Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święci. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 lipca 2014

choćby matka opuściła

Konfesjonał. Za kratką znajomy ojciec, który patrzy na mnie przez cały czas (jak mu jest tak wygodnie???). Dobra, jest wyznanie grzechów, jest pouczenie, naznaczenie pokuty, wreszcie rozgrzeszenie. I już, już rzucę tylko sympatyczne, ale zdawkowe Bóg zapłać...

I nagle, jak grom z jasnego nieba. Nie wiem, jak zdążył to wypowiedzieć w czasie mojego nabierania oddechu.

Pamiętaj, że Bóg cię bardzo kocha i przebaczył ci twoje grzechy.

Bóg mnie kocha. Choćby nikt na świecie już mnie nie kochał, to Bóg mnie kocha. Choćbym ja nie kochała, to Bóg mnie kocha. Choćby wszyscy zawiedli... i choćbym ja zawiodła... Bóg mnie kocha.

Dziękuję Ci, Boże, za wierzących księży. Za świętych księży.

środa, 28 sierpnia 2013

ars feminae

Posłuchaj, córko, spójrz i nakłoń ucha (...). Król pragnie twego piękna, on twoim panem, oddaj mu pokłon (Ps 45, 11-12).

Myślałam sobie trochę o tożsamości kobiety. W dzisiejszych czasach, w których kobiety mężnie (sic!) dochodzą swoich praw i przywilejów, ta tożsamość wydaje się być co najmniej zachwiana. Kim jestem ja-kobieta? Jaka jestem? Jakie jest moje powołanie?

Bardzo często, gdy w Kościele wspominamy jakąś świętą kobietę, usłyszeć można fargmenty psalmu 45. Król pragnie twego piękna, on twoim panem, oddaj mu pokłon. Cóż za seksizm i szowinizm jednocześnie, można by powiedzieć. A ja to widzę dokładnie inaczej.

Kobieta ze swej natury emanuje pięknem, które jest tak różne od piękna mężczyzny, że aż tego właśnie piękna potrzebuje jako uzupełnienia. Piękno kobiety zasadza się na wielu cechach, których nie chciałabym teraz roztrząsać. Istotniejsze wydaje mi się zwrócenie uwagi na fakt, że jakoś kobieta - więc także ja-kobieta - nie umie dziś lub nie chce zgodzić się na to swoje własne piękno. To, co Bóg jej dał, aby realizowała w świecie zewnętrznym i w intymności małżeństwa, jakoś nie może dojść na przeznaczone sobie miejsce. Nie myślę tu bynajmniej o umieszczeniu kobiety w kuchni i przy dzieciach na wieku wieków, amen. Myślę raczej o świadomości, że ja-kobieta jestem kimś więcej niż cyferki oznaczające moje zarobki i czym więcej niż tytuły naukowe albo skomplikowane nazwy szkoleń. (Z mężczyznami pewnie jest podobnie, ale ja-kobieta mówię teraz wyłącznie o kobietach).

Piękno kobiety tkwi w tym, co właśnie w wyniku swojej płci może ona dać innym. Czy to będzie seksistowskie, jeśli powiem, że kobieta może dać innym czułość, zrozumienie, opiekę, troskliwość, ale też wrażliwość, dostrzeganie piękna, cieszenie się nim? Niech sobie osiąga kolejne sukcesy, niech wspina się po szczeblach kariery, ale czyż nie może tego robić w iście kobiecym stylu, współgrającym z jej wewnętrznym pięknem?

Myślę sobie, że gdyby Pan Bóg chciał stworzyć dwie identyczne osoby, czyli na przykład mężczyznę A i mężczyznę B, albo - bardziej współcześnie - partnera 1 i partnera 2, to pewnie wiele innych rzeczy rozwiązałby inaczej (na przykład kwestię prokreacji, ale przede wszystkim - ludzkiej psychiki).

Kobieta z jej pięknem jest nam dziś potrzebna. Każdemu z nas. Kobiecie - jako przykład. Mężczyźnie - jako dopełnienie.

Król pragnie twego piękna (...)

środa, 30 stycznia 2013

gdyby

Czytanie z dzisiejszych nieszporów.

Bogu, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków. Amen
Ef 3, 20-21


Nie każde Jego działanie jest jasne, oczywiste i definiowalne w kategoriach naszego wielkiego, ale jednak ułomnego rozumu. Jego działanie odbywa się w nas, w każdym z nas, w świętych i nieświętych, w mądrych i głupich. Jego działanie przekracza spełnianie naszych próśb. Możemy dostać takie dobra, o jakich nie śmieliśmy marzyć, o jakie nie umieliśmy prosić. I to wszystko za tak niewiele - za chwałę po wszystkie czasy.

To niesamowite, ale naprawdę działa. Kiedy chwalisz Go, więcej widzisz. Kiedy więcej widzisz, to zwykle też i więcej chwalisz. A kiedy więcej chwalisz...

