Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świadectwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świadectwo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 grudnia 2012

kto się przyzna

Niby błahe zajęcia na uczelni. Takie rozluźniające, przedświąteczne. Niby błahe zadanie, napisania własnego tekstu związanego tematycznie ze świętami. Cóż to jest dla kogoś z tak lekkim piórem jak moje? I potem... potem trzeba to było przeczytać na forum. Siedząc na środku sali, mając dookoła siebie ludzi całkiem innych pod wieloma względami niż ci w duszpasterstwie.

Nie przypuszczałam, że tak to przeżyję. Że stracę oddech, że będę się trząść i że tylko Chrystus mnie przytrzyma na tamtym miejscu.

Może to niewiele, tylko krótka modlitwa. Dla mnie to był całkiem inny wymiar. Po półtora roku deklarowania się jako katoliczka - a nawet toczeniu dysput na temat wartości uznawanych za chrześcijańskie - dopiero teraz pokazałam im tego Pana Jezusa, dla Którego wszystko i przez Którego wszystko. Cholera, trudne to było. (Rozwijające).


Przyszedłeś. Wyczekiwany, wytęskniony, zapowiadany. I lipa, miejsce było tylko w ubogim domu w ubogiej mieścinie. Zawiodłeś oczekiwania wszystkich. Pewnie nawet własnej Matki.
Przez cały Adwent czekamy na Twoje nadejście, na Apokalipsę. Na koniec świata, chyba szczególnie w tym roku, skoro daliśmy się przekonać pogańskim kalendarzom, a nie Twojej Ewangelii. Kiedy przyjdziesz? Czy w tym roku, kiedy wspomnimy i uczcimy Twoje narodzenie, przyjdziesz jakoś do każdego z nas? Pewnie znowu zawiedziesz. Pewnie nie przyjdziesz i nie usiądziesz przy suto zastawionym stole z uśmiechniętą, radosną rodziną, śpiewającą sobie kolędy i obdarowującą się prezentami.
Proszę, przyjdź do rodziny pogmatwanej, obolałej, smutnej, tej bez wiary, bez nadziei, bez miłości, tej uśmiechającej się dwa razy do roku, która składa sobie sztampowe życzenia, byle uniknąć szczerości. Przyjdź jako dziecko - szczere, otwarte, bezkompromisowe. Tylko Ty masz w tym wszystkim sens, tylko Ty możesz nadać go naszym przygotowaniom, karpiom, choinkom, pasterkom, opłatkom. Chcę w to wierzyć.
Przyjdź, Panie Jezu!

piątek, 27 lipca 2012

balonik

Pan Bóg na pewno dobrze wie, co w męczeństwie Jego wyznawców płynęło z Jego Ducha i czy nie było tam czysto psychicznego, a więc bezwartościowego duchowo, nadmuchiwania się.
Jacek Salij OP, Zło, cierpienie, nadzieja


Myślę sobie, że to jest niesamowicie silna pokusa: osiągnąć dzięki wierze komfort emocjonalny czy psychiczny. Że ja to już jestem tak blisko Boga, że bliżej to się chyba nie da. A nawet jeśli się da, to przecież jest mi tak dobrze, że wszyscy powinni mnie naśladować, a na pewno trafią do Boga tak, jak i ja.

To brzmi raczej jak groźba. Myślę, że jednym z kroków w stronę nawrócenia jest zrozumienie i uznanie, że wiara nie służy do zaspokojenia emocjonalnych braków czy zaleczenia psychicznych zranień. Ona pewnie może doprowadzić do dobrych skutków w tych dziedzinach, ale nie to jest przecież jej celem.

wtorek, 24 stycznia 2012

gra półsłowek

Czas sesyjny skłania do refleksji wszelakich, a zwłaszcza tych niezwiązanych ze studiami.

Czas sesyjny składa się w niebanalną całość z wersetem Psalmu 127: Daremne jest wasze wstawanie przed świtem i przesiadywanie do późna w nocy. Wpadłam na to dobrze ponad rok temu i do tej pory się mnie trzyma. Niezależnie od prawdziwości tego złożenia, trzeba jednak poruszyć związany z tym wątek.

Obracając się w środowisku katolickiej młodzieży (głównie studenckiej), mam okazję uczestniczyć bądź przysłuchiwać się przeróżnym rozmowom. W wielu z nich przewijają się motywy z Pisma Świętego, z ksiąg liturgicznych, pism wielkich ludzi Kościoła i tak dalej. W czym problem? W tym, że za często? Może raczej w tym, że w zaskakujących kontekstach. Przykłady można mnożyć, a skoro tak, to oprócz przytoczonego wyżej (z Psalmem 127 i sesją) nic równie zwięzłego mi do głowy aktualnie nie przychodzi.

