Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ofiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ofiara. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 maja 2011

sakrament dla wszystkich

Fantastyczne dzisiejsze spotkanie Szkoły Odnowy Wiary z księdzem Adamem Łuźniakiem, rektorem Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu. Opowiadał nam o sakramencie kapłaństwa. Opowiadał i odpowiadał. Kilka ważnych, cennych, chociaż może się wydawać, że niezbyt odkrywczych myśli.

Ofiara Chrystusa miała ten szczególny wymiar, że po raz pierwszy kapłan - ten, który składa - zjednoczył się z ofiarą - tym, co składane. Przed Chrystusem składanie ofiary przez kapłana w żaden sposób nie wiązało się moralnie z osobą i czynami samego kapłana. Chrystus wkroczył w tę rzeczywistość i ją zmienił.

Kapłaństwo - zarówno powszechne (wynikające z sakramentu chrztu), jak i służebne (wynikające z sakramentu święceń) wypływa z kapłaństwa Chrystusa. Chrystus jest jedynym Kapłanem, tj. pośrednikiem między Bogiem a ludźmi. To, że na świecie mamy setki tysięcy kapłanów, jest możliwe tylko dzięki włączeniu ich w to jedyne kapłaństwo Chrystusa.

Motyw oblubieńczego charakteru kapłaństwa. Chrystus umiłował Kościół - Kościół stał się więc Oblubienicą (łacińskie Ecclesia to dziewczynka). Skoro więc kapłani zanurzeni są w kapłaństwie Chrystusa, to i oni poślubiają Kościół. Biskup poślubia diecezję, w której działa jako biskup - stąd nosi pierścień, oznakę przynależności.

W tym kontekście sensu i jasności nabiera celibat. Skoro kapłan jest zaślubiony z Kościołem, to nie może wziąć sobie innej żony.

Co do kapłaństwa kobiet natomiast - przed argumentem psychologicznym stoi zawsze argument teologiczny. Poza tym, jak to ujął ks. Łuźniak, Chrystus poprzez Wcielenie wszedł w lud o kulturze, w której kapłanami byli mężczyźni. Będąc Bogiem, nie obawiał się wytykać Żydom błędów, zmieniać tradycji, wskazywać na rzeczywistość ponad ich zwyczajami. Skoro w sprawie kapłaństwa nie zrobił żadnego, najmniejszego nawet kroku do zmiany, to można przypuszczać, że aprobował męski charakter urzędu kapłańskiego.

środa, 11 maja 2011

liturgicznie

Jakiś wielki mam problem z wewnętrzną zgodą na śpiewanie Alleluja teraz. Weszło mi w krew powstrzymywanie się od tego w Wielkim Poście. Ciężko mi się przestawić. Dziwne, bo zawsze dotąd było na odwrót: to Wielki Post był czasem walki ze śpiewem Alleluja, natomiast okres wielkanocny stanowił powrót do normalności.

Dziś podczas Mszy świętej czytana była 3. prefacja wielkanocna. Niezwykle mocno uderzyły mnie słowa: Raz ofiarowany więcej nie umiera, lecz zawsze żyje jako Baranek zabity. Ofiara Chrystusa była jedna i wystarczyła. To, co mamy w sakramencie Eucharystii, to pamiątka i uobecnienie tamtej zbawczej Ofiary. Aby do tego uobecnienia mogło dojść, Chrystus musi żyć właśnie jako zabity Baranek. Trudno sobie wyobrazić, jak w ogóle można żyć jako zabity baranek. Chrystus jest żywy mimo śmierci, w którą musiał wejść, ale to zabicie, którego doznał, jest w Nim stale obecne, jakoś Go naznacza. Dlatego Chrystus doskonale rozumie nasze bóle, niepokoje, nasz grzech, naszą słabość. Żyje jako zabity, czyli jako ten, który poznał naturę człowieka od wewnątrz. (Jeśli mówimy o Bogu i człowieku, to tylko człowieka można zabić - Bóg sam przecież jest życiem, nie można Mu odebrać Jego samego).

niedziela, 10 kwietnia 2011

był pewien chory

Dziś spośród czytań tylko o Ewangelii (J 11,1-45), bo długa, a niosąca wiele skojarzeń.

Skojarzenie pierwsze: różnymi drogami przychodzi do nas i objawia się chwała Boża. O ile piękno, dobro i szczęście są jakimiś takimi oczywistymi jej przejawami, o tyle cierpienie, smutek, śmierć - raczej odciągają od myślenia o Bogu niż ku niemu prowadzą. Przynajmniej w spojrzeniu czysto ludzkim.