A jakoś mało w nas wielbienia. No dobra. We mnie. Ciągle tylko daj i wybacz na zmianę, aż do obrzydzenia. Gdyby tak umieć Go chwalić. Gdyby tak móc Go chwalić w wieczności.

sobota, 27 sierpnia 2011

chłód niebiańskich przedsionków


Intensyfikacja zabiegów około mojej pracy licencjackiej zmusza mnie do ponownego zagłębiania się w lekturę Sumy teologii świętego Tomasza z Akwinu. Myślę sobie, jak wyglądało jego życie duchowe. Kiedy czytam to monumentalne dzieło, mam nieustannie wrażenie, że z jednej strony musiał być bardzo blisko Pana Boga modlitwą i samym swoim byciem, a z drugiej strony - Bóg, którego przedstawia, jest tak zupełnie odległy i inny od tego, co znam z Ewangelii i w ogóle z Pisma świętego... Ten Bóg, którego przedstawia Tomasz, chwilami jawi się jako pospolity konstrukt myślowy.

Co więc znaczy teologia? I czym w tym kontekście jest świętość?

Czy święty zawsze musi być rozpalony Bogiem? Czy w świętości jest miejsce na chłód logicznego rozumowania?

Co możemy wiedzieć o Bogu? Czy na podstawie słów natchnionych proroków możemy, mamy prawo tworzyć sobie jakikolwiek obraz Boga? Czy nie należy raczej zostawić Go niepoznawalnym, bliskim, ale nieokreślonym, jak chcieliby Ojcowie pustyni?

Myślę, że święty Tomasz patrzy jakoś teraz na mnie i może nawet się cieszy, że pod wpływem jego dzieła zadaję te same pytania, na które on próbował znaleźć odpowiedź. I pewnie jego radość objawia się modlitwą do Boga, nieustannym wychwalaniem Tego, o którym tyle pisał w tak niepojęty sposób.

Święty Tomaszu, módl się za nami!


piątek, 27 maja 2011

Mateusza ciąg dalszy

"Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?" (Mt 20,15). Pan Bóg ma plan wobec każdego z nas. Zamiast więc porównywać plan dotyczący nas z planami dotyczącymi innych, zajmijmy się współdziałaniem w realizacji tego pierwszego. Jak już wejdziemy do chwały zbawionych, wtedy będziemy mogli patrzeć całkiem z boku i oceniać.

I ciągle przewijające się tłumy. Tłumy, które Jezus uzdrawia. Tłumy, które idą za Nim z miejsca na miejsce. Tłumy, których boją się faryzeusze. Tłumy, które krzyczą Hosanna Synowi Dawida! Czy bez tych tłumów działalność Jezusa byłaby tą samą działalnością? Gdyby tłumy za Nim nie szły, czy dzisiaj mielibyśmy całe to chrześcijańskie dziedzictwo? Czy chrześcijaństwo w ogóle by się narodziło, a jeśli tak, to czy przetrwałoby 2000 lat?

I ciągła, bolesna aktualność przypowieści o dwóch synach (Mt 21,28-31). Ilekroć grzeszę, odwracam się od Jego woli, od Jego Słowa, tylekroć stoję w miejscu, chociaż powiedziałam Pójdę. Za świętym Pawłem: Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię właśnie zło, którego nie chcę (Rz 7,19). Wielkim zadaniem dla każdego z nas jest ciągle się opamiętywać jak ten drugi syn. Oby nam do tego starczyło siły - i czasu.


Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

środa, 4 maja 2011

coś się kończy, coś się zaczyna

Zdanie podsumowujące cały ten długi weekend.

Jan Paweł II jest już oficjalnie uznany i ogłoszony błogosławionym. Chociaż samych uroczystości nie oglądałam, to jednak gdy następnego dnia patrzyłam na urywki w serwisach informacyjnych, ogarniała mnie jakaś radość i spokój. Tak, to jest człowiek błogosławiony, święty. To dobrze, że Kościół uznał to odpowiednio szybko. Liczę po cichu, że teraz coś się skończy - medialny szał i szum wokół kremówek i 21:37 - i coś się zacznie - deszcz duchowych owoców, wyproszonych u Boga przez błogosławionego Jana Pawła.

Trudno bywa, kiedy trzeba zrzucić jakąś ładną zasłonkę i powiedzieć sobie i drugiej osobie: wróćmy do Tego, dzięki któremu to wszystko. Bo to znaczy, że jakoś się odeszło, może dalej, może bliżej, ale niepostrzeżenie i trzeba się nad tym zastanowić. Wtedy coś się kończy, a coś się zaczyna. Oby więcej się zaczęło niż skończyło.

Modlitwa wspólna i modlitwa indywidualna. Kiedy jedna się kończy, może zacząć się druga, ale człowiek nie może funkcjonować w obu jednocześnie. To taki mały ból czasów, kiedy tykanie zegarka bardziej przynagla niż cisza kaplicy adoracji. No więc oby i na tym polu coś się skończyło - jakiś marazm i bylejakość - i coś się zaczęło.

