Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 7 października 2015

wszystko nowe

Szykuje się nowa, małżeńska rzeczywistość. W tej nowej małżeńskiej rzeczywistości trzeba będzie znaleźć odpowiedni czas, miejsce i formę modlitwy i przeżywania relacji z Panem Bogiem. Jak to zrobić, jeśli problematyczne jest robienie tego nawet indywidualnie?

Z drugiej strony, po to stajemy się SAKRAMENTEM, żeby nie polegać tylko na sobie.

W ogóle ostatnimi czasy bardzo intensywnie odbieram wszelkie sygnały mówiące "nie jesteś sama", "to nie twoja siła tu działa". W końcu Bóg jest w nas sprawcą i chcenia, i działania. Bez Niego nic nie możemy uczynić. Modlitwy, miłości, małżeństwa.

I jakoś tak trochę smutno, że po śmierci nie będzie już żony ani męża, że to, co zaczniemy za kilka dni, zakończy się tak prozaicznie, razem z życiem któregoś z nas. Chociaż daje to jakąś nadzieję, że jest coś JESZCZE LEPSZEGO - zbawienie :)

wtorek, 14 lipca 2015

aniele!

Księga Tobiasza.

Anioł Rafał. Anioł. który ukrywa swoją tożsamość. Anioł, który działa pod przykryciem. Anioł, który daje się poznać dopiero po spełnieniu swojej misji.

Ciekawe, ilu takich aniołów spotkałam w swoim życiu. Ciekawe, ilu z nich nie dałam objawić ich tożsamości. Ciekawe, ilu z nich objawiło swoją tożsamość, ale ja tego nie zrozumiałam.

Tak czy siak, za wszystkich aniołów zesłanych przez Boga w moje życie - dziękuję.

Bądź uwielbiony, Boże,
wszelkim czystym uwielbieniem!
Niech Cię wielbią po wszystkie wieki.
Bądź uwielbiony, ponieważ mnie ucieszyłeś
i nie stało się, jak przypuszczałem.
Postąpiłeś z nami
według wielkiego Twego miłosierdzia.

Tb 8, 15-16

środa, 9 lipca 2014

dzieci niczyje

Toczy się, toczy wielkie koło sprawy profesora Chazana. Jedni popierają (na fejsbuku), inni odsądzają od czci, rozumu i postępu (no bo przecież nie od wiary). A ja myślę sobie o tym małym dziecku i o jego matce.

Był taki dzień, dawno temu, który spędziłam na oddziale noworodkowym pewnego szpitala w charakterze gościa-obserwatora. Był to noworodkowy OIOM. Przypadki mniej bądź bardziej drastyczne. (No dobra, nie AŻ TAK drastyczne jak ten medialny). Razem z pielęgniarkami karmiłam te dzieciaki z butelki. Chłopca, który miał przerost wszystkich organów w jamie brzusznej i według progroz lekarzy miał przed sobą najwyżej rok życia. Dziewczynkę, która leżała w inkubatorze i nie można jej było na chwilę wyciągnąć - jej głowa spoczywała na dwóch moich palcach. Chłopca, który urodził się z HIV i uzależnieniem od narkotyków, a mamusia się go wyrzekła; pielęgniarki zaciskały zęby, bo przecież nikt go nie weźmie do adopcji. Życie każdego z nich miało bardzo krótką perspektywę. Poza tym ostatnim maluchem chyba wszystkie dzieci na oddziale były w jakiś sposób zdeformowane.

I to bolało. To nie był wstręt ani odraza, co się czuło. To był ból, że nie można im pomóc. Że władują w nie tonę leków, a to i tak nie da im szczęścia. To nie znaczy, żeby nie podejmować wszelkich możliwych działań. To znaczy tylko tyle, że patrzenie na te dzieci rodzi bezsilność, bezradność, ból, bunt. Tylko tyle i aż tyle.

Trudno orzec, jak bardzo dzieci w takim stanie odczuwają ból i inne bodźce. Nie ma więc uzasadnienia dla "skracania cierpienia", skoro nie mamy pojęcia, jak ono w rzeczywistości wygląda. Można jednak określić, jak bardzo cierpi matka, ojciec, rodzina tego dziecka, jeśli na nie patrzy. To jest coś, czego nie możemy zlekceważyć. Ten ból i wszystkie inne uczucia trzeba przyjąć i pomóc je przeżyć. Może dobrze byłoby kierować do takich rodziców psychologów od interwencji kryzysowej. Może dobrze byłoby nie odsądzać ich od czci i wiary. Nie wymagajmy, by byli od razu herosami.

