Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dominikanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dominikanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 6 lipca 2014

choćby matka opuściła

Konfesjonał. Za kratką znajomy ojciec, który patrzy na mnie przez cały czas (jak mu jest tak wygodnie???). Dobra, jest wyznanie grzechów, jest pouczenie, naznaczenie pokuty, wreszcie rozgrzeszenie. I już, już rzucę tylko sympatyczne, ale zdawkowe Bóg zapłać...

I nagle, jak grom z jasnego nieba. Nie wiem, jak zdążył to wypowiedzieć w czasie mojego nabierania oddechu.

Pamiętaj, że Bóg cię bardzo kocha i przebaczył ci twoje grzechy.

Bóg mnie kocha. Choćby nikt na świecie już mnie nie kochał, to Bóg mnie kocha. Choćbym ja nie kochała, to Bóg mnie kocha. Choćby wszyscy zawiedli... i choćbym ja zawiodła... Bóg mnie kocha.

Dziękuję Ci, Boże, za wierzących księży. Za świętych księży.

wtorek, 4 czerwca 2013

wznoszę duszę moją

Dwie impresje.

Pierwsza impresja z wczoraj, ze spowiedzi. W konfesjonale siedzi ojciec-dziadunio, przygarbiony, uśmiechnięty. Mówi do mnie "dziewczynko" i że wszystko dobrze - że miesiąc temu byłam u spowiedzi, że odprawiłam pokutę, że przychodzę teraz. Wyznaję swoje grzechy, a ojciec-dziadunio przy każdym z nich mówi: ja cię nie potępiam. W połączeniu z "dziewczynką" i z tym, że wszystko "dobrze", wydawało mi się to pocieszne i miłe. Dopóki pod koniec spowiedzi nie uświadomiłam sobie, że to Jezus pierwszy powiedział Ja cię nie potępiam. Powiedział to do jawnogrzesznicy, która nawet nie musiała mówić głośno o swoich występkach. I że tak naprawdę mówi tak samo do mnie w tym momencie, kiedy ja przychodzę do Niego i nie wiem, gdzie oczy podziać. Mówi to do mnie ustami ojca-dziadunia, może dlatego, że do tej pory jakoś tego nie rozumiałam. Ja cię nie potępiam. Alleluja!

Druga impresja z dzisiaj, związana z Ewangelią czytaną na mszy (Mk 12,13-17). Chrystus, obejrzawszy denara, każe oddać go temu, do kogo on należy - Cezarowi. Jednocześnie jednak mówi, żeby Bogu oddać to, co należy do Boga. To, co ma na sobie obraz Boga, co jest do Niego przypisane. O czym innym może mówić, jeśli nie o człowieku, stworzonym przecież właśnie na obraz Boga, a szczególnie o chrześcijaninie, który nosi na sercu niezatarte znamię chrztu? Bóg pragnie mnie, Bóg się o mnie upomina. Nic tak nie należy do Niego, jak właśnie ja - Jego obraz i podobieństwo! Alleluja!

poniedziałek, 30 lipca 2012

cuda, cuda niepojęte

Rozpoczynam drugą turę czytania Nowego Testamentu. To takie dobre, kiedy wiem, że jeśli teraz mnie coś zaskoczy, to nie przez moją niewiedzę, ale przez to, że akurat Panu Bogu się tak spodobało. Może trzeba trochę wolniej, dać sobie i Bogu więcej czasu.

Wczorajsze kazanie o cudach wlało nową nadzieję w moje strudzone skądinąd serce. Do cudu potrzebny jest i Pan Bóg, i człowiek. I Jego wola, i człowieczy trud. Trzeba zrobić tylko to i wszystko to, co w ludzkiej mocy. Tak jak Apostołowie, przynosząc pięć chlebów i dwie ryby. Niby mało, ale co więcej mogli? Sprowadzenie piekarza z dostawą świeżego pieczywa raczej nie wchodziło w grę. Musi wystarczyć to, co akurat mogą zrobić. W życiu każdego z nas jest tak samo: zrobić tylko to i wszystko to, co można. Jeśli można tylko i aż pójść do lekarza specjalisty, to należy to zrobić, a Pan Bóg zajmie się resztą. W sumie - dobrze to wiedzieć, że Pan Bóg zajmuje się wszystkim tym, czym ja się zająć nie mogę.

I jeszcze słowa św. Tomasza z Akwinu, które tylekroć powtarzałam bez głębszego zastanowienia, że teraz tym mocniej wbijają się w głowę i w serce.

Zbliżam się w pokorze i niskości swej,
Wielbię Twój majestat, skryty w Hostii tej,
Tobie dziś w ofierze serce daję swe,
O, utwierdzaj w wierze, Jezu, dzieci Twe.

Mylą się, o Boże, w Tobie wzrok i smak,
Kto się im poddaje, temu wiary brak,
Ja jedynie wierzyć Twej nauce chcę,
Że w postaci chleba utaiłeś się.