Dziś w nocy zmarła moja babcia. Jej życie się skończyło, teraz zaczyna się życie bez niej. Zaczęła się też jej wieczność, oby szczęśliwa, oby przed jaśniejącym Obliczem Boga. Po ludzku smutno i jakoś brak. I niesamowite, że jednak ważniejsze i bardziej dojmujące jest to, co po Bożemu - że może już Go ogląda, że jest jej lepiej tam niż tu. Skończył się jej ból, cierpienie, osamotnienie, zaczęła się za to radość, spokój. Taką mam nadzieję. Spełniło się to, co pisałam po ostatnim moim z nią spotkaniu - że chciałabym, żeby nasze pożegnanie wyglądało właśnie tak, jak wtedy. Żałuję trochę, że było to tak dawno. Wiele rzeczy mogłam zrobić inaczej od tamtej pory, ale myślę, że dla niej teraz jest już tylko Pan i moje niedociągnięcia mają znaczenie tylko dla mnie. Proszę o modlitwę w jej intencji, o spokój ducha. A także w intencji całej mojej rodziny, by życie bez niej różniło się tylko in plus od życia z nią.

Chrystus. Alfa i omega. Początek i koniec.

piątek, 28 stycznia 2011

z przepisanych mięs i ziół

Z racji dzisiejszego dominikańskiego święta świętego Tomasza z Akwinu (jednego z moich ulubionych świętych), dla odetchnienia od jego dzieł filozoficznych sięgnęłam po hymn Pange lingua jego autorstwa (do posłuchania tutaj). Trzecia strofa mnie poruszyła.
W noc ostatnią przy wieczerzy
z tymi, których braćmi zwał,
pełniąc wszystko jak należy,
czego przepis prawny chciał,
Sam Dwunastu się powierzył
i za pokarm z rąk Swych dał.

Poruszyła mnie ona w kontekście pół żartem, pół serio rzucanych pod moim adresem oskarżeń o faryzejską postawę w kwestii liturgii. Taż tu jest pięknie wskazany argument za należytą troską o liturgię, jej godność, jedność, trwałość i piękno.

Pan Jezus rewolucjonizował, jak już kiedyś pisałam. Robił rzeczy, których nikt inny by nie zrobił, wprowadzał zamęt we współczesny sobie świat. A jednak - w tej konkretnej chwili, kiedy spożywał wieczerzę paschalną z Apostołami, postępował według Prawa, które ustanowiono przed Nim. Kto jak kto, ale On miał pełne prawo powiedzieć: robię to dla Mojego Ojca, więc Ojciec na pewno się nie obrazi, jeśli zrobię to inaczej niż wszyscy. Nie powiedział tego, nie zrobił inaczej niż wszyscy. Wprowadził tylko jedną Rewolucję, na sam koniec, a był to naprawdę szczególny wzgląd duszpasterski, jeśli w ogóle można tak powiedzieć.

Ostatnią Wieczerzę, sprawowaną według Prawa, nazywamy ustanowieniem sakramentu Eucharystii. Myślę, że w związku z tym powinniśmy trzymać się przepisów, które w temacie liturgii ustanawia Matka-Kościół. Są na świecie ludzie mądrzejsi od nas, a przypuszczalnie także bliżsi sprawom Bożym. Odrobinę zaufania. Po co udziwniać, skoro proste też działa?

środa, 26 stycznia 2011

testament

Wczorajsze święto nawrócenia świętego Pawła wskazuje na dwie, moim zdaniem maksymalnie istotne, rzeczy.

Pierwsza - dość banalna i standardowa, ale to przecież jej nie dyskwalifikuje: na nawrócenie nigdy nie jest za późno. Święty Paweł miał krew na rękach, był mordercą - jak to mówił na Mszy świętej o. Marcin. I nawet w takiej sytuacji można pójść za Bożym głosem i dobrze go wykorzystać.

Druga: nawrócenie grzesznika jest świętem. Momentalnie stają przed oczami sceny z przypowieści ewangelicznych - o synu marnotrawnym, o zgubionej drachmie, o dobrym pasterzu. Może kolejny banał, to chyba nie takie istotne. Świętujemy nawrócenie świętego Pawła, bo dzięki temu wydarzeniu my jesteśmy tym, kim jesteśmy. Ilu jest ludzi, których nawrócenie powinniśmy świętować, gdybyśmy tylko o nim wiedzieli? Bo taki nawrócony może wiele w naszym życiu zmienić, może je z Bożą pomocą i pod Bożym natchnieniem przestawić na lepsze tory. Z tym świętowaniem wiąże się też bardzo ważna rzecz - modlitwa. Modlitwa o nawrócenie. Tylu ludzi - nie wyłączając przecież nas samych - potrzebuje nawrócenia. I modlitwa o dobre wykorzystanie Bożej pomocy.

Myślę sobie, że nawrócenie jest procesem. I może nawet jest procesem permanentnym. Innym jednak od permanentnej rewolucji. Nie prowadzi od jednej skrajności do drugiej. Prowadzi do tej Jedynej, ostatecznej Skrajności, ku której zmierzamy wszyscy, czy tego jesteśmy świadomi, czy nie. Takie wydarzenie, jak nawrócenie świętego Pawła, to w zasadzie moment inicjujący. Życie sprzed nawrócenia przecież nie znika z pamięci - dalej w niej istnieje, ale to dobrze. Utwierdzenie się w nowym jest niesamowicie trudne bez pamięci o starym. Może chodzi o to, żeby to nowe było stale nowe. Nie, nie - bez rozpamiętywania, taplania się w błocie przeszłości. Jak to zrobić?

