Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 marca 2014

o mores!

Od blisko trzech miesięcy pracuję w Wielkiej Firmie. Nawet więcej - pracuję w centrali tej Wielkiej Firmy, więc nie mam do czynienia ze sprzedażą, z klientami, z planami sprzedażowymi i tak dalej. Wydawałoby się zatem, że moja praca powinna polegać przede wszystkim na zapewnianiu wysokiej jakości wykonywanych zadań. Otóż nic bardziej mylnego. Wielka Firma nie tylko nakłada sztywne limity ilości realizowanych spraw, ale też stawia innym za wzór pracy osoby, które ilości te znacznie - i sztucznie - zawyżają. Nie jest więc istotne popełnianie karygodnych błędów. Nie jest również istotne dodawanie bezsensownej pracy innym osobom z tego samego zespołu. Nie jest istotne podkładanie świni kolegom i koleżankom z zespołu. Istotne jest tylko to, ile się danego dnia spraw zrealizuje.

Powyższy fragment miał być wstępem do notki o etosie pracy. Im dłużej siedzę i myślę nad tym tematem, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie warto go podejmować. Przynajmniej w kontekście mojej Wielkiej Firmy. Pewnie także wielu innych Wielkich Firm. Każdego dnia my w Wielkich Firmach pozwalamy rozmieniać etos pracy na drobne - na limit, na premię, na skuteczność, na awans. Zresztą, czy w Mniejszych Firmach, a nawet w Całkiem Małych Firmach, nie dzieje się tak samo?

Więc może - cóż za śmiałe marzenie! - założę własną firmę, Całkiem Małą Firmę, w której etos pracy będzie na właściwym dla niego miejscu. A może nawet uda się tę Całkiem Małą Firmę rozwinąć w jakąś trochę większą i zatrudnić innych, młodych, i pokazać im, że etos pracy jest ważny.

Lubię sobie tak marzyć, kiedy szybko klikam między kolejnymi przyciskami mojej aplikacji firmowej. I w rytmie moich marzeń z każdą chwilą podnosi się wskaźnik zrealizowanych przeze mnie spraw.

środa, 28 sierpnia 2013

ars feminae

Posłuchaj, córko, spójrz i nakłoń ucha (...). Król pragnie twego piękna, on twoim panem, oddaj mu pokłon (Ps 45, 11-12).

Myślałam sobie trochę o tożsamości kobiety. W dzisiejszych czasach, w których kobiety mężnie (sic!) dochodzą swoich praw i przywilejów, ta tożsamość wydaje się być co najmniej zachwiana. Kim jestem ja-kobieta? Jaka jestem? Jakie jest moje powołanie?

Bardzo często, gdy w Kościele wspominamy jakąś świętą kobietę, usłyszeć można fargmenty psalmu 45. Król pragnie twego piękna, on twoim panem, oddaj mu pokłon. Cóż za seksizm i szowinizm jednocześnie, można by powiedzieć. A ja to widzę dokładnie inaczej.

Kobieta ze swej natury emanuje pięknem, które jest tak różne od piękna mężczyzny, że aż tego właśnie piękna potrzebuje jako uzupełnienia. Piękno kobiety zasadza się na wielu cechach, których nie chciałabym teraz roztrząsać. Istotniejsze wydaje mi się zwrócenie uwagi na fakt, że jakoś kobieta - więc także ja-kobieta - nie umie dziś lub nie chce zgodzić się na to swoje własne piękno. To, co Bóg jej dał, aby realizowała w świecie zewnętrznym i w intymności małżeństwa, jakoś nie może dojść na przeznaczone sobie miejsce. Nie myślę tu bynajmniej o umieszczeniu kobiety w kuchni i przy dzieciach na wieku wieków, amen. Myślę raczej o świadomości, że ja-kobieta jestem kimś więcej niż cyferki oznaczające moje zarobki i czym więcej niż tytuły naukowe albo skomplikowane nazwy szkoleń. (Z mężczyznami pewnie jest podobnie, ale ja-kobieta mówię teraz wyłącznie o kobietach).

Piękno kobiety tkwi w tym, co właśnie w wyniku swojej płci może ona dać innym. Czy to będzie seksistowskie, jeśli powiem, że kobieta może dać innym czułość, zrozumienie, opiekę, troskliwość, ale też wrażliwość, dostrzeganie piękna, cieszenie się nim? Niech sobie osiąga kolejne sukcesy, niech wspina się po szczeblach kariery, ale czyż nie może tego robić w iście kobiecym stylu, współgrającym z jej wewnętrznym pięknem?

