Szykuje się nowa, małżeńska rzeczywistość. W tej nowej małżeńskiej rzeczywistości trzeba będzie znaleźć odpowiedni czas, miejsce i formę modlitwy i przeżywania relacji z Panem Bogiem. Jak to zrobić, jeśli problematyczne jest robienie tego nawet indywidualnie?
Z drugiej strony, po to stajemy się SAKRAMENTEM, żeby nie polegać tylko na sobie.
W ogóle ostatnimi czasy bardzo intensywnie odbieram wszelkie sygnały mówiące "nie jesteś sama", "to nie twoja siła tu działa". W końcu Bóg jest w nas sprawcą i chcenia, i działania. Bez Niego nic nie możemy uczynić. Modlitwy, miłości, małżeństwa.
I jakoś tak trochę smutno, że po śmierci nie będzie już żony ani męża, że to, co zaczniemy za kilka dni, zakończy się tak prozaicznie, razem z życiem któregoś z nas. Chociaż daje to jakąś nadzieję, że jest coś JESZCZE LEPSZEGO - zbawienie :)
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
środa, 7 października 2015
niedziela, 6 lipca 2014
choćby matka opuściła
Konfesjonał. Za kratką znajomy ojciec, który patrzy na mnie przez cały czas (jak mu jest tak wygodnie???). Dobra, jest wyznanie grzechów, jest pouczenie, naznaczenie pokuty, wreszcie rozgrzeszenie. I już, już rzucę tylko sympatyczne, ale zdawkowe Bóg zapłać...
I nagle, jak grom z jasnego nieba. Nie wiem, jak zdążył to wypowiedzieć w czasie mojego nabierania oddechu.
Pamiętaj, że Bóg cię bardzo kocha i przebaczył ci twoje grzechy.
Bóg mnie kocha. Choćby nikt na świecie już mnie nie kochał, to Bóg mnie kocha. Choćbym ja nie kochała, to Bóg mnie kocha. Choćby wszyscy zawiedli... i choćbym ja zawiodła... Bóg mnie kocha.
Dziękuję Ci, Boże, za wierzących księży. Za świętych księży.
I nagle, jak grom z jasnego nieba. Nie wiem, jak zdążył to wypowiedzieć w czasie mojego nabierania oddechu.
Pamiętaj, że Bóg cię bardzo kocha i przebaczył ci twoje grzechy.
Bóg mnie kocha. Choćby nikt na świecie już mnie nie kochał, to Bóg mnie kocha. Choćbym ja nie kochała, to Bóg mnie kocha. Choćby wszyscy zawiedli... i choćbym ja zawiodła... Bóg mnie kocha.
Dziękuję Ci, Boże, za wierzących księży. Za świętych księży.
poniedziałek, 23 września 2013
miłujmy
Tak niewiele trzeba, by okazać miłość.
Wystarczy wpaść do samotnej sąsiadki na szklankę owocowej herbaty.
Wystarczy nie spojrzeć z obrzydzeniem na bezdomnego siedzącego w końcu wagonu.
Wystarczy uśmiechnąć się do pani kasjerki, którą przed chwilą inna klientka zmieszała z błotem.
Wystarczy uklęknąć wieczorem i podziękować za całe dobro tego dnia.
I może właśnie to ostatnie zdanie powinno być pierwsze przed wszystkimi wypisanymi wcześniej.
Jedynie w Bogu zbawienie moje i chwała, Bóg opoką mocy mojej i moją nadzieją (Ps 62)
Wystarczy wpaść do samotnej sąsiadki na szklankę owocowej herbaty.
Wystarczy nie spojrzeć z obrzydzeniem na bezdomnego siedzącego w końcu wagonu.
Wystarczy uśmiechnąć się do pani kasjerki, którą przed chwilą inna klientka zmieszała z błotem.
Wystarczy uklęknąć wieczorem i podziękować za całe dobro tego dnia.
I może właśnie to ostatnie zdanie powinno być pierwsze przed wszystkimi wypisanymi wcześniej.
Jedynie w Bogu zbawienie moje i chwała, Bóg opoką mocy mojej i moją nadzieją (Ps 62)
sobota, 31 sierpnia 2013
w tacie pokładam ufność swą
Prosta rzecz, wypowiadana codziennie, a tak trudno ją zrozumieć. Szok podczas spowiedzi, kiedy ksiądz dwoma pytaniami doprowadza do łez. Jeszcze większy szok, kiedy dociera wreszcie do głowy - a oby także do duszy - że Bóg jest Ojcem. Nie kolegą, nie szefem, nie egzaminatorem. Właśnie Ojcem.
Bóg jest Tatą. Tatą, który nie zawodzi. Nie spóźnia się, nie odwołuje wizyt, nie zwleka z kontaktem, nie oczekuje zbyt wiele, nie cofa swojej akceptacji w razie niepowodzenia. Bóg jest Tatą, jakiego można sobie tylko wymarzyć.
Abba. Tato. Tatusiu!
Bóg jest Tatą. Tatą, który nie zawodzi. Nie spóźnia się, nie odwołuje wizyt, nie zwleka z kontaktem, nie oczekuje zbyt wiele, nie cofa swojej akceptacji w razie niepowodzenia. Bóg jest Tatą, jakiego można sobie tylko wymarzyć.
Abba. Tato. Tatusiu!
środa, 28 sierpnia 2013
ars feminae
Posłuchaj, córko, spójrz i nakłoń ucha (...). Król pragnie twego piękna, on twoim panem, oddaj mu pokłon (Ps 45, 11-12).
Myślałam sobie trochę o tożsamości kobiety. W dzisiejszych czasach, w których kobiety mężnie (sic!) dochodzą swoich praw i przywilejów, ta tożsamość wydaje się być co najmniej zachwiana. Kim jestem ja-kobieta? Jaka jestem? Jakie jest moje powołanie?
Bardzo często, gdy w Kościele wspominamy jakąś świętą kobietę, usłyszeć można fargmenty psalmu 45. Król pragnie twego piękna, on twoim panem, oddaj mu pokłon. Cóż za seksizm i szowinizm jednocześnie, można by powiedzieć. A ja to widzę dokładnie inaczej.