Skojarzenie drugie: chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć - czy łatwo było to powiedzieć? Czy może Tomasz zwany Didymos pomyślał tak: idziemy z naszym Mistrzem, który już tyle razy okazywał swą potęgę, więc czemu miałby nie zrobić tego ponownie - zwłaszcza że sam to obiecuje? Na ile troska o Boga jest jedynie przykrywką dla naszej troski o samych siebie?

Skojarzenie trzecie: powtarzające się zdanie oskarżenia - Panie, gdybyś tu był... - jakże musiało boleć Chrystusa, który przecież miłował Martę, Marię i Łazarza.

Skojarzenie czwarte: płacz Jezusa przygotowuje nas na to, że na Krzyżu będzie umierał jako człowiek. Będzie czuł ból, gorąco, będzie pragnął, będzie tak do granic ludzki.

Skojarzenie piąte: Jezus przed wywołaniem Łazarza z grobu błogosławi Ojca, dziękuje Mu. Jakoś zapowiada to misterium Jego własnego cierpienia, śmierci i zmartwychwstania, przed którymi też błogosławił, dziękował Ojcu.

wtorek, 22 lutego 2011

duchem z Duchem

Niesamowite, kiedy widzi się człowieka dobrze przygotowanego na swoją śmierć. Taki spokój, który wszystko wygładza i wyjaśnia. Szczera rozmowa o Panu Bogu i o Jego miejscu w naszym życiu. Jak wiele może zmienić oddanie swego cierpienia właśnie Jemu! Moja babcia, o której we wrześniu pisałam, że ma już dość życia i że przykro tego słuchać, teraz prosi o modlitwę w intencji szczęśliwej śmierci i z uśmiechem mówi, że ma za kogo ofiarować te cierpienia, dlatego jest jej lżej.

Wielkie, piękne świadectwo.

Na pożegnanie powiedziała mi: Niech cię Bóg błogosławi. Przypomniało mi się błogosławieństwo z Księgi Liczb. Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze Swe nad tobą, niech cię obdarzy Swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze Swoje i niech cię obdarzy pokojem (Lb 6,24-26). Myślę sobie, że może to ostatnie pożegnanie, które babcia do mnie skierowała; nie mogę tego wiedzieć, ale jeśli tak jest, to właśnie tak powinno ono wyglądać.

piątek, 4 lutego 2011

konceptualnie

Kiedy dzisiaj kończyliśmy żmudne spotkanie odpowiedzialnych w duszpasterstwie, zmówiliśmy Chwała Ojcu. Wypowiadając słowa doksologii, czułam się tak, jak czują się niektórzy ludzie w kościele, kiedy na Idźcie w pokoju Chrystusa odpowiadają Bogu niech będą dzięki - że się wreszcie skończyło.

A przecież dziękuje się nie za to, że (ani że wreszcie)się skończyło - tylko za to, że skończyło się tak, a nie inaczej.

My mogliśmy się na przykład powyrzynać nawzajem na tym spotkaniu. A Pan Jezus mógł się wcale nie ofiarować na okup za nasze winy, związane lub niezwiązane z tymże wyrzynaniem.

Dwie natury Chrystusa są czymś tak niepojętym, że naprawdę trudno to sobie zracjonalizować (to ostatnio jedno z moich ulubionych słów). Człowiek i Bóg jednocześnie. Jako Bóg miał odwieczny plan. Jako człowiek mógł wybrać, zdecydować. Jako Bóg wiedział przed stworzeniem, że to stworzenie będzie musiał odkupić. Jako człowiek modlił się do Boga, aby umieć przyjąć dzieło odkupienia na swoje barki. Niepojęte. Żadnym pojęciem nie da się tego oddać.

piątek, 28 stycznia 2011

z przepisanych mięs i ziół

Z racji dzisiejszego dominikańskiego święta świętego Tomasza z Akwinu (jednego z moich ulubionych świętych), dla odetchnienia od jego dzieł filozoficznych sięgnęłam po hymn Pange lingua jego autorstwa (do posłuchania tutaj). Trzecia strofa mnie poruszyła.
W noc ostatnią przy wieczerzy
z tymi, których braćmi zwał,
pełniąc wszystko jak należy,
czego przepis prawny chciał,
Sam Dwunastu się powierzył
i za pokarm z rąk Swych dał.