Myślę sobie, że gdyby Pan Bóg chciał stworzyć dwie identyczne osoby, czyli na przykład mężczyznę A i mężczyznę B, albo - bardziej współcześnie - partnera 1 i partnera 2, to pewnie wiele innych rzeczy rozwiązałby inaczej (na przykład kwestię prokreacji, ale przede wszystkim - ludzkiej psychiki).

Kobieta z jej pięknem jest nam dziś potrzebna. Każdemu z nas. Kobiecie - jako przykład. Mężczyźnie - jako dopełnienie.

Król pragnie twego piękna (...)

czwartek, 21 lutego 2013

wszyscy jesteśmy heretykami

Natknęłam się właśnie na wywiad z profesorem Janem Hartmanem. Zasmucił mnie niepomiernie.

Ja rozumiem, że o chrześcijaństwie mówią nie tylko chrześcijanie, o katolicyzmie nie tylko katolicy. Rozumiem też, że jest to uprawnione, bo nie trzeba być ptakiem, żeby być ornitologiem. Nie rozumiem jednak, dlaczego człowiek, który nie ma zielonego pojęcia o doktrynie chrześcijańskiej, dogmatach, historii Kościoła, wypowiada się z taką stanowczością i pozorowaną znajomością tematu w sprawie, która tak naprawdę go nie dotyczy.

Jeśli człowiek z tytułem profesora wypowiada się publicznie, to mam chyba prawo oczekiwać, że ponad swoimi poglądami wykaże się pewną fundamentalną wiedzą. Na przykład nie powie, że rozróżnienie na dobro i zło, wyodrębnienie szatana, pochodzi z gnostycyzmu i nie występowało w jakimś pierwotnym chrześcijaństwie (czymkolwiek by ono było). Nie powie też, że 1 listopada obchodzimy święto przodków. Ani, że Maria i jej matka były dziewicami. Nie trzeba w to wierzyć, żeby mieć na ten temat wiedzę. To wszystko jest do przeczytania w ogólnodostępnych źródłach, nie jest to żadna wiedza tajemna. Człowiek z tytułem profesora powinien korzystać z ogólnodostępnych źródeł, skoro wypowiada się w temacie, który jest dla niego widocznie w jakiś sposób istotny.

A może ja po prostu za wiele wymagam?

poniedziałek, 19 listopada 2012

małe jest wielkie

Czytając kolejne doniesienia o projektach prawa zezwalającego parom homoseksualnym na adopcję dzieci, pomyślałam sobie nagle, że w przedziwny sposób łączy się ten temat z problemem zapłodnienia in vitro. Ogólnie rzecz biorąc, nie lubię wrzucania aborcji, eutanazji, antykoncepcji, in vitro i homoseksualizmu do jednego worka Sodomy i Gomory, ale tym razem chyba się przełamię.

Pomyślałam sobie bowiem, że i zapłodnienie in vitro, i adopcja dzieci przez pary homoseksualne, są wyrazem przerażającej tendencji uprzedmiotowienia dziecka. Dziecko ma być odpowiedzią na moje osobiste potrzeby. Przestaje być osobą - podmiotem, staje się rzeczą - przedmiotem. Można go nabyć - idąc do ośrodka adopcyjnego albo do tak zwanej kliniki leczenia niepłodności. Można go zostawić, kiedy przestanie być użyteczny. Mam silne wrażenie, że dla środowisk homoseksualnych kwestia adopcji dzieci jest właśnie zaradzaniem ich osobistym potrzebom. Jeśli wierzyć wypowiedzi z tego artkułu, wiele par homoseksualnych (przynajmniej we Francji) naprawdę nie chce adoptować dziecka, uważając, że powinno ono wychowywać się w rodzinie, to znaczy z mamą i tatą. O co zatem chodzi? Czy nie jest tak, że zgoda na adopcję dzieci przez takie pary będzie po prostu zrównaniem ich praw z prawami rodzin na całej linii? Czy nie jest to gra dzieckiem - żywą, czującą, myślącą osobą o własnej godności - dla uzyskania jakiegoś swojego celu? W tym wypadku cel ten wydaje się raczej czysto polityczny, może trochę kulturowy. W przypadku zapłodnienia in vitro jest on bardziej spersonalizowany. To ci konkretni rodzice mają jakieś potrzeby, które chcą zrealizować za pomocą dziecka.

Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na dobro dziecka, rozumiane jako poszanowanie jego godności i natury?

niedziela, 9 października 2011

evviva l'arte

Tym razem nic religijnego.

Ostatnio przechadzałam się po wrocławskiej Galerii Dominikańskiej (z dominikanami ma tyle wspólnego, że stoi przy placu nazwanym tym imieniem). Miałam trochę wolnego czasu i w związku z tym oglądałam wystawione w pasażu na poziomie -1 obrazy studentów wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. Są tam wystawione w ramach jakiegoś konkursu dla klientów galerii.

