Informacja o abdykacji papieża Benedykta XVI uderzyła mnie mocniej, niż w ogóle mogłam przypuszczać. Najpewniej dlatego, że początek jego pontyfikatu nałożył się na moje nawrócenie. Mój wzrost wiary opierał się mocno na łączności z papieżem, chociaż może nawet sobie tego jakoś znacząco nie uświadamiałam. Stałam się miłośniczką jego pierwszej encykliki i naprawdę bardzo lubiłam śledzić jego wypowiedzi na różne tematy. Kiedy prowadziłam SOWę w duszpasterstwie i zgłębiałam tajniki liturgii, postawa papieża niesamowicie mi imponowała.
Nie mnie oceniać jego decyzję o rezygnacji. Nikt z nas, którzy go chwalimy albo potępiamy, nie jest w stanie wyobrazić sobie, jaka to praca, jaki ogrom odpowiedzialności i jaka presja. Martwi mnie natomiast, że Wielki Post, który jutro zaczniemy, może się przekształcić w czas oczekiwania na konklawe i wybór nowego biskupa Rzymu, zamiast być czasem nawrócenia i pokuty.
Myślę, że u progu tego czasu możemy się tylko modlić, aby dobrze i po Bożemu przeżyć ten czas, kiedy rzeczywistość opuszczenia duchowego łączy się z rzeczywistością sede vacante.
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedykt XVI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Benedykt XVI. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 12 lutego 2013
środa, 1 lutego 2012
powiew nowości
W związku z zatwierdzeniem przez Stolicę Apostolską (po wielu latach badań) Statutu Drogi Neokatechumenalnej zastanawiam się intensywnie nad tym dziełem.
W czasach odpowiedzialności za Szkołę Odnowy Wiary (czyt. w zeszłym roku) kilkukrotnie przyszło mi się zetknąć z tym tematem. W kategorii liturgii prezentowałam (-łyśmy) neokatechumenat jako przykład wydziwiania i samowolki. I rzeczywiście w pewnym sensie tak jest. Nawet obecne zatwierdzenie niektórych elementów celebracji nie oznacza, że całość poczynań Drogi jest w porządku.
Z drugiej jednak strony, moje stanowisko od jakiegoś czasu zbliża się do zdania Marcina Jakimowicza. Nie podoba mi się nagonka tradycjonalistów na neonów, ciągłe obrzucanie ich błotem. Czasem sobie myślę, że przy całej słabości strony liturgicznej, Droga robi dużo więcej dobrego dla Kościoła powszechnego niż ci wszyscy krytycy posoborowia. A ostatecznie po owocach ich poznacie, jak to pisze pan Jakimowicz.
Może rzeczywiście, zamiast się frustrować, jak to płytko różne ruchy traktują chrześcijaństwo, warto dostrzec, że, podobnie jak nauka pływania wcale nie zaczyna się od nurkowania, ale od utrzymywania się na wodzie, tak też wygląda rozwój duchowy. Nie wejdzie głębiej ten, kto nie czuje się pewnie na powierzchni.
W czasach odpowiedzialności za Szkołę Odnowy Wiary (czyt. w zeszłym roku) kilkukrotnie przyszło mi się zetknąć z tym tematem. W kategorii liturgii prezentowałam (-łyśmy) neokatechumenat jako przykład wydziwiania i samowolki. I rzeczywiście w pewnym sensie tak jest. Nawet obecne zatwierdzenie niektórych elementów celebracji nie oznacza, że całość poczynań Drogi jest w porządku.
Z drugiej jednak strony, moje stanowisko od jakiegoś czasu zbliża się do zdania Marcina Jakimowicza. Nie podoba mi się nagonka tradycjonalistów na neonów, ciągłe obrzucanie ich błotem. Czasem sobie myślę, że przy całej słabości strony liturgicznej, Droga robi dużo więcej dobrego dla Kościoła powszechnego niż ci wszyscy krytycy posoborowia. A ostatecznie po owocach ich poznacie, jak to pisze pan Jakimowicz.