Kobieta ze swej natury emanuje pięknem, które jest tak różne od piękna mężczyzny, że aż tego właśnie piękna potrzebuje jako uzupełnienia. Piękno kobiety zasadza się na wielu cechach, których nie chciałabym teraz roztrząsać. Istotniejsze wydaje mi się zwrócenie uwagi na fakt, że jakoś kobieta - więc także ja-kobieta - nie umie dziś lub nie chce zgodzić się na to swoje własne piękno. To, co Bóg jej dał, aby realizowała w świecie zewnętrznym i w intymności małżeństwa, jakoś nie może dojść na przeznaczone sobie miejsce. Nie myślę tu bynajmniej o umieszczeniu kobiety w kuchni i przy dzieciach na wieku wieków, amen. Myślę raczej o świadomości, że ja-kobieta jestem kimś więcej niż cyferki oznaczające moje zarobki i czym więcej niż tytuły naukowe albo skomplikowane nazwy szkoleń. (Z mężczyznami pewnie jest podobnie, ale ja-kobieta mówię teraz wyłącznie o kobietach).
Piękno kobiety tkwi w tym, co właśnie w wyniku swojej płci może ona dać innym. Czy to będzie seksistowskie, jeśli powiem, że kobieta może dać innym czułość, zrozumienie, opiekę, troskliwość, ale też wrażliwość, dostrzeganie piękna, cieszenie się nim? Niech sobie osiąga kolejne sukcesy, niech wspina się po szczeblach kariery, ale czyż nie może tego robić w iście kobiecym stylu, współgrającym z jej wewnętrznym pięknem?
Myślę sobie, że gdyby Pan Bóg chciał stworzyć dwie identyczne osoby, czyli na przykład mężczyznę A i mężczyznę B, albo - bardziej współcześnie - partnera 1 i partnera 2, to pewnie wiele innych rzeczy rozwiązałby inaczej (na przykład kwestię prokreacji, ale przede wszystkim - ludzkiej psychiki).
Kobieta z jej pięknem jest nam dziś potrzebna. Każdemu z nas. Kobiecie - jako przykład. Mężczyźnie - jako dopełnienie.
Król pragnie twego piękna (...)
Myślałam sobie trochę o tożsamości kobiety. W dzisiejszych czasach, w których kobiety mężnie (sic!) dochodzą swoich praw i przywilejów, ta tożsamość wydaje się być co najmniej zachwiana. Kim jestem ja-kobieta? Jaka jestem? Jakie jest moje powołanie?
Bardzo często, gdy w Kościele wspominamy jakąś świętą kobietę, usłyszeć można fargmenty psalmu 45. Król pragnie twego piękna, on twoim panem, oddaj mu pokłon. Cóż za seksizm i szowinizm jednocześnie, można by powiedzieć. A ja to widzę dokładnie inaczej.
Kobieta ze swej natury emanuje pięknem, które jest tak różne od piękna mężczyzny, że aż tego właśnie piękna potrzebuje jako uzupełnienia. Piękno kobiety zasadza się na wielu cechach, których nie chciałabym teraz roztrząsać. Istotniejsze wydaje mi się zwrócenie uwagi na fakt, że jakoś kobieta - więc także ja-kobieta - nie umie dziś lub nie chce zgodzić się na to swoje własne piękno. To, co Bóg jej dał, aby realizowała w świecie zewnętrznym i w intymności małżeństwa, jakoś nie może dojść na przeznaczone sobie miejsce. Nie myślę tu bynajmniej o umieszczeniu kobiety w kuchni i przy dzieciach na wieku wieków, amen. Myślę raczej o świadomości, że ja-kobieta jestem kimś więcej niż cyferki oznaczające moje zarobki i czym więcej niż tytuły naukowe albo skomplikowane nazwy szkoleń. (Z mężczyznami pewnie jest podobnie, ale ja-kobieta mówię teraz wyłącznie o kobietach).
Piękno kobiety tkwi w tym, co właśnie w wyniku swojej płci może ona dać innym. Czy to będzie seksistowskie, jeśli powiem, że kobieta może dać innym czułość, zrozumienie, opiekę, troskliwość, ale też wrażliwość, dostrzeganie piękna, cieszenie się nim? Niech sobie osiąga kolejne sukcesy, niech wspina się po szczeblach kariery, ale czyż nie może tego robić w iście kobiecym stylu, współgrającym z jej wewnętrznym pięknem?
Myślę sobie, że gdyby Pan Bóg chciał stworzyć dwie identyczne osoby, czyli na przykład mężczyznę A i mężczyznę B, albo - bardziej współcześnie - partnera 1 i partnera 2, to pewnie wiele innych rzeczy rozwiązałby inaczej (na przykład kwestię prokreacji, ale przede wszystkim - ludzkiej psychiki).
Kobieta z jej pięknem jest nam dziś potrzebna. Każdemu z nas. Kobiecie - jako przykład. Mężczyźnie - jako dopełnienie.
Król pragnie twego piękna (...)
niedziela, 25 sierpnia 2013
zamkiem jestem
Nieustannie powraca do mnie temat, który już tu kiedyś poruszałam, mianowicie kochania samego siebie. Powraca każdego dnia w nowych odsłonach. Teraz chyba dojrzał na tyle, że można go puścić w świat.
Życie bez miłości do samego siebie jest niebywale ciężkie. Człowiek patrzy na swoje oblicze w lustrze i myśli - Nie. Myśli o swoich dokonaniach mniejszych i większych i o każdym z nich myśli - Nie. Czasem pozwala sobie na marzenie i wtedy też mówi sobie w myślach - Nie. Ani to, co ma, ani to, co mógłby mieć, nie jest powodem do radości. Bo zawsze można mieć więcej, lepiej. Ani to, kim jest, ani to, kim może się stać, jeśli zechce, nie satysfakcjonuje go w pełni. Przecież zawsze można być kimś innym - w domyśle: lepszym, większym, wspanialszym, ciekawszym, bardziej towarzyskim, w ogóle doskonalszym. Skoro można być bardziej, to trzeba się o to starać. I pół biedy, kiedy rzeczywiście można. Cyrk zaczyna się w momencie, kiedy jednak nie można. Z różnych przyczyn. Nie można i już. Może nie teraz, może nie tak, a może w ogóle nie. I taki niekochający się człowiek popada w ruinę.