Może jest tak, że im głębiej wchodzi się w pewne tajemnice, tym bardziej doświadcza się ich wielkości, głębi, niezrozumiałości, a skoro tak, to chce się je jakoś oswoić. Oswojenie to, tak jak w sytuacjach, o których mówię, można osiągnąć przez zestawienie tych tajemnic z szarą codziennością profanum. Przez trywializowanie. Przez zabawy słowne, skądinąd często błyskotliwe i zabawne. Może nie da się za długo wytrzymać w stanie odległości i powagi sacrum. Jednakowoż zabawy słowne z Pismem Świętym i w ogóle świętymi tekstami nie są zwykłymi zabawami słownymi. To są słowa, które niosą ogromne znaczenie, których waga i wymowa są o wiele głębsze i wymagają jakiegoś zatrzymania się.

I być może się nad tym zatrzymujemy - w ciszy swojego serca, w modlitwie, w medytacji. Problem, moim zdaniem, pojawia się w momencie, kiedy nie dajemy temu w ogóle wyrazu na zewnątrz. Kiedy postronny człowiek może pomyśleć, że za wiele sobie pozwalamy. Bo, tak myślę, granica poufałości z Panem Bogiem i Jego Słowem leży dużo bliżej, niż nam się wydaje.

Nie pisałabym o tym, gdyby mnie to bezpośrednio nie dotyczyło, gdybym nie zauważała tego także u siebie.

Może więc więcej pokory nam trzeba.

poniedziałek, 26 września 2011

tak nas, Chryste, w Swoim złącz Kościele

Moja praca licencjacka, już przecież napisana i obroniona, ciągle daje o sobie znać.

Jeśli bowiem modlę się pod wpływem daru języków, duch mój wprawdzie się modli, ale umysł nie odnosi żadnych korzyści. Cóż przeto pozostaje? Będę się modlił duchem, ale będę się też modlił i umysłem; będę śpiewał duchem, będę też śpiewał i umysłem. Bo jeśli będziesz błogosławił w duchu, jakże na twoje błogosławieństwo odpowie 'Amen' ktoś niewtajemniczony, skoro nie rozumie tego, co ty mówisz? Zapewne piękne jest twoje dziękczynienie, lecz drugi tym się nie zbuduje.
1 Kor 14,14-17


Doświadczenie Boga, będące doświadczeniem wiary, wymaga pewnej obiektywizacji, aby można je było przedstawić drugiemu człowiekowi. Skrajna indywidualizacja spotkania z Bogiem czyni z niego prywatną religię. Każdy może mieć swoją religię, bo przecież każdy z nas inaczej Boga doświadcza. Właśnie o to chodzi św. Pawłowi. Doświadczamy Boga indywidualnie, ale nie w oderwaniu od całości naszego życia i naszego otoczenia. Wszak chwilę wcześniej w tym samym liście mowa jest o tym, że wszyscy jesteśmy Ciałem Chrystusa. Oko doświadcza rzeczywistości inaczej niż ręka, ale to doświadczenie staje się w jakiś sposób dostępne dla ręki - za pośrednictwem umysłu - właśnie po to, aby i ona mogła działać zgodnie ze swoją naturą. Doświadczenie wiary, polegające na spotkaniu z Bogiem konkretnego człowieka, musi również być w pewien sposób - za pomocą umysłu - obiektywizowane i udostępnianie innym ludziom. Są oni przecież innymi członkami tego samego Ciała, do którego i ja należę.

piątek, 8 lipca 2011

zmarnowanie

Niesamowite, jak różnymi i niespodziewanymi drogami Bóg prowadzi nas od małych dóbr do większych, od radości do szczęścia, od doświadczenia do mądrości.

Z drugiej strony, równie niesamowite jest, jak wiele otrzymanych od Niego szans najzwyczajniej marnujemy, bo zamykamy się w swoim wygodnym światku bezpiecznej pychy i prostoty. Tyle okazji do pokory i świadczenia, a tak mało działania!

(Autokrytyka czasem jest potrzebna).

Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

czwartek, 28 kwietnia 2011

święta, święta

Zmartwychwstanie Chrystusa. Chciałoby się przeżywać je stale. Na szczęście daje realne owoce. Nawet jeśli trudno dostrzegalne w szarej codzienności. Coś okraszonego piękną oprawą muzyczną, staraniem liturgicznym, przyjaznymi twarzami i ogólną atmosferą święta jest dużo łatwiejsze do przeżywania niż jego owoce.