Może rzeczywiście, zamiast się frustrować, jak to płytko różne ruchy traktują chrześcijaństwo, warto dostrzec, że, podobnie jak nauka pływania wcale nie zaczyna się od nurkowania, ale od utrzymywania się na wodzie, tak też wygląda rozwój duchowy. Nie wejdzie głębiej ten, kto nie czuje się pewnie na powierzchni.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
znów cisza
Jarmark minął, zwieńczony tradycyjnym sukcesem :) Trzy dni wytężonej pracy - w tym wczorajszy najcięższy. Z perspektywą pomocy potrzebującym. A potrzebujące kręciły się po klasztorze, wystawiały jakieś przedstawienie, prezentowały przygotowane układy taneczne. Dostały ciepły obiad - kto wie, dla niektórych może pierwszy i ostatni w tym tygodniu.
Szczególnie przemawia podczas Jarmarku idea caritas jako jednego z trzech filarów działalności Kościoła katolickiego (Benedykt XVI, Deus caritas est). Właśnie tego filaru, który przychodzi nam zbudować i utrzymać najłatwiej. Trzeba go budować mocnym, pewnym, wytrzymałym. Budujmy! Dziś każdy ma szansę zagrać choćby przez chwilę Boba Budowniczego. Na szczęście coraz więcej ludzi ma tego świadomość i pragnie tę możliwość wykorzystać. Niech każdy z nas stara się o to, co dla bliźniego dogodne - dla jego dobra, dla zbudowania (Rz 15,2-3).
Ale oprócz tej caritas przemawia do mnie podczas Jarmarku cisza. Konkretnie ta cisza, która towarzyszy sprzątaniu w niedzielę wieczorem. Oczywiście jest pełno hałasu - wynoszenia mebli, zbierania śmieci, tych wszystkich gospodarskich czynności, bez których nic by się nie dało zrobić. A jednak jakoś działa ta cisza, kiedy do nikogo się nie mówi poza wymienianiem wskazówek, zasięganiem informacji organizacyjnych. Dobrze czasem pomilczeć, nawet nosząc worki pełne ubrań, myjąc olbrzymie garnki, zmiatając podłogi czy cokolwiek. To w zasadzie też dla dobra bliźniego i dla zbudowania, bo gdyby się w takiej chwili odezwać, to by można nabluzgać przypadkiem. Albo się pokłócić.
I myślę sobie, że gdyby Pan Bóg nie chciał takiej ciszy, to by nam na nią nie pozwolił. I sam też by nie pozwalał Sobie na milczenie.
Szczególnie przemawia podczas Jarmarku idea caritas jako jednego z trzech filarów działalności Kościoła katolickiego (Benedykt XVI, Deus caritas est). Właśnie tego filaru, który przychodzi nam zbudować i utrzymać najłatwiej. Trzeba go budować mocnym, pewnym, wytrzymałym. Budujmy! Dziś każdy ma szansę zagrać choćby przez chwilę Boba Budowniczego. Na szczęście coraz więcej ludzi ma tego świadomość i pragnie tę możliwość wykorzystać. Niech każdy z nas stara się o to, co dla bliźniego dogodne - dla jego dobra, dla zbudowania (Rz 15,2-3).
Ale oprócz tej caritas przemawia do mnie podczas Jarmarku cisza. Konkretnie ta cisza, która towarzyszy sprzątaniu w niedzielę wieczorem. Oczywiście jest pełno hałasu - wynoszenia mebli, zbierania śmieci, tych wszystkich gospodarskich czynności, bez których nic by się nie dało zrobić. A jednak jakoś działa ta cisza, kiedy do nikogo się nie mówi poza wymienianiem wskazówek, zasięganiem informacji organizacyjnych. Dobrze czasem pomilczeć, nawet nosząc worki pełne ubrań, myjąc olbrzymie garnki, zmiatając podłogi czy cokolwiek. To w zasadzie też dla dobra bliźniego i dla zbudowania, bo gdyby się w takiej chwili odezwać, to by można nabluzgać przypadkiem. Albo się pokłócić.