Przechadzając się między licznymi płótnami, z których niektóre naprawdę są bardzo ciekawe i wartościowe, pomyślałam, że to chyba znak naszych czasów. Galeria handlowa, w zależności od potrzeb, przyjmuje też rolę galerii sztuki. Mogę obejrzeć obrazy, a może nawet spotkać ich autorów, w przerwie między obiadem w restauracji typu fast food a zakupami w odzieżowym molochu sieciowym lub ekskluzywnym salonie obuwniczym. Nie tylko więc zakupy nie wymagają więc rytuału odwiedzin kilku różnych lokalizacji. Sztuka również dostępna jest na zawołanie, a do tego darmowo.

Czy zatem dochodzimy do punktu, w którym sztuka jako taka nie będzie już potrzebowała rytuału ze strony obserwatora? Doświadczyliśmy już sztuki użytkowej, doświadczamy sztuki wychodzącej do widza. Czy jednak wychodzenie do widza oznacza, że widz dla spotkania ze sztuką nie musi przekraczać siebie w żadnym wymiarze? Ani psychicznym, ani fizycznym, ani czasowym, ani żadnym innym? Może z nią obcować z siatami wypchanymi zakupami albo z lodem/ciastkiem/hamburgerem w ręku? A niebawem pewnie także w domowych kapciach i piżamie?

czwartek, 29 września 2011

anielsko

W związku z dzisiejszym świętem spróbowałam wyguglować coś na temat Archaniołów. Jedną z pierwszych stron, jakie się wyświetliły, była ta, tworzona przez niejaką panią Andrzejewską. To, co tam znalazłam, zadziwiło mnie niepomiernie. Po krótkim przeglądzie innych podstron nieco mi się rozjaśniło pod kopułą.

Na podstronie o aniołach autorka strony pisze tak: W moim życiu Anioły zajmują szczególne miejsce. Są dla mnie Światłem, są wsparciem i są czymś więcej: nadzieją, ze nasze modlitwy, westchnienia i marzenia o duchowości odnajdują sens. Piszę często, ze wierzę w Anioły, ale zgodnie z definicją w moim stosunku do Aniołów nie ma wcale wiary - jest pewność, miłość i wiedza, bo są One dla mnie tak oczywiste, jak drzewo rosnące za oknem. Od kiedy jest mi dane odczuwać inne energie, odbierać ich obecność, kwestia kontaktu i obcowania z Aniołami przestała być rozważana jako wiara lub nie. To raczej doświadczanie. Na początku uczyłam się rozpoznawać co manifestuje się obok, jakiego rodzaju energia, jak się przejawia, czego chce - jeśli w ogóle czegoś chce. Potem latami uczyłam się pracować najpierw z niższymi energiami - bo to rzecz jasna trudniejsze - potem z Aniołami. Dzisiaj już wiem, kiedy się pojawiają... Zweryfikowałam swoją wiedzę z innymi osobami, które mają podobny lub całkiem inny dar odbioru niewidzialnych energii. To na pewno w znacznym stopniu pomaga pracować z Aniołami. Coś już świta?

Jeśli dodamy do tego niejakie Karty Anielskie, astrologię, czakry, żywioły i inne niesamowitości, o których autorka szeroko się rozpisuje, sytuacja staje się jasna.

Czy w człowieku, będącym wszak homo religiosus, głód religii jest tak silny, że musi tworzyć swoją własną, żeby się w pełni odnaleźć? Chyba należałoby zapytać, o jakie odnalezienie chodzi - o odnalezienie siebie w religii czy odnalezienie religii w sobie?

Jeśli celem takiego gmatwania jest odnalezienie religii w sobie, to po cóż sięgać po byty i pojęcia pochodzące z innych, zewnętrznych religii? Nauka o aniołach ma proweniencję żydowską, została również rozwinięta przez chrześcijan. Czakry to pojęcie systemów wschodnich. Czy kompilowanie ich ze sobą i z innymi jest odnajdywaniem religii (duchowości) w sobie, czy może tworzeniem bytu fałszywego - wewnętrznie sprzecznego? (Fałszywego już choćby przez to, że immanencję, wewnętrzność, beztrosko przemienia z transcendencją, zewnętrznością).

Tu wychodzi to założenie religii chrześcijańskiej, które gwarantuje jej obiektywność, mianowicie założenie transcendencji Boga, Absolutu, wobec Jego stworzeń. Boga, a więc także duchowości i zbudowanej na niej religii, nie można szukać tylko w sobie, skoro Bóg ze Swej natury jest na zewnątrz. Duchowość zatem, realizująca się w każdym poszczególnym człowieku, jest czymś wobec niego zewnętrznym, bo odzwierciedla Boga w człowieku w ogóle, w ludzkości, jeśli można tak powiedzieć. Dlatego chrześcijaństwo nie poszukuje na siłę tego, co wygodne. Transcendencja, a także związana z nią obiektywność, nie musi być wygodna. Ona po prostu jest.