Bóstwo swe na krzyżu skryłeś wobec nas,
Tu ukryte z Bóstwem człowieczeństwo wraz,
Lecz w Oboje wierząc, wiem, że dojdę tam,
Gdzieś przygarnął łotra, do Twych niebios bram.

Jak niewierny Tomasz twych nie szukam ran,
Lecz wyznaję z wiarą, żeś mój Bóg i Pan,
Pomóż wierze mojej, Jezu, łaską swą,
Ożyw mą nadzieję, rozpal miłość mą.

Ty, coś upamiętnił śmierci Bożej czas,
Chlebie żywy, życiem swym darzący nas,
Spraw, bym dla swej duszy życie z Ciebie brał,
Bym nad wszelką słodycz Ciebie poznać chciał.

Ty, co jak Pelikan Krwią swą karmisz lud,
Przywróć mi niewinność, oddal grzechów brud,
Oczyść mnie Krwią swoją, która wszystkich nas
Jedną kroplą może obmyć z win i zmaz.

Pod zasłoną teraz, Jezu, widzę Cię,
Niech pragnienie serca kiedyś spełni się,
Bym oblicze Twoje tam oglądać mógł,
Gdzie wybranym miejsce przygotował Bóg.

piątek, 9 września 2011

apostolsko

Zdanie na dziś:
Bo ja nie wstydzę się Ewangelii.
(Rz 1,16)


Pan Bóg jest genialny.

I nawet podczas lektury Pisma świętego prześladuje mnie moja praca licencjacka ((...) wydał ich na pastwę na nic niezdatnego rozumu).

On sam jest sprawiedliwy i usprawiedliwia każdego, który żyje dzięki wierze w Jezusa. (Rz 3,26)

To wszystko tak pięknie się przenika, tak się układa. Nieogarniona wielkość mądrości, szał wzajemnych powiązań. Aż się prosi, żeby przytoczyć znalezioną dziś na facebooku krótką wymianę między dwoma znajomymi dominikanami:

Ojciec 1: Znajomy zapytał Nowosielskiego o jakąś książkę Ratzingera, czy dobra. A malarz się zamyślił i mówi: "Taaak, ciekawa... Ale wiesz, za bardzo mu się wszystko zgadza. To podejrzane"
Krystyna Czerni, Nietoperz w świątynni (biografia J. Nowosielskiego)

Ojciec 2: Tak, tak. Wiara jest najgłębsza wtedy kiedy nic się nie zgadza. A najlepiej kiedy nie zgadza się z tym co głosi Kościół, szczególnie katolicki. Nowosielski może i był wybitnym artystą, ale nie był wybitnym teologiem. Sorry, żaden autorytet.

Fakt, że Pismo jest tak doskonale zgodne wewnętrznie, nie może zasadzać się tylko na ludzkiej inteligencji. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek kiedykolwiek mógł sam według własnego klucza ułożyć to w całość tak spójną i uniwersalną. Musiał w tym maczać palce Ktoś nieskończenie mądrzejszy. Ot co.

sobota, 27 sierpnia 2011

chłód niebiańskich przedsionków


Intensyfikacja zabiegów około mojej pracy licencjackiej zmusza mnie do ponownego zagłębiania się w lekturę Sumy teologii świętego Tomasza z Akwinu. Myślę sobie, jak wyglądało jego życie duchowe. Kiedy czytam to monumentalne dzieło, mam nieustannie wrażenie, że z jednej strony musiał być bardzo blisko Pana Boga modlitwą i samym swoim byciem, a z drugiej strony - Bóg, którego przedstawia, jest tak zupełnie odległy i inny od tego, co znam z Ewangelii i w ogóle z Pisma świętego... Ten Bóg, którego przedstawia Tomasz, chwilami jawi się jako pospolity konstrukt myślowy.

Co więc znaczy teologia? I czym w tym kontekście jest świętość?

Czy święty zawsze musi być rozpalony Bogiem? Czy w świętości jest miejsce na chłód logicznego rozumowania?

Co możemy wiedzieć o Bogu? Czy na podstawie słów natchnionych proroków możemy, mamy prawo tworzyć sobie jakikolwiek obraz Boga? Czy nie należy raczej zostawić Go niepoznawalnym, bliskim, ale nieokreślonym, jak chcieliby Ojcowie pustyni?

Myślę, że święty Tomasz patrzy jakoś teraz na mnie i może nawet się cieszy, że pod wpływem jego dzieła zadaję te same pytania, na które on próbował znaleźć odpowiedź. I pewnie jego radość objawia się modlitwą do Boga, nieustannym wychwalaniem Tego, o którym tyle pisał w tak niepojęty sposób.