Myślę, że można człowieka przyrównać do zamku wystawionego przez Pana Boga. Pan Bóg zbudował ten zamek najpiękniejszym, jaki mógł być. Wystarczy tylko zadbać. Człowiek ma tylko o ten zamek - o samego siebie - należycie zadbać. O konstrukcję, o wnętrze i o otoczenie tego swojego zamku. I jeśli ciągle swój zamek porównuje z innymi i ciągle nie dostrzega tego największego piękna jego własnego zamku, to zaniedbuje ten zamek, bo zwraca uwagę zupełnie nie na to, na co powinien. Sadzi kwiatuszki i robi skalniaczki w ogródku, podczas gdy fundamenty mu przemakają. Czy coś podobnego.
W czym tkwi piękno tego jego jedynego zamku? W tym, że ten zamek rzeczywiście jest jedyny. Pan Bóg tylko na ten jeden zamek spożytkował swoje siły w taki sposób. Tylko w tej konstrukcji użył dokładnie takich materiałów. Każdy inny zamek jest po prostu - innym zamkiem.
Jak wiele pokory trzeba, żeby uwierzyć Panu Bogu w to, że naprawdę chciał WŁAŚNIE TAKIEGO zamku. Jak wiele cierpliwości trzeba, że pielęgnować to, co się ma, i codziennie uczyć się dostrzegać tego właśnie czegoś piękno.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
Życie bez miłości do samego siebie jest niebywale ciężkie. Człowiek patrzy na swoje oblicze w lustrze i myśli - Nie. Myśli o swoich dokonaniach mniejszych i większych i o każdym z nich myśli - Nie. Czasem pozwala sobie na marzenie i wtedy też mówi sobie w myślach - Nie. Ani to, co ma, ani to, co mógłby mieć, nie jest powodem do radości. Bo zawsze można mieć więcej, lepiej. Ani to, kim jest, ani to, kim może się stać, jeśli zechce, nie satysfakcjonuje go w pełni. Przecież zawsze można być kimś innym - w domyśle: lepszym, większym, wspanialszym, ciekawszym, bardziej towarzyskim, w ogóle doskonalszym. Skoro można być bardziej, to trzeba się o to starać. I pół biedy, kiedy rzeczywiście można. Cyrk zaczyna się w momencie, kiedy jednak nie można. Z różnych przyczyn. Nie można i już. Może nie teraz, może nie tak, a może w ogóle nie. I taki niekochający się człowiek popada w ruinę.
Myślę, że można człowieka przyrównać do zamku wystawionego przez Pana Boga. Pan Bóg zbudował ten zamek najpiękniejszym, jaki mógł być. Wystarczy tylko zadbać. Człowiek ma tylko o ten zamek - o samego siebie - należycie zadbać. O konstrukcję, o wnętrze i o otoczenie tego swojego zamku. I jeśli ciągle swój zamek porównuje z innymi i ciągle nie dostrzega tego największego piękna jego własnego zamku, to zaniedbuje ten zamek, bo zwraca uwagę zupełnie nie na to, na co powinien. Sadzi kwiatuszki i robi skalniaczki w ogródku, podczas gdy fundamenty mu przemakają. Czy coś podobnego.
W czym tkwi piękno tego jego jedynego zamku? W tym, że ten zamek rzeczywiście jest jedyny. Pan Bóg tylko na ten jeden zamek spożytkował swoje siły w taki sposób. Tylko w tej konstrukcji użył dokładnie takich materiałów. Każdy inny zamek jest po prostu - innym zamkiem.
Jak wiele pokory trzeba, żeby uwierzyć Panu Bogu w to, że naprawdę chciał WŁAŚNIE TAKIEGO zamku. Jak wiele cierpliwości trzeba, że pielęgnować to, co się ma, i codziennie uczyć się dostrzegać tego właśnie czegoś piękno.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
poniedziałek, 17 czerwca 2013
protokół
Kobieta, która upadła Chrystusowi do nóg, obmywała je własnymi łzami, ocierała włosami i maściła olejkiem, bardzo umiłowała.
Może po prostu pomyślała, że nikt poza Nim nie jest w stanie jej pomóc, że też ona sama nie może udźwignąć tego ciężaru, który narósł w jej życiu. Mając niewiele do stracenia, podjęła decyzję o pokochaniu - o rzuceniu się w ramiona Boga, o oddaniu Mu wszystkiego.
Szybko rachunek sumienia. Jak wygląda moja modlitwa w ostatnim czasie? Łez i wonnego olejku na stopy Pana to tam raczej nie ma. Już prędzej coś w rodzaju protokołu zdawczo-odbiorczego. Żeby zatwierdził i podpisał.
A może On ma właśnie inny plan? Może mój protokół nie nadaje się do zatwierdzenia, właśnie dlatego, że jedyne, czego oczekuję, to owo zatwierdzenie.
Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serce moje według serca Twego!
Może po prostu pomyślała, że nikt poza Nim nie jest w stanie jej pomóc, że też ona sama nie może udźwignąć tego ciężaru, który narósł w jej życiu. Mając niewiele do stracenia, podjęła decyzję o pokochaniu - o rzuceniu się w ramiona Boga, o oddaniu Mu wszystkiego.
Szybko rachunek sumienia. Jak wygląda moja modlitwa w ostatnim czasie? Łez i wonnego olejku na stopy Pana to tam raczej nie ma. Już prędzej coś w rodzaju protokołu zdawczo-odbiorczego. Żeby zatwierdził i podpisał.
A może On ma właśnie inny plan? Może mój protokół nie nadaje się do zatwierdzenia, właśnie dlatego, że jedyne, czego oczekuję, to owo zatwierdzenie.
Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serce moje według serca Twego!