Nie, nie mam na myśli, żeby grzecznie i ze współczuciem przytakiwać żądaniom aborcji. Myślę tylko o tym, żeby spojrzeć na tych rodziców jak na rodziców, ludzi, a nie jak na potwory (z ultrakatolickiej strony) lub na pokonanych rycerzy postępu (to z tej drugiej).

Myślę o tym, żeby modlić się za tych ludzi. Często słyszę o modlitwie za dzieci poczęte, zagrożone aborcją, a modlitwy potrzebują chyba przede wszystkim rodzice, którzy nie potrafią sobie poradzić z przerastającą ich sytuacją. Może dobrze będzie modlić się przede wszystkim za nich, i niekoniecznie tylko o "zmądrzenie", "nawrócenie", ale też o realną i konkretną pomoc dla nich.

wtorek, 31 grudnia 2013

dzieci tego samego Boga

Ostatnio w odmętach internetu pojawia się sporo obrazków wyśmiewających ateistów, którzy dostają prezenty pod choinkę, jedzą karpia albo na ulicy życzą sobie Wesołego niczego. Niektóre z nich rzeczywiście rozweselają, ale przykre jest dla mnie, że niektórzy moi znajomi biorą je dużo poważniej, niż na to zasługują.

Celebrowanie świąt Narodzenia Pańskiego to zdecydowanie coś więcej niż obdarowywanie się prezentami i pożeranie wigilijnej kolacji. Myślę, że kiedy chrześcijanie w ten sposób dają wyraz swojej radości wypływającej z przeżyć religijnych, ateiści te same gesty i znaki mogą odczytywać zupełnie inaczej. Denerwuje mnie przedstawianie ateistów (choćby na własny użytek) jako ludzi bez serca i bez mózgu, którzy nie potrzebują spędzić czasu z najbliższymi, którzy odrzucają wszelkie przeżycia tylko dlatego, że mogą się skojarzyć z religią. Owszem, miałam na studiach koleżankę, która nie obchodziła świąt Bożego Narodzenia, bo deklarowała się jako ateistka - było to rzeczywiście spójne. Nie znaczy to jednak, że przyjście na wieczerzę wigilijną czy obdarowanie kogoś prezentem podważa czyjś ateizm albo wskazuje na jego obłudę. Myślę, że można to porównać do sytuacji, w której dziewczyna zaprasza swojego nowego chłopaka na rodzinną uroczystość. On nie musi przecież koniecznie cieszyć się z osiemdziesiątych urodzin babci Helenki, ale może chcieć spędzić ten czas właśnie tam, właśnie z tymi ludźmi.

I myślę, że jednak my, chrześcijanie, nie powinniśmy kogoś takiego odrzucać tylko dlatego, że nie zgadzamy się na poziomie doktrynalnym. Zanim staliśmy się chrześcijanami - to znaczy zanim przyjęliśmy chrzest i zaczęliśmy mniej lub bardziej świadomie wyznawać tę konkretną religię - byliśmy już ludźmi. Więc może warto przy okazji świąt Narodzenia Pańskiego spojrzeć na ateistów jako na naszych braci, niezależnie od tego, jak bardzo oni chcą się od tego spojrzenia odgrodzić. Mam wrażenie, że takie obrazki, z pozoru śmieszne i miłe, służą jeszcze wyraźniejszemu okopaniu się na swoim stanowisku wierzącego.

poniedziałek, 23 września 2013

miłujmy

Tak niewiele trzeba, by okazać miłość.

Wystarczy wpaść do samotnej sąsiadki na szklankę owocowej herbaty.

Wystarczy nie spojrzeć z obrzydzeniem na bezdomnego siedzącego w końcu wagonu.

Wystarczy uśmiechnąć się do pani kasjerki, którą przed chwilą inna klientka zmieszała z błotem.

Wystarczy uklęknąć wieczorem i podziękować za całe dobro tego dnia.

I może właśnie to ostatnie zdanie powinno być pierwsze przed wszystkimi wypisanymi wcześniej.

Jedynie w Bogu zbawienie moje i chwała, Bóg opoką mocy mojej i moją nadzieją (Ps 62)

wtorek, 6 sierpnia 2013

polsko-ukraińsko

Już ponad dwa tygodnie temu wróciliśmy z ukraińskiej przygody, a refleksji ciągle przybywa. Teraz tylko skrótowo - kiedyś może co nieco rozwinę.

Nabożeństwo w rocznicę pomordowania profesorów Uniwersytetu Lwowskiego. Zebrana pod pomnikiem garstka Polonii, franciszkanin pełniący funkcję ich duchowego opiekuna, konsul RP. Na koniec śpiewamy Boże, coś Polskę. Powalający, dotykający aż do bólu wydźwięk słów ojczyznę wolną pobłogosław, Panie.