Święty Tomaszu, módl się za nami!


wtorek, 2 sierpnia 2011

pusto

Rzadko zdarza mi się bywać w kaplicy św. Józefa u wrocławskich dominikanów (zwanej kaplicą Adoracji), kiedy Adoracji już nie ma, to znaczy Najświętszy Sakrament jest chwilowo schowany do tabernakulum. Dzisiaj jednak miałam ku temu okazję.

Tak pusto. Już nawet nie chodzi o to, że światło padające zwykle na monstrancję było wyłączone. Po prostu było pusto. Nad tabernakulum, nieco z tyłu, wisi obraz Jezusa Miłosiernego. I wzrok jakoś usiłował się na nim skupić, ale ciągle uciekał w to miejsce, gdzie powinien być Pan Jezus. A Jego nie było. Jakby zasnął i nie chciał się obudzić, kiedy przyszłam do Niego z wizytą.

Chciałabym mieć tyle cierpliwości, co On. Żeby tyle czekać, tyle znosić, tyle cierpieć i nadal kochać, nadal czekać.

Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

piątek, 17 czerwca 2011

vox populi

Szanowna Redakcjo!
Zdecydowałam się napisać do Państwa w związku z felietonem ojca Jana Góry OP pt. "Beatyfikacja od dołu", opublikowanym w ostatnim numerze miesięcznika.
Ojciec Góra, opisując beatyfikację Jana Pawła II posługuje się metaforami i konstrukcjami, które ja, jako katoliczka, uważam za niedopuszczalne. Najpierw pisze, iż na rozpalonych twarzach pielgrzymów zobaczył "Jego oblicze". Mówienie o dostrzeżeniu w czyjejś twarzy czyjegoś oblicza dla katolika wiąże się prosto z Obliczem Chrystusa. Dalej ojciec Góra pisze o poznawaniu bł. Jana Pawła II po łamaniu chleba. Cały ten fragment wprawił mnie podczas lektury w konsternację - nie miałam pewności, czy dotyczy Chrystusa, czy Jana Pawła. Ostatecznie doszłam do wniosku, że jednak Jana Pawła. Poczułam się zniesmaczona, bo znak łamania chleba jest "zastrzeżony" dla Jezusa Chrystusa.
Powyższe uwagi nie wynikają z jakiegoś szczególnego wykształcenia teologicznego, ale z prostej intuicji wiernego, dla którego Ewangelia jest wciąż aktualnym przesłaniem, a jednocześnie Słowem bardzo bliskim. Jeśli ktoś chce to Słowo przeinaczać, naturalne jest reagowanie sprzeciwem. W dobie wolności słowa ojciec Jan Góra oczywiście może wyrażać, co mu się podoba. Z jego poglądami (i, w konsekwencji, tekstami) można się zgadzać bądź nie, ale nie to jest tutaj kluczowe. Kluczowa jest zgoda Redakcji na publikację tekstu, który w moim odczuciu zawiera nadużycia teologiczne.
Oczywiście można powiedzieć, że jest to tylko felieton, a więc specyficzny gatunek literacki, i nie podaje się w nim niczego ex cathedra. Myślę jednak - a nie jestem w tym odosobniona - że podobne wypowiedzi nie tylko nie wnoszą nic dobrego do świadomości katolika, ale wręcz mogą tę świadomość zaburzyć. Od "miesięcznika poświęconego życiu chrześcijańskiemu" oczekiwałabym wypowiedzi w tonie rzeczywiście chrześcijańskim. Moim zdaniem bezpośrednie odnoszenie do bł. Jana Pawła II (czy jakiegokolwiek świętego) słów mówiących o Jezusie Chrystusie zdecydowanie wykracza poza ten ton - zwłaszcza jeśli wychodzi z ust zakonnika, kapłana, duszpasterza. Stwarza bowiem zagrożenie potraktowania tej metafory dosłownie i uznania Jana Pawła za lokalnego bożka.
Nie postuluję tu tworzenia nowego Świętego Oficjum ani wprowadzania cenzury do miesięcznika. Proszę tylko o uwagę w doborze tekstów. Ewentualnie o jakąś rozsądną krytykę czy komentarz takich wywodów, zamieszczone na łamach. Proszę o to dla dobra wszystkich czytelników, z których nie wszyscy muszą myśleć krytycznie (nawet jeśli takie jest założenie Redakcji).
Z poważaniem,
a przede wszystkim z Panem Bogiem,
O.A., Wrocław


Tak. Wysłałam przed chwilą. Amen.

wtorek, 14 czerwca 2011

ach, ten charakter

Śpiewanie w scholi ma tę cudowną stronę, że można przypatrywać się ludzkim historiom poprzez sakramenty. Dzisiaj u wrocławskich dominikanów odbyło się bierzmowanie. Mszy przewodniczył i sakramentu udzielił ksiądz biskup Andrzej Siemieniewski. Dopełnienie sakramentu chrztu przyjęło 18 osób, w tym jeden dorosły.