Poruszyła mnie ona w kontekście pół żartem, pół serio rzucanych pod moim adresem oskarżeń o faryzejską postawę w kwestii liturgii. Taż tu jest pięknie wskazany argument za należytą troską o liturgię, jej godność, jedność, trwałość i piękno.

Pan Jezus rewolucjonizował, jak już kiedyś pisałam. Robił rzeczy, których nikt inny by nie zrobił, wprowadzał zamęt we współczesny sobie świat. A jednak - w tej konkretnej chwili, kiedy spożywał wieczerzę paschalną z Apostołami, postępował według Prawa, które ustanowiono przed Nim. Kto jak kto, ale On miał pełne prawo powiedzieć: robię to dla Mojego Ojca, więc Ojciec na pewno się nie obrazi, jeśli zrobię to inaczej niż wszyscy. Nie powiedział tego, nie zrobił inaczej niż wszyscy. Wprowadził tylko jedną Rewolucję, na sam koniec, a był to naprawdę szczególny wzgląd duszpasterski, jeśli w ogóle można tak powiedzieć.

Ostatnią Wieczerzę, sprawowaną według Prawa, nazywamy ustanowieniem sakramentu Eucharystii. Myślę, że w związku z tym powinniśmy trzymać się przepisów, które w temacie liturgii ustanawia Matka-Kościół. Są na świecie ludzie mądrzejsi od nas, a przypuszczalnie także bliżsi sprawom Bożym. Odrobinę zaufania. Po co udziwniać, skoro proste też działa?

poniedziałek, 3 stycznia 2011

skok w Nowy Rok

Oddać Mu wszystko. Nawet to, że w swojej małości nie jestem w stanie nic Mu dać. Albo bardzo niewiele. Nawet swojego czasu Mu skąpię. I właśnie to Mu też oddać.

Trudne. Ale jeśli robić jakiekolwiek postanowienia noworoczne, to chyba tylko takie, które wymagają wysiłku, prawda? Bez wysiłku nie ma przecież zmian.

sobota, 25 grudnia 2010

Puer natus :)

Dziś się nam narodził Chrystus :) Z tej okazji wszystkim, którzy tu zaglądają częściej bądź rzadziej, życzę radości, pokoju, uśmiechu, nadziei, MIŁOŚCI, a przede wszystkim Boga w sercu.

W Ewangelii czytanej podczas pasterki (Łk 2,1-14) padają słowa W tej samej okolicy przebywali w polu pasterze i trzymali straż nocną nad swoim stadem. Życzę Wam - nam - także tego, żebyśmy potrafili (z Jego pomocą) być zawsze w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie - i dobrze odczytać dane nam znaki. A dary? To, co możemy dać, znajdzie się samo :)

sobota, 11 grudnia 2010

Jarmark

Uwaga! Teraz będzie reklama! Reklama najbardziej wciągającej i pozytywnej inicjatywy, jaka się może zdarzyć w grudniu.

12 grudnia 2010 w refektarzu klasztoru oo. dominikanów we Wrocławiu (wejście od ul. Janickiego) odbędzie się już XXI Jarmark Dominikański. Zaczyna się o 9:00 i czeka na Was do 22:30. Co na nim? Mnóstwo atrakcji: kawiarenka - ciasta, ciasteczka, kawa, herbata wszystko!; second hand (czyli rzeczy bardziej i mniej używane, wśród których można złowić perełki; antykwariat z książkami i innymi fantami; loteria fantowa z ciekawymi nagrodami; stoisko z miodami z prawdziwej pasieki - te miody naprawdę mają coś wspólnego z pszczołami!; i masa innych atrakcji, w stylu stanowisk z biżuterią i innymi. Jarmark dostępny dla każdego przez cały dzień. A po co? Ano żeby zebrać pieniądze dla dzieciaków ze świetlicy środowiskowej przy ulicy Nowej - Fundacja Nowa Dominikańska dzięki temu zapewni im wyjazd zimowy i wyremontuje pomieszczenia świetlicy. Gra warta świeczki!

Jarmarkowi można pomóc na wiele różnych sposobów. Większość z nich już się wyczerpała w sensie terminowym, ale pozostają jeszcze takie możliwości: przyjść i kupując coś dla siebie, wspomóc dzieciaki z Nowej; przynieść ciasto i inne słodkie przysmaki albo napoje do kawiarenki - przyjmujemy cały dzień; a także, i może przede wszystkim pomodlić się - bo bez Bożej pomocy niewiele z tego wszystkiego wyjdzie.