Odpowiedź - chyba w listach św. Pawła.

sobota, 4 grudnia 2010

przepustka

Ponieważ aktualnie pisanie jest jedynym bezbolesnym i w ogóle bezproblemowym sposobem komunikowania się ze światem, notka może być dłuższa niż zwykle :)

Kościół przypomina nam dzisiaj o dwojgu świętych, którzy dali dwa różne świadectwa o Bogu. Uderzyła mnie różnica między nimi.

Pierwsza jest św. Barbara. W mojej świadomości zawsze funkcjonowała jako patronka górników, chyba przez szkolne wbijanie do głów informacji o barbórce. Po przeczytaniu jej żywotu przez dłuższą chwilę nie mogłam nic powiedzieć (i nie miało to nic wspólnego z uwarunkowaniami fizjologicznymi). Tak dotkliwe męczarnie mogą zostać przyjęte jedynie poprzez wiarę, bardzo wielką wiarę. (Albo przez spore odstępstwo od normalności, ale przecież nikt nie zakłada, że człowiek wierzący jest normalny, czyli zgodny z tym, co we współczesnym świecie jest powszechnie przyjmowane). Świadectwo, które mało kto jest w stanie złożyć. Śmierć z ręki własnego ojca. (Trochę zaskakuje, że czczono ją jako patronkę dobrej śmierci, ale myślę, że chodzi raczej o śmierć w Bożym Duchu, a nie o sposób umierania. Taką mam przynajmniej nadzieję).

Drugim świętym wspominanym dzisiaj jest św. Jan z Damaszku. Ojciec Kościoła, Doktor Kościoła, uczony, myśliciel, pisarz. W porównaniu ze św. Barbarą taki trochę wymuskany i jakby wyjęty spod klosza. Według Kościoła dostępuje tej samej co św. Barbara chwały oglądania Boga już teraz.

Są takie głosy wśród wiernych, czasem nawet tych bardziej uświadomionych, że czcić to się powinno tylko tych męczenników, którzy dali realne świadectwo, którzy żyli zgodnie z Bożym Prawem na przekór realnemu niebezpieczeństwu. Są też głosy, że czczenie męczenników jest objawem chorej martyrologii i rozkoszowania się okrucieństwem, dlatego dla zdrowia Kościoła powinno się czcić tylko tych świętych, których kult nie opiera się na wspominaniu ich męki.

A przecież to zupełnie nie tak. W Kościele - Wspólnocie - każdy posługuje innymi talentami, charyzmatami, innym rodzajem świadectwa. Są ludzie stworzeni do pisania i przepowiadania, są ludzie stworzeni do ciężkiej pracy, do dzieł miłosierdzia, do męczeństwa wreszcie. Częstokroć te różnorodne powołania jakoś się w człowieku łączą. Nawet jeśli nie - każdy dar się przydaje i każdy jest przepustką do świętości. To taka pocieszająca perspektywa. Trzeba tylko dobrze swój charyzmat rozeznać i dobrze go wykorzystywać. (Przypomina mi się tekst zadany na wczorajsze spotkanie odpowiedzialnych w duszpasterstwie - II rozdział adhortacji Christifideles laici, między innymi o zadaniach świeckich w Kościele).

Łączy się z tym także to, co czas jakiś temu usłyszałam podczas spowiedzi: żeby się z nikim nie porównywać. Każdy ma swój sposób dochodzenia do Pana Boga i swój sposób dawania o Nim świadectwa. Wiem, że się powtarzam - pisałam o tym już kiedyś - ale nie robiłabym tego, gdyby to nie było tak ważne. Każdy z nas ma szansę na świętość. Nie musimy dawać się palić na stosie czy zamykać w wieży. Nie musimy też pisać kilkudziesięciotomowych rozpraw teologicznych. Wszystko możemy, niczego nie musimy.

Czy św. Barbara musiała dać się ściąć przez własnego ojca? Nie, oczywiście. Mogła się zaprzeć Boga. Mogła też zrobić użytek z jakiegoś innego od męstwa daru - na przykład z daru wymowy, rozumu, modlitwy... Widocznie takie dary nie zostały jej dane w takiej ilości czy jakości, jak dar męstwa. (Albo nie potrafiła ich rozpoznać).

Czy św. Jan z Damaszku mógł ponieść śmierć męczeńską? Pewnie mógł. Mógł pojechać z jakąś misją ewangelizacyjną i dać się zabić w imię Chrystusa. Sam żył w takich warunkach, że śmierć męczeńska mu nie groziła. I umiał tę sytuację wykorzystać - nie dla swojej wygody, ale dla chwały Bożej: użyć tych darów, które zostały mu dane w większej ilości czy lepszej jakości. Właśnie daru rozumu, wymowy, przepowiadania...

Zatem grunt to znaleźć swoje miejsce w świecie. Gdzie Bóg nas posiał, tam mamy kwitnąć, jak pisała św. Teresa Wielka.

poniedziałek, 22 listopada 2010

związkowcom i niezrzeszonym

Wspomnień czar. Dziś pora na św. Cecylię.