Osiemnaście osób kolejny raz powiedziało Bogu tak. Mam nadzieję, że nie było to uroczyste pożegnanie z Kościołem w obecności biskupa. Że poniosą dalej to, co dzisiaj otrzymali, i zrobią to świadomie, dojrzale i odpowiedzialnie.

I fragment kazania księdza biskupa, który mi zapadł mocno w pamięć. Że ta chrześcijańska dojrzałość to tak naprawdę odpowiedzialność. Odpowiedzialności za swoją świętość, odpowiedzialność za zbawienie bliźnich, odpowiedzialność za Kościół. Ci młodzi przyjmowali ją dopiero dzisiaj. My, którzy im towarzyszyliśmy, w większości przyjęliśmy ją wcześniej. Co z tego wynika? I jak pomóc im w tym nowym zadaniu?

Poczułam się wtedy trochę jak taka starsza siostra, której obowiązkiem jest poprowadzenie niedoświadczonych młodych dalej.

sobota, 11 czerwca 2011

pojedynek gigantów?

Już sama myślałam, że dam spokój. Że może się czepiam, że przeginam, że przecież to nic złego. Jednak nie mogę. Muszę to napisać, bo eksploduję. Felieton o. Jana Góry OP w ostatnim numerze W drodze położył mnie na łopatki i czuję się zmieszana z błotem. Jeśli tak ma wyglądać polski katolicyzm, to ja wysiadam.

Felieton zaczyna się opisem drogi o. Góry i jego młodych podopiecznych na Mszę beatyfikacyjną do Rzymu. Opisem maksymalnie emocjonalnym i wskazującym na pewien kult jednostki (noszenie za nim krzesła przez młodzież, żeby sobie mógł usiąść?!). Ale nic to. Najlepsze (najgorsze?) zaczyna się mniej więcej w połowie artykułu. O. Góra opisuje, jak w drodze powrotnej zatrzymali się w jakimś hoteliku. Tu pozwolę sobie przytoczyć dość obszerne fragmenty, bo mi samej brakuje słów.
Tam po kolacji w podniosłej atmosferze robimy podsumowanie naszej pielgrzymki. Wspominając wczorajsze doświadczenie ulicy i placu, nawet nie spostrzegliśmy, że o 21:37 On* sam przyszedł do nas. Na rozpalonych twarzach pielgrzymów zobaczyłem Jego oblicze. Przyszedł, jak wtedy w Krakowie do okna, mówił spokojnie, wyraźnie, dobitnie. I chociaż Tole jest wysoko w górach, to spotkanie z Janem Pawłem nie było kwestią podwyższonego ciśnienia.

Tu następują cytaty z przemówień i homilii Jana Pawła II, okraszone odpowiedziami pielgrzymów na temat miejsca i daty. I dalej, coś, co mnie osobiście doprowadziło do łez:
Potwierdzały to rozpalone oczy pielgrzymów, zapatrzone w Jego portret wiszący na ścianie. On jest wśród nas. Skąd oni to wiedzieli? Bo serca nasze pałały. Byliśmy jak uczniowie zdążający do Emaus i poznaliśmy Go po łamanym chlebie. Łzy przemyły nasze oczy. Widzieliśmy Go wyraźnie w twarzach bliźnich, tak brzydkich i pospolitych, a przecież tak pięknych. Ja płakałem i miałem problemy z widzeniem, ale wierzę młodym, którzy lepiej widzą i czują, że On naprawdę był wśród nas i nas pobłogosławił. Chyba przez to, że byliśmy razem i stworzyliśmy wspólnotę, do której On dotarł, tak jak my dotarliśmy do Niego. (...) W tym hoteliku wieczorem mówiliśmy do siebie szeptem, aby nie zagłuszyć słów błogosławionego.

Nie jestem teologiem i nie mam takich aspiracji, ale jako dla osoby wierzącej i w swoją wiarę zaangażowanej powyższe fragmenty wskazują na pewne zagrożenie. Mówienie o bł. Janie Pawle łudząco przypomina i myli się z mówieniem o Chrystusie. Może się czepiam, ale to chyba Chrystusa, a nie Jego sługi, mamy widzieć w twarzach bliźnich. I to chyba Chrystusa, a nie Jego uczniów, mamy rozpoznawać po łamaniu chleba. A młodzi rzeczywiście lepiej czują niż dorośli, ale zdecydowanie gorzej myślą. Czy zadaniem dorosłych nie jest wskazanie im właściwego miejsca rozumu w wierze, zamiast podtrzymywania emocji religijnych?

Powracają do mnie wszystkie stłumione przez beatyfikację obawy. Że zrobimy sobie z bł. Jana Pawła jakiegoś bożka regionalnego, tym ważniejszego, że bliskiego i namacalnego. A przynajmniej że niektórzy tak zrobią. Można machnąć ręką i stwierdzić, że o. Jan Góra i Ruch Lednicki to nie moja sprawa, nie mój klimat, nie moja grupa. W moim odczuciu jednak troska o dobro Kościoła nakazuje mocno się tym interesować i występować przeciw, kiedy widzi się przegięcia.