Niesamowita historia Abrahama i Izaaka. Historia, którą tysiące lat później Soren Kierkegaard wykorzystał do wykazania paradoksu myślenia religijnego. To musi być paradoks. Bez niego nie ma religii, bez niego nie ma wiary. Chciałoby się tę wiarę włożyć w ładną ramkę i postawić na biurku, gdy tymczasem ona powinna się właśnie wszelkim ładnym ramkom wymykać.

Ogromne świadectwo dorosłych, wstępujących do wspólnoty Kościoła. Czy wierzysz...? - Wierzę. Jak niesamowite może być Boże działanie, że przywodzi do Niego ze wszystkich krańców świata, materialnego i duchowego.

Ustąpcie od nas, smutki i trosk fale,
gdy nasz Zbawiciel tryumfuje w chwale!




Alleluja!

wtorek, 22 lutego 2011

duchem z Duchem

Niesamowite, kiedy widzi się człowieka dobrze przygotowanego na swoją śmierć. Taki spokój, który wszystko wygładza i wyjaśnia. Szczera rozmowa o Panu Bogu i o Jego miejscu w naszym życiu. Jak wiele może zmienić oddanie swego cierpienia właśnie Jemu! Moja babcia, o której we wrześniu pisałam, że ma już dość życia i że przykro tego słuchać, teraz prosi o modlitwę w intencji szczęśliwej śmierci i z uśmiechem mówi, że ma za kogo ofiarować te cierpienia, dlatego jest jej lżej.

Wielkie, piękne świadectwo.

Na pożegnanie powiedziała mi: Niech cię Bóg błogosławi. Przypomniało mi się błogosławieństwo z Księgi Liczb. Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze Swe nad tobą, niech cię obdarzy Swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze Swoje i niech cię obdarzy pokojem (Lb 6,24-26). Myślę sobie, że może to ostatnie pożegnanie, które babcia do mnie skierowała; nie mogę tego wiedzieć, ale jeśli tak jest, to właśnie tak powinno ono wyglądać.

środa, 26 stycznia 2011

testament

Wczorajsze święto nawrócenia świętego Pawła wskazuje na dwie, moim zdaniem maksymalnie istotne, rzeczy.

Pierwsza - dość banalna i standardowa, ale to przecież jej nie dyskwalifikuje: na nawrócenie nigdy nie jest za późno. Święty Paweł miał krew na rękach, był mordercą - jak to mówił na Mszy świętej o. Marcin. I nawet w takiej sytuacji można pójść za Bożym głosem i dobrze go wykorzystać.

Druga: nawrócenie grzesznika jest świętem. Momentalnie stają przed oczami sceny z przypowieści ewangelicznych - o synu marnotrawnym, o zgubionej drachmie, o dobrym pasterzu. Może kolejny banał, to chyba nie takie istotne. Świętujemy nawrócenie świętego Pawła, bo dzięki temu wydarzeniu my jesteśmy tym, kim jesteśmy. Ilu jest ludzi, których nawrócenie powinniśmy świętować, gdybyśmy tylko o nim wiedzieli? Bo taki nawrócony może wiele w naszym życiu zmienić, może je z Bożą pomocą i pod Bożym natchnieniem przestawić na lepsze tory. Z tym świętowaniem wiąże się też bardzo ważna rzecz - modlitwa. Modlitwa o nawrócenie. Tylu ludzi - nie wyłączając przecież nas samych - potrzebuje nawrócenia. I modlitwa o dobre wykorzystanie Bożej pomocy.

Myślę sobie, że nawrócenie jest procesem. I może nawet jest procesem permanentnym. Innym jednak od permanentnej rewolucji. Nie prowadzi od jednej skrajności do drugiej. Prowadzi do tej Jedynej, ostatecznej Skrajności, ku której zmierzamy wszyscy, czy tego jesteśmy świadomi, czy nie. Takie wydarzenie, jak nawrócenie świętego Pawła, to w zasadzie moment inicjujący. Życie sprzed nawrócenia przecież nie znika z pamięci - dalej w niej istnieje, ale to dobrze. Utwierdzenie się w nowym jest niesamowicie trudne bez pamięci o starym. Może chodzi o to, żeby to nowe było stale nowe. Nie, nie - bez rozpamiętywania, taplania się w błocie przeszłości. Jak to zrobić?