Przyjazd do podkijowskiego Wor'zelu, w którym znajduje się wyższe seminarium duchowne. Większość kleryków na wakacjach albo praktykach, w seminarium pozostało ich na dyżurze dwóch. Pytamy proboszcza, ile trwa tu formacja. Siedem lat. Pytamy też, ilu jest kleryków. Proboszcz z lekkim rumieńcem mówi, że w sumie około trzydziestu, i zaraz tłumaczy, że my w Polsce jesteśmy pewnie przyzwyczajeni do czego innego, ale dla nich tutaj to i tak całkiem spora liczba. Wtedy dociera do mnie sens modlitwy o powołania kapłańskie i zakonne.

Msza święta w kościele odprawiana oczywiście po ukraińsku. Dziękuję Bogu za natchnienie władz kościelnych, by ujednolicić liturgię.

Parafia jest ogromna, na niedzielną mszę ludzie przyjeżdżają kolejką i autobusami z dużym wyprzedzeniem. Co robią z wolnym czasem? Spędzają go w kościele na modlitwie, chyba na zapas. Przed mszą mówią Różaniec, po mszy jeszcze Anioła Pańskiego, jakieś litanie, modlitwy dziękczynne i błagalne - wszystko to animują sami wierni. Wspólnota tętniąca potrzebą wspólnoty, wierni tętniący potrzebą modlitwy i sakramentów.

W seminaryjnej kuchni siostry honoratki słuchają Radia Maryja (!), które nadaje częściowo po polsku, a częściowo po ukraińsku. Kiedy w drugim tygodniu jedziemy na święcenia do Berdyczowa, w samochodzie siostry zaczynają odmawiać Różaniec, a przez wzgląd na nas robią to po polsku, żebyśmy mogli się włączyć.

Święcenia diakonatu i prezbiteratu w sanktuarium Matki Bożej Śnieżnej w Berdyczowie to nie lada okazja. Ksiądz, z którym tam jedziemy, mówi, że to historyczna chwila, bo w diecezji jeszcze nigdy nie było tak licznej grupy kandydatów: aż sześciu diakonów i jeden prezbiter! Zbieramy szczęki z podłogi po tej w gruncie rzeczy radosnej informacji; sens modlitwy o nowe powołania kapłańskie wybija się jeszcze wyraźniej.

Na to wydarzenie zjechali się ludzie z ogromnego obszaru (byli także goście z Polski). Po mszy, na dziedzińcu sanktuarium, wszyscy ze wszystkimi się witają, wymieniają informacje o sobie i o wspólnych znajomych, panuje atmosfera prawdziwej radości i bliskości. Jest też całkiem pokaźna delegacja z parafii w Wor'zelu - a do Berdyczowa jest stamtąd ponad 100 kilometrów. Coś niesamowitego, że ludzie taki kawał drogi pokonują w środku tygodnia (to był wtorek), byle tylko wspólnie uradować się nowym kapłanem i nowymi diakonami.

I ostatnia rzecz. Przez cały wyjazd, i we Lwowie, i w odwiedzanym kilkukrotnie Kijowie, podziwialiśmy cuda architektury prawosławnej i grekokatolickiej. W Ławrze Kijowsko-Peczerskiej założyłam chustkę na głowę, by nie urażać przybywających tam wiernych, modlących się w poszczególnych cerkwiach (co nie zmienia faktu, że do jednej z nich nie zostałam wpuszczona, bo nie miałam długiej spódnicy). Dzikie tłumy odwiedzających. Cerkwie pobudowane także przy drogach, na osiedlach. I opowieść księdza Olega, który wiózł nas na pociąg powrotny, że prawosławni wcale nie są przywiązani do swojej religii, do kultu, do sakramentów. Wspominał, jak to jeden jego nieochrzczony znajomy bez najmniejszego problemu (i bez żadnego pytania ze strony popa) zawarł kościelny ślub w cerkwi. Mówił też, że prawosławni cały czas prowadzą antykatolicką propagandę, wobec czego ekumeniczne marzenia kolejnych papieży w ukraińskich realiach są mało radosnymi mrzonkami.

poniedziałek, 20 maja 2013

pustostany świadomości

Wszystko, co się dzieje w moim życiu ostatnio, pędzi na łeb na szyję, nie wskazując celu. Silne postanowienie z ostatniej spowiedzi okazuje się mrzonką. Kiedy pędzę z jednego krańca swoich możliwości na drugi, nie mam czasu zatrzymać się przed Panem Bogiem. Dotarło do mnie, że kiedyś nie było dla mnie problemem zorganizować się tak, żeby być na Mszy świętej w tygodniu. Teraz nawet ta niedzielna wymaga akrobacji czasowych. I po co to?