Wart przeczytania jest jej życiorys. Nie będę go tu przytaczać, streszczać ani nic podobnego. Powiem natomiast, że motyw nawrócenia męża przypomniał mi niedawną rozmowę. W rozmowie tej padły słowa o tym, że lepiej jest dla kobiety wiązać się z mężczyzną dobrym, a niekoniecznie katolikiem - i potem go ewentualnie prostować - niż szukać na siłę katolika, który wcale taki dobry być nie musi. Niby prosta konstatacja, ale ile znaczy dla kogoś, kto ma już na tym tle złe doświadczenia. (I nieważne jest tutaj, że św. Cecylia wcale sobie męża nie szukała :P)

Święta Cecylia jest dla mnie szczególnie ważna i bliska, bo jest patronką muzyki kościelnej. Ponoć sama grała na organach - co skutecznie studzi mój zapał w jej kierunku - ale to tylko legenda. W ikonografii przedstawia się ją też z innymi instrumentami. Tak czy inaczej -

święta Cecylio - módl się za nami!

sobota, 20 listopada 2010

myśl przewodnia

Kolejny artykuł, który wprawił mnie w zakłopotanie. Zawołanie najbliższego spotkania lednickiego - "Jan Paweł II - liczy się świętość" - brzmi co najmniej dziwnie. Wzmianka na stronie organizatora niewiele wyjaśnia. Co znaczy to hasło? Czy że dla Jana Pawła II liczyła się świętość? Nie jestem specem od myśli i duchowości JP2, ale czy nie bardziej liczył się dla niego sam Pan Bóg? Może to hasło znaczy coś innego. Na przykład - że dla nas powinna się liczyć świętość, tak jak święty był Jan Paweł II? No, to by się zgadzało z lednicką i w ogóle polską histerią na punkcie osoby Jana Pawła II, naszego papieża. Czy może myśl przewodnia najbliższej Lednicy ma znaczyć, że Jan Paweł II w pierwszej kolejności nawołuje nas do bycia świętymi? Pokrętnymi argumentacjami można to jakoś wytłumaczyć.

Cały czas kołacze mi tylko w głowie pytanie: czy Jan Paweł II chciałby, żeby zamiast skupiać się na Panu Bogu, skupiać się na nim jako na wielkim szołmenie i inicjatorze takich fajnych spotkań?

poniedziałek, 15 listopada 2010

dziedziczenie

Dziś Kościół katolicki wspomina św. Alberta Wielkiego, dominikanina, biskupa i Doktora Kościoła. Jest dla mnie szczególnie ważną postacią, nie tyle z racji przynależności do Zakonu Kaznodziejskiego, ile przez to, że jego uczniem był św. Tomasz z Akwinu.

Myślę sobie o tych dwóch Świętych - ważnych, wielkich, uczonych - że chyba jednak istnieje ten charyzmat dominikański, o którym niektórzy - nawet w samym zakonie - mówią z przekąsem albo przymrużeniem oka. Coś, co łączy tylu dominikanów w czasie i w przestrzeni. Dobro, które trwa i się rozprzestrzenia, a wszystko dzięki Bożej łasce. Podoba mi się zwyczaj nazywania św. Dominika - Ojcem Dominikiem. On jak prawdziwy ojciec przekazał dalej ten charyzmat, który otrzymał, i dzięki temu ród jego ciągle trwa.

Myślę sobie, czy z takimi założycielami zakonów nie jest trochę tak, jak z Abrahamem - otrzymują od Boga obietnicę, że ich potomstwo będzie liczne, ale najpierw muszą się zdecydować na trudne rzeczy, na całkowite zaufanie Bogu. Tak chyba było ze św. Dominikiem, tak było też z Matką Teresą z Kalkuty, której zbiór prywatnych pism skończyłam czytać w Wilkanowie. Otrzymują od Boga wielki dar, który mają przekazać następcom jako dziedzictwo.

Pan moim dziedzictwem i przeznaczeniem (...) (Ps 16)

środa, 3 listopada 2010

bez odpowiedzi

Bywa, że się człowiek na pracy zafiksuje. Albo na studiach. Na nauce. Taka fiksacja zdecydowanie przeszkadza w odbiorze Słowa Bożego. Podczas dzisiejszego pierwszego czytania (Flp 2,12-18) najpierw w mojej głowie odbyła się galopada myśli w stronę Sorena Kierkegaarda (przy słowach z bojaźnią i drżeniem), a potem rozpłynęłam się na wspomnienie o św. Tomaszu z Akwinu i analizowaniu Summy teologicznej jego autorstwa (na słowa Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania). Nie sądziłam, że to powiem, ale - chyba za dużo czasu spędzam nad filozofią.

Dziś wspominamy (a dominikanie z tej okazji świętują) św. Marcina de Porres. To kolejny święty, o którym ostatnio czytam, że był jednocześnie niezwykle pobożny i oddany Bogu oraz oddawał siebie, swoje siły, czas i pieniądze ludziom potrzebującym. Czy oddanie siebie Bogu może przebiegać bez oddania się innym? Z drugiej strony, czy oddanie się innym może przebiegać bez oddania się Bogu?

poniedziałek, 1 listopada 2010

w niebie dzisiaj wszyscy Święci mają bal

Uroczystość Wszystkich Świętych.

