Już ponad dwa tygodnie temu wróciliśmy z ukraińskiej przygody, a refleksji ciągle przybywa. Teraz tylko skrótowo - kiedyś może co nieco rozwinę.
Nabożeństwo w rocznicę pomordowania profesorów Uniwersytetu Lwowskiego. Zebrana pod pomnikiem garstka Polonii, franciszkanin pełniący funkcję ich duchowego opiekuna, konsul RP. Na koniec śpiewamy Boże, coś Polskę. Powalający, dotykający aż do bólu wydźwięk słów ojczyznę wolną pobłogosław, Panie.
Przyjazd do podkijowskiego Wor'zelu, w którym znajduje się wyższe seminarium duchowne. Większość kleryków na wakacjach albo praktykach, w seminarium pozostało ich na dyżurze dwóch. Pytamy proboszcza, ile trwa tu formacja. Siedem lat. Pytamy też, ilu jest kleryków. Proboszcz z lekkim rumieńcem mówi, że w sumie około trzydziestu, i zaraz tłumaczy, że my w Polsce jesteśmy pewnie przyzwyczajeni do czego innego, ale dla nich tutaj to i tak całkiem spora liczba. Wtedy dociera do mnie sens modlitwy o powołania kapłańskie i zakonne.
Msza święta w kościele odprawiana oczywiście po ukraińsku. Dziękuję Bogu za natchnienie władz kościelnych, by ujednolicić liturgię.
Parafia jest ogromna, na niedzielną mszę ludzie przyjeżdżają kolejką i autobusami z dużym wyprzedzeniem. Co robią z wolnym czasem? Spędzają go w kościele na modlitwie, chyba na zapas. Przed mszą mówią Różaniec, po mszy jeszcze Anioła Pańskiego, jakieś litanie, modlitwy dziękczynne i błagalne - wszystko to animują sami wierni. Wspólnota tętniąca potrzebą wspólnoty, wierni tętniący potrzebą modlitwy i sakramentów.
W seminaryjnej kuchni siostry honoratki słuchają Radia Maryja (!), które nadaje częściowo po polsku, a częściowo po ukraińsku. Kiedy w drugim tygodniu jedziemy na święcenia do Berdyczowa, w samochodzie siostry zaczynają odmawiać Różaniec, a przez wzgląd na nas robią to po polsku, żebyśmy mogli się włączyć.
Święcenia diakonatu i prezbiteratu w sanktuarium Matki Bożej Śnieżnej w Berdyczowie to nie lada okazja. Ksiądz, z którym tam jedziemy, mówi, że to historyczna chwila, bo w diecezji jeszcze nigdy nie było tak licznej grupy kandydatów: aż sześciu diakonów i jeden prezbiter! Zbieramy szczęki z podłogi po tej w gruncie rzeczy radosnej informacji; sens modlitwy o nowe powołania kapłańskie wybija się jeszcze wyraźniej.
Na to wydarzenie zjechali się ludzie z ogromnego obszaru (byli także goście z Polski). Po mszy, na dziedzińcu sanktuarium, wszyscy ze wszystkimi się witają, wymieniają informacje o sobie i o wspólnych znajomych, panuje atmosfera prawdziwej radości i bliskości. Jest też całkiem pokaźna delegacja z parafii w Wor'zelu - a do Berdyczowa jest stamtąd ponad 100 kilometrów. Coś niesamowitego, że ludzie taki kawał drogi pokonują w środku tygodnia (to był wtorek), byle tylko wspólnie uradować się nowym kapłanem i nowymi diakonami.
I ostatnia rzecz. Przez cały wyjazd, i we Lwowie, i w odwiedzanym kilkukrotnie Kijowie, podziwialiśmy cuda architektury prawosławnej i grekokatolickiej. W Ławrze Kijowsko-Peczerskiej założyłam chustkę na głowę, by nie urażać przybywających tam wiernych, modlących się w poszczególnych cerkwiach (co nie zmienia faktu, że do jednej z nich nie zostałam wpuszczona, bo nie miałam długiej spódnicy). Dzikie tłumy odwiedzających. Cerkwie pobudowane także przy drogach, na osiedlach. I opowieść księdza Olega, który wiózł nas na pociąg powrotny, że prawosławni wcale nie są przywiązani do swojej religii, do kultu, do sakramentów. Wspominał, jak to jeden jego nieochrzczony znajomy bez najmniejszego problemu (i bez żadnego pytania ze strony popa) zawarł kościelny ślub w cerkwi. Mówił też, że prawosławni cały czas prowadzą antykatolicką propagandę, wobec czego ekumeniczne marzenia kolejnych papieży w ukraińskich realiach są mało radosnymi mrzonkami.