W kalendarzu notuję sobie przy każdym wpisanym zadaniu i przypomnieniu dwie literki. P - jak pilne. I W - jak ważne. Nagle się okazuje, że tylko kilka rzeczy w tygodniu jest ważnych, ewentualnie jednocześnie pilnych i ważnych. I znajdują się one na szarym końcu listy do spełnienia. Pomieszanie z poplątaniem.

Żaden magiczny sposób nie pomoże. Mogę nosić przy sobie różaniec, mogę trzymać na biurku Oremus gotowy do otwarcia na odpowiedniej stronie, mogę wykonywać pobożne gesty przed posiłkiem. Jeśli naprawdę nie znajdę zorganizuję czasu, żeby powiedzieć - dziękuję, proszę, przepraszam, to każda z tych rzeczy będzie pusta.

Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

niedziela, 3 marca 2013

społem

Piątkowe spotkanie z dość przypadkowymi, zdawałoby się, ludźmi, przy okazji całkiem formalnych interesów finansowych. Atmosfera szacunku, sympatii, dobroci. I nagle jeden z panów zaczyna mówić o Panu Bogu. W taki zupełnie naturalny sposób, jakby nie było możliwości, że nie podejmiemy tematu. Mówi z tak wielkim zaufaniem i czcią, że samemu chce się też zacząć wielbić.

I wczorajsze spotkanie urodzinowe u K., które zaczęłyśmy... nieszporami. Grupa dorosłych ludzi, chętnych do umiarkowanej zabawy, spotkanie wybitnie towarzyskie... i nieszpory. Żeby Pan Bóg też w tym był. Żeby wszystko było na swoim miejscu. Nieszpory tak zupełnie naturalnie celebrowane, że w zasadzie nie da się odmówić im integralności z całym tym spotkaniem.

Po co jest Kościół? Bo w Kościele naprawdę jest lepiej. I łatwiej nam - maluczkim pielgrzymom - iść razem.

piątek, 16 listopada 2012

krok za krokiem

Okazuje się, że naprawianie relacji z drugim człowiekiem jest całkiem możliwe. Jeśli oboje tego chcecie. Wtedy trzeba się zdeklarować do jednego małego dobrego uczynku względem tej relacji: rozmowy telefonicznej, spotkania, listu, czegokolwiek. I potem konsekwentnie to wypełniać, nie raz, nie dwa, ale od jednego razu trzeba przecież zacząć. Nagle się okazuje, że drugi człowiek naprawdę na to czekał i naprawdę chce z Tobą współpracować.

Może tak samo jest z Panem Bogiem? Dobrze się zdeklarować na jedną małą modlitwę w ciągu dnia. Niech to będzie adoracja, Różaniec, nieszpory, Anioł Pański albo cokolwiek innego, małego, krótkiego. I potem, dzień po dniu, powoli, systematycznie, realizować ten jeden drobny zamysł. Może Pan Bóg się ucieszy, że wracasz. Za to Ty ucieszysz się na pewno. Z jednej małej modlitwy wykwitnie kiedyś piękny ogród. Tylko bądź na niej codziennie.

Trudne to, ale jakie piękne!

środa, 10 października 2012

ratio

Nieodmiennie zadziwia mnie nieumiejętność przyjęcia do wiadomości przez niektórych ludzi, że można myśleć inaczej. Zadziwia mnie, że można wygadywać takie rzeczy, jak rzecznik pewnej partii, który w tym artykule opowiada, jak to członkowie innej partii boją się Kościoła i biskupów, z czego wynika taki a nie inny sposób głosowania nad projektem ustawy.

Znaczy, jak myślę postępowo, to myślę samodzielnie, a jak myślę inaczej, to nie myślę, tylko poddaję się strachowi. No, to się trzyma kupy. Rzeczywiście.

Czasem sobie myślę, że my, katolicy, mamy trudniej w takich dyskusjach. Wypadałoby nam bowiem przyjmować, że Pan Bóg stworzył człowieka - wszystkich ludzi - na Swoje podobieństwo, a więc także obdarzył rozumem. Nie można więc tak z góry skreślić cudzych poglądów, cudzego myślenia.

W każdym razie - chciałabym, żeby wszyscy katolicy tak właśnie myśleli i postępowali. Bo inaczej - zaczynamy się przerzucać inwektywami i z dyskusji robi się pyskówka z argumentami jedynie ad personam.

środa, 15 sierpnia 2012

maksym(ili)alnie

Rekolekcje młodzieżowe u franciszkanów w Harmężach. Trud lekkości, lekkość trudu.