W dzisiejszej jutrzni prośby, które pięknie i trafnie wyrażają rolę świętych w Kościele i sens zawierania z nimi bliższej znajomości:

Z radością błagajmy Boga, który jest koroną wszystkich Świętych:
Przez przyczynę Świętych wybaw nas, Panie.

Boże, źródło świętości, Ty w swoich Świętych objawiłeś wielorakie cuda swojej łaski,
- daj, abyśmy wysławiali w nich Twoją wielkość.

Wszechmogący, wieczny Boże, Ty ukazałeś nam w Świętych odbicie świętości Twojego Syna,
- spraw, abyśmy przy ich pomocy skuteczniej doszli do zjednoczenia z Chrystusem.

Królu niebios, Ty przez wiernych naśladowców Chrystusa budzisz w nas pragnienie niebieskiej ojczyzny,
- spraw, abyśmy dzięki nim poznali drogę, która tam prowadzi.

Boże, Ty przez eucharystyczną Ofiarę Twojego Syna ściślej nas jednoczysz z mieszkańcami nieba,
- daj, abyśmy za przykładem Świętych, których czcimy, wytrwale dążyli do świętości.


Chciałabym być święta. I to najlepiej jak najszybciej. Żeby już się cieszyć tym, co Bóg przygotował dla mnie w niebie. Myślę, że dzisiejszy dzień jest właśnie tym, w którym to pragnienie mogę oddać Bogu i jeszcze silniej prosić Go - za pośrednictwem Jego Świętych - o spełnienie tego marzenia.

Na wczorajszej Mszy świętej ksiądz upominał dzieciaki, żeby się nie pomyliły i nie życzyły tym razem nikomu "Wesołych świąt", bo to nie te święta. Jak to: nie te? Przecież dzisiejszy dzień jest jednym z najradośniejszych dni w kalendarzu liturgicznym! Obrósł w ponurość i nostalgię tylko z uwagi na obyczaje, uczucia, które są dobre tylko o tyle, o ile prowadzą do czegoś dobrego. Zacieranie sensu dnia Wszystkich Świętych z pewnością dobre nie jest.

Właśnie dlatego chciałabym, żeby na moim pogrzebie ksiądz miał biały ornat. Żeby się wszyscy radowali, że mogę już oglądać Pana twarzą w Twarz. (Oby tak było w rzeczywistości!) W tym kontekście wspaniale brzmi dzisiejszy fragment Pierwszego Listu św. Jana (3,2): Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Oby jak najszybciej, aby jak najskuteczniej!

sobota, 30 października 2010

szkoła wiary

Szkoła wiary. Ta prawdziwa. Szkoła wiary bezwarunkowej, odważnej, nieugiętej. Pierwsze testy zdane. Przede mną jeszcze dwa egzaminy i kilka kolokwiów.

I cisza, jakby wszyscy bali się zauważyć. Albo spisali mnie na straty. Dobrze więc. Rachunek zysków i strat będzie wystawiony za jakiś czas.

Próba dobrej rady: czasem trzeba się dostosować, więc możesz przeżegnać się w duchu i nic nikomu nie pokazywać. Rada była dobra o tyle, że podziałała na mnie jak wstrząs elektryczny. NIE. Właśnie tak nie można. Trzeba pozwolić Panu Bogu działać. Wśród najbliższych i najdalszych, w porę i nie w porę. Jeśli czasem trzeba, żeby działał przeze mnie - posługując się mną - to trzeba. Możliwe, że jeśli JA nie dam im świadectwa, to nie zrobi tego nikt inny. Jestem narzędziem w rękach Pana Boga, tak jak to mówiły kochana Mała Tereska i Matka Teresa z Kalkuty.

Jutro Pan Bóg zadziała przeze mnie w ogromnej porcji pierogów ruskich, które będę robić dla całej rodziny. Mówię serio. Pierogi od katola są tak samo dobre, jak od kogokolwiek innego. W przypadku moich pierogów śmiem twierdzić, że nawet lepsze.



To zaś, co dzisiaj oddala od Ciebie,
Niech spłonie w ogniu miłości.

z Hymnu ostatnich nieszporów

poniedziałek, 25 października 2010

proście, a będzie wam dane

Prośba o modlitwę. Taka prośba zbliża ludzi. Nawet prawie obcych. Nawet ustosunkowanych wobec siebie służbowo, formalnie. Taka prośba przełamuje coś w proszącym i coś w proszonym. I jeszcze coś pomiędzy nimi.

Czytam teraz prywatne pisma Matki Teresy z Kalkuty. Zadziwiające, jak w każdym liście, niezależnie od adresata, gorąco prosiła o modlitwę w swojej intencji. Prosiła o modlitwę swojego kierownika duchowego, ale też arcybiskupa kalkuckiego, matkę generalną loretanek i siostry z tego zgromadzenia, prywatnych ludzi, z którymi w różnych sprawach się kontaktowała.