W imieniu swoim i organizatorów/koordynatorów/pozostałych odpowiedzialnych/dzieciaków ze świetlicy zapraszam Was wszystkich serdecznie do włączenia się w tę akcję :) Zabrzmi banalnie, ale każda złotówka się liczy - każdy pierniczek zjedzony w kawiarence, każda para kolczyków albo nowa bluzka to pomoc tym, które mają gorszy start, a którym ten start staramy się jakoś ułatwić :) Przychodźcie tłumnie, przekazujcie dalej, zapraszajcie znajomych. Im nas więcej, tym lepiej :)




Inny to Jarmark niż ten rozsławiany Jarmark Bożonarodzeniowy na wrocławskim Rynku. Tam się je, pije, kupuje głupoty i napędza machinę komercji, słuchając piosenek o kobietach, które łamią serca w święta Bożego Narodzenia. U nas - robi się coś ciut bardziej konstruktywnego. No i jeszcze jeden plus - u nas nikt nie będzie śpiewał o zawiedzionej miłości ;)

piątek, 10 grudnia 2010

Pomoc Kościołowi w Potrzebie

Artykuł, który mną wstrząsnął. W zestawieniu z niedawną notką mojej Współodpowiedzialnej.

Na co się zdaje nasza tolerancyjność? Dlaczego do niej dążymy? Czy właśnie przez takie prześladowania? A może jesteśmy prześladowani i dyskryminowani, bo w jakiś przedziwny sposób dajemy na to pozwolenie?

I jakże się różni chrześcijaństwo na Zachodzie od chrześcijaństwa w krajach Wschodu, Bliskiego i Dalekiego. Jak różni się świadectwo, które się składa tu i tam. Apostoł - świadek - martyr - męczennik.

Omnes sancti martyres, orate pro nobis!

niedziela, 21 listopada 2010

Wodzem i Królem

Obchodzimy dziś uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata.



Dzisiejsze czytania (2 Sm 5,1-3; Ps 122,1-2.4-5; Kol 1,12-20; Łk 23,35-43) niosą ze sobą trudną w rzeczywistości treść.

Pierwsze czytanie mówi o wyborze, jakiego dokonał lud Izraela wobec króla Dawida. Do Dawida przyszli przedstawiciele Izraela i najpierw się przed nim ukorzyli, a potem zawarli przymierze i namaścili go na swego króla. Sami przyznali, że robią to ze względu na słowa Pana Boga do Dawida o nim samym: Ty będziesz pasł mój lud, Izraela, i ty będziesz wodzem dla Izraela. Pismo prezentuje w tym fragmencie ściśle ziemski porządek wybierania władcy. Owszem, na skutek słowa Pana, ale jednak to ludzie wybrali Dawida na króla.

Psalm - jeden z moich ulubionych. Ucieszyłem się, gdy mi powiedziano: "Pójdziemy do domu Pana". Nie wiem, na ile trafna jest moja wizja, ale zawsze przy tych słowach wyobrażam sobie sytuację, w której psalmista jest biednym, smutnym, opuszczonym człowiekiem, do którego przychodzą ludzie z zamiarem podniesienia go na duchu - i stawiają go przed faktem: pójdziemy do domu Pana. I sama ta zapowiedź jest dla psalmisty źródłem radości - opadają z niego troski i zgnębienie. Wizja plastyczna, ale czy teologicznie poprawna - nie gwarantuję. Myślę, że w kontekście dzisiejszej uroczystości większe znaczenie mają jednak słowa o tronach domu Dawida. O co chodzi? O dziedziczenie władzy i powiązanych z nią przymiotów. Także o to, że - przenosząc ten psalm w płaszczyznę interpretacji chrześcijańskiej - w Świątyni, w domu Pana, jest miejsce Chrystusa - Króla.