Archaniołowie Michale, Gabrielu i Rafale, módlcie się za nami!

poniedziałek, 26 września 2011

tak nas, Chryste, w Swoim złącz Kościele

Moja praca licencjacka, już przecież napisana i obroniona, ciągle daje o sobie znać.

Jeśli bowiem modlę się pod wpływem daru języków, duch mój wprawdzie się modli, ale umysł nie odnosi żadnych korzyści. Cóż przeto pozostaje? Będę się modlił duchem, ale będę się też modlił i umysłem; będę śpiewał duchem, będę też śpiewał i umysłem. Bo jeśli będziesz błogosławił w duchu, jakże na twoje błogosławieństwo odpowie 'Amen' ktoś niewtajemniczony, skoro nie rozumie tego, co ty mówisz? Zapewne piękne jest twoje dziękczynienie, lecz drugi tym się nie zbuduje.
1 Kor 14,14-17


Doświadczenie Boga, będące doświadczeniem wiary, wymaga pewnej obiektywizacji, aby można je było przedstawić drugiemu człowiekowi. Skrajna indywidualizacja spotkania z Bogiem czyni z niego prywatną religię. Każdy może mieć swoją religię, bo przecież każdy z nas inaczej Boga doświadcza. Właśnie o to chodzi św. Pawłowi. Doświadczamy Boga indywidualnie, ale nie w oderwaniu od całości naszego życia i naszego otoczenia. Wszak chwilę wcześniej w tym samym liście mowa jest o tym, że wszyscy jesteśmy Ciałem Chrystusa. Oko doświadcza rzeczywistości inaczej niż ręka, ale to doświadczenie staje się w jakiś sposób dostępne dla ręki - za pośrednictwem umysłu - właśnie po to, aby i ona mogła działać zgodnie ze swoją naturą. Doświadczenie wiary, polegające na spotkaniu z Bogiem konkretnego człowieka, musi również być w pewien sposób - za pomocą umysłu - obiektywizowane i udostępnianie innym ludziom. Są oni przecież innymi członkami tego samego Ciała, do którego i ja należę.

środa, 14 września 2011

nic dwa razy się nie zdarza...

Na podstawie ostatnich (zwłaszcza dzisiejszych) doświadczeń przychodzi mi do głowy pytanie, jak to w życiu jest w kwestii przypadkowości bądź przeznaczenia? No dobra, z przeznaczeniem to doktryna katolicka jakoś sobie poradziła :) Ale co z przypadkiem? Czy wszystkie dobre złożenia różnych sytuacji należy traktować jako działanie Boga? A może właśnie w drugą stronę, że nie należy ich w ogóle tak traktować? Że Pan Bóg nie zawraca Sobie głowy (ach, cóż za antropomorfizacja...) takimi drobnostkami, jak obrona licencjatu, rozmowa kwalifikacyjna na studia i takie tam?

Z jednej strony nie można chyba powiedzieć, że nie interesuje się całkiem. Że zostawia nas samych ze wszystkimi naszymi wielkimi i małymi problemami.

Z drugiej strony, zwracanie się do Niego z każdą najmniejszą bolączką może skutkować zatarciem głównego celu człowieka i skrzywieniem perspektywy relacji z Bogiem. Bo wtedy przestaje się myśleć o świętości, o zbawieniu, o radowaniu się Bogiem, a zaczyna się myśleć o Nim jako o uniwersalnej pomocy życiowej. Jak trwoga, to do Boga.

Jak to wypośrodkować? Jak odczytywać rzeczywistość, w której żyjemy, i doświadczenia, które są naszym udziałem?

środa, 7 września 2011

poobronnie

Wczoraj wieczorem modliłam się tak: Panie Boże, ja wiem, że zawaliłam, ale weź coś z tym zrób, ten jeden, ostatni już raz. I przyszła chwila namysłu. Wcale nie jeden i pewnie wcale nie ostatni, jeśli poza takimi modlitwami nie podejmę czegoś więcej. To nie była miła refleksja, zwłaszcza na kilka godzin przed obroną licencjatu.

Wniosek: trzeba się częściej wsłuchiwać w swoje własne modlitwy. Ale też jeszcze częściej w głos Boga. I nie zwalać wszystkiego na Niego. On da radę ze wszystkim - wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję. Nie znaczy to jednak, że trzeba Go zarzucać problemami, z którymi łatwo (albo tylko trochę trudniej) można sobie dać radę samemu.