Trud lekkości, bo żadnych zdań, które by się wryły w pamięć i serce i nie pozwoliły przejść obojętnie. I jeszcze, bo muzyka, zupełnie nie taka, co swoją drogą pozwoliło na nowo docenić scholę dominikańską.

Lekkość trudu, bo niechciane myśli, przykre wspomnienia, trudne rzeczy ogólnie, zderzyły się ze Słowem Bożym i Najświętszym Sakramentem. I jeszcze, bo byli inni ludzie, zaświadczający o prawdziwości Bożej łaski. Nawet przerażające grafiki Mariana Kołodzieja, chociaż od dziesiątej stacji już nie mogłam na nie patrzeć, żeby nie zwariować, były lżejsze dzięki temu jednemu szeptowi, że Bóg jest.

Bóg sam wystarczy.

wtorek, 24 stycznia 2012

gra półsłowek

Czas sesyjny skłania do refleksji wszelakich, a zwłaszcza tych niezwiązanych ze studiami.

Czas sesyjny składa się w niebanalną całość z wersetem Psalmu 127: Daremne jest wasze wstawanie przed świtem i przesiadywanie do późna w nocy. Wpadłam na to dobrze ponad rok temu i do tej pory się mnie trzyma. Niezależnie od prawdziwości tego złożenia, trzeba jednak poruszyć związany z tym wątek.

Obracając się w środowisku katolickiej młodzieży (głównie studenckiej), mam okazję uczestniczyć bądź przysłuchiwać się przeróżnym rozmowom. W wielu z nich przewijają się motywy z Pisma Świętego, z ksiąg liturgicznych, pism wielkich ludzi Kościoła i tak dalej. W czym problem? W tym, że za często? Może raczej w tym, że w zaskakujących kontekstach. Przykłady można mnożyć, a skoro tak, to oprócz przytoczonego wyżej (z Psalmem 127 i sesją) nic równie zwięzłego mi do głowy aktualnie nie przychodzi.

Może jest tak, że im głębiej wchodzi się w pewne tajemnice, tym bardziej doświadcza się ich wielkości, głębi, niezrozumiałości, a skoro tak, to chce się je jakoś oswoić. Oswojenie to, tak jak w sytuacjach, o których mówię, można osiągnąć przez zestawienie tych tajemnic z szarą codziennością profanum. Przez trywializowanie. Przez zabawy słowne, skądinąd często błyskotliwe i zabawne. Może nie da się za długo wytrzymać w stanie odległości i powagi sacrum. Jednakowoż zabawy słowne z Pismem Świętym i w ogóle świętymi tekstami nie są zwykłymi zabawami słownymi. To są słowa, które niosą ogromne znaczenie, których waga i wymowa są o wiele głębsze i wymagają jakiegoś zatrzymania się.

I być może się nad tym zatrzymujemy - w ciszy swojego serca, w modlitwie, w medytacji. Problem, moim zdaniem, pojawia się w momencie, kiedy nie dajemy temu w ogóle wyrazu na zewnątrz. Kiedy postronny człowiek może pomyśleć, że za wiele sobie pozwalamy. Bo, tak myślę, granica poufałości z Panem Bogiem i Jego Słowem leży dużo bliżej, niż nam się wydaje.

Nie pisałabym o tym, gdyby mnie to bezpośrednio nie dotyczyło, gdybym nie zauważała tego także u siebie.

Może więc więcej pokory nam trzeba.

środa, 18 stycznia 2012

relation-ship

Mocny akcent podczas ostatniej spowiedzi. Znajomy ojciec w konfesjonale, wyznanie grzechów, pouczenie... i na koniec powiedział do mnie po imieniu. Niby wstrętna, tania, psychologiczna zagrywka (ów ojciec jest jednocześnie psychologiem, więc wiedział, co robi). Ale zadziałała.

Przecież Pan też do mnie mówi po imieniu. Nie jestem dla Niego anonimowa. Tak jak nie był Adam, tak jak nie był Abraham, Mojżesz, tylu innych. On przecież dokładnie wie, kim jestem. I jak do mnie mówić. Kurczę, taki banał, a takie wrażenie. To zdecydowanie bliżej stawia problem relacji z Bogiem. Jak już człowiek sobie uświadomi, że nie jest tylko kolejnym numerkiem w Bożej statystyce... to może myśleć o tym, żeby Bóg przestał być tym samym dla niego.

niedziela, 9 października 2011

evviva l'arte

Tym razem nic religijnego.

Ostatnio przechadzałam się po wrocławskiej Galerii Dominikańskiej (z dominikanami ma tyle wspólnego, że stoi przy placu nazwanym tym imieniem). Miałam trochę wolnego czasu i w związku z tym oglądałam wystawione w pasażu na poziomie -1 obrazy studentów wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. Są tam wystawione w ramach jakiegoś konkursu dla klientów galerii.

