aż do granic nieprzyzwoitości. Ale czy rzeczywiście nie ma substancjalnego zła? Czy istnienie Szatana nie wskazuje na to, że nawet jeśli zło nie było substancjalne na początku, to uzyskało substancję w buncie upadłych aniołów? A może Szatan jest tylko personifikacją zła, ale nie jego ucieleśnieniem ani substancją? Teza Augustyna i tutaj znajdzie zastosowanie - i Szatana, jako anioła, stworzył Bóg. Zatem natura Szatana musi być dobra. Złem jest to, że Szatan nie dopasował się do swojej roli u Boga i zbuntował się. Podjął złą decyzję, bo w jego decyzji zabrakło pamięci o Bogu i Jego dobru. Czyni źle, bo jego uczynki, namawianie do grzechu, sprzeciwiają się dobru Boga. Jednak sam Szatan, jego osoba, jego istota, jest z natury dobra, bo stworzona przez Boga. Czyż to nie huraoptymizm?
Uznawanie, za Augustynem, dobra wszystkiego, co stworzone, jest nieadekwatne dla naszych czasów. Obecnie mamy przecież tyle rzeczy, które zostały wykonane przez człowieka dzięki temu, co wcześniej Pan Bóg raczył stworzyć! Tabletki wczesnoporonne (pozwolę sobie na radykalny przykład) skonstruował człowiek, a nie Bóg. Wprawdzie użył do tego wszystkiego, co Pan Bóg mu dał: rozumu, zdolności, materiałów, ale trudno powiedzieć, żeby był to bezpośredni wytwór Pana Boga. Jeśli jednak, jakimś pokrętnym sposobem, uznać tabletkę wczesnoporonną za rzecz stworzoną przez Niego, to nie można powiedzieć, że jest zła - czy chcemy, czy nie, dobrze spełnia swoją rolę, więc w świetle nauki św. Augustyna jest dobra. Złą tabletką wczesnoporonną byłaby w tym przypadku taka, która nie doprowadzi do poronienia. Jak powiedziałam, przykład jest radykalny, ale zastosowałam go tutaj, aby wskazać, że chociaż wizja Augustyna jest rzeczywiście miła dla oka, to jednak trzeba się nią posługiwać ostrożnie. Zwłaszcza, że często ulega wypaczeniom - mam na myśli właśnie te "pokrętne sposoby", jakimi uznaje się rzeczy zbudowane przez człowieka za dzieła samego Boga.
Ta opozycja - synowie Królestwa a synowie Złego - jest opozycją między dobrym a złym. Uczciwie przyznam, że w trakcie kazania przychodziły mi do głowy różne koncepcje pochodzenia zła, które omawialiśmy na historii filozofii. Najpierw przypomniał mi się św. Augustyn z Hippony z jego teorią, że nie ma substancjalnego zła - zło jest jedynie brakiem dobra. Wynika to w prostej linii stąd, że wszystko, co stworzył Bóg, musi być dobre, tak jak Dobry jest sam Stwórca. Zły jest koń - podawał Augustyn - jeśli nie spełnia swojego przeznaczenia, np. jest za słaby, by uciągnąć wóz z kamieniami. Zło tego konia wynika jednak nie z natury tego konia, ale z jego cech akcydentalnych - znaczy to, że z natury koń jest dobry, a zły jest jedynie w konkretnej funkcji konia pociągowego. I tak dalej, i tak dalej.
Św. Augustyn to IV wiek po Chrystusie. Szesnaście wieków później w Europie powstaje książka, która również nasunęła mi się podczas kazania w kontekście problemu dobra i zła. "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa. I cytat, który wrył mi się w pamięć podczas lektury:
(...) na co by się zdało twoje dobro, gdyby nie istniało zło, i jak by wyglądała ziemia, gdyby z niej zniknęły cienie?