Utworzenie frontu przeciw Janowi Górze, o czym pisałam jakiś czas temu, coraz bardziej się przybliża.

* wszystkie zaimki odnoszące się do bł. Jana Pawła zachowuję za tekstem oryginalnym, czyli pisane wielką literą.

środa, 8 czerwca 2011

finito

Wczoraj odbyło się ostatnie spotkanie Szkoły Odnowy WiarY, zwanej SOWĄ. Dzieła, w które przez cały rok wkładałam dużo czasu, pracy, zaangażowania i serca w ogóle. Za rok SOWY nie będzie - będzie coś innego, za co być może wezmę odpowiedzialność. Zobaczymy.

Myślę o tym, ile dobrego SOWA mi dała. Ile musiałam czytać, i to rzeczy, po które dobrowolnie pewnie bym nie sięgnęła - albo w każdym razie musiałabym się bardzo mobilizować. I ile z tych rzeczy są naprawdę potrzebne chrześcijanom, aby mogli pełniej żyć swoją wiarą. Myślę o tym, że gdyby nie SOWA, pewnie nadal byłabym średnio zorientowaną katoliczką bez szczególnej formacji.

Zastanawiam się, ile ja dałam SOWIE, a przede wszystkim ludziom, którzy pojawiali się na spotkaniach. Myślę, że za mało. Że można było więcej i że w przyszłym roku, jeśli będzie taka możliwość, spróbuję to naprawić. Nie chodzi o to, żeby mnie jeszcze bardziej podziwiali za wiedzę - ostatecznie każdy może sobie poczytać kilka mądrych książek czy dokumentów. Chodzi o to, żeby służyć ludziom jak najlepiej - ad maiorem Dei gloriam. Zastanawiam się, jak to robić. Co poprawić. Jeśli się uda, będą całe wakacje na przemyślenie tej kwestii. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Nie wiem, jak mam podziękować tym wszystkim, bez których SOWY by nie było: mojej Współodpowiedzialnej, duszpasterzowi, a także ludziom-słuchaczom, ludziom-dyskutantom, wszystkim ludziom, którzy się jakoś przewinęli przez spotkania. Tak naprawdę to ja im powinnam dziękować, a nie oni mnie (mi?). I nie wiem, jak.

środa, 13 kwietnia 2011

Komunii cud

Wczorajsze spotkanie SOWY, na którym w zasadzie nie powinno mnie być z racji stanu zdrowia (a jednak się dowlekłam), było bardzo owocne. Może nie powiedziałyśmy wszystkiego, co chciałyśmy (szczególnie ja), ale dla mnie owoc tego spotkania jest dużo większy i ważniejszy niż zrealizowanie celu.

Dzięki wypowiedzi jednej z uczestniczek dotarło do mnie mianowicie, że Chrystus Eucharystyczny działa także we mnie i w moim życiu. Że owoce Komunii, nazwane i opisane w Katechizmie Kościoła Katolickiego, nie są tylko pustymi sloganami. Że Komunia jest realna, chociaż nie trzeba jej doświadczać mistycznie. Owszem, byłoby fajnie, tak od razu widzieć i wiedzieć. Ale nawet jak nie ma tego och, to Jezus przemienia moje życie, zbliża mnie do Siebie, wiąże mnie ze Sobą coraz ściślej. Tak jak to ujęła owa dziewczyna: kiedy wychodzę z kościoła po Mszy, to Jezus trwa we mnie, gdy za każdym razem myślę sobie to jest dobre albo to jest złe. Niby takie proste, ale ileż się trzeba namęczyć, zanim przyjdzie zrozumienie tego faktu.

środa, 30 marca 2011

akcja-reakcja

Jarmark zakończył się sukcesem. Dzięki wszystkim, którzy przy nim pracowali, a przede wszystkim dzięki tym, którzy przyszli i korzystali z dobrodziejstw, sowicie za nie płacąc. Udało nam się zebrać 12 tysięcy złotych! Dzieciaki z Nowej będą miały wspaniałe wakacje, no i pewnie remont też się uda. Dziękuję w imieniu swoim, organizatorów i tych dzieci, którym pomogliśmy.

To nie był łatwy czas. Trudna była też Msza święta w niedzielę, kiedy wyrwałam się z Jarmarku tylko na tę godzinę. Nie mogłam wysiedzieć i zamiast myśleć o Panu Bogu, myślałam o tym, co się dzieje na moim stoisku, co trzeba zrobić, jak to organizować dalej. Pozostaje jedynie nadzieja, że Pan Bóg zna intencje i dlatego nie będzie zbyt surowy za to zupełne rozbicie.