Przechadzając się między licznymi płótnami, z których niektóre naprawdę są bardzo ciekawe i wartościowe, pomyślałam, że to chyba znak naszych czasów. Galeria handlowa, w zależności od potrzeb, przyjmuje też rolę galerii sztuki. Mogę obejrzeć obrazy, a może nawet spotkać ich autorów, w przerwie między obiadem w restauracji typu fast food a zakupami w odzieżowym molochu sieciowym lub ekskluzywnym salonie obuwniczym. Nie tylko więc zakupy nie wymagają więc rytuału odwiedzin kilku różnych lokalizacji. Sztuka również dostępna jest na zawołanie, a do tego darmowo.

Czy zatem dochodzimy do punktu, w którym sztuka jako taka nie będzie już potrzebowała rytuału ze strony obserwatora? Doświadczyliśmy już sztuki użytkowej, doświadczamy sztuki wychodzącej do widza. Czy jednak wychodzenie do widza oznacza, że widz dla spotkania ze sztuką nie musi przekraczać siebie w żadnym wymiarze? Ani psychicznym, ani fizycznym, ani czasowym, ani żadnym innym? Może z nią obcować z siatami wypchanymi zakupami albo z lodem/ciastkiem/hamburgerem w ręku? A niebawem pewnie także w domowych kapciach i piżamie?

poniedziałek, 26 września 2011

tak nas, Chryste, w Swoim złącz Kościele

Moja praca licencjacka, już przecież napisana i obroniona, ciągle daje o sobie znać.

Jeśli bowiem modlę się pod wpływem daru języków, duch mój wprawdzie się modli, ale umysł nie odnosi żadnych korzyści. Cóż przeto pozostaje? Będę się modlił duchem, ale będę się też modlił i umysłem; będę śpiewał duchem, będę też śpiewał i umysłem. Bo jeśli będziesz błogosławił w duchu, jakże na twoje błogosławieństwo odpowie 'Amen' ktoś niewtajemniczony, skoro nie rozumie tego, co ty mówisz? Zapewne piękne jest twoje dziękczynienie, lecz drugi tym się nie zbuduje.
1 Kor 14,14-17


Doświadczenie Boga, będące doświadczeniem wiary, wymaga pewnej obiektywizacji, aby można je było przedstawić drugiemu człowiekowi. Skrajna indywidualizacja spotkania z Bogiem czyni z niego prywatną religię. Każdy może mieć swoją religię, bo przecież każdy z nas inaczej Boga doświadcza. Właśnie o to chodzi św. Pawłowi. Doświadczamy Boga indywidualnie, ale nie w oderwaniu od całości naszego życia i naszego otoczenia. Wszak chwilę wcześniej w tym samym liście mowa jest o tym, że wszyscy jesteśmy Ciałem Chrystusa. Oko doświadcza rzeczywistości inaczej niż ręka, ale to doświadczenie staje się w jakiś sposób dostępne dla ręki - za pośrednictwem umysłu - właśnie po to, aby i ona mogła działać zgodnie ze swoją naturą. Doświadczenie wiary, polegające na spotkaniu z Bogiem konkretnego człowieka, musi również być w pewien sposób - za pomocą umysłu - obiektywizowane i udostępnianie innym ludziom. Są oni przecież innymi członkami tego samego Ciała, do którego i ja należę.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

samotność w (Bożej) sieci

Dziś będzie o Światowych Dniach Młodzieży, ale tylko pobocznie. Czytam ostatnio sporo na ten temat. Może dlatego, że niespecjalnie przemawia do mnie idea takich spotkań, po prostu tego nie rozumiem. Właśnie natknęłam się na jeden z lipcowych numerów Gościa Niedzielnego, gdzie w dodatku wrocławskim była mowa o tym, że trójka młodzieży z jednej z wrocławskich parafii będzie siedzieć przy papieżu podczas modlitw jednego dnia. Opiekun młodzieży z tej parafii bardzo mądrze mówił o konieczności przygotowania młodych ludzi do takiego wyjazdu.

A ja sobie pomyślałam, że może to jest właśnie to, co jakoś mnie tak drażni. I w ŚDM, i w Lednicy, i w innych tego rodzaju spędach. Ciągle przygotowuje się nas (lepiej bądź gorzej) do spotykania Pana Boga we wspólnocie Kościoła. Całkiem słusznie, oczywiście. Tylko mało kto mówi młodzieży o spotykaniu Boga wtedy, kiedy jesteśmy sami. Kiedy nie ma nikogo, kto da nam przykład i nas pociągnie, kiedy nie ma pozornie nikogo, kogo my możemy pociągnąć do Niego. Milczenie Boga jest jakże realnym i codziennym doświadczeniem, a tymczasem lepiej postawić na ładowanie akumulatorów raz do roku czy raz na dwa lata. Nie przeczę, że takie doświadczenia jak ŚDM są ważne i potrzebne. Tylko że zaciemniają trochę rzeczywistość spotkania z Bogiem.