Odpowiedź - chyba w listach św. Pawła.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

skarbiec

Czytanie dokumentów Soboru Watykańskiego II jest pracą angażującą umysł i serce, chwilami żmudną, chwilami nudną, ale warto. Wczoraj wieczorem czytałam Dekret o apostolstwie świeckich Apostolicam actuositatem (nie, to nie jest mój sposób spędzania wolnego czasu). Serce mi urosło. Jak wielka mądrość, roztropność i uwaga przebijają z zapisanych tam słów! Jak to dobrze, że w Kościele działają tak mądrzy, pracowici i nastawieni na Boga ludzie. Myślę sobie, że skoro mamy taki skarbiec wiedzy o sprawach Bożych w świecie, to naprawdę powinniśmy z niego często i obficie czerpać. Zaczynając od Pisma świętego, to jasne. Ale nie ograniczając się tylko do niego, sięgać także po dokumenty soborów, po pisma papieży, po wszelkie w ogóle dokumenty Kościoła. Jesteśmy wspólnotą i powinniśmy funkcjonować także w oparciu o dobra, które udało nam się wypracować.

Zdania z Apostolicam actuositatem, które mnie urzekły:
Przynaglani miłością, która jest z Boga, świadczą dobro wszystkim, a zwłaszcza braciom w wierze (Gal 6,10), usuwając "wszelką złość oraz wszelki podstęp, obłudę, zazdrość i wszystkie obmowy" (1 P 2,1) i pociągając w ten sposób ludzi do Chrystusa. A miłość Boża, która "rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który jest nam dany" (Rz 5,5), uzdalnia ludzi świeckich do wyrażania w swoim życiu naprawdę ducha błogosławieństw ewangelicznych. Idąc za ubogim Jezusem, nie upadają na duchu z powodu niedostatku ani nie nadymają się z powodu obfitości dóbr doczesnych; naśladując Chrystusa pokornego nie są chciwi próżnej chwały (por. Gal 5,26), ale starają się więcej podobać Bogu niż ludziom, zawsze gotowi opuścić wszystko dla Chrystusa (por. Łk 14,26) i prześladowanie cierpieć dla sprawiedliwości (por. Mt 5,10), pomni na słowa Pana: "Jeśli kto chce za mną iść, niech się zaprze samego siebie i weźmie krzyż swój i naśladuje mnie" (Mt 16,24). Pielęgnują między sobą przyjaźń chrześcijańską, spieszą sobie nawzajem z pomocą w każdej potrzebie.
Stan małżeński i rodzinny, bezżenność lub wdowieństwo, sytuacja chorobowa, działalność zawodowa i społeczna winny wyciskać na tej duchowości świeckich swoiste znamię. Niech więc świeccy nieustannie rozwijają otrzymane przymioty i zdolności odpowiadające owym warunkom życia i niech używają właściwych sobie darów, otrzymanych od Ducha Świętego. Poza tym świeccy, którzy idąc za swym powołaniem, wstąpili do któregoś ze stowarzyszeń lub instytutów zatwierdzonych przez Kościół, niech zarazem usiłują przyswoić sobie wiernie szczególne znamię życia duchowego, właściwe tym instytutom.
Niech również cenią sobie wysoko kwalifikacje zawodowe, zmysł rodzinny i obywatelski oraz cnoty odnoszące się do życia społecznego, jak: uczciwość, poczucie sprawiedliwości, szczerość, uprzejmość, siłę ducha, bez których nie może się utrzymać życie prawdziwie chrześcijańskie.
Doskonałym wzorem takiego życia duchowego i apostolskiego jest Najświętsza Maryja Panna, Królowa Apostołów, która w czasie życia ziemskiego, podobnego do innych, pełnego trosk rodzinnych i pracy, jednoczyła się zawsze najściślej ze swoim Synem i współuczestniczyła w całkiem szczególny sposób w dziele Zbawiciela; teraz zaś wniebowzięta, "dzięki swej macierzyńskiej miłości opiekuje się braćmi swego Syna, pielgrzymującymi jeszcze oraz narażonymi na niebezpieczeństwa i utrapienia, dopóki nie zostaną doprowadzeni do szczęśliwej ojczyzny". Niech wszyscy z wielką pobożnością oddają jej cześć i niech powierzają jej macierzyńskiej opiece swoje życie i apostolstwo.

środa, 12 stycznia 2011

szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie

Pan Bóg nie daje człowiekowi szczęścia bez powodu. Tak myślę. Jak już takie szczęście dostanie w dłonie, to po pierwsze, trzeba je umocnić, żeby się nie rozsypało przy pierwszym ruchu, a po drugie - trzeba je dobrze wykorzystać. Dla innych. Trzeba to szczęście pomnożyć, czy raczej dać mu się pomnożyć samemu. I tym szczęściem jeszcze trzeba świadczyć.