Każda prośba wymaga pokory, przyznania się przed drugim człowiekiem do własnej słabości. Jakoś łatwiej tę pokorę w sobie kształtować, prosząc ludzi o modlitwę. Kiedy proszę o coś materialnego - o pieniądze, jedzenie, ubrania - pokora może zostać przekształcona w upokorzenie (swoją drogą, to ciekawe, jak źle się to słowo kojarzy i jak negatywne ma znaczenie w zestawieniu z jego pochodzeniem). Kiedy proszę o modlitwę, jest zupełnie inaczej. Może dlatego, że w takiej prośbie zawiera się bezpośrednie wskazanie na rzeczywistość ponadludzką?

piątek, 1 października 2010

małą drogą

Wspominamy dzisiaj św. Teresę od Dzieciątka Jezus i Świętego Oblicza. Mała Tereska, która została ogłoszona Doktorem Kościoła. Młodziutka w chwili przyjęcia do Karmelu i niewiele starsza w chwili śmierci. Pozostawiła po sobie sporo pism, a w sercach sióstr z klasztoru w Lisieux - wiele wspomnień. Została mistrzynią nowicjuszek już trzy lata po złożeniu ślubów (źródło). Umartwiała się, a potem cierpiała z powodu złego stanu zdrowia, a jednak ciągle była uśmiechnięta. Ilekroć czytam jej myśli, wyjątki z listów, jestem jednocześnie zachwycona i przerażona. Zachwycona jej dojrzałością i mądrością. Przerażona tym umiłowaniem cierpienia. Tylko Boży człowiek może tak myśleć. W naszych, czysto ludzkich kategoriach, jest to uznawane za chorobę.

Myślę sobie o słowach, które kiedyś, jeszcze w licealnych czasach, od kogoś usłyszałam. Że człowiek wiary w zasadzie jest szalony i o ile jego wiara jest naprawdę wielka, powinien być za szalonego uważany. I nie musi się tego bać. Tak, w wierze jest coś szalonego, coś wykraczającego poza ogólnie przyjęte normy. Może dlatego tę wiarę próbuje się teraz zniszczyć - w imię ujednolicenia społeczeństwa. Każdy inny, wszyscy równi. Ładna teoria, z praktyką już gorzej. A Małej Teresce wcale nie zależało, żeby być równą z kimkolwiek. Chciała być inna, żeby móc być blisko swego Oblubieńca. Tylko na Nim jej zależało. Ile razy czytam te urywki, tyle razy chcę ją naśladować - bo ona naśladowała Chrystusa, do Niego dążyła. Zapatrzona tylko w Niego. Trudno taki model realizować w życiu poza klasztorem, ale ile z niego można urzeczywistnić, jeśli się naprawdę chce!

Byłam dziś na imieninowej imprezce Małej Tereski (znaczy - na Mszy świętej) we Wrocławiu, u karmelitów na Ołbinie. Czytania były inne niż to przewiduje kalendarz liturgiczny - świąteczne. Pierwsze czytanie - z 1 Listu św. Jana - o trwaniu w miłości i w Bogu. Ewangelia - Mt 11,25-30 - o objawieniu Tajemnicy prostaczkom i pociesze dla utrudzonych. Właśnie tak Tereskowo. Im kto bardziej zbliża się do Boga, tym prostszym się staje, jak napisała Mała Tereska.

Przez ostatnie dni moi przyjaciele i ja modliliśmy się w mojej intencji nowenną za wstawiennictwem Małej Tereski, którą już kiedyś tu przytaczałam. Pomogło. Jakże jest wielka potęga modlitwy! Można by rzec, że jest to królowa, która w każdej chwili ma wolny przystęp do króla i może uzyskać wszystko, o co prosi.

czwartek, 30 września 2010

aktywista

Z ciekawości sięgnęłam po jakieś informacje o patronie dzisiejszego dnia - św. Hieronimie. Doktor Kościoła. No niby wszystko fajnie. Mądry gość i tyle. Jednak niekoniecznie. Nie wystarczy być mądrym, żeby zasłużyć na takie miano. Trzeba jeszcze być tytanem pracy. Naprawdę. Św. Hieronim tyle, tyle zrobił, tyle przeczytał, napisał, tyle się przez całe życie uczył!

Jest patronem studentów. Całkiem słusznie. Żebyśmy sobie, nie daj Boże, nie myśleli, że licencjat czy magisterka, osiągnięte czasem przez łut szczęścia, wystarczą. Trzeba nadal pracować. Mieć tę swoją działeczkę, której uprawianie zajmie nam całe życie i dzięki której inni będą mogli sami się rozwijać. Dla św. Hieronima taką działeczką było Pismo święte. Przez 24 lata (382-406) przetłumaczył na łacinę całe Pismo święte. Jego przekład, tzw. Wulgata (co oznacza "powszechnie przyjmowane"), został przyjęty przez Sobór Trydencki jako tekst urzędowy. Trzeba i nam znaleźć to własne poletko. Dla mnie jest to szczególnie istotne zadanie, ale wchodzić dalej nie będę, bo byłoby to zbytnie obnażanie siebie. W każdym razie - myślę sobie, że jak czasem westchniemy do św. Hieronima o wstawiennictwo w naszych uczelnianych udrękach, to on uśmiechnie się (może z lekkim politowaniem) i pomodli się do Tego, którego tak bardzo umiłował.