Nie myślę też o mistycznych doświadczeniach nocy zmysłów i nocy umysłu. Raczej o takim potocznym, codziennym milczeniu, kiedy przychodzę do Boga, a On jakby mnie nie słyszał. Tego nie zapełni żadna wspólnota. W takiej sytuacji jest się jak ryba złowiona w sieć - niby wszystko pięknie, mam mnóstwo towarzyszy dookoła, ale tak naprawdę nie umiem znaleźć wyjścia z sytuacji, w której JA się znajduję, bez oglądania się na innych.

Co zrobić z takim doświadczeniem? Jak je przeżyć, zwłaszcza jeśli jest się nastawianym na doświadczenie wspólnoty?

niedziela, 3 lipca 2011

lectio divina

Są takie dni, kiedy Pan Bóg przychodzi do człowieka w najzwyklejszych sytuacjach, w najmniejszych gestach, w takich ludziach i w taki sposób, że serce się człowiekowi z piersi wyrywa. To może być robienie z kimś pierogów. I to może być też czyjś wieczór panieński. Albo rozmowa o planach na wspólną przyszłość.

Myślę sobie, że lektura Pisma świętego otwiera człowieka na takie spotkania. Że Pan Bóg z kart Biblii przenika całe życie i wszystkie relacje.

Lectio divina to trudna sztuka.

sobota, 25 czerwca 2011

quo vadis, Ecclesiae?

Wczoraj miałam okazję uczestniczyć w dwóch spotkaniach, zorganizowanych w ramach Nocy Kościołów we Wrocławiu 2011.

Pierwszym był panel dyskusyjny na temat wizji Europy według bł. Jana Pawła II. Gośćmi byli ks. prof. Wiesław Wenz z PWT we Wrocławiu, prof. Zdzisław Krasnodębski z uniwersytetu w Bremie, red. Tomasz Terlikowski z Frondy. Nie było niestety posła Jana Olbrychta. Panel poprowadził red. Piotr Semka z Rzepy Dyskusja nie była zbyt ożywiona, ale pod koniec padło bardzo ważne zdanie. Ks. Wenz, wsłuchując się w negatywne opinie rozmówców na temat Europy i jej świata wartości, powiedział wreszcie, że nie możemy dać się zdominować i zdołować przez takie czarne wizje. Że nie jest dobrze i że może nawet jest źle, ale jeśli pogrążymy się w otchłani tej ciemności, to nic nie zmienimy. Zamiast ciągle patrzeć za siebie, trzeba też spojrzeć w przód.

Natomiast drugim wydarzeniem - zaraz po tym panelu, w tym samym Kościele Uniwersyteckim - był recital Marka Torzewskiego, tenora, znanego bardziej z chwytliwego Do boju, Polsko!. Program, przedstawiony w harmonogramie Nocy Kościołów, wyglądał całkiem ciekawie: Ave Maria Schuberta, Panis angelicum Francka, Ave verum Mozarta... Oprócz tego jakieś dwa współczesne utwory, nawiązujące bezpośrednio lub pośrednio do Jana Pawła II (jeden z nich był organowy i został odegrany). Niestety, zamiast uciechy duchowej dostałam sporą porcję frustracji i wściekłości. Nie dość, że z powodu kręgu odbiorców czułam się jak na zjeździe pacjentów oddziału geriatrycznego i zaniżałam średnią wieku o dobre 30 lat, to jeszcze program recitalu, z jakiegoś nieznanego powodu, został zmieniony. I tak, rzeczywiście usłyszeliśmy wspomniany utwór organowy, Ave Maria i jeszcze ten drugi utwór, którego tytuły nie pomnę. Natomiast potem pan Torzewski urządził sobie szoł, śpiewając włoskie disco polo (swoją drogą, to nie jego repertuar i słychać to było niemiłosiernie) i aranżując interaktywny kabaret. Interaktywny kabaret polegał na tym, że pan Torzewski wyciągnął z tłumu jakąś kobietę, stanął z nią w prezbiterium i polecił jej ruszać ustami w czasie, kiedy on będzie śpiewał - tak, żeby wyszło takie śpiewanie na rybę.