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pociągowe rozmyślania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pociągowe rozmyślania. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 6 sierpnia 2013
środa, 16 marca 2011
pamiętaj, abyś...
Ostatnie wojaże i parę(naście) innych spraw pomniejszych pobudziły mnie do refleksji.
Dwa różne miasta, dwa różne centra tych miast. Rzeszów - w sobotę sklepy czynne do 14, w niedzielę zamknięte na amen, więc od sobotniego popołudnia do poniedziałkowego poranka wszystko śpi. I Wrocław - w sobotę wszystko czynne do 20 albo i dłużej, w niedzielę podobnie, miasto ciągle żyje, wobec czego w każdej chwili można skoczyć na zakupy, nawet te najbardziej prozaiczne i podstawowe.
Jak się mieszka na co dzień w tym drugim, to powrót do pierwszego jest jak kubeł zimnej wody. Chce się coś kupić w centrum miasta w sobotę wieczorem i nie ma takiej opcji. Nie mówiąc już o niedzieli.
I właśnie o tym sobie pomyślałam. Niby wszystko fajnie, jako katoliczka pięknie argumentuję za zakazem pracy - więc i handlu - w niedziele i święta, doceniam znaczenie tegoż... A w praktyce? W praktyce konsumpcjonizm jakoś bierze górę. Może i wygodnictwo. Jest coś takiego w kulturze, że wcielanie ideałów - również religijnych - w życie niepostrzeżenie przeradza się w jakieś fasadowe gierki.
Ostatni pobyt w Rzeszowie pokazał mi, jak miła może być niedziela bez otwartych wszystkich sklepów. Faktem jest, że hipermarkety (umiejscowione poza ścisłym centrum) pracują, aż miło. Ale po samej starówce można się przejść, nie będąc atakowanym muzyką czy marketingowymi instalacjami ze wszystkich sklepów i lokali, jakie się mija. Z własnego doświadczenia wiem, że wtedy właśnie odwiedza się rodzinę i znajomych, idzie wspólnie na spacer, do kościoła albo zwyczajnie siedzi się w domu, rozkoszując się wolnym dniem.
Kiedy w ostatnią sobotę w okolicach godziny 14 przymusowo znalazłam się na Rynku wrocławskim, przewalające się wokół mnie masy ludzi, zapatrzonych w wystawy sklepowe i wypatrujących ciekawych lokali, zdecydowanie mnie przytłoczyły.
Zakaz - albo chociaż ograniczenie - handlu w niedziele i święta zaczęło przybierać dla mnie formę zabiegania o zachowanie resztek zdrowych relacji międzyludzkich. Oby się udało.
Dwa różne miasta, dwa różne centra tych miast. Rzeszów - w sobotę sklepy czynne do 14, w niedzielę zamknięte na amen, więc od sobotniego popołudnia do poniedziałkowego poranka wszystko śpi. I Wrocław - w sobotę wszystko czynne do 20 albo i dłużej, w niedzielę podobnie, miasto ciągle żyje, wobec czego w każdej chwili można skoczyć na zakupy, nawet te najbardziej prozaiczne i podstawowe.
Jak się mieszka na co dzień w tym drugim, to powrót do pierwszego jest jak kubeł zimnej wody. Chce się coś kupić w centrum miasta w sobotę wieczorem i nie ma takiej opcji. Nie mówiąc już o niedzieli.
I właśnie o tym sobie pomyślałam. Niby wszystko fajnie, jako katoliczka pięknie argumentuję za zakazem pracy - więc i handlu - w niedziele i święta, doceniam znaczenie tegoż... A w praktyce? W praktyce konsumpcjonizm jakoś bierze górę. Może i wygodnictwo. Jest coś takiego w kulturze, że wcielanie ideałów - również religijnych - w życie niepostrzeżenie przeradza się w jakieś fasadowe gierki.