środa, 24 kwietnia 2013
poker
Przychodzi taki dzień, kiedy miłość mówi - sprawdzam. Czy aby na pewno kochasz? Chrystus pytał Piotra trzy razy. Gdyby w relacji z człowiekiem-nie-Bogiem można było dostać tyle samo szans... A tu - teraz albo nigdy, wszystko albo nic. Oby się udało stanąć na wysokości zadania!
wtorek, 25 grudnia 2012
na szczęście, na zdrowie
Drodzy Czytelnicy :)
Boże Narodzenie już się wydarzyło, Jezus przyszedł! Z tej okazji życzę Wam wszystkim wiele Jego błogosławieństwa, które z czasem Was przemieni. Życzę Wam otwartości na to błogosławieństwo i gotowości na przemianę, na koniec świata. Życzę Wam na te najbliższe dni miłości do siebie i do bliźnich, żeby te święta były choć trochę świąteczne. Na te dalsze dni, całego nadchodzącego roku i jeszcze później, całego życia, życzę Wam odwagi i nadziei płynących z wiary w Jednorodzonego Syna Bożego. Niech On Was umacnia każdego dnia od nowa, żebyście mieli siłę podnosić się z każdego upadku i wspinać się na coraz wyższe góry.
I jeszcze... tak na koniec, chociaż to chyba najważniejsze... życzę Wam zbawienia. Życzę Wam z całego serca, byście kiedyś - prędzej lub później - mogli oglądać Jego oblicze i cieszyć się Jego chwałą.
Maranatha!
Boże Narodzenie już się wydarzyło, Jezus przyszedł! Z tej okazji życzę Wam wszystkim wiele Jego błogosławieństwa, które z czasem Was przemieni. Życzę Wam otwartości na to błogosławieństwo i gotowości na przemianę, na koniec świata. Życzę Wam na te najbliższe dni miłości do siebie i do bliźnich, żeby te święta były choć trochę świąteczne. Na te dalsze dni, całego nadchodzącego roku i jeszcze później, całego życia, życzę Wam odwagi i nadziei płynących z wiary w Jednorodzonego Syna Bożego. Niech On Was umacnia każdego dnia od nowa, żebyście mieli siłę podnosić się z każdego upadku i wspinać się na coraz wyższe góry.
I jeszcze... tak na koniec, chociaż to chyba najważniejsze... życzę Wam zbawienia. Życzę Wam z całego serca, byście kiedyś - prędzej lub później - mogli oglądać Jego oblicze i cieszyć się Jego chwałą.
Maranatha!
wtorek, 21 sierpnia 2012
Jeden za wszystkich
Krótki Mateuszowy opis rzezi niemowląt (Mt 2,16-18). Herod się wścieka. Józef z Maryją i Jezusem są już daleko, a on się właśnie zorientował, że coś tu nie gra. Misterny plan został pokrzyżowany. Straszny jest obraz tej wściekłości Heroda, nawet jeśli wyrażony w jednym tylko zdaniu. (...) kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od mędrców. Totalna masakra, dosłownie. Wszyscy za Jednego.
Herod raczej nie miał świadomości, że oto wymknął mu się Bóg. Odczuł raczej stratę swojego przeciwnika, rywala, którego przecież miał w garści. Myślę sobie tak jednak, że jak człowiek, choćby podskórnie, czuje stratę Boga, to też się może wściec.
Problem polega na tym, że Bóg cały czas się wymyka. Jezus Chrystus w swoim ziemskim życiu ostatecznie się nie wymknął, dał się zaprowadzić na Golgotę i przybić do krzyża. Ale w sferze duchowej Bóg cały czas się wymyka, chyba po to, aby nie dać z Siebie zrobić bożka. Żeby żaden marny człeczyna nie mógł powiedzieć: mam Boga, Bóg jest w mojej garści. To Bóg ma nas (jak w radzieckiej inwersji). Jeśli się zachowa tę jedną, zasadniczą proporcję, to już się nie ma o co wściekać, że się ten Pan Bóg wymyka. Bo On przecież jest, nie ucieka. Nie pozwala tylko wytworzyć fałszywego obrazu.
Zadziwiające jest dla mnie, że tak się stara, żeby człeczyna nie miał fałszywego Jego obrazu, a jednak pozwolił setkom Żydów i Rzymian dwa tysiące lat temu mieć fałszywy obraz Jezusa Chrystusa. Pozwolił im zrobić sobie (anty)bożka ze Swojego Syna. Niepojęte dla mnie. Zwłaszcza, że - jak nas naucza św. Jan - to wszystko z miłości. Niepojęte.
Herod raczej nie miał świadomości, że oto wymknął mu się Bóg. Odczuł raczej stratę swojego przeciwnika, rywala, którego przecież miał w garści. Myślę sobie tak jednak, że jak człowiek, choćby podskórnie, czuje stratę Boga, to też się może wściec.
Problem polega na tym, że Bóg cały czas się wymyka. Jezus Chrystus w swoim ziemskim życiu ostatecznie się nie wymknął, dał się zaprowadzić na Golgotę i przybić do krzyża. Ale w sferze duchowej Bóg cały czas się wymyka, chyba po to, aby nie dać z Siebie zrobić bożka. Żeby żaden marny człeczyna nie mógł powiedzieć: mam Boga, Bóg jest w mojej garści. To Bóg ma nas (jak w radzieckiej inwersji). Jeśli się zachowa tę jedną, zasadniczą proporcję, to już się nie ma o co wściekać, że się ten Pan Bóg wymyka. Bo On przecież jest, nie ucieka. Nie pozwala tylko wytworzyć fałszywego obrazu.
Zadziwiające jest dla mnie, że tak się stara, żeby człeczyna nie miał fałszywego Jego obrazu, a jednak pozwolił setkom Żydów i Rzymian dwa tysiące lat temu mieć fałszywy obraz Jezusa Chrystusa. Pozwolił im zrobić sobie (anty)bożka ze Swojego Syna. Niepojęte dla mnie. Zwłaszcza, że - jak nas naucza św. Jan - to wszystko z miłości. Niepojęte.
sobota, 23 czerwca 2012
darmowe minuty
Trudno sobie poukładać w głowie to, co Bóg mówi. Jeszcze żeby tylko jedno słowo. Tyle czasu siedział cicho, a teraz, jak Mu się zachciało mówić, to przestać nie może. I ciągle o jednym katuje, ale w tylu słowach, że głowa boli. W zasadzie słowa są trzy. Ale jakie!
Pokora.
Miłość.
Życie.