Pierwszy aspekt bez drugiego nie ma sensu. Drugi bez pierwszego - tym bardziej.

Praca, praca, praca. W dzisiejszym kazaniu o. Marcin mówił o tym też. Że jak się widzi jakieś pole, na którym trzeba pracować, to nie ma co stanąć i biadolić, tylko się trzeba zabrać do roboty. Praca, praca, praca.

sobota, 8 stycznia 2011

próba

Przychodzą takie chwile, kiedy człowiek musi całe dotychczasowe teoretyczne gadanie przekuć w czyn. W żywe świadectwo. Dobrze, kiedy się ma obok siebie kogoś, kto na ten temat myśli podobnie. Ba, myśli tak samo!

Trochę lęku i niepokoju, że takiej próby przejść się nie da. Że coś pójdzie źle, zaszwankuje. Że, krótko mówiąc, całe dotychczasowe gadanie było maksymalnie teoretyczne i miało charakter raczej pobożnych życzeń niż realnych planów postępowania.

I jednocześnie płynąca ze wspólnej modlitwy pewność, że musi się udać, że będzie dobrze.

To nie jest słitaśna nocia gloryfikująca tę drugą osobę. W każdym razie nie takie było moje zamierzenie, kiedy pisałam. To jest raczej próba odnalezienia się w tym wielkim pozytywnym zawirowaniu, i to w taki sposób, żeby nigdy, przenigdy nie stracić z oczu Pana Boga. Bo to dzięki Niemu to wszystko. Po prostu.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

fejsbukowe obserwacje

Obserwując działalność w sieci wielu moich znajomych, którzy deklarują się jako katolicy, a nawet chodzą regularnie do kościoła i praktykują na różne inne sposoby, zastanawiam się, jak to z nami, chrześcijanami, katolikami, jest. Dają się wyróżnić zasadniczo trzy postawy:

1) katolik cukierkowo słodki. Jest maksymalnie ugrzeczniony i ukulturalniony, zawsze z dobrą radą i uśmiechem, a jak się przy nim przeklnie, to się łapie za uszy, żeby co złe nie weszło do głowy.

2) katolik mieszający się z tłumem. Skoro jego znajomi, choćby nie byli katolikami, zachowują się w sposób katolicki, to i jemu się zdarzy. Ale jeśli jego znajomi łamią wszelkie kanony postępowania, ułożone przez Chrystusa, to i on tym nie pogardzi. Jest równym ziomem, bo oprócz tego, że da się z nim iść codziennie na wódę, na laski i Bóg wie (sic!), gdzie jeszcze, to jeszcze chodzi do kościoła (a często także do duszpasterstwa albo innej grupy formacyjnej).

3) katolik zrównoważony. Jakoś zawsze znajduje dobre wyjście z sytuacji. Nie udaje na siłę świętego, raczej stara się do tej świętości dążyć. Swoje małe i większe słabości przyjmuje jako bodziec do pracy i nie robi z nich czegoś unormalniającego.

Trzecia postawa jest jakoś najrzadziej obierana. Przynajmniej według moich obserwacji. Ciekawe to. Bo przecież katolik jest inny, często jest ponad pewnymi rzeczami, ale jednocześnie jest bardziej ludzki, niż to się zwykle wydaje. Tak trudno o tym pamiętać?

piątek, 10 grudnia 2010

Pomoc Kościołowi w Potrzebie

Artykuł, który mną wstrząsnął. W zestawieniu z niedawną notką mojej Współodpowiedzialnej.

Na co się zdaje nasza tolerancyjność? Dlaczego do niej dążymy? Czy właśnie przez takie prześladowania? A może jesteśmy prześladowani i dyskryminowani, bo w jakiś przedziwny sposób dajemy na to pozwolenie?

I jakże się różni chrześcijaństwo na Zachodzie od chrześcijaństwa w krajach Wschodu, Bliskiego i Dalekiego. Jak różni się świadectwo, które się składa tu i tam. Apostoł - świadek - martyr - męczennik.

Omnes sancti martyres, orate pro nobis!

wtorek, 7 grudnia 2010

banałowy song

Człowiekowi się zdaje, że już tyle przeszedł. I tyle się wysilił, żeby zdobyć ten najwyższy jak dotąd szczyt. A jak już na tym szczycie stanie, złapie oddech i się rozejrzy, to zobaczy. Najpierw - ile mu się udało przejść, jakie przeszkody pokonał. A potem - ile jeszcze przed nim.