I myślę sobie, że gdyby Pan Bóg nie chciał takiej ciszy, to by nam na nią nie pozwolił. I sam też by nie pozwalał Sobie na milczenie.
piątek, 26 listopada 2010
nowość
Daj nam nowe życie, a będziemy Cię chwalili (Ps 80)
Pan dał nowe życie - Julię, waga urodzeniowa 3650 g, długość ciała 56 cm. Jakże Go teraz nie chwalić? Julia oprócz tego, że jest na pewno najpiękniejszym i najwspanialszym dzieckiem na świecie (zaraz po moim synaczku - chrześniaku), jest moją bratanicą. Julia jest zdrowa, ma kochających rodziców i brata (mojego synaczka), który wprawdzie jeszcze nie do końca wie, o co chodzi, ale się cieszy, że w domu będzie dzidzia. Na Julię wszyscy w rodzinie czekali i wszyscy się ucieszyli, kiedy dziś rano poszła fama, że to - JUŻ.
Bardzo Was wszystkich, drodzy Czytelnicy, proszę o modlitwę w intencji Julii i jej rodziny. Tego nigdy za wiele.
Ale w związku z tym proszę Was też o modlitwę w intencji tych dzieci, na które nikt nie czeka. Które się zdarzyły i których się trzeba pozbyć albo które z innych przyczyn nie mają szans na urodzenie się. Prośbę między innymi o to kieruje też do nas wszystkich papież Benedykt XVI. Podejmijmy to wyzwanie :)
Pan dał nowe życie - Julię, waga urodzeniowa 3650 g, długość ciała 56 cm. Jakże Go teraz nie chwalić? Julia oprócz tego, że jest na pewno najpiękniejszym i najwspanialszym dzieckiem na świecie (zaraz po moim synaczku - chrześniaku), jest moją bratanicą. Julia jest zdrowa, ma kochających rodziców i brata (mojego synaczka), który wprawdzie jeszcze nie do końca wie, o co chodzi, ale się cieszy, że w domu będzie dzidzia. Na Julię wszyscy w rodzinie czekali i wszyscy się ucieszyli, kiedy dziś rano poszła fama, że to - JUŻ.
Bardzo Was wszystkich, drodzy Czytelnicy, proszę o modlitwę w intencji Julii i jej rodziny. Tego nigdy za wiele.
Ale w związku z tym proszę Was też o modlitwę w intencji tych dzieci, na które nikt nie czeka. Które się zdarzyły i których się trzeba pozbyć albo które z innych przyczyn nie mają szans na urodzenie się. Prośbę między innymi o to kieruje też do nas wszystkich papież Benedykt XVI. Podejmijmy to wyzwanie :)
czwartek, 30 września 2010
aktywista
Z ciekawości sięgnęłam po jakieś informacje o patronie dzisiejszego dnia - św. Hieronimie. Doktor Kościoła. No niby wszystko fajnie. Mądry gość i tyle. Jednak niekoniecznie. Nie wystarczy być mądrym, żeby zasłużyć na takie miano. Trzeba jeszcze być tytanem pracy. Naprawdę. Św. Hieronim tyle, tyle zrobił, tyle przeczytał, napisał, tyle się przez całe życie uczył!