Ostatni pobyt w Rzeszowie pokazał mi, jak miła może być niedziela bez otwartych wszystkich sklepów. Faktem jest, że hipermarkety (umiejscowione poza ścisłym centrum) pracują, aż miło. Ale po samej starówce można się przejść, nie będąc atakowanym muzyką czy marketingowymi instalacjami ze wszystkich sklepów i lokali, jakie się mija. Z własnego doświadczenia wiem, że wtedy właśnie odwiedza się rodzinę i znajomych, idzie wspólnie na spacer, do kościoła albo zwyczajnie siedzi się w domu, rozkoszując się wolnym dniem.
Kiedy w ostatnią sobotę w okolicach godziny 14 przymusowo znalazłam się na Rynku wrocławskim, przewalające się wokół mnie masy ludzi, zapatrzonych w wystawy sklepowe i wypatrujących ciekawych lokali, zdecydowanie mnie przytłoczyły.
Zakaz - albo chociaż ograniczenie - handlu w niedziele i święta zaczęło przybierać dla mnie formę zabiegania o zachowanie resztek zdrowych relacji międzyludzkich. Oby się udało.
środa, 9 marca 2011
macierzysta bandera u dobrego Armatora
Ostatnie tygodnie w rozjazdach i obfitujące w najrozmaitsze wielkie i małe wydarzenia - z przewagą jednak tych wielkich - doprowadziły mnie do bardzo ważnego wniosku. Eucharystia i modlitwa są takim bezpiecznym portem, do którego zawsze można wpłynąć i który zawsze się poznaje, nawet z największej odległości. Można się zagubić w tym kołowrocie, można stracić wątek, ale jeśli ma się w ciągu dnia tę jedną przystań - to nic nie znaczą kołowroty, młyny i inne takie.
Może brzmi to górnolotnie, może różowo i niezbyt realnie. Ostatni czas tego mnie właśnie nauczył i nic na to nie poradzę.
A dziś zaczyna się inny Czas. Oby dobrze go wykorzystać. Ciągle wracając do właściwego portu.
Może brzmi to górnolotnie, może różowo i niezbyt realnie. Ostatni czas tego mnie właśnie nauczył i nic na to nie poradzę.
A dziś zaczyna się inny Czas. Oby dobrze go wykorzystać. Ciągle wracając do właściwego portu.
niedziela, 14 listopada 2010
kwiat
Długi weekend. Długi czasowo i długi mentalnie. Dobry w jakiś przedziwny sposób.
Najpierw ślub Znajomych. Ślub, podczas którego znowu, znowu śpiewanie było przede wszystkim służbą. Ślub, który był tak naturalną konsekwencją tego, co widziało się przez ostatnie miesiące, lata, że trudno sobie wyobrazić, by mogło go nie być.
Potem bieg do domu po bagaż i na dworzec, żeby dołączyć do młodzieży i ojca w Wilkanowie. Perypetie pociągowe, zakończone sukcesem. Komitet powitalny w Bystrzycy Kłodzkiej, stamtąd autem do Wilkanowa. I cztery dni... jak to nazwać? Cztery dni obserwowania się nawzajem, nawiązywania niteczek kontaktu. Nie jestem najlepszym pedagogiem i czas coś z tym zrobić. Pod względem duchowym ten wyjazd dał mi jedną bardzo, ale to bardzo ważną rzecz: pokazał, jak bardzo przez ostatnie lata dojrzałam w wierze, jak bardzo się zmieniłam pod tym względem. Także - ile jeszcze przede mną.
Oraz - jak wiele można dać innym ludziom, kiedy ma się już tę odrobinę. Spotkanie ze Słowem Bożym w grupach - lectio divina - trzeba się nauczyć mówić o Panu Bogu - bez moraliny - cztery dziewczyny w wieku licealno-gimnazjalnym i ja - godzina jak z bicza strzelił. Tylko Ewangelia na tę niedzielę (na dzisiaj). Miałam tu zapisać te myśli, które się pojawiły w rozmowie, ale myślę sobie, że może jednak powinny zostać niespisane.