To trochę tak, jak z kwestią teologii i filozofii. Teologia zawiera nie tylko to, co objawione, ale i to, co objawialne, czyli co można poznać rozumem, ale Bóg to objawił dodatkowo, bo jest to konieczne do zbawienia. A filozofia zawiera wszystko to, co można poznać rozumem przyrodzonym, a co do zbawienia konieczne nie jest, więc i objawione być nie musi.

W naszym życiu są obszary, w których Boża pomoc jest konieczna po to, żebyśmy do Niego doszli, chociaż bez tej pomocy może też by nam się udało. Ale jest cała masa spraw, w których Boża pomoc jest oczywiście możliwa (u Boga nie ma nic niemożliwego), ale nie jest konieczna. Więc może by tak przejąć większą odpowiedzialność za te właśnie rzeczy?

sobota, 27 sierpnia 2011

chłód niebiańskich przedsionków


Intensyfikacja zabiegów około mojej pracy licencjackiej zmusza mnie do ponownego zagłębiania się w lekturę Sumy teologii świętego Tomasza z Akwinu. Myślę sobie, jak wyglądało jego życie duchowe. Kiedy czytam to monumentalne dzieło, mam nieustannie wrażenie, że z jednej strony musiał być bardzo blisko Pana Boga modlitwą i samym swoim byciem, a z drugiej strony - Bóg, którego przedstawia, jest tak zupełnie odległy i inny od tego, co znam z Ewangelii i w ogóle z Pisma świętego... Ten Bóg, którego przedstawia Tomasz, chwilami jawi się jako pospolity konstrukt myślowy.

Co więc znaczy teologia? I czym w tym kontekście jest świętość?

Czy święty zawsze musi być rozpalony Bogiem? Czy w świętości jest miejsce na chłód logicznego rozumowania?

Co możemy wiedzieć o Bogu? Czy na podstawie słów natchnionych proroków możemy, mamy prawo tworzyć sobie jakikolwiek obraz Boga? Czy nie należy raczej zostawić Go niepoznawalnym, bliskim, ale nieokreślonym, jak chcieliby Ojcowie pustyni?

Myślę, że święty Tomasz patrzy jakoś teraz na mnie i może nawet się cieszy, że pod wpływem jego dzieła zadaję te same pytania, na które on próbował znaleźć odpowiedź. I pewnie jego radość objawia się modlitwą do Boga, nieustannym wychwalaniem Tego, o którym tyle pisał w tak niepojęty sposób.

Święty Tomaszu, módl się za nami!


środa, 27 lipca 2011

żadna praca nie hańbi

Myślę sobie, jak wiele racji mieli Jan Paweł II i ks. Tischner, kiedy mówili i pisali o etyce pracy.

Myślę o pracy polegającej, przykładowo, na przekonywaniu ludzi do produktu, o którym prywatnie można myśleć najgorsze rzeczy, ale który trzeba przedstawić jako najlepsze rozwiązanie. Poza tym z doświadczenia wiem, że w takich firmach wszystko, co robi pracownik, jest restrykcyjnie kontrolowane. Rejestracja każdego wejścia i wyjścia, każdej przerwy i tysiąca innych informacji na temat pracy każdej osoby w systemie komputerowym.

Zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest miejsce na uczciwość. Rozumiem, że te wszystkie zabezpieczenia i kontrole wprowadzono przez to, że pracownicy nagminnie oszukiwali. Ale zastosowanie takich środków wcale nie spowoduje, że ludzie przestaną oszukiwać. Coś takiego musi brać się z wewnętrznej potrzeby i wolnej decyzji, a nie ze zwykłego, narzuconego odgórnie braku możliwości. Czasem może to wyglądać jak zwykła tresura, prowadzanie na krótkiej smyczy. Nie ma zaufania do pracownika.

O tym właśnie pisali Jan Paweł II i Józef Tischner. O zaufaniu, o uczciwości. Nasza hołubiona nowoczesność coraz bardziej wypiera te dwa składniki z ludzkiej pracy. W końcu to nic złego, że używamy najnowszych technik, że idziemy z duchem czasu. A że duch czasu w tym wypadku źle wpływa na ducha ludzkiego - cóż, takie są widocznie koszty uzyskania przychodu...

poniedziałek, 30 maja 2011

wolność - kocham i rozumiem?

Prowadziłam dziś lekcje z licealistami na temat etyki św. Augustyna. Fascynujące, jak młodzi ludzie potrafią być krytyczni, poszukujący i twórczy.