Właśnie tak patrzę i - o dziwo - mina mi wcale nie rzednie. Przecież dalsza droga ma jeszcze większy sens niż wszystko, co do tej pory. Będzie ciężko. Ale na końcu będzie - jak to mówią w moim duszpasterstwie - godnie i grubo. Bo na końcu czeka Ten, który mnie zawołał i ciągle ciągnie w Swoją stronę. To chyba trochę tak, jakbym wisiała na linie, a On mnie wciągał w górę, żebym stanęła na szczycie. Na tym szczycie, który jest naprawdę godny tego, by się o niego starać. No więc jak sama nie mogę, nie umiem, nie mam siły - to mnie podciągnie.

Bo kiedy nie umiemy się modlić, to sam Duch Święty modli się w nas.

Ale nie o tym było dzisiaj na rekolekcjach. Dzisiaj było o byciu świadkiem. Niespecjalnie lotnie, nieprzesadnie głęboko, trudno mi coś w tym znaleźć dla siebie. Na pewno miło się słuchało. Banał ubrany w ładne słowa nie przestaje być banałem, ale czasem dobrze sobie takie rzeczy przypomnieć. Myślę też, czy nie jest trochę tak, że banał jest relatywny względem czasu. Znaczy - to, co teraz jest dla mnie banałem, kiedyś było największym odkryciem, które na długo zmieniło myślenie. I znowu - jeśli teraz odkrywam coś nowego, to może się okazać, że za rok, dwa, dziesięć, stanie się takim samym banałem jak to, na co teraz patrzę z dystansu. Przychodzi mi też do głowy pytanie, co sprawia, że tak ważne rzeczy się banalizują?

sobota, 4 grudnia 2010

przepustka

Ponieważ aktualnie pisanie jest jedynym bezbolesnym i w ogóle bezproblemowym sposobem komunikowania się ze światem, notka może być dłuższa niż zwykle :)

Kościół przypomina nam dzisiaj o dwojgu świętych, którzy dali dwa różne świadectwa o Bogu. Uderzyła mnie różnica między nimi.

Pierwsza jest św. Barbara. W mojej świadomości zawsze funkcjonowała jako patronka górników, chyba przez szkolne wbijanie do głów informacji o barbórce. Po przeczytaniu jej żywotu przez dłuższą chwilę nie mogłam nic powiedzieć (i nie miało to nic wspólnego z uwarunkowaniami fizjologicznymi). Tak dotkliwe męczarnie mogą zostać przyjęte jedynie poprzez wiarę, bardzo wielką wiarę. (Albo przez spore odstępstwo od normalności, ale przecież nikt nie zakłada, że człowiek wierzący jest normalny, czyli zgodny z tym, co we współczesnym świecie jest powszechnie przyjmowane). Świadectwo, które mało kto jest w stanie złożyć. Śmierć z ręki własnego ojca. (Trochę zaskakuje, że czczono ją jako patronkę dobrej śmierci, ale myślę, że chodzi raczej o śmierć w Bożym Duchu, a nie o sposób umierania. Taką mam przynajmniej nadzieję).

Drugim świętym wspominanym dzisiaj jest św. Jan z Damaszku. Ojciec Kościoła, Doktor Kościoła, uczony, myśliciel, pisarz. W porównaniu ze św. Barbarą taki trochę wymuskany i jakby wyjęty spod klosza. Według Kościoła dostępuje tej samej co św. Barbara chwały oglądania Boga już teraz.

Są takie głosy wśród wiernych, czasem nawet tych bardziej uświadomionych, że czcić to się powinno tylko tych męczenników, którzy dali realne świadectwo, którzy żyli zgodnie z Bożym Prawem na przekór realnemu niebezpieczeństwu. Są też głosy, że czczenie męczenników jest objawem chorej martyrologii i rozkoszowania się okrucieństwem, dlatego dla zdrowia Kościoła powinno się czcić tylko tych świętych, których kult nie opiera się na wspominaniu ich męki.

A przecież to zupełnie nie tak. W Kościele - Wspólnocie - każdy posługuje innymi talentami, charyzmatami, innym rodzajem świadectwa. Są ludzie stworzeni do pisania i przepowiadania, są ludzie stworzeni do ciężkiej pracy, do dzieł miłosierdzia, do męczeństwa wreszcie. Częstokroć te różnorodne powołania jakoś się w człowieku łączą. Nawet jeśli nie - każdy dar się przydaje i każdy jest przepustką do świętości. To taka pocieszająca perspektywa. Trzeba tylko dobrze swój charyzmat rozeznać i dobrze go wykorzystywać. (Przypomina mi się tekst zadany na wczorajsze spotkanie odpowiedzialnych w duszpasterstwie - II rozdział adhortacji Christifideles laici, między innymi o zadaniach świeckich w Kościele).