O każdym z tych słów jakieś słowa kolejne, które rodzą coś dalej. Ostry dyżur na porodówce, naprawdę. Może lipcowa wizyta u Pani Ostrobramskiej coś pomoże. Chociaż... nie wiem, czy wypada najmować Najświętszą Pannę jako akuszerkę.
Ileż odpowiedzialności. Gdzie przebiega granica między odpowiadaniem za siebie a odpowiadaniem za drugiego człowieka? Gdzie jest granica między moim zbawieniem a zbawieniem tego kogoś obok? Zdawałoby się, że tyle czasu się już poświęciło ważnym rzeczom, tymczasem okazuje się, że tym naprawdę ważnym nie poświęciło się ani minuty. I o te minuty upomina się Pan Bóg, zwłaszcza wtedy, kiedy z jakiegoś powodu nie robi tego drugi człowiek.
I tylko świadomość własnej małości jest taka niemiła. Zatem na pierwszym miejscu stoi dziś pokora.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
Pokora.
Miłość.
Życie.
O każdym z tych słów jakieś słowa kolejne, które rodzą coś dalej. Ostry dyżur na porodówce, naprawdę. Może lipcowa wizyta u Pani Ostrobramskiej coś pomoże. Chociaż... nie wiem, czy wypada najmować Najświętszą Pannę jako akuszerkę.
Ileż odpowiedzialności. Gdzie przebiega granica między odpowiadaniem za siebie a odpowiadaniem za drugiego człowieka? Gdzie jest granica między moim zbawieniem a zbawieniem tego kogoś obok? Zdawałoby się, że tyle czasu się już poświęciło ważnym rzeczom, tymczasem okazuje się, że tym naprawdę ważnym nie poświęciło się ani minuty. I o te minuty upomina się Pan Bóg, zwłaszcza wtedy, kiedy z jakiegoś powodu nie robi tego drugi człowiek.
I tylko świadomość własnej małości jest taka niemiła. Zatem na pierwszym miejscu stoi dziś pokora.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
czwartek, 26 kwietnia 2012
gwarancja
Myślałam dzisiaj trochę nad kwestią ślubu i związków niesakramentalnych. Myślałam o często powtarzanym sloganie, że małżeństwo (w sensie: ślub) niszczy rzekomą miłość, niszczy związek, wobec czego nie tylko jest niepotrzebne, ale wręcz szkodliwe.
Pomyślałam, że może się tak dziać tylko wtedy, gdy traktuje się małżeństwo jako kartę gwarancyjną. Dopóki się jej nie ma, to trzeba uważać, troszczyć się, obchodzić jak z jajkiem. A jak już się ją dostanie, to hulaj dusza, piekła nie ma - w końcu jest gwarancja. Gwarancja czego? Wierności? Wytrwałości? Cierpliwości? Bycia razem? Niezniszczalności relacji? To śmieszne, że z jednej strony tak łatwo przychodzi nam dzisiaj pójść po rozwód, a z drugiej ciągle traktujemy ślub właśnie w ten magiczno-zaklęciowy sposób. Myślenie w tej kwestii jest wręcz paradoksalne: nie chcę ślubu, bo on wszystko zepsuje i trzeba będzie się rozwodzić, podczas gdy ślub może cokolwiek zepsuć tylko wtedy, jeśli traktuję go jako samoistną gwarancję wiecznej szczęśliwości.
Żadna gwarancja nie jest samoistna. Nikt mi niczego nie zagwarantuje, jeśli ja też się do czegoś nie zobowiążę. Przysięga małżeńska rzadko kiedy jest zobowiązaniem sensu stricto. Jest często raczej ładną i wzniosłą formułką, której wypowiedzenie zagwarantuje to wieczne szczęście. Za słowami ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci stoją tymczasem realne i konkretne obietnice. Że się nie zapuszczę. Że będę cię szanować. Że będę się troszczyć i interesować. Że nie tylko będę biernie wierna, ale też że nie dam nikomu sposobności do myślenia o tobie w przekłamany sposób. Przysięga małżeńska jest realnym i konkretnym zobowiązaniem. Realizacja tego zobowiązania zmniejsza prawie do zera konieczność korzystania z jakichś serwisów gwarancyjnych.
Pomyślałam, że może się tak dziać tylko wtedy, gdy traktuje się małżeństwo jako kartę gwarancyjną. Dopóki się jej nie ma, to trzeba uważać, troszczyć się, obchodzić jak z jajkiem. A jak już się ją dostanie, to hulaj dusza, piekła nie ma - w końcu jest gwarancja. Gwarancja czego? Wierności? Wytrwałości? Cierpliwości? Bycia razem? Niezniszczalności relacji? To śmieszne, że z jednej strony tak łatwo przychodzi nam dzisiaj pójść po rozwód, a z drugiej ciągle traktujemy ślub właśnie w ten magiczno-zaklęciowy sposób. Myślenie w tej kwestii jest wręcz paradoksalne: nie chcę ślubu, bo on wszystko zepsuje i trzeba będzie się rozwodzić, podczas gdy ślub może cokolwiek zepsuć tylko wtedy, jeśli traktuję go jako samoistną gwarancję wiecznej szczęśliwości.
Żadna gwarancja nie jest samoistna. Nikt mi niczego nie zagwarantuje, jeśli ja też się do czegoś nie zobowiążę. Przysięga małżeńska rzadko kiedy jest zobowiązaniem sensu stricto. Jest często raczej ładną i wzniosłą formułką, której wypowiedzenie zagwarantuje to wieczne szczęście. Za słowami ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci stoją tymczasem realne i konkretne obietnice. Że się nie zapuszczę. Że będę cię szanować. Że będę się troszczyć i interesować. Że nie tylko będę biernie wierna, ale też że nie dam nikomu sposobności do myślenia o tobie w przekłamany sposób. Przysięga małżeńska jest realnym i konkretnym zobowiązaniem. Realizacja tego zobowiązania zmniejsza prawie do zera konieczność korzystania z jakichś serwisów gwarancyjnych.
wtorek, 20 grudnia 2011
wzajemnie
Może właśnie o to chodzi, żeby czasem pozwolić innym zadziałać za siebie. Innym i Innemu. Nie zawsze wszystko musi być po mojemu.