Fragment Listu do Kolosan regularnie przewija się w Liturgii Godzin. Wskazuje na niebywałą godność Syna Bożego. On jest obrazem Boga niewidzialnego, Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone: i to, co w niebiosach, i to, co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne, czy Trony, czy Panowania, czy Zwierzchności, czy Władze. Wszystko przez Niego i dla Niego zostało stworzone. On jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie. I On jest Głową Ciała, to jest Kościoła. Jak nieskończenie wielki jest Chrystus, skoro jest ponad Tronami, Zwierzchnościami, Władzami, ponad wszelkim stworzeniem! I, co równie ważne, Jego wielkość nie pochodzi z dziedziczenia tronu Dawida - Zechciał bowiem Bóg, by w Nim zamieszkała cała Pełnia, i aby przez Niego i dla Niego znów pojednać wszystko ze sobą. To Bóg Ojciec przez istotową jedność z Synem zapewnił Mu godność królewską. (Bardziej po ludzku: Jezus jest Królem, bo jest jedno z Ojcem, który Sam jest Królem).

I wreszcie Ewangelia. Wydawać się może dziwne, że kiedy mówimy o Jezusie Chrystusie jako Królu Wszechświata, zamiast obrazu wielkiego tryumfu Kościół podaje nam obraz pohańbienia Chrystusa. W kontekście pierwszego czytania jest to bardzo wymowne: napis To jest król żydowski dobitnie świadczy o sposobie, w jaki Żydzi i Rzymianie pojmowali słowa Chrystusa o Jego królowaniu. Żadnego porządku boskiego - sam się nazywasz królem w znaczeniu ziemskim, politycznym. Toż to uzurpator! Popatrz na historię, na swojego przodka, Dawida - on nie uzurpował sobie władzy nad Izraelem, Izrael sam do niego przyszedł i o to prosił. Kto Ciebie prosił o królowanie? Jednak przeznaczenie tego właśnie fragmentu na uroczystość Jezusa Chrystusa Króla Wszechświata odbieram także jako ważną naukę dla wszystkich katolików, dotyczącą krzyża Chrystusa. Przeglądając w nocy katolickie fora internetowe (patrz poprzednia notka) trafiłam na wątek, który mnie cokolwiek zaniepokoił. Trzeba jasno powiedzieć: Jezus Chrystus jest Królem i Zbawcą w jednym, a bez krzyża to drugie by się nie dokonało. Zbawienie jest udziałem tych, którzy na tego sponiewieranego, umęczonego, dramatycznie ludzkiego Chrystusa patrzą w porządku nie tylko ludzkim, ale i Boskim. Stąd Jezus mówi do dobrego łotra: aprawdę powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju.

A na temat samej uroczystości, którą dziś obchodzimy, polecam poczytać tutaj :)

poniedziałek, 6 września 2010

nie jestem godzien

Przychodzą czasem takie chwile, kiedy człowieka dręczy wręcz fizyczne poczucie swojej niegodności wobec ofiary Jezusa Chrystusa. Kiedy wypowiada słowa: Panie, nie jestem godzien, abyś przyszedł do mnie, czuje, że to o wiele za mało. Że tego, co ma w sercu, nie zdołają wyrazić żadne słowa, że nijak nie dosięgnie poziomu, na którym godzien byłby przyjąć tę łaskę, tę Miłość. A kiedy mówi dalej: ale powiedz tylko słowo, a będzie uzdrowiona dusza moja, wie, że nie zasługuje nawet na to jedno Słowo. I chciałby powiedzieć: Panie, moja dusza nie będzie uzdrowiona od Twojego jednego słowa, to o wiele za mało, to niemożliwe.

Czy dla Boga istnieje cokolwiek niemożliwego?

Jak bardzo można obrazić Pana Boga, jeśli się taką myśl doprowadzi do końca!

niedziela, 5 września 2010

warunek konieczny

Trudne dzisiaj czytania, pokazujące ogrom zadania, jakie przyjmują na siebie wierzący w Chrystusa.

Pierwsze czytanie (Mdr 9, 13-18b) ukazuje wyraźnie dualizm natury ludzkiej: śmiertelne ciało kontra dusza. Walka o panowanie. (...) przewidywania nasze zawodne, bo śmiertelne ciało przygniata duszę (...) - choćbyśmy mieli najpiękniejsze plany dla duszy, zawsze się z tym ciężarem ciała musimy zmagać, musimy go wliczać w koszta realizacji tych planów. Remedium na przygniatającą siłę ciążenia cielesnej powłoki ma być - i jest! - Mądrość. (...) ścieżki mieszkańców ziemi stały się proste, a ludzie poznali, co Tobie przyjemne, a wybawiła ich Mądrość. Znowuż przypomina mi się scena z Anny Kareniny, którą tu przytaczałam. Konstanty Lewin pragnął wszystko wytłumaczyć sobie racjonalnie i naukowo jednocześnie: powstanie świata, jego funkcjonowanie, sens życia i sens śmierci, cierpienie i to wszystko, z czym ludzie od dawna się zmagają. I nic z tego. Któż poznał twój zamysł, gdybyś nie dał Mądrości, nie zesłał z wysoka Świętego Ducha swego?