Na koniec - podróż powrotna i pociągowe rozmyślania tym razem skupione w rozmowie z ciut ode mnie starszym chłopakiem, z którym najpierw rozmawialiśmy o filozofii, a potem o Bogu, wierze, religii. Pod koniec tej rozmowy powiedział, że jestem pierwszą osobą, która ma inne zdanie od jego własnego. Wygląda więc na to, że mówienie, które obok robienia pierogów i śpiewania (w tej kolejności) wychodzi mi najlepiej, może być moim sposobem apostolstwa. Jasna sprawa, że nie jedynym. Ale tym najważniejszym?
Najpierw ślub Znajomych. Ślub, podczas którego znowu, znowu śpiewanie było przede wszystkim służbą. Ślub, który był tak naturalną konsekwencją tego, co widziało się przez ostatnie miesiące, lata, że trudno sobie wyobrazić, by mogło go nie być.
Potem bieg do domu po bagaż i na dworzec, żeby dołączyć do młodzieży i ojca w Wilkanowie. Perypetie pociągowe, zakończone sukcesem. Komitet powitalny w Bystrzycy Kłodzkiej, stamtąd autem do Wilkanowa. I cztery dni... jak to nazwać? Cztery dni obserwowania się nawzajem, nawiązywania niteczek kontaktu. Nie jestem najlepszym pedagogiem i czas coś z tym zrobić. Pod względem duchowym ten wyjazd dał mi jedną bardzo, ale to bardzo ważną rzecz: pokazał, jak bardzo przez ostatnie lata dojrzałam w wierze, jak bardzo się zmieniłam pod tym względem. Także - ile jeszcze przede mną.
Oraz - jak wiele można dać innym ludziom, kiedy ma się już tę odrobinę. Spotkanie ze Słowem Bożym w grupach - lectio divina - trzeba się nauczyć mówić o Panu Bogu - bez moraliny - cztery dziewczyny w wieku licealno-gimnazjalnym i ja - godzina jak z bicza strzelił. Tylko Ewangelia na tę niedzielę (na dzisiaj). Miałam tu zapisać te myśli, które się pojawiły w rozmowie, ale myślę sobie, że może jednak powinny zostać niespisane.
Na koniec - podróż powrotna i pociągowe rozmyślania tym razem skupione w rozmowie z ciut ode mnie starszym chłopakiem, z którym najpierw rozmawialiśmy o filozofii, a potem o Bogu, wierze, religii. Pod koniec tej rozmowy powiedział, że jestem pierwszą osobą, która ma inne zdanie od jego własnego. Wygląda więc na to, że mówienie, które obok robienia pierogów i śpiewania (w tej kolejności) wychodzi mi najlepiej, może być moim sposobem apostolstwa. Jasna sprawa, że nie jedynym. Ale tym najważniejszym?
sobota, 4 września 2010
błogosławieni
Kolejna podróż pociągiem. Chciałoby się czytać podręcznik z estetyki (no dobra, nie chciało się, ale trzeba było), a tu obok siedzi grupka młodzieży, która gada, śmieje się, pije piwo jedno za drugim i absolutnie nie pozwala się skupić. Nawet na oglądaniu pejzażu za oknem, kiedy już się zrezygnuje z czytania. Pociągowa refleksja z tej podróży: jak trudno jest błogosławić Pana Boga za takich współpasażerów, ale za to jak potem jest lżej na sercu i jak ich zachowanie przestaje być aż tak irytujące :)
czwartek, 26 sierpnia 2010
święty spokój kontra świętość
Dziś chciałoby się wiele, bardzo wiele napisać, a najgorsze, że na tematy ze sobą nie powiązane. Dlatego raczej skupię się na najluźniejszej myśli - pozostałe mogą poczekać :)
Podróże pociągami zawsze skłaniają mnie do rozmyślań. Kiedy człowiek tak patrzy za okno na wszystko, co przemija, jakoś samoczynnie włącza się w głowie wielki telebim z własnymi myślami, skojarzeniami i tak dalej. Wskutek tego na obraz za oknem nakłada się obraz z wnętrza głowy i wyjść z tego może całkiem ciekawe połączenie. Kiedy wczoraj wieczorem wracałam z Jarosławia, dokąd pojechałam odwiedzić znajomych na Festiwalu Muzyki Dawnej "Pieśń naszych korzeni" (o tym kiedy indziej), na obraz za oknem nałożył się obraz pary, z którą się widziałam między innymi.