Łączy się z tym także to, co czas jakiś temu usłyszałam podczas spowiedzi: żeby się z nikim nie porównywać. Każdy ma swój sposób dochodzenia do Pana Boga i swój sposób dawania o Nim świadectwa. Wiem, że się powtarzam - pisałam o tym już kiedyś - ale nie robiłabym tego, gdyby to nie było tak ważne. Każdy z nas ma szansę na świętość. Nie musimy dawać się palić na stosie czy zamykać w wieży. Nie musimy też pisać kilkudziesięciotomowych rozpraw teologicznych. Wszystko możemy, niczego nie musimy.

Czy św. Barbara musiała dać się ściąć przez własnego ojca? Nie, oczywiście. Mogła się zaprzeć Boga. Mogła też zrobić użytek z jakiegoś innego od męstwa daru - na przykład z daru wymowy, rozumu, modlitwy... Widocznie takie dary nie zostały jej dane w takiej ilości czy jakości, jak dar męstwa. (Albo nie potrafiła ich rozpoznać).

Czy św. Jan z Damaszku mógł ponieść śmierć męczeńską? Pewnie mógł. Mógł pojechać z jakąś misją ewangelizacyjną i dać się zabić w imię Chrystusa. Sam żył w takich warunkach, że śmierć męczeńska mu nie groziła. I umiał tę sytuację wykorzystać - nie dla swojej wygody, ale dla chwały Bożej: użyć tych darów, które zostały mu dane w większej ilości czy lepszej jakości. Właśnie daru rozumu, wymowy, przepowiadania...

Zatem grunt to znaleźć swoje miejsce w świecie. Gdzie Bóg nas posiał, tam mamy kwitnąć, jak pisała św. Teresa Wielka.

sobota, 27 listopada 2010

wiara/wierność

Moja Współodpowiedzialna podesłała mi przed chwilą artykuł, który wskazuje na bardzo ważną rzecz. Clou tej krótkiej notatki są słowa opiekuna wystawy: Styliści ubierający gwiazdy pop wykorzystują przeważnie katolickie symbole, bo katolicy są bardziej tolerancyjni. To, co robi się z katolicyzmem w modzie, nie dałoby się zrobić z islamem. Wydaje się, że w artykule zdanie to ma charakter luźnej obserwacji i jest do zaobserwowanego zjawiska nastawione neutralnie lub umiarkowanie pozytywnie.

Trzeba jednak postawić pytanie, jak zdanie to powinno funkcjonować w myśleniu katolików? Czy to na pewno fajnie, że jesteśmy bardziej tolerancyjni i postępowi niż muzułmanie, niż Żydzi, niż wszyscy inni?

Jest taki felieton Łysiaka (również podesłany przez moją Współodpowiedzialną), z którym można się zgadzać albo nie, który może trochę razić formą, dosadnością, ale zawiera istotną, moim zdaniem myśl. Cytowane przez niego zdanie: W pozornie chrześcijańskiej Europie chrześcijaństwo stało się najbardziej okpiwaną religią nie jest specjalnie odkrywcze, ale też wcale nie taka jest jego rola.

Czy jako chrześcijanie, katolicy, robimy wszystko, co w naszej mocy, aby chrześcijaństwo miało należne mu miejsce i, przede wszystkim, aby Bóg był Bogiem, a nie maskotką albo - z drugiej strony - przedmiotem kpiny?

Nie rzucim, Chryste, świątyń Twych. Jako dziecko (i potem także) bardzo nie lubiłam tej pieśni. Bo taka patetyczna, bo taka górnolotna, bo taka nieaktualna. Może pora zrobić coś, żeby ponownie stała się aktualna? Żeby tak się stało - trzeba pracy mojej, Twojej, Waszej, naszej. Nie rzucim, a nie nie rzucę.



Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego. (2 Tm 2,13)

niedziela, 14 listopada 2010

kwiat

Długi weekend. Długi czasowo i długi mentalnie. Dobry w jakiś przedziwny sposób.

Najpierw ślub Znajomych. Ślub, podczas którego znowu, znowu śpiewanie było przede wszystkim służbą. Ślub, który był tak naturalną konsekwencją tego, co widziało się przez ostatnie miesiące, lata, że trudno sobie wyobrazić, by mogło go nie być.