Wczoraj na spotkaniu SOWY gościliśmy biskupa Andrzeja Siemieniewskiego, który mówił nam o sakramencie bierzmowania (w ramach cyklu spotkań o sakramentach). Wspominał o tym, że kiedy jego bratanek w Stanach Zjednoczonych przygotowywał się do bierzmowania w wieku 16 lat, musiał oprócz spełnienia innych warunków wylegitymować się konkretną liczbą odbytych godzin wolontariatu. Biskup mówił - a ja się z tym zgadzam - że to bardzo dobry pomysł, żeby młodego człowieka (i człowieka w ogóle), który ma pogłębić swoją relację z Bogiem, uczulać na obecność i potrzeby drugiego człowieka. Żeby ten sakrament miał przedłużenie w odnajdywaniu Boga w ludziach. Myślę sobie, że może trzeba by wprowadzić coś takiego także u nas. Wielu młodych angażuje się w różnego rodzaju wolontariaty, ale chodzi o to, że jako chrześcijanie (i to już dojrzali, jak sami często podkreślają) mają wręcz obowiązek świadczyć dzieła miłosierdzia. Znowu wraca encyklika Deus caritas est.

czwartek, 24 marca 2011

dobro się szerzy

Przyznać się muszę, że jak zwykle - jak trwoga, to do Boga.

Proszę o bardzo dużo modlitwy. Jutro zaczynają się ostatnie, najintensywniejsze przygotowania do kolejnego już, XXII Jarmarku Dominikańskiego.

Tradycyjnie w starym refektarzu w klasztorze oo. dominikanów we Wrocławiu (pl. Dominikański 2, wejście od ul. Janickiego) od godziny 9:00 w najbliższą niedzielę można będzie wypić herbatę i zjeść pyszne ciastka i - uwaga - kanapki :) w jarmarkowej kawiarence; nabyć używane ubrania po okazyjnych cenach w lumpeksie; nabyć używane książki w jarmarkowym antykwariacie; wziąć udział w loterii fantowej z ciekawymi i wartościowymi nagrodami; kupić masę różnych innych rzeczy, książek, biżuterii i kto wie, czego jeszcze. A to wszystko dla dzieciaków ze świetlicy środowiskowej przy ul. Nowej we Wrocławiu - żeby mogły pojechać na wakacje, a po nich wrócić do odnowionych pomieszczeń świetlicy.

Pomoc? Więc, jak już wspomniałam wcześniej, najpierw modlitwa, dużo modlitwy. Za koordynatorów i za odpowiedzialnych za poszczególne stanowiska - o siły i zapał do pracy. Za ojców dominikanów i za wszystkich dobrodziejów Jarmarku - o Boże błogosławieństwo dla nich. I wreszcie za dzieciaki, dla których te pieniądze zbieramy - żeby startowały w życie z dobrym kapitałem.

A po modlitwie można przynieść ciasto do kawiarenki albo pomóc w sprzątaniu po zakończeniu Jarmarku. Ale głównie pomóc można swoją obecnością w tłumie kupujących - oczywiście w charakterze kupującego :) Polecam, zapraszam :)

niedziela, 20 lutego 2011

psikus

Dziś w kościele pozytywne zaskoczenie.

Znowu Msza nie u dominikanów, tym razem z braku możności. Dla odmiany u czarnych (diecezjalnych). I kazanie, które naprawdę było dobre. Może trochę przydługie, zwłaszcza pod koniec, ale dobre. I dotyczyło Ewangelii. Ksiądz Piotr sporo też cytował innych fragmentów Dobrej Nowiny. Jakoś tak podświadomie czekałam na jakieś nawiązanie do sługi Bożego Jana Pawła II - w końcu taka piękna Liturgia Słowa o przebaczeniu, pokorze, miłowaniu nieprzyjaciół. I się nie doczekałam - na szczęście, ale ku własnemu ogromnemu zdziwieniu. Lubię być tak zaskakiwana.

(A niektóre myśli z kazania jakoś wiązały mi się bardzo z tym, co wyczytałam na temat filozofii św. Tomasza Akwinaty, ale to już całkiem inny temat).

Są jeszcze mądrzy księża w naszym kraju, ale dużo bardziej budujące jest, że znajdują się oni także poza zakonem dominikanów :)

(A moja babcia zabiła mnie dziś pytaniem: To jak się to twoje zgromadzenie nazywa? Dominikanie? O ile mi wiadomo, nie wstępowałam do żadnego. Zwłaszcza do męskiej gałęzi.)

piątek, 4 lutego 2011

konceptualnie

Kiedy dzisiaj kończyliśmy żmudne spotkanie odpowiedzialnych w duszpasterstwie, zmówiliśmy Chwała Ojcu. Wypowiadając słowa doksologii, czułam się tak, jak czują się niektórzy ludzie w kościele, kiedy na Idźcie w pokoju Chrystusa odpowiadają Bogu niech będą dzięki - że się wreszcie skończyło.