Jest patronem studentów. Całkiem słusznie. Żebyśmy sobie, nie daj Boże, nie myśleli, że licencjat czy magisterka, osiągnięte czasem przez łut szczęścia, wystarczą. Trzeba nadal pracować. Mieć tę swoją działeczkę, której uprawianie zajmie nam całe życie i dzięki której inni będą mogli sami się rozwijać. Dla św. Hieronima taką działeczką było Pismo święte. Przez 24 lata (382-406) przetłumaczył na łacinę całe Pismo święte. Jego przekład, tzw. Wulgata (co oznacza "powszechnie przyjmowane"), został przyjęty przez Sobór Trydencki jako tekst urzędowy. Trzeba i nam znaleźć to własne poletko. Dla mnie jest to szczególnie istotne zadanie, ale wchodzić dalej nie będę, bo byłoby to zbytnie obnażanie siebie. W każdym razie - myślę sobie, że jak czasem westchniemy do św. Hieronima o wstawiennictwo w naszych uczelnianych udrękach, to on uśmiechnie się (może z lekkim politowaniem) i pomodli się do Tego, którego tak bardzo umiłował.
Żeby nie było zbyt łatwo, św. Hieronim oprócz pracy intelektualnej podejmował jeszcze dzieła miłosierdzia (tytan pracy!). Nie wystarczy się zakopać w książkach, żeby ludziom te książki tłumaczyć. Trzeba jeszcze do nich wyjść, żeby w ogóle chcieli potem o tych książkach słuchać. Przypomina mi się znowu przesłanie papieża Benedykta XVI, zawarte w encyklice Deus caritas est. Nie ma zmiłuj, Kościół musi działać charytatywnie i każdy z nas, jako jego cząsteczki, też musi tak czynić. Niezależnie od ilości zadań w szkole, na uczelni, w pracy. To też ważne przesłanie dla studentów. U początku nowego roku akademickiego, kiedy rozliczne organizacje zapraszają do wsparcia ich działalności. Tak, tak, książki swoją drogą. A miłosierdzie swoją. I te dwie swoje mają się składać na jedną - moją, którą jest - albo będzie - Jezus Chrystus.
Jest patronem studentów. Całkiem słusznie. Żebyśmy sobie, nie daj Boże, nie myśleli, że licencjat czy magisterka, osiągnięte czasem przez łut szczęścia, wystarczą. Trzeba nadal pracować. Mieć tę swoją działeczkę, której uprawianie zajmie nam całe życie i dzięki której inni będą mogli sami się rozwijać. Dla św. Hieronima taką działeczką było Pismo święte. Przez 24 lata (382-406) przetłumaczył na łacinę całe Pismo święte. Jego przekład, tzw. Wulgata (co oznacza "powszechnie przyjmowane"), został przyjęty przez Sobór Trydencki jako tekst urzędowy. Trzeba i nam znaleźć to własne poletko. Dla mnie jest to szczególnie istotne zadanie, ale wchodzić dalej nie będę, bo byłoby to zbytnie obnażanie siebie. W każdym razie - myślę sobie, że jak czasem westchniemy do św. Hieronima o wstawiennictwo w naszych uczelnianych udrękach, to on uśmiechnie się (może z lekkim politowaniem) i pomodli się do Tego, którego tak bardzo umiłował.
Żeby nie było zbyt łatwo, św. Hieronim oprócz pracy intelektualnej podejmował jeszcze dzieła miłosierdzia (tytan pracy!). Nie wystarczy się zakopać w książkach, żeby ludziom te książki tłumaczyć. Trzeba jeszcze do nich wyjść, żeby w ogóle chcieli potem o tych książkach słuchać. Przypomina mi się znowu przesłanie papieża Benedykta XVI, zawarte w encyklice Deus caritas est. Nie ma zmiłuj, Kościół musi działać charytatywnie i każdy z nas, jako jego cząsteczki, też musi tak czynić. Niezależnie od ilości zadań w szkole, na uczelni, w pracy. To też ważne przesłanie dla studentów. U początku nowego roku akademickiego, kiedy rozliczne organizacje zapraszają do wsparcia ich działalności. Tak, tak, książki swoją drogą. A miłosierdzie swoją. I te dwie swoje mają się składać na jedną - moją, którą jest - albo będzie - Jezus Chrystus.
poniedziałek, 23 sierpnia 2010
... miłość nie jest już przykazaniem...