Myślę jednak o czymś innym. O wolności. Starożytna koncepcja wolności mówiła, że istotą wolności jest dążenie do bycia w zgodzie z własną naturą. Skoro ludzka natura jest dobra (bo człowiek stworzony jest przez Boga, a absolutnie dobry Bóg nie może stworzyć czegoś złego), to jego wolna wola powinna dążyć właśnie do osiągnięcia dobra. Trudno zrozumieć to nam, którzy wyrośliśmy w kulcie wolności jako zdolności dokonywania wyboru między dobrem a złem.

Przypomina mi się to, co dawno temu mówił mój ówczesny duszpasterz: że po złożeniu ślubów wieczystych w większości sytuacji pokusy jest łatwiej, bo jest się dobrze ukierunkowanym. Wiadomo, dokąd trzeba zmierzać, do czego trzeba dążyć - wiadomo, gdzie znaleźć Boga. Wolna wola człowieka po ślubach jest zatem wolna w sposób doskonalszy, bo jest bliższa swojej naturze.

Czy tak samo jest po przyjęciu sakramentu małżeństwa? Chciałabym, żeby tak było. Doświadczenie z innymi sakramentami pokazuje jednak, że niekoniecznie się tak dzieje. Dlaczego z małżeństwem miałoby być inaczej?

Tak czy siak, boli mnie trochę współczesne rozumienie wolności. Pomieszanie wolności z samowolą. Wyłączenie wolności z jej konotacji moralnych. Czy da się coś z tym zrobić?

czwartek, 19 maja 2011

anatomia

Fragment z artykułu, który przeczytałam kilka dni temu:
Podczas przeżywania orgazmu dochodzi do aktywizacji kory przedczołowej mózgu. Jego osiągnięcie jest jednoznaczne z wejściem w inny stan świadomości – to tylko niektóre wnioski z badań zespołu prof. Barry'ego Komisaruka z Rutgers University w amerykańskim Newark. Ich celem jest poznanie mechanizmu leżącego u podłoża seksualnego pobudzenia. Jego zrozumienie może prowadzić do stworzenia nowych terapii bólu. Orgazm ma bowiem właściwości przeciwbólowe.


Zastanawiam się, do czego dąży to wszystko. Orgazm jest nam dany jako związany z aktem małżeńskim (choć, jak wiadomo, występuje też w aktach pozamałżeńskich). Po co kawałkować ludzkie doznania? Wyodrębniać orgazm jako osobną czynność fizjologiczną, żeby potem wznosić go do rangi osobnej wartości? Nic tu nie jest dane samo dla siebie. Pan Bóg (czy, jak kto woli, matka natura) wszystko dobrze przemyślał i ułożył. Ingerowanie w to Boskie ułożenie staje się coraz bardziej radykalne, a przez to coraz bardziej obrzydliwe (vide sposób przeprowadzania wspomnianych eksperymentów). Gdzie i kiedy nastąpi koniec?

Inna sprawa, że stworzenie nowych terapii bólu jest wyrazem naszej ponowoczesnej kondycji i kultury, która dąży do wyparcia tego, co najbardziej ludzkie - jak śmierć, cierpienie, ból, brzydota - na rzecz tego, co istnieje w (specyficznie ludzkiej) wyobraźni. Pokażmy dzieci cierpiące na rzadkie choroby, ale w taki sposób, żeby nie pokazać rzeczywistego cierpienia, bólu, choroby. Powiedzmy o śmierci kogoś znanego, ale zróbmy to w taki sposób, żeby tę śmierć maksymalnie zdehumanizować. Wymażmy z naszej rzeczywistości ból poprzez rozmaite środki, tabletki, czopki, wreszcie terapie bólu. Dajmy sobie prawo do bycia człowiekiem - ale tylko w takim wymiarze, jaki nie wymaga pytania o sens.

środa, 11 maja 2011

liturgicznie

Jakiś wielki mam problem z wewnętrzną zgodą na śpiewanie Alleluja teraz. Weszło mi w krew powstrzymywanie się od tego w Wielkim Poście. Ciężko mi się przestawić. Dziwne, bo zawsze dotąd było na odwrót: to Wielki Post był czasem walki ze śpiewem Alleluja, natomiast okres wielkanocny stanowił powrót do normalności.