Geriatryczna publika miała świetną zabawę, a mi szczęka opadła do samej ziemi i trudno ją było potem wynieść. Bo, oczywiście, rzecz działa się w kościele, a za plecami pana Torzewskiego i jego pomocnicy było tabernakulum z Najświętszym Sakramentem. Co było dalej, nie wiem, gdyż dokonałam jednego słusznego wyboru i wyszłam stamtąd. Szczerze mówiąc, trochę się bałam, że następną atrakcją będzie taniec z panem Torzewskim w prezbiterium do rytmu tego włoskiego disco polo.

Zastanawiam się, czy program recitalu rzeczywiście został zmieniony nagle, czy może założenie było takie, że w harmonogramie niech to sobie ładnie wygląda, a my damy panu Markowi trochę pobłaznować, bo przecież jest gwiazdą. Tak czy siak, na takie szoł zgodzili się ludzie Kościoła - zarówno świeccy organizatorzy z Radia Rodzina, jak i duchowni, chociażby proboszcz Kościoła Uniwersyteckiego. Powstaje naglące pytanie: czemu nikt się nie sprzeciwił? Czemu nikt nie postawił sprawy na ostrzu noża, stając w obronie świętości i godności miejsca i Osoby, która w tym miejscu przebywa? I następne pytanie, łączące się z wcześniejszym panelem dyskusyjnym: jak mamy budować chrześcijańską Europę, skoro sprzedajemy swoje świętości byle komu i z byle powodu?

niedziela, 12 czerwca 2011

ćwiczenia duchowe

Wielkie pytanie o miłość bliźniego. Czy przymknąć oko na imprezę odbywającą się od wczorajszego popołudnia u sąsiadów, żeby się dobrze bawili nadal? Czy może zadbać o własny święty spokój? Co będzie oznaką miłości bliźniego? Rozwiązanie pierwsze ma jeszcze ten plus, że się człowiek ćwiczy w cnocie cierpliwości. Rozwiązanie drugie ma plus taki, że człowiek może pouczyć się do egzaminu, który już za tydzień. (Swoją drogą, może chodzi właśnie o to, żebym się w niedzielę nie uczyła? Z drugiej strony, impreza trwa już od wczoraj i wczoraj również utrudniała mi naukę). Ciężkie to wszystko. Stosowanie przykazania miłości, znaczy.

Moja współlokatorka zapytała wczoraj wieczorem ironicznie, czy może sąsiedzi coś świętują. Odpowiedziałam, że może wigilię Zesłania Ducha Świętego. Taaaa... może i tak być. Wolałabym jednak, żeby chrześcijańska radość wyrażała się w mniej uciążliwy sposób.


P.S. Dojrzewa we mnie list do redakcji W drodze. Jeszcze trochę i go napiszę.

środa, 8 czerwca 2011

finito

Wczoraj odbyło się ostatnie spotkanie Szkoły Odnowy WiarY, zwanej SOWĄ. Dzieła, w które przez cały rok wkładałam dużo czasu, pracy, zaangażowania i serca w ogóle. Za rok SOWY nie będzie - będzie coś innego, za co być może wezmę odpowiedzialność. Zobaczymy.

Myślę o tym, ile dobrego SOWA mi dała. Ile musiałam czytać, i to rzeczy, po które dobrowolnie pewnie bym nie sięgnęła - albo w każdym razie musiałabym się bardzo mobilizować. I ile z tych rzeczy są naprawdę potrzebne chrześcijanom, aby mogli pełniej żyć swoją wiarą. Myślę o tym, że gdyby nie SOWA, pewnie nadal byłabym średnio zorientowaną katoliczką bez szczególnej formacji.

Zastanawiam się, ile ja dałam SOWIE, a przede wszystkim ludziom, którzy pojawiali się na spotkaniach. Myślę, że za mało. Że można było więcej i że w przyszłym roku, jeśli będzie taka możliwość, spróbuję to naprawić. Nie chodzi o to, żeby mnie jeszcze bardziej podziwiali za wiedzę - ostatecznie każdy może sobie poczytać kilka mądrych książek czy dokumentów. Chodzi o to, żeby służyć ludziom jak najlepiej - ad maiorem Dei gloriam. Zastanawiam się, jak to robić. Co poprawić. Jeśli się uda, będą całe wakacje na przemyślenie tej kwestii. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Nie wiem, jak mam podziękować tym wszystkim, bez których SOWY by nie było: mojej Współodpowiedzialnej, duszpasterzowi, a także ludziom-słuchaczom, ludziom-dyskutantom, wszystkim ludziom, którzy się jakoś przewinęli przez spotkania. Tak naprawdę to ja im powinnam dziękować, a nie oni mnie (mi?). I nie wiem, jak.