Najpierw powiedzieć muszę, że długa separacja od Pisma świętego działa destrukcyjnie i dostrzegam to po sobie. Nawet jeśli przez ostatnie tygodnie w ogóle bym do niego nie sięgnęła, sam fakt, że nie mogę tego zrobić, powoduje we mnie jakąś taką oklapłość. Rozstać się ze Słowem na krótko - to tylko pokazuje, jak bardzo tego Słowa potrzeba. Rozstać się z nim na dłużej - to ciężkie doświadczenie. Całe szczęście, że są jeszcze Msze święte i Liturgia Godzin.
Ostatnią lekturą, którą się zachwyciłam, jest encyklika Benedykta XVI Deus caritas est. Zafascynowała mnie i sprawiła, że nie od razu mogłam się zabrać za cokolwiek innego. W pierwszej jej części papież, jak sam zapowiada we wprowadzeniu, precyzuje "niektóre istotne dane na temat miłości, jaką Bóg, w tajemniczy i darmowy sposób ofiaruje człowiekowi, razem z wewnętrzną więzią tej miłość, z rzeczywistością miłości ludzkiej". W tej części ujęła mnie kwestia dwóch rodzajów miłości: eros i agape, niejako o historii tych dwóch pojęć w Piśmie świętym i o historii ich znaczenia, a także o tym, że chrześcijaństwo poniekąd nie może istnieć bez tej pierwszej, co oznacza, że nie może jej wyeliminować, jak chcą niektórzy. Natomiast druga część encykliki mówi o praktycznych aspektach miłości w Kościele, o dziele charytatywnym, o dziele miłości.
To właśnie druga część mocno mną wstrząsnęła, gdyż dobrze pamiętam słowa mojego niegdysiejszego duszpasterza, że Kościół nie jest instytucją charytatywną. Zostały one wypowiedziane w znaczeniu, jakoby ludzie nie powinni od Kościoła oczekiwać działań charytatywnych, bo Kościół jest od sprawowania Sakramentów, od modlitwy i ewangelizacji. Encyklika Deus caritas est staje na całkiem przeciwnym stanowisku:
Tak stanowcze ujęcie tej sprawy świadczy o jej wielkiej wadze. W dalszych punktach Benedykt XVI mówi o specyficznym charakterze charytatywnej działalności Kościoła, o tym, jakie osoby powinny i mogą się do tej pracy zabierać oraz w jaki sposób to czynić. W tym kontekście - jak zaznacza papież - szczególnej mocy nabiera Hymn o Miłości z 1 Kor 13:
Encyklika ta, poprzez odniesienie najpierw do eros i agape, a potem do caritas, pięknie pokazuje jedność i jednolitość życia chrześcijańskiego, a także przypomina Kościołowi ścieżkę wytyczoną mu 2000 lat temu.
Jednakowoż, czytając ją, miałam również gorzką refleksję. Wiąże się ona z przytoczonym stanowiskiem mojego dawnego duszpasterza, dominikanina. Pomyślałam sobie bowiem, że pewnie nie on jeden próbuje przekazać ludziom, których ma pod swoją duszpasterską opieką, swoją własną wizję Pana Boga i Kościoła, nieraz diametralnie różną od oficjalnego stanowiska Kościoła. Zabolało mnie, że zostałam oszukana (słowa te padły już po ukazaniu się encykliki Deus caritas est), ale jeszcze mocniej zabolało, iż takie nieścisłości i samowolki burzą jedność Kościoła i mogą doprowadzić wielu ludzi - pojedynczych, ale razem tworzących całkiem sporą grupę - do fałszywych wniosków i zafałszowania wiary. Oby tylko dobry Bóg zechciał to wszystko prostować, a niepokornych?, niedouczonych?, ekscentrycznych?, kreatywnych?! kaznodziejów i duszpasterzy... nawracać na dobrą drogę, na Swoją drogę...