Roraty docenia się najlepiej wtedy, kiedy dobrowolnie decyduje się zostać w domu. I sens Adwentu się wtedy też docenia. Bo nie chodzi o to, żeby było dużo, szybko, intensywnie, męcząco. Chodzi raczej o to, żeby było dobrze, mądrze, z miłością do Boga, do siebie i do ludzi.
Tematem dzisiejszego dnia w moim cichym życiu jest miłość do siebie. Jak mam kochać Boga i bliźniego, jeśli nie kocham samej siebie? ... a bliźniego swego jak siebie samego - czasem jest tak, że są to najgorsze życzenia wobec tego bliźniego. A Boga? Jeśli nie przeznaczam choćby części swojego serca, swoich sił, swojej duszy dla siebie, to jak mogę ich całość przeznaczyć dla Boga?
Roraty docenia się najlepiej wtedy, kiedy dobrowolnie decyduje się zostać w domu. I sens Adwentu się wtedy też docenia. Bo nie chodzi o to, żeby było dużo, szybko, intensywnie, męcząco. Chodzi raczej o to, żeby było dobrze, mądrze, z miłością do Boga, do siebie i do ludzi.
Tematem dzisiejszego dnia w moim cichym życiu jest miłość do siebie. Jak mam kochać Boga i bliźniego, jeśli nie kocham samej siebie? ... a bliźniego swego jak siebie samego - czasem jest tak, że są to najgorsze życzenia wobec tego bliźniego. A Boga? Jeśli nie przeznaczam choćby części swojego serca, swoich sił, swojej duszy dla siebie, to jak mogę ich całość przeznaczyć dla Boga?
czwartek, 24 listopada 2011
Bóg-bud
Sztuką ogromną jest budowanie miłości. Zwłaszcza budowanie miłości na miłości Chrystusowej, a nie zamiast niej. Trochę to przypomina stąpanie po linie zawieszonej na dużej wysokości. Jeśli stracisz równowagę, to mała jest szansa, że do niej wrócisz.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
czwartek, 6 października 2011
najwyższym dobrem
Świeżo skończona lektura Ut unum sint, encykliki o ekumenizmie Jana Pawła II, została cudownie skomentowana przez Pismo święte. Bowiem zaraz po przeczytaniu ostatnich zdań natknęłam się w Drugim Liście do Koryntian na takie słowa:
W tym wszystkim chodzi właśnie o to, żeby mieć przed oczami Chrystusa, zawsze na pierwszym miejscu. To On jest tu najważniejszy, a nie nasze przestrzeganie praw. W końcu On sam nas od Prawa uwolnił, sam je wypełnił.
Bo to, że w Kościele katolickim istnieje pełnia środków zbawienia, a w innych wspólnotach tylko jej cząstki, nie znaczy, że owe inne wspólnoty należy tępić. Raczej z miłością pomagać im dojść do owej pełni - do Kościoła, jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego.
Błogosławię Pana, który dał mi rozsądek,
bo serce napomina mnie nawet nocą.
Zawsze stawiam sobie Pana przed oczy,
On jest po mojej prawicy, nic mną nie zachwieje.
(Ps 16,7-8)
Jeżeli ktoś jest przekonany, że należy do Chrystusa, niechże znów weźmie sobie pod rozwagę i to, że my również, podobnie jak on, jesteśmy Chrystusowi.
(2 Kor 10,7)
W tym wszystkim chodzi właśnie o to, żeby mieć przed oczami Chrystusa, zawsze na pierwszym miejscu. To On jest tu najważniejszy, a nie nasze przestrzeganie praw. W końcu On sam nas od Prawa uwolnił, sam je wypełnił.
Bo to, że w Kościele katolickim istnieje pełnia środków zbawienia, a w innych wspólnotach tylko jej cząstki, nie znaczy, że owe inne wspólnoty należy tępić. Raczej z miłością pomagać im dojść do owej pełni - do Kościoła, jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego.
Błogosławię Pana, który dał mi rozsądek,
bo serce napomina mnie nawet nocą.
Zawsze stawiam sobie Pana przed oczy,
On jest po mojej prawicy, nic mną nie zachwieje.
(Ps 16,7-8)
sobota, 17 września 2011
odbicia
Ważne refleksje.
Refleksja pierwsza: o miłości. Porażająca jest świadomość, że na miłość - ani Bożą, ani ludzką - nie można w żaden sposób zapracować, zasłużyć. Tak ważna dla naszego życia kwestia pozostaje całkowicie poza naszą kontrolą. Jedyne, co można zrobić, to ją przyjąć. Czekać na nią. Ewentualnie o nią poprosić. Czyli zbudować w sobie wielką machinę pokory i skorzystać z niej. Nigdy nie zasłużę na to, żeby drugi mnie kochał. Nigdy jego (ani tym bardziej Jego) miłość nie będzie odpowiedzią na moje dobro, piękno, zdolności, pracę. Przeciwnie, to właśnie wszystkie te rzeczy będą odpowiedzią na miłość otrzymaną całkowicie niezasłużenie. (Z drugiej strony - może to i dobrze. Słowo zasłużyć łączy się ze słowem sługa. Fakt, że nie można zasłużyć na miłość, oznacza, że jej otrzymanie i przyjęcie może się odbywać jedynie w całkowitej wolności).
Refleksja druga: o wierze. Przychodzą takie chwile, kiedy wiara jest równoznaczna wierności bardziej niż zwykle. Kiedy nie można się zagłębić w modlitwę, kiedy nie można ułożyć relacji z Bogiem tak, jak by się chciało. Wtedy samo trwanie - na modlitwie, na Eucharystii, na adoracji, w wierze - jest wiarą, bo jest wiernością. Pan jest wierny we wszystkich Swoich słowach. Bo w nich trwa. Jak mam być wierna, jeśli nie trwam mimo wszystko? Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
Refleksja trzecia: o Piśmie świętym. Najtrudniejszym tekstem, na jaki do tej pory się natknęłam, jest siódmy rozdział Pierwszego Listu do Koryntian. Ten o małżeństwie. Jest absolutnie najtrudniejszy. Najbardziej daje po łapach, po sercu i najgłębiej - po duszy. Poruszył mnie na tyle, że nie jestem w stanie teraz napisać czegoś konkretnego. Po prostu mnie zmiażdżył. Pierwszy raz doświadczam czegoś takiego w odniesieniu do Pisma świętego.