W toku rozmyślań i wyobrażeń dotarło do mnie, że nic w tej sytuacji nie ma za darmo. Oni są ze sobą już ładnych parę miesięcy, jest ładnie i pięknie, ale od środka to wygląda ciut inaczej. Wchodząc w związek, w relację z drugim człowiekiem, tracę coś z siebie. Tracę czas, który mogłabym poświęcić wyłącznie swoim sprawom. Tracę niezależność i samowolę, bo pewne decyzje muszę (i chcę) podejmować wspólnie z drugą stroną. Wymieniać tak można i dalej. Kiedy tak sobie o tym pomyślałam, przypomniało mi się, co kiedyś usłyszałam, że poznanie Boga można osiągnąć tylko wtedy, jeśli się dobrze poznało ludzi. (Pomijam już kwestię, czy poznanie Boga w ogóle jest możliwe). Hmmm, ruszyła się moja główka, może więc z relacjami jest podobnie? Może wchodząc w relację z Bogiem, łącząc z Nim moje życie, także coś tracę?
No jasne! Tracę wtedy przede wszystkim ten dobrze nam wszystkim znany ŚWIĘTY SPOKÓJ. Tak, tak, wcale go nie zyskuję, jest dokładnie odwrotnie. Owszem, nie muszę samodzielnie szukać drogi, którą mam kroczyć - wyznacza mi ją Jezus Chrystus. Ale jeśli już podejmuję się iść tą drogą (czy raczej Drogą), to w łeb bierze cały spokój i całe zadowolenie z siebie. Nieustannie, ciągle, aż do znudzenia trzeba pracować nad sobą, zastanawiać się nad swoim postępowaniem, szukać odpowiedzi na pytania, które odpowiedź mogą mieć jedynie w Bogu. Kiedy idę tą Drogą, to każde zejście z niej stawia przede mną ogromną trudność: bo powrót na tę drogę wymaga skruchy, wymaga pokuty, czego nie musi przeżywać nikt, kto tą Drogą nie postępuje.
Dobra. Straciłam już ten hołubiony święty spokój. To może teraz coś w zamian? W końcu, jak już stracę coś z siebie dla mężczyzny albo dla przyjaciółki, to nie dzieje się to za darmo. Z Panem Bogiem jest trochę inaczej. On nam daje obietnicę ŚWIĘTOŚCI, zbawienia, jeśli będziemy Go kochać i postępować zgodnie z Jego wskazówkami. Problem polega na tym, że zbawionym można być dopiero po śmierci, czy się to komu podoba, czy nie. Całkiem to sprytne, swoją drogą, bo wtedy już na pewno nie zejdę z obranej drogi :) W każdym razie - perspektywa życia z Bogiem musi zakładać istnienie życia po śmierci, życia wiecznego.
Tak sobie pomyślałam, że to wszystko przypomina związek między kobietą a mężczyzną: najpierw następuje etap zauroczenia czy zakochania - życie doczesne - w którym staram się z nadzieją na dobry, pożądany efekt, ale nie mam pewności, co z moich starań wyjdzie. Dopiero potem mamy do czynienia z miłością dojrzałą - życiem wiecznym - kiedy tej miłości można być pewnym i kiedy można kosztować jej owoców.
Co wynika ze wszystkiego, co napisałam wyżej? Wynika z tego mniej więcej tyle, że moja główka, kiedy produkowała myśli w pociągu, trochę się pomyliła. Porównanie relacji międzyludzkich do relacji człowiek-Bóg nie przebiega tak prosto. W tej drugiej wchodzą bowiem w grę kategorie i zjawiska ponadludzkie. Przekracza się płaszczyznę, którą doskonale znamy i o której możemy się wypowiadać z większą lub mniejszą pewnością; przechodzi się na płaszczyznę, o której możemy jedynie spekulować, a i to tylko z pomocą Bożej łaski.
Wniosek ostateczny: uważać trzeba, jak się rusza główką, bo sobie można nabić guza, ot co!
Podróże pociągami zawsze skłaniają mnie do rozmyślań. Kiedy człowiek tak patrzy za okno na wszystko, co przemija, jakoś samoczynnie włącza się w głowie wielki telebim z własnymi myślami, skojarzeniami i tak dalej. Wskutek tego na obraz za oknem nakłada się obraz z wnętrza głowy i wyjść z tego może całkiem ciekawe połączenie. Kiedy wczoraj wieczorem wracałam z Jarosławia, dokąd pojechałam odwiedzić znajomych na Festiwalu Muzyki Dawnej "Pieśń naszych korzeni" (o tym kiedy indziej), na obraz za oknem nałożył się obraz pary, z którą się widziałam między innymi.