Tak jak u Augustyna zło jest zależne od dobra - najpierw musi istnieć dobro, aby zło mogło w ogóle zaistnieć - tak u Bułhakowa to zło jest pierwotne i dopiero w odniesieniu do niego czy w powiązaniu z nim może ujawnić się dobro. (Zwróćmy uwagę na różnicę między istnieniem a ujawnieniem się).
Tematyka ta wiąże się z tym, co czytam akurat w Katechizmie Kościoła Katolickiego:
(...) Ważne jest nie tyle poznanie, kiedy i w jaki sposób wyłonił się materialnie kosmos, kiedy pojawił się w nim człowiek, co raczej odkrycie, jaki jest sens tego początku: czy rządzi nim przypadek, ślepe przeznaczenie, anonimowa konieczność czy też transcendentny, rozumny i dobry Byt, zwany Bogiem. A jeżeli świat wywodzi się z mądrości i dobroci Bożej, to dlaczego istnieje zło? Skąd pochodzi? Kto jest za nie odpowiedzialny? Czy można się od niego wyzwolić?
KKK 284
To miłe, że Kościół zauważa, że problem dręczący ludzkość od zarania dziejów - unde malum? (skąd zło?) - dręczy ją nadal. Całe pokolenia filozofów, myślicieli, pisarzy, naukowców próbowały dojść do jednoznacznej i ostatecznej odpowiedzi na to pytanie.
Wizja św. Augustyna jest pociągająca - pozwala patrzeć na świat poniekąd przez różowe okulary, być optymistą aż do granic nieprzyzwoitości. Ale czy rzeczywiście nie ma substancjalnego zła? Czy istnienie Szatana nie wskazuje na to, że nawet jeśli zło nie było substancjalne na początku, to uzyskało substancję w buncie upadłych aniołów? A może Szatan jest tylko personifikacją zła, ale nie jego ucieleśnieniem ani substancją? Teza Augustyna i tutaj znajdzie zastosowanie - i Szatana, jako anioła, stworzył Bóg. Zatem natura Szatana musi być dobra. Złem jest to, że Szatan nie dopasował się do swojej roli u Boga i zbuntował się. Podjął złą decyzję, bo w jego decyzji zabrakło pamięci o Bogu i Jego dobru. Czyni źle, bo jego uczynki, namawianie do grzechu, sprzeciwiają się dobru Boga. Jednak sam Szatan, jego osoba, jego istota, jest z natury dobra, bo stworzona przez Boga. Czyż to nie huraoptymizm?
Uznawanie, za Augustynem, dobra wszystkiego, co stworzone, jest nieadekwatne dla naszych czasów. Obecnie mamy przecież tyle rzeczy, które zostały wykonane przez człowieka dzięki temu, co wcześniej Pan Bóg raczył stworzyć! Tabletki wczesnoporonne (pozwolę sobie na radykalny przykład) skonstruował człowiek, a nie Bóg. Wprawdzie użył do tego wszystkiego, co Pan Bóg mu dał: rozumu, zdolności, materiałów, ale trudno powiedzieć, żeby był to bezpośredni wytwór Pana Boga. Jeśli jednak, jakimś pokrętnym sposobem, uznać tabletkę wczesnoporonną za rzecz stworzoną przez Niego, to nie można powiedzieć, że jest zła - czy chcemy, czy nie, dobrze spełnia swoją rolę, więc w świetle nauki św. Augustyna jest dobra. Złą tabletką wczesnoporonną byłaby w tym przypadku taka, która nie doprowadzi do poronienia. Jak powiedziałam, przykład jest radykalny, ale zastosowałam go tutaj, aby wskazać, że chociaż wizja Augustyna jest rzeczywiście miła dla oka, to jednak trzeba się nią posługiwać ostrożnie. Zwłaszcza, że często ulega wypaczeniom - mam na myśli właśnie te "pokrętne sposoby", jakimi uznaje się rzeczy zbudowane przez człowieka za dzieła samego Boga.
Subskrybuj:
Posty (Atom)