Dziś podczas Mszy świętej czytana była 3. prefacja wielkanocna. Niezwykle mocno uderzyły mnie słowa: Raz ofiarowany więcej nie umiera, lecz zawsze żyje jako Baranek zabity. Ofiara Chrystusa była jedna i wystarczyła. To, co mamy w sakramencie Eucharystii, to pamiątka i uobecnienie tamtej zbawczej Ofiary. Aby do tego uobecnienia mogło dojść, Chrystus musi żyć właśnie jako zabity Baranek. Trudno sobie wyobrazić, jak w ogóle można żyć jako zabity baranek. Chrystus jest żywy mimo śmierci, w którą musiał wejść, ale to zabicie, którego doznał, jest w Nim stale obecne, jakoś Go naznacza. Dlatego Chrystus doskonale rozumie nasze bóle, niepokoje, nasz grzech, naszą słabość. Żyje jako zabity, czyli jako ten, który poznał naturę człowieka od wewnątrz. (Jeśli mówimy o Bogu i człowieku, to tylko człowieka można zabić - Bóg sam przecież jest życiem, nie można Mu odebrać Jego samego).

czwartek, 28 kwietnia 2011

święta, święta

Zmartwychwstanie Chrystusa. Chciałoby się przeżywać je stale. Na szczęście daje realne owoce. Nawet jeśli trudno dostrzegalne w szarej codzienności. Coś okraszonego piękną oprawą muzyczną, staraniem liturgicznym, przyjaznymi twarzami i ogólną atmosferą święta jest dużo łatwiejsze do przeżywania niż jego owoce.

Niesamowita historia Abrahama i Izaaka. Historia, którą tysiące lat później Soren Kierkegaard wykorzystał do wykazania paradoksu myślenia religijnego. To musi być paradoks. Bez niego nie ma religii, bez niego nie ma wiary. Chciałoby się tę wiarę włożyć w ładną ramkę i postawić na biurku, gdy tymczasem ona powinna się właśnie wszelkim ładnym ramkom wymykać.

Ogromne świadectwo dorosłych, wstępujących do wspólnoty Kościoła. Czy wierzysz...? - Wierzę. Jak niesamowite może być Boże działanie, że przywodzi do Niego ze wszystkich krańców świata, materialnego i duchowego.

Ustąpcie od nas, smutki i trosk fale,
gdy nasz Zbawiciel tryumfuje w chwale!




Alleluja!

niedziela, 20 lutego 2011

psikus

Dziś w kościele pozytywne zaskoczenie.

Znowu Msza nie u dominikanów, tym razem z braku możności. Dla odmiany u czarnych (diecezjalnych). I kazanie, które naprawdę było dobre. Może trochę przydługie, zwłaszcza pod koniec, ale dobre. I dotyczyło Ewangelii. Ksiądz Piotr sporo też cytował innych fragmentów Dobrej Nowiny. Jakoś tak podświadomie czekałam na jakieś nawiązanie do sługi Bożego Jana Pawła II - w końcu taka piękna Liturgia Słowa o przebaczeniu, pokorze, miłowaniu nieprzyjaciół. I się nie doczekałam - na szczęście, ale ku własnemu ogromnemu zdziwieniu. Lubię być tak zaskakiwana.

(A niektóre myśli z kazania jakoś wiązały mi się bardzo z tym, co wyczytałam na temat filozofii św. Tomasza Akwinaty, ale to już całkiem inny temat).

Są jeszcze mądrzy księża w naszym kraju, ale dużo bardziej budujące jest, że znajdują się oni także poza zakonem dominikanów :)

(A moja babcia zabiła mnie dziś pytaniem: To jak się to twoje zgromadzenie nazywa? Dominikanie? O ile mi wiadomo, nie wstępowałam do żadnego. Zwłaszcza do męskiej gałęzi.)

piątek, 4 lutego 2011

konceptualnie

Kiedy dzisiaj kończyliśmy żmudne spotkanie odpowiedzialnych w duszpasterstwie, zmówiliśmy Chwała Ojcu. Wypowiadając słowa doksologii, czułam się tak, jak czują się niektórzy ludzie w kościele, kiedy na Idźcie w pokoju Chrystusa odpowiadają Bogu niech będą dzięki - że się wreszcie skończyło.

A przecież dziękuje się nie za to, że (ani że wreszcie)się skończyło - tylko za to, że skończyło się tak, a nie inaczej.

My mogliśmy się na przykład powyrzynać nawzajem na tym spotkaniu. A Pan Jezus mógł się wcale nie ofiarować na okup za nasze winy, związane lub niezwiązane z tymże wyrzynaniem.

Dwie natury Chrystusa są czymś tak niepojętym, że naprawdę trudno to sobie zracjonalizować (to ostatnio jedno z moich ulubionych słów). Człowiek i Bóg jednocześnie. Jako Bóg miał odwieczny plan. Jako człowiek mógł wybrać, zdecydować. Jako Bóg wiedział przed stworzeniem, że to stworzenie będzie musiał odkupić. Jako człowiek modlił się do Boga, aby umieć przyjąć dzieło odkupienia na swoje barki. Niepojęte. Żadnym pojęciem nie da się tego oddać.

sobota, 18 grudnia 2010

mea

Rewelacyjna książka - Józefa Tischnera Historia filozofii po góralsku. Dla wszystkich rozmiłowanych w gwarze góralskiej i/lub odpornych na filozofię :)

A w niej rewelacyjne zdanie, oczywiście ciut wyrwane z kontekstu, ale znaczenie pozostaje raczej zbliżone do zamierzonego przez Autora.