W toku rozmyślań i wyobrażeń dotarło do mnie, że nic w tej sytuacji nie ma za darmo. Oni są ze sobą już ładnych parę miesięcy, jest ładnie i pięknie, ale od środka to wygląda ciut inaczej. Wchodząc w związek, w relację z drugim człowiekiem, tracę coś z siebie. Tracę czas, który mogłabym poświęcić wyłącznie swoim sprawom. Tracę niezależność i samowolę, bo pewne decyzje muszę (i chcę) podejmować wspólnie z drugą stroną. Wymieniać tak można i dalej. Kiedy tak sobie o tym pomyślałam, przypomniało mi się, co kiedyś usłyszałam, że poznanie Boga można osiągnąć tylko wtedy, jeśli się dobrze poznało ludzi. (Pomijam już kwestię, czy poznanie Boga w ogóle jest możliwe). Hmmm, ruszyła się moja główka, może więc z relacjami jest podobnie? Może wchodząc w relację z Bogiem, łącząc z Nim moje życie, także coś tracę?
No jasne! Tracę wtedy przede wszystkim ten dobrze nam wszystkim znany ŚWIĘTY SPOKÓJ. Tak, tak, wcale go nie zyskuję, jest dokładnie odwrotnie. Owszem, nie muszę samodzielnie szukać drogi, którą mam kroczyć - wyznacza mi ją Jezus Chrystus. Ale jeśli już podejmuję się iść tą drogą (czy raczej Drogą), to w łeb bierze cały spokój i całe zadowolenie z siebie. Nieustannie, ciągle, aż do znudzenia trzeba pracować nad sobą, zastanawiać się nad swoim postępowaniem, szukać odpowiedzi na pytania, które odpowiedź mogą mieć jedynie w Bogu. Kiedy idę tą Drogą, to każde zejście z niej stawia przede mną ogromną trudność: bo powrót na tę drogę wymaga skruchy, wymaga pokuty, czego nie musi przeżywać nikt, kto tą Drogą nie postępuje.
Dobra. Straciłam już ten hołubiony święty spokój. To może teraz coś w zamian? W końcu, jak już stracę coś z siebie dla mężczyzny albo dla przyjaciółki, to nie dzieje się to za darmo. Z Panem Bogiem jest trochę inaczej. On nam daje obietnicę ŚWIĘTOŚCI, zbawienia, jeśli będziemy Go kochać i postępować zgodnie z Jego wskazówkami. Problem polega na tym, że zbawionym można być dopiero po śmierci, czy się to komu podoba, czy nie. Całkiem to sprytne, swoją drogą, bo wtedy już na pewno nie zejdę z obranej drogi :) W każdym razie - perspektywa życia z Bogiem musi zakładać istnienie życia po śmierci, życia wiecznego.
Tak sobie pomyślałam, że to wszystko przypomina związek między kobietą a mężczyzną: najpierw następuje etap zauroczenia czy zakochania - życie doczesne - w którym staram się z nadzieją na dobry, pożądany efekt, ale nie mam pewności, co z moich starań wyjdzie. Dopiero potem mamy do czynienia z miłością dojrzałą - życiem wiecznym - kiedy tej miłości można być pewnym i kiedy można kosztować jej owoców.
Co wynika ze wszystkiego, co napisałam wyżej? Wynika z tego mniej więcej tyle, że moja główka, kiedy produkowała myśli w pociągu, trochę się pomyliła. Porównanie relacji międzyludzkich do relacji człowiek-Bóg nie przebiega tak prosto. W tej drugiej wchodzą bowiem w grę kategorie i zjawiska ponadludzkie. Przekracza się płaszczyznę, którą doskonale znamy i o której możemy się wypowiadać z większą lub mniejszą pewnością; przechodzi się na płaszczyznę, o której możemy jedynie spekulować, a i to tylko z pomocą Bożej łaski.
Wniosek ostateczny: uważać trzeba, jak się rusza główką, bo sobie można nabić guza, ot co!
Subskrybuj:
Posty (Atom)