Żeby nie było zbyt łatwo, św. Hieronim oprócz pracy intelektualnej podejmował jeszcze dzieła miłosierdzia (tytan pracy!). Nie wystarczy się zakopać w książkach, żeby ludziom te książki tłumaczyć. Trzeba jeszcze do nich wyjść, żeby w ogóle chcieli potem o tych książkach słuchać. Przypomina mi się znowu przesłanie papieża Benedykta XVI, zawarte w encyklice Deus caritas est. Nie ma zmiłuj, Kościół musi działać charytatywnie i każdy z nas, jako jego cząsteczki, też musi tak czynić. Niezależnie od ilości zadań w szkole, na uczelni, w pracy. To też ważne przesłanie dla studentów. U początku nowego roku akademickiego, kiedy rozliczne organizacje zapraszają do wsparcia ich działalności. Tak, tak, książki swoją drogą. A miłosierdzie swoją. I te dwie swoje mają się składać na jedną - moją, którą jest - albo będzie - Jezus Chrystus.

wtorek, 28 września 2010

ciężko

Zaciekawiły mnie czytania przeznaczone na dzisiejszą Liturgię Słowa.

Najpierw Księga Hioba (3,1-3.11-17.20-23). Hiob przeklinał swój dzień, przeklinał ten los, jaki go spotkał. To nie jest tak cukierkowo, jak się czasem opowiada dzieciom w szkole, że Bóg Hiobowi dawał same nieszczęścia, a Hiob potulnie kiwał głową i prosił o więcej. Wydawałoby się, że skoro przeklinał, to sprzeciwiał się woli Boga, powinien więc być ukarany. Tak się nie stało. Może dlatego, że wiara Hioba, chwilowo może przykryta gorzkimi słowami, była od nich silniejsza, a Pan Bóg to widział. W kontekście dzisiejszej Ewangelii ta interpretacja wydaje się uzasadniona.

Św. Łukasz (9,51-56) przedstawia wydarzenie, które z pozoru niewiele znaczy. Ot, chciał przenocować u kogoś w drodze do Jeruzalem, a ten ktoś mu odmówił. Kiedy uczniowie proponują zesłanie na tego kogoś wielkiej, okrutnej (dziś powiedzielibyśmy: medialnej) kary, Pan Jezus im zabrania. Jest przeciwny karaniu od razu. Jedno potknięcie, jedna zła decyzja nie musi oznaczać definitywnego nastawienia na zło. Tak samo było z Hiobem.

Pokazuje to też, jak bardzo Bóg ceni naszą wolność. Mamy prawo Mu odmówić, bo jesteśmy wolni. Jezus mógłby wejść do tego samarytańskiego miasteczka, wejść do pierwszego domu, rozsiąść się przy stole i powiedzieć: Halo, halo, to Ja tu jestem Bogiem i to Ja decyduję, gdzie śpię z moimi uczniami, tak? A wy, robaczki, możecie mi... No dobra, On by pewnie powiedział to inaczej. Sens jest zachowany. Nie tu, to gdzie indziej. Szkoda trochę, bo właśnie tu byłoby dobrze, bliżej, wygodniej, ale skoro ci ludzie nie chcą, nawet Jezus jako Bóg nie chce ich zmuszać.

Ciekawie w świetle tych czytań prezentuje się osoba św. Wacława, męczennika, którego dziś wspominamy. Mógł przecież podjąć inną decyzję, nie zabiegać o rozwój chrześcijaństwa w swoim kraju. Do tego zresztą pewnie próbowano go zmusić, zanim wysłano na niego siepaczy. Diametralna różnica między porządkiem Bożym a ludzkim: Bóg daje wolność, człowiek na przekór tej wolności próbuje narzucać swoją wolę. Św. Wacław wybrał w wolności od Boga, a zginął z powodu zniewolenia, którego nie przyjął.

czwartek, 16 września 2010

wątpić mądrze?

Z dzisiejszych czytań dwie rzeczy, które jakoś się dla mnie wyróżniły.

Z listu św. Pawła (1 Kor 15,1-11): za łaską Boga jestem tym, czym jestem.

Z Ewangelii (Łk 7,36-50): Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: "Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna (...)".

Pierwsze - to całkowite zaufanie Bogu, docenienie Jego dzieła, Jego miłosierdzia. Jednocześnie wyraz wdzięczności (Jesteś moim Bogiem, chcę Ci podziękować - Ps 118,28).

Drugie - to powątpiewanie w Bożą Mądrość, w słuszność Bożych zamiarów i Bożych decyzji.

I o ile św. Paweł składa dziękczynienie zupełnie jawnie i otwarcie, o tyle faryzeusz z Ewangelii wątpi po cichu. Pierwszy daje innym możliwość poznania wielkości Boga, umiłowania Go i, być może, wyjścia z błędów życiowych. Drugi na tę możliwość się zamyka. Jeśli nie stawiamy pytań otwarcie, nie możemy liczyć na odpowiedź.

No, chyba że mamy do czynienia z samym Panem Jezusem, który przecież zna nasze myśli.