I w psalmie (Ps 90, 3-6.12-14.17) także pojawia się motyw mądrości:
Naucz nas liczyć dni nasze, *
byśmy zdobyli mądrość serca.
Ale nie to mnie w tym psalmie urzeka. Urzeka mnie to, że ktoś kiedyś, przed tyloma wiekami, potrafił wielbić Boga tak, jak ja sama chciałabym to robić. Tyczy się to w zasadzie wszystkich psalmów, nie tylko tego konkretnego. To przekonanie o wszechmocy Boga i dobroci Jego woli!

Fragment z listu do Filemona (Flm 9b-10.12-17) to dla mnie dwie ważne rzeczy: pierwsza - niewolnik staje się bratem, sługa jest kimś najbliższym, a to wszystko za sprawą miłości Chrystusowej. Druga - zdanie Zamierzałem go trzymać przy sobie, aby zamiast ciebie oddawał mi usługi w kajdanach noszonych dla Ewangelii. Mogę się mylić, ale jeśli czytać to zdanie w kontekście pierwszego czytania, a także Ewangelii, to te kajdany noszone dla Ewangelii to również jest nasza cielesność, ziemski przybytek i uwikłanie w związki tu, na ziemi. Jeśli mam ludziom nieść Dobrą Nowinę, to mogę to robić tylko na ziemi - w niebie nie będzie już takiej potrzeby. Taka interpretacja zakłada, rzecz jasna, całkowite oddanie życia dla Ewangelii, dla Pana Boga.

I wreszcie perykopa z Ewangelii wg św. Łukasza (Łk 14, 25-33), która zawsze, ilekroć ją czytam, budzi we mnie niepokój. Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Czy to znaczy, że mam się z nimi kłócić, zadawać im ból, knuć przeciw nim i nie wiadomo, co jeszcze? Słowo nienawiść nie zostało tu użyte przypadkowo. Myślę jednak, że chodzi o zerwanie więzów łączących nas z ludźmi, tak by nasze pójście za Jezusem ich nie zraniło. Chodzi też o zerwanie więzów w samym sobie: więzów wygody, przyzwyczajenia, przyjemności. Jednocześnie jednak musimy cały czas pamiętać o naszej dualistycznej naturze i o ograniczeniach, jakie z tego wynikają, o obowiązkach, o trudnościach, cierpieniach: Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. To są właśnie te kajdany noszone dla Ewangelii. Przykłady podawane przez Pana Jezusa - o budowaniu wieży i o królu gotującym się do bitwy - wskazują, że to całkowite wyrzeczenie zaprocentuje w przyszłości; że jest ono podstawą, bez której podążanie za Chrystusem okaże się niemożliwe.

Myślę sobie, że wyrzeczenie jest, używając terminologii filozoficznej, warunkiem koniecznym podążania Drogą, którą jest Jezus Chrystus. Jednakowoż nie jest warunkiem dostatecznym, co nie jest powiedziane w dzisiejszych czytaniach wprost, ale wiemy to z innych przypowieści i listów. Oprócz wyrzeczenia musi być w nas jeszcze wiara, nadzieja i miłość (...a miłość jest z nich największa - 1 Kor 13, 13). Powstaje pytanie, czy w takim razie którykolwiek z tych warunków, oprócz tego, że jest konieczny, jest także dostateczny? Czy osiągnę cel mojej drogi, jeśli będę tylko wierzył, tylko kochał albo tylko żywił nadzieję? To już zupełnie inny temat, do którego jeszcze wrócę.

poniedziałek, 19 lipca 2010

impresje Tischnerowskie

Przeczytałam dziś kazanie ks. Józefa Tischnera z Uroczystości Narodzenia Pańskiego 1991 roku. Spodobał mi się jeden fragment, który pozwolę sobie tu przytoczyć:

"Są w życiu ludzkim, moi drodzy, dwa rodzaje spotkań z Bogiem. Jedno takie, kiedy człowiek wyciąga rękę i mówi: Boże, daj; Boże, poradź, uzdrów; Boże, zrób jakiś cud. Jesteś bogactwem, jesteś potęgą, wszystko możesz. To są spotkania najczęstsze. Ludzie przychodzą do Boga jako do wielkiego bogactwa - z wyciągniętą ręką. Ale są inne spotkania z Bogiem, takie trochę podobne do betlejemskich, gdzie ludzie przychodzą nie po to ażeby Bóg dał, ale po to ażeby oni coś Bogu z siebie dali. Przy tych drugich spotkaniach dzieje się coś przedziwnego. Ludzie ubodzy nagle odkrywają, że są bogaci. Ci, którzy nie mają nic, są przekonani, że mogą jeszcze bardzo dużo z siebie Bogu dać. Ci, którzy cierpią biedę, nagle czują się lepsi od siebie samych. To jest bardzo ważne. Są takie spotkania z Bogiem, w których człowiek nagle, spotykając Boga, czuje się lepszy od samego siebie. Czuje, że może więcej, niż mu się dotąd wydawało. To są te spotkania betlejemskie: te spotkania, dzięki którym człowiek wyrasta ponad samego siebie, staje się lepszym, niż mu się wydawało."

Zastanawia mnie, kiedy dochodzi do takiego spotkania betlejemskiego, jak je nazywa Tischner. (Pojęcie pochodzi stąd, że do Dzieciątka przyszli pasterze, którzy nic nie mieli, a jednak coś Mu przynieśli, coś Mu ofiarowali - to było właśnie spotkanie, w którym biedni ludzie czuli, że są bogaci). Kiedy MY doświadczamy takiego spotkania? Szczerze przyznam, że nie potrafię znaleźć w swoim życiu takiego momentu, w którym poczułabym, że mogę Bogu coś ofiarować. Że jestem dzięki temu bogatsza niż myślałam. Ostatecznie wszystko, co mam, pochodzi od Niego. Jak mogę Mu cokolwiek ofiarować?

Przyszło mi do głowy, że jedynym, co mogę Bogu ofiarować, jest mój czas. Wprawdzie ten czas też dostałam od Niego, ale to właśnie czas jest tym, czym sama zarządzam. To ja decyduję, kiedy się modlić - mogę posłuchać cichego podszeptu, natchnienia, a mogę je też całkiem zignorować. Czy więc o to chodzi? Czy ofiarowując Bogu czas, mogę poczuć się bogatsza niż mi się wydawało?

Idąc tym tropem, czas nie jest jedynym moim darem dla Boga. Obok niego są przecież dane od Boga talenty, a nawet dana przez Niego łaska wiary, którą mogę przyjąć, a mogę też odrzucić. Więc wychodzi na to, że wszędzie tam, gdzie przychodzi mi podjąć jakąś decyzję, dokonać jakiegoś wyboru między pójściem w stronę Pana Boga a pozostaniem na swoim miejscu - ofiarowuję Mu coś, ja, biedna, ofiarowuję coś mojemu Stwórcy i Zbawcy. Ostatecznie pasterze w noc Narodzenia Pańskiego też dokonali wyboru. Ofiarowali Dziecięciu, jak mówił Tischner, ser, chleb i jagniątko, chociaż mogli zostawić je dla siebie, na czarną godzinę albo po prostu na jutrzejszy obiad. Więc i nasze codzienne wybory mogą być tymi wyborami, dzięki którym poczujemy się bogatsi, bo możemy dać coś od siebie Panu Bogu.






Post scriptum
Niespecjalnie podoba mi się powyższa notka. Obawiam się, że nie wyjaśniłam wszystkiego tak, jak chciałam to zrobić. Ale szczęśliwie po opublikowaniu jej natrafiłam na jeszcze inny fragment konferencji ks. Tischnera (skierowanej do sióstr w 700. rocznicę śmierci św.Klary), który - mam nadzieję - rzuci jakieś lepsze światło na moje wywody:

"Wobec Boga niczego się nie musi, ale wszystko się może. Bóg nie przychodzi do człowieka jako przemoc, która do czegokolwiek go zmusza. Człowiek nie jest wolny wobec kromki chleba, kiedy jest głodny. Kiedy chce mu się pić, nie jest wolny wobec szklanki wody. Kiedy mu się chce spać, traci wolność i zasypia. Musi spać, musi pić, musi jeść. Ale wobec Boga niczego nie musi. Na tym polega wielkość Boga, że człowiek może, jeżeli chce."