Ostatnią lekturą, którą się zachwyciłam, jest encyklika Benedykta XVI Deus caritas est. Zafascynowała mnie i sprawiła, że nie od razu mogłam się zabrać za cokolwiek innego. W pierwszej jej części papież, jak sam zapowiada we wprowadzeniu, precyzuje "niektóre istotne dane na temat miłości, jaką Bóg, w tajemniczy i darmowy sposób ofiaruje człowiekowi, razem z wewnętrzną więzią tej miłość, z rzeczywistością miłości ludzkiej". W tej części ujęła mnie kwestia dwóch rodzajów miłości: eros i agape, niejako o historii tych dwóch pojęć w Piśmie świętym i o historii ich znaczenia, a także o tym, że chrześcijaństwo poniekąd nie może istnieć bez tej pierwszej, co oznacza, że nie może jej wyeliminować, jak chcą niektórzy. Natomiast druga część encykliki mówi o praktycznych aspektach miłości w Kościele, o dziele charytatywnym, o dziele miłości.
To właśnie druga część mocno mną wstrząsnęła, gdyż dobrze pamiętam słowa mojego niegdysiejszego duszpasterza, że Kościół nie jest instytucją charytatywną. Zostały one wypowiedziane w znaczeniu, jakoby ludzie nie powinni od Kościoła oczekiwać działań charytatywnych, bo Kościół jest od sprawowania Sakramentów, od modlitwy i ewangelizacji. Encyklika Deus caritas est staje na całkiem przeciwnym stanowisku:
Wewnętrzna natura Kościoła wyraża się w troistym zadaniu: głoszenie Słowa Bożego (kerygma-martyria), sprawowanie Sakramentów (leiturgia), posługa miłości (diaconia). Są to zadania ściśle ze sobą związane i nie mogą być od siebie oddzielone. Caritas nie jest dla Kościoła rodzajem opieki społecznej, którą można by powierzyć komu innemu, ale należy do jego natury, jest niezbywalnym wyrazem jego istoty. (tamże, 25a)
Tak stanowcze ujęcie tej sprawy świadczy o jej wielkiej wadze. W dalszych punktach Benedykt XVI mówi o specyficznym charakterze charytatywnej działalności Kościoła, o tym, jakie osoby powinny i mogą się do tej pracy zabierać oraz w jaki sposób to czynić. W tym kontekście - jak zaznacza papież - szczególnej mocy nabiera Hymn o Miłości z 1 Kor 13:
Św. Paweł (...) naucza nas, że caritas jest zawsze czymś więcej, niż zwyczajną działalnością: "Gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic mi nie pomoże" (w.3). Hymn ten powinien być Magna Charta całej posługi kościelnej (...). (tamże, 34)
Encyklika ta, poprzez odniesienie najpierw do eros i agape, a potem do caritas, pięknie pokazuje jedność i jednolitość życia chrześcijańskiego, a także przypomina Kościołowi ścieżkę wytyczoną mu 2000 lat temu.
Jednakowoż, czytając ją, miałam również gorzką refleksję. Wiąże się ona z przytoczonym stanowiskiem mojego dawnego duszpasterza, dominikanina. Pomyślałam sobie bowiem, że pewnie nie on jeden próbuje przekazać ludziom, których ma pod swoją duszpasterską opieką, swoją własną wizję Pana Boga i Kościoła, nieraz diametralnie różną od oficjalnego stanowiska Kościoła. Zabolało mnie, że zostałam oszukana (słowa te padły już po ukazaniu się encykliki Deus caritas est), ale jeszcze mocniej zabolało, iż takie nieścisłości i samowolki burzą jedność Kościoła i mogą doprowadzić wielu ludzi - pojedynczych, ale razem tworzących całkiem sporą grupę - do fałszywych wniosków i zafałszowania wiary. Oby tylko dobry Bóg zechciał to wszystko prostować, a niepokornych?, niedouczonych?, ekscentrycznych?, kreatywnych?! kaznodziejów i duszpasterzy... nawracać na dobrą drogę, na Swoją drogę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)