Tak to bywo: źle se siednies, a pote krzycys, ze Pon Bóg winien.

Oooj tak. Czasem słyszę od znajomych ateistów i innych, że my, katolicy (albo chrześcijanie w ogóle) mamy lepiej, bo mamy na kogo zwalić winę za nasze porażki. Jak nam się coś nie układa, to hyc!, podkładamy to autorstwu Pana Boga i już nam lepiej, już wygodniej. Ewentualnie można jeszcze powiedzieć, że Bóg tak chciał, taki niby przejaw zdania się na Jego wolę. I niby nie bluźnimy wtedy, bo przecież nie przypisujemy Mu wprost winy.

Trudno i boleśnie to zrobić, ale trzeba sobie w pewnym momencie swojego życia powiedzieć jasno i wyraźnie: za swoje życie odpowiedzialny jestem ja sam - przed sobą i przed Bogiem. Jego wola działa w moim życiu w zdecydowanie mniejszym zakresie, niż bym tego chciał. Niepowodzenia, których doznaję, porażki, które przeżywam, są skutkiem moich niedociągnięć, błędów, a jeśli nie moich, to innych ludzi, z którymi przyszło mi się spotykać, pracować i tak dalej. Pan Bóg jest na tyle miłosierny, że może mnie z takich opresji wyciągnąć - czasem za uszy, żebym dotkliwie odczuł swoją odpowiedzialność - ale to jest tylko i wyłącznie kwestia Jego miłosierdzia, a nie poczucia winy czy potrzeby rekompensaty.

Tak to bywo: źle se siednies, a pote krzycys, ze Pon Bóg winien.

Trzeba z tym mocno, usilnie walczyć. Ot co.

wtorek, 30 listopada 2010

keine Grenzen?

Siedząc dziś na uczelni w czasie okienka, mimowolnie byłam świadkiem rozmowy kilkorga obcych mi osób. Podczas gdy ja próbowałam się skupić na lekturze Fromma (o tym, być może, kiedy indziej), oni gadali o różnych, mniej lub bardziej związanych z filozofią rzeczach. W pewnym momencie rozmowa zeszła na kupowanie ciuchów i jedna z siedzących tam dziewczyn wyznała bez cienia żenady: Bo wiecie, ostatnio weszłam do lumpeksu i nie miałam w ogóle kasy, a były tam takie ciuchy, które normalnie musiałam mieć! No i wzięłam je do przymierzalni, wrzuciłam do torebki i wyszłam. (Mi osobiście szczęka opadła, więc zręcznie udałam, że to od ziewania). Jej znajomi byli zaskoczeni tą historią; jeden z chłopaków powiedział, że ukradła - i ona się zgodziła, powtarzając to słowo kilkukrotnie. Potem ten sam chłopak powiedział, że kradzież to kradzież, więc owa dziewczyna jest złodziejką. Na te słowa święcie (sic!) się oburzyła: Ukradłam tylko dwie rzeczy, to znaczy, że jeszcze nie jestem złodziejką!

Teraz, z dystansu, mogę tylko zapytać: gdzie leży granica, poza którą można już będzie nazwać tę dziewczynę złodziejką?

czwartek, 4 listopada 2010

równaj!

Moje praktyki w szkole są w rozkwicie, a same hospitacje zbliżają się do obowiązkowego progu 22 godzin. Dziś lekcja w II klasie liceum.

Dowiedziałam się, że Jezus, podobnie jak Sokrates, uznawał dualizm antropologiczny oraz był absolutystą moralnym. Podobnie jak Sokrates, poniósł śmierć za swoje poglądy. Również podobnie jak grecki (wolno)myśliciel miał silną więź z matką, ale - to zostało wyraźnie zaznaczone - nie był maminsynkiem. Różnił się od Sokratesa przede wszystkim tym, że nie uznawał intelektualizmu etycznego. Nie miał żony i dzieci, a w każdym razie nic o tym nie wiadomo - podczas gdy Sokrates miał żonę i trzech synów. Gdzieś pod koniec zauważono, że Jezus, w przeciwieństwie do Sokratesa, nie miał biologicznego ojca. Aha, i jeszcze - że Jego nauczanie miało wymiar transcendentny, a Sokrates podkreślał zawsze, że mówi o ludziach i dla ludzi.

Jednym słowem, co za dużo, to niezdrowo.