A przecież dziękuje się nie za to, że (ani że wreszcie)się skończyło - tylko za to, że skończyło się tak, a nie inaczej.

My mogliśmy się na przykład powyrzynać nawzajem na tym spotkaniu. A Pan Jezus mógł się wcale nie ofiarować na okup za nasze winy, związane lub niezwiązane z tymże wyrzynaniem.

Dwie natury Chrystusa są czymś tak niepojętym, że naprawdę trudno to sobie zracjonalizować (to ostatnio jedno z moich ulubionych słów). Człowiek i Bóg jednocześnie. Jako Bóg miał odwieczny plan. Jako człowiek mógł wybrać, zdecydować. Jako Bóg wiedział przed stworzeniem, że to stworzenie będzie musiał odkupić. Jako człowiek modlił się do Boga, aby umieć przyjąć dzieło odkupienia na swoje barki. Niepojęte. Żadnym pojęciem nie da się tego oddać.

piątek, 28 stycznia 2011

z przepisanych mięs i ziół

Z racji dzisiejszego dominikańskiego święta świętego Tomasza z Akwinu (jednego z moich ulubionych świętych), dla odetchnienia od jego dzieł filozoficznych sięgnęłam po hymn Pange lingua jego autorstwa (do posłuchania tutaj). Trzecia strofa mnie poruszyła.
W noc ostatnią przy wieczerzy
z tymi, których braćmi zwał,
pełniąc wszystko jak należy,
czego przepis prawny chciał,
Sam Dwunastu się powierzył
i za pokarm z rąk Swych dał.

Poruszyła mnie ona w kontekście pół żartem, pół serio rzucanych pod moim adresem oskarżeń o faryzejską postawę w kwestii liturgii. Taż tu jest pięknie wskazany argument za należytą troską o liturgię, jej godność, jedność, trwałość i piękno.

Pan Jezus rewolucjonizował, jak już kiedyś pisałam. Robił rzeczy, których nikt inny by nie zrobił, wprowadzał zamęt we współczesny sobie świat. A jednak - w tej konkretnej chwili, kiedy spożywał wieczerzę paschalną z Apostołami, postępował według Prawa, które ustanowiono przed Nim. Kto jak kto, ale On miał pełne prawo powiedzieć: robię to dla Mojego Ojca, więc Ojciec na pewno się nie obrazi, jeśli zrobię to inaczej niż wszyscy. Nie powiedział tego, nie zrobił inaczej niż wszyscy. Wprowadził tylko jedną Rewolucję, na sam koniec, a był to naprawdę szczególny wzgląd duszpasterski, jeśli w ogóle można tak powiedzieć.

Ostatnią Wieczerzę, sprawowaną według Prawa, nazywamy ustanowieniem sakramentu Eucharystii. Myślę, że w związku z tym powinniśmy trzymać się przepisów, które w temacie liturgii ustanawia Matka-Kościół. Są na świecie ludzie mądrzejsi od nas, a przypuszczalnie także bliżsi sprawom Bożym. Odrobinę zaufania. Po co udziwniać, skoro proste też działa?

środa, 19 stycznia 2011

krucjata

Mimo zamiłowania do czytania wszystkiego, które to zamiłowanie nie gaśnie, a wręcz się pogłębia, czasem myślę sobie, że jak człowiek za dużo czyta, to niekoniecznie dobrze dla jego głowy. Tym razem chodzi mi o artykuł na stronie Zakonu Kaznodziejskiego.

Po jego przeczytaniu dotarło do mnie, że chyba naprawdę wytoczę jakąś krucjatę. Nie widzę innego wyjścia. Zrobię to całkiem formalnie, żeby móc do tej krucjaty zaciągnąć wszystkich, którzy chcą zachować resztki zdrowego rozsądku w Kościele.

Nie wiem, w jaki sposób okno, nie tylko z Pałacu Arcybiskupów Krakowskich na Franciszkańskiej, ale w ogóle jakiekolwiek okno umieszczone w kaplicy ma być realizacją testamentu z homilii pogrzebowej kard. Ratzingera, że Jan Paweł II patrzy na nas z okna Domu Ojca. Pomyślałabym, że o. Góra się z nas, biednych owieczek, nabija, ale niestety - prawdopodobnie mówi i myśli w ten sposób całkiem poważnie (przypuszczam tak na podstawie felietonów, które pisze dla dominikańskiego W drodze).