Refleksja czwarta: o dobrych ludziach. Dobrze jest mieć ich obok. Niekoniecznie na wyciągnięcie ręki. Może na odległość półtoragodzinnego spaceru. A może nawet na odległość listu raz na miesiąc. Albo rozmowy telefonicznej. I czasem dobrze poczuć, jak ważna jest ta bliskość. Chwilowe oddalenie dobrze robi. Jest tylko jeden wyjątek od tej reguły. Pan Bóg. Od Niego lepiej się nie oddalać dobrowolnie.
Refleksja pierwsza: o miłości. Porażająca jest świadomość, że na miłość - ani Bożą, ani ludzką - nie można w żaden sposób zapracować, zasłużyć. Tak ważna dla naszego życia kwestia pozostaje całkowicie poza naszą kontrolą. Jedyne, co można zrobić, to ją przyjąć. Czekać na nią. Ewentualnie o nią poprosić. Czyli zbudować w sobie wielką machinę pokory i skorzystać z niej. Nigdy nie zasłużę na to, żeby drugi mnie kochał. Nigdy jego (ani tym bardziej Jego) miłość nie będzie odpowiedzią na moje dobro, piękno, zdolności, pracę. Przeciwnie, to właśnie wszystkie te rzeczy będą odpowiedzią na miłość otrzymaną całkowicie niezasłużenie. (Z drugiej strony - może to i dobrze. Słowo zasłużyć łączy się ze słowem sługa. Fakt, że nie można zasłużyć na miłość, oznacza, że jej otrzymanie i przyjęcie może się odbywać jedynie w całkowitej wolności).
Refleksja druga: o wierze. Przychodzą takie chwile, kiedy wiara jest równoznaczna wierności bardziej niż zwykle. Kiedy nie można się zagłębić w modlitwę, kiedy nie można ułożyć relacji z Bogiem tak, jak by się chciało. Wtedy samo trwanie - na modlitwie, na Eucharystii, na adoracji, w wierze - jest wiarą, bo jest wiernością. Pan jest wierny we wszystkich Swoich słowach. Bo w nich trwa. Jak mam być wierna, jeśli nie trwam mimo wszystko? Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
Refleksja trzecia: o Piśmie świętym. Najtrudniejszym tekstem, na jaki do tej pory się natknęłam, jest siódmy rozdział Pierwszego Listu do Koryntian. Ten o małżeństwie. Jest absolutnie najtrudniejszy. Najbardziej daje po łapach, po sercu i najgłębiej - po duszy. Poruszył mnie na tyle, że nie jestem w stanie teraz napisać czegoś konkretnego. Po prostu mnie zmiażdżył. Pierwszy raz doświadczam czegoś takiego w odniesieniu do Pisma świętego.
Refleksja czwarta: o dobrych ludziach. Dobrze jest mieć ich obok. Niekoniecznie na wyciągnięcie ręki. Może na odległość półtoragodzinnego spaceru. A może nawet na odległość listu raz na miesiąc. Albo rozmowy telefonicznej. I czasem dobrze poczuć, jak ważna jest ta bliskość. Chwilowe oddalenie dobrze robi. Jest tylko jeden wyjątek od tej reguły. Pan Bóg. Od Niego lepiej się nie oddalać dobrowolnie.
piątek, 22 lipca 2011
skrypturatycznie - eucharystycznie
Tym razem Jan.
Ten fragment mowy eucharystycznej ukazuje pośrednio rzeczywistość najpełniejszej miłości człowieka do Chrystusa. Chrystus ofiaruje samego Siebie, Swoje Ciało i Swoją Krew, za nas. I mówi bardzo dosłownie o jedzeniu i piciu. Nie owija w bawełnę, nie mówi o przyjmowaniu czy czymś podobnym. Jedzenie i picie kojarzą się z tą najbardziej przyziemną i ordynarną stroną ludzkiej egzystencji. A jednak w ten sposób Jezus chce być potraktowany.
Z jednej strony jest to wskazanie na zasadnicze dobro cielesnej części natury człowieka. Z drugiej strony jest to wezwanie do tej najdojrzalszej miłości - miłości gotowej przyjąć miłość Drugiego. Przypomina mi się kazanie ze wspominanego wcześniej ślubu roku. Kochać to być gotowym na przyjęcie miłości drugiej osoby.
Jezus w Eucharystii właśnie tego nas uczy. Stąd ma wypływać nasza miłość do Niego, a z niej - miłość do innych ludzi. W końcu jeśli jestem gotowa przyjąć Bożą miłość, tę nieskończoną, największą, doskonałą - to powinnam być gotowa także na przyjęcie tej ludzkiej, nieskończenie mniejszej i mniej doskonałej.
Jeżeli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego ani pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie.
(J 6,53)
Ten fragment mowy eucharystycznej ukazuje pośrednio rzeczywistość najpełniejszej miłości człowieka do Chrystusa. Chrystus ofiaruje samego Siebie, Swoje Ciało i Swoją Krew, za nas. I mówi bardzo dosłownie o jedzeniu i piciu. Nie owija w bawełnę, nie mówi o przyjmowaniu czy czymś podobnym. Jedzenie i picie kojarzą się z tą najbardziej przyziemną i ordynarną stroną ludzkiej egzystencji. A jednak w ten sposób Jezus chce być potraktowany.
Z jednej strony jest to wskazanie na zasadnicze dobro cielesnej części natury człowieka. Z drugiej strony jest to wezwanie do tej najdojrzalszej miłości - miłości gotowej przyjąć miłość Drugiego. Przypomina mi się kazanie ze wspominanego wcześniej ślubu roku. Kochać to być gotowym na przyjęcie miłości drugiej osoby.
Jezus w Eucharystii właśnie tego nas uczy. Stąd ma wypływać nasza miłość do Niego, a z niej - miłość do innych ludzi. W końcu jeśli jestem gotowa przyjąć Bożą miłość, tę nieskończoną, największą, doskonałą - to powinnam być gotowa także na przyjęcie tej ludzkiej, nieskończenie mniejszej i mniej doskonałej.
niedziela, 10 lipca 2011
ślub roku!
Taka miłość się zdarza tylko w bajkach. Takie śluby też. Więc zostaliśmy dopuszczeni do wycinka bajki B. i K.
Ja swoją bajkę przeżywam właśnie. Może i taki ślub się kiedyś zdarzy, jak z bajki.
Pan Bóg jest najlepszym bajkopisarzem. Tworzy najlepsze scenariusze. I zawsze dobiera właściwych ludzi. Trzeba Mu za to dziękować i mieć odwagę prosić o więcej.
Gloria Patri et Filio et Spiritui Sancto, sicut erat in principio, nunc et semper, et in saecula saeculorum. Amen.
Ja swoją bajkę przeżywam właśnie. Może i taki ślub się kiedyś zdarzy, jak z bajki.
Pan Bóg jest najlepszym bajkopisarzem. Tworzy najlepsze scenariusze. I zawsze dobiera właściwych ludzi. Trzeba Mu za to dziękować i mieć odwagę prosić o więcej.
Gloria Patri et Filio et Spiritui Sancto, sicut erat in principio, nunc et semper, et in saecula saeculorum. Amen.
czwartek, 16 czerwca 2011
samo-luby
Myślałam sobie właśnie o moich współlokatorach i ich związku. Napełniło mnie to smutkiem.
Są parą od siedmiu lat. Niedawno się rozstali, bo nie mieli perspektywy na przyszłość. Do wyboru był ślub albo rozstanie i zdecydowali się na to drugie. Teraz do siebie wrócili, a moja współlokatorka mówi, że na razie jest dobrze, a co będzie, to się zobaczy.
Smutne to, że ludzie budujący związek nie mają żadnej perspektywy. Skupiają się na tym, że teraz jest fajnie, a przyszłość po prostu przyjdzie. Nie wiem, czy to jest poważne traktowanie drugiej osoby. Jeśli kocham i traktuję poważnie, to wpisuję tę osobę na stałe w moje plany życiowe i myślę o przyszłości już choćby dlatego, że nie zależy ona tylko ode mnie. Natomiast w wypadku moich współlokatorów...
Podobnie, kiedy zapytałam współlokatorkę, jakie mają plany na przyszły rok względem mieszkania, odpowiedziała tylko za siebie. Asekuracja, poszukiwanie bezpieczeństwa w myśleniu tylko o sobie? Więc po co być w związku, który nie daje mi bezpieczeństwa w myśleniu o dwóch osobach?
Smutne to, że młodzi ludzie nie mają odwagi budować czegoś trwałego. Zamiast pięknego, ale trudnego w utrzymaniu zamku - wolą postawić szałas albo, jeszcze lepiej, kupiony gdzieś pokątnie namiot. Bo w razie czego łatwo go można zwinąć i udać, że się tu wcale nie było. A już na pewno nie było się tu we dwoje.
Są parą od siedmiu lat. Niedawno się rozstali, bo nie mieli perspektywy na przyszłość. Do wyboru był ślub albo rozstanie i zdecydowali się na to drugie. Teraz do siebie wrócili, a moja współlokatorka mówi, że na razie jest dobrze, a co będzie, to się zobaczy.
Smutne to, że ludzie budujący związek nie mają żadnej perspektywy. Skupiają się na tym, że teraz jest fajnie, a przyszłość po prostu przyjdzie. Nie wiem, czy to jest poważne traktowanie drugiej osoby. Jeśli kocham i traktuję poważnie, to wpisuję tę osobę na stałe w moje plany życiowe i myślę o przyszłości już choćby dlatego, że nie zależy ona tylko ode mnie. Natomiast w wypadku moich współlokatorów...
Podobnie, kiedy zapytałam współlokatorkę, jakie mają plany na przyszły rok względem mieszkania, odpowiedziała tylko za siebie. Asekuracja, poszukiwanie bezpieczeństwa w myśleniu tylko o sobie? Więc po co być w związku, który nie daje mi bezpieczeństwa w myśleniu o dwóch osobach?
Smutne to, że młodzi ludzie nie mają odwagi budować czegoś trwałego. Zamiast pięknego, ale trudnego w utrzymaniu zamku - wolą postawić szałas albo, jeszcze lepiej, kupiony gdzieś pokątnie namiot. Bo w razie czego łatwo go można zwinąć i udać, że się tu wcale nie było. A już na pewno nie było się tu we dwoje.
niedziela, 12 czerwca 2011
ćwiczenia duchowe
Wielkie pytanie o miłość bliźniego. Czy przymknąć oko na imprezę odbywającą się od wczorajszego popołudnia u sąsiadów, żeby się dobrze bawili nadal? Czy może zadbać o własny święty spokój? Co będzie oznaką miłości bliźniego? Rozwiązanie pierwsze ma jeszcze ten plus, że się człowiek ćwiczy w cnocie cierpliwości. Rozwiązanie drugie ma plus taki, że człowiek może pouczyć się do egzaminu, który już za tydzień. (Swoją drogą, może chodzi właśnie o to, żebym się w niedzielę nie uczyła? Z drugiej strony, impreza trwa już od wczoraj i wczoraj również utrudniała mi naukę). Ciężkie to wszystko. Stosowanie przykazania miłości, znaczy.
Moja współlokatorka zapytała wczoraj wieczorem ironicznie, czy może sąsiedzi coś świętują. Odpowiedziałam, że może wigilię Zesłania Ducha Świętego. Taaaa... może i tak być. Wolałabym jednak, żeby chrześcijańska radość wyrażała się w mniej uciążliwy sposób.
P.S. Dojrzewa we mnie list do redakcji W drodze. Jeszcze trochę i go napiszę.
Moja współlokatorka zapytała wczoraj wieczorem ironicznie, czy może sąsiedzi coś świętują. Odpowiedziałam, że może wigilię Zesłania Ducha Świętego. Taaaa... może i tak być. Wolałabym jednak, żeby chrześcijańska radość wyrażała się w mniej uciążliwy sposób.
P.S. Dojrzewa we mnie list do redakcji W drodze. Jeszcze trochę i go napiszę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)