Zastanawiam się, czy Mszał, z którego Jan Paweł II korzystał, brewiarz, z którego się modlił, szkaplerz, który nosił czy wreszcie parkiet, po którym chodził (!) są jakimiś relikwiami, które trzeba zbierać? Kiedy przeczytałam ten artykuł kilka dni temu, pierwszym moim skojarzeniem było, że kiedy byłam mała i na skutek przymusowego rozłączenia z moim ukochanym ojcem widywałam go raz w miesiącu, to budowałam w pokoju takie małe ołtarzyki ze wszystkim, co się z nim jakoś wiązało: kartkami świątecznymi, listami, pamiątkami ze wspólnych wycieczek, kamizelką, którą przez przypadek zostawił za którymś razem... Skojarzenie to zamknęłam konstatacją, że jednak mi to minęło, kiedy miałam jakieś 13 lat. Widocznie ojcu Janowi i kilkorgu innym ludziom takie zachowanie wcale nie minęło i, co gorsza, minąć nie zamierza.

Tak, jest plus. Mieli tam, na Lednicy, rozważać przemówienie Jana Pawła II. Czyli coś z nauczaniem, nie tylko z narodowo-sentymentalnym szałem. I błagam: budujmy na tym. Na nauczaniu. A jak już dojdziemy do tego, że Jan Paweł II w swoim nauczaniu korzystał z tego, co Święta Matka Kościół powiedział lub próbował powiedzieć wcześniej, to już będzie w ogóle wspaniale.

Może jak założę formalnie tę krucjatę, to napiszę do o. Jana Góry, powołując się na głosy naprawdę licznych młodych katolików, którzy myślą podobnie?

piątek, 17 grudnia 2010

pseudowigilijno-paraopłatkowe

Spotkania opłatkowe nie zawsze są miłe. Ale mogą coś w życiu zmienić. Mogą wprowadzić rewolucję. W tym czasie intensywnych spotkań opłatkowych tego właśnie Wam życzę.

Mi się spełniło ;)




Czuwajcie i módlcie się, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie.

wtorek, 14 grudnia 2010

zmagania

Dziś w duszpasterstwie trudne pytanie. Dlaczego chodzisz na roraty?

Odpowiedzi padały różne. Bardzo pobożne i takie całkiem prozaiczne. Tak naprawdę warto sobie zadać takie pytanie. W środku Adwentu. Po co?

Trudno mi było znaleźć odpowiedź na pytanie. Może dlatego, że to takie - oczywiste. Roraty są i już, i się na nie chodzi. Jednakowoż to, co najbardziej pewne i oczywiste, wcale takie nie jest, kiedy trzeba podać jego racje.

Dlaczego ja chodzę na roraty? Bo to służba. Przy mikrofonie, o ile tylko stan zdrowia pozwala. I trochę też przemagania siebie - zrobić coś, na co w codzienności nie ma się siły i odwagi. Z tej niecierpliwości wyczekiwania różne rzeczy człowiekowi przychodzą. Dużo modlitwy trzeba. Bardzo dużo.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

znów cisza

Jarmark minął, zwieńczony tradycyjnym sukcesem :) Trzy dni wytężonej pracy - w tym wczorajszy najcięższy. Z perspektywą pomocy potrzebującym. A potrzebujące kręciły się po klasztorze, wystawiały jakieś przedstawienie, prezentowały przygotowane układy taneczne. Dostały ciepły obiad - kto wie, dla niektórych może pierwszy i ostatni w tym tygodniu.

Szczególnie przemawia podczas Jarmarku idea caritas jako jednego z trzech filarów działalności Kościoła katolickiego (Benedykt XVI, Deus caritas est). Właśnie tego filaru, który przychodzi nam zbudować i utrzymać najłatwiej. Trzeba go budować mocnym, pewnym, wytrzymałym. Budujmy! Dziś każdy ma szansę zagrać choćby przez chwilę Boba Budowniczego. Na szczęście coraz więcej ludzi ma tego świadomość i pragnie tę możliwość wykorzystać. Niech każdy z nas stara się o to, co dla bliźniego dogodne - dla jego dobra, dla zbudowania (Rz 15,2-3).

Ale oprócz tej caritas przemawia do mnie podczas Jarmarku cisza. Konkretnie ta cisza, która towarzyszy sprzątaniu w niedzielę wieczorem. Oczywiście jest pełno hałasu - wynoszenia mebli, zbierania śmieci, tych wszystkich gospodarskich czynności, bez których nic by się nie dało zrobić. A jednak jakoś działa ta cisza, kiedy do nikogo się nie mówi poza wymienianiem wskazówek, zasięganiem informacji organizacyjnych. Dobrze czasem pomilczeć, nawet nosząc worki pełne ubrań, myjąc olbrzymie garnki, zmiatając podłogi czy cokolwiek. To w zasadzie też dla dobra bliźniego i dla zbudowania, bo gdyby się w takiej chwili odezwać, to by można nabluzgać przypadkiem. Albo się pokłócić.

I myślę sobie, że gdyby Pan Bóg nie chciał takiej ciszy, to by nam na nią nie pozwolił. I sam też by nie pozwalał Sobie na milczenie.