Potem bieg do domu po bagaż i na dworzec, żeby dołączyć do młodzieży i ojca w Wilkanowie. Perypetie pociągowe, zakończone sukcesem. Komitet powitalny w Bystrzycy Kłodzkiej, stamtąd autem do Wilkanowa. I cztery dni... jak to nazwać? Cztery dni obserwowania się nawzajem, nawiązywania niteczek kontaktu. Nie jestem najlepszym pedagogiem i czas coś z tym zrobić. Pod względem duchowym ten wyjazd dał mi jedną bardzo, ale to bardzo ważną rzecz: pokazał, jak bardzo przez ostatnie lata dojrzałam w wierze, jak bardzo się zmieniłam pod tym względem. Także - ile jeszcze przede mną.

Oraz - jak wiele można dać innym ludziom, kiedy ma się już tę odrobinę. Spotkanie ze Słowem Bożym w grupach - lectio divina - trzeba się nauczyć mówić o Panu Bogu - bez moraliny - cztery dziewczyny w wieku licealno-gimnazjalnym i ja - godzina jak z bicza strzelił. Tylko Ewangelia na tę niedzielę (na dzisiaj). Miałam tu zapisać te myśli, które się pojawiły w rozmowie, ale myślę sobie, że może jednak powinny zostać niespisane.

Na koniec - podróż powrotna i pociągowe rozmyślania tym razem skupione w rozmowie z ciut ode mnie starszym chłopakiem, z którym najpierw rozmawialiśmy o filozofii, a potem o Bogu, wierze, religii. Pod koniec tej rozmowy powiedział, że jestem pierwszą osobą, która ma inne zdanie od jego własnego. Wygląda więc na to, że mówienie, które obok robienia pierogów i śpiewania (w tej kolejności) wychodzi mi najlepiej, może być moim sposobem apostolstwa. Jasna sprawa, że nie jedynym. Ale tym najważniejszym?

sobota, 30 października 2010

szkoła wiary

Szkoła wiary. Ta prawdziwa. Szkoła wiary bezwarunkowej, odważnej, nieugiętej. Pierwsze testy zdane. Przede mną jeszcze dwa egzaminy i kilka kolokwiów.

I cisza, jakby wszyscy bali się zauważyć. Albo spisali mnie na straty. Dobrze więc. Rachunek zysków i strat będzie wystawiony za jakiś czas.

Próba dobrej rady: czasem trzeba się dostosować, więc możesz przeżegnać się w duchu i nic nikomu nie pokazywać. Rada była dobra o tyle, że podziałała na mnie jak wstrząs elektryczny. NIE. Właśnie tak nie można. Trzeba pozwolić Panu Bogu działać. Wśród najbliższych i najdalszych, w porę i nie w porę. Jeśli czasem trzeba, żeby działał przeze mnie - posługując się mną - to trzeba. Możliwe, że jeśli JA nie dam im świadectwa, to nie zrobi tego nikt inny. Jestem narzędziem w rękach Pana Boga, tak jak to mówiły kochana Mała Tereska i Matka Teresa z Kalkuty.

Jutro Pan Bóg zadziała przeze mnie w ogromnej porcji pierogów ruskich, które będę robić dla całej rodziny. Mówię serio. Pierogi od katola są tak samo dobre, jak od kogokolwiek innego. W przypadku moich pierogów śmiem twierdzić, że nawet lepsze.



To zaś, co dzisiaj oddala od Ciebie,
Niech spłonie w ogniu miłości.

z Hymnu ostatnich nieszporów

piątek, 29 października 2010

... wiary ustrzegłem...

Czeka mnie trudnych kilka dni w miejscu, w którym bardzo ciężko przyznać się do bycia katolikiem. Katolikiem zaangażowanym i świadomym, ale jednak katolikiem. Ale. Dla niektórych desygnatem nazwy katolik jest babcia klepiąca różańce w kościele, głosująca na PiS i tak dalej. I lepiej, żeby się taka nie odzywała, bo cokolwiek powie, będzie źle.

Te dni będą trudne zwłaszcza dlatego, że pod pojęciem niektórych kryją się także moi bliscy. Najbliżsi, a w pewnym sensie najdalsi. Ewangelia wzywa mnie do bycia blisko nich mimo wszystko. Co zrobić, kiedy uciekają? Gonić, próbować złapać i zatrzymać?

To dziwne, że nie mam oporu zrobić znaku krzyża przed jedzeniem w barze mlecznym albo nawet na ulicy, jeśli jem w biegu kupioną drożdżówkę, a trudno mi to zrobić w domu, wśród rodziny. Piszę to nie z powodu jakichś ekshibicjonistycznych zapędów, ale raczej dlatego, że coraz częściej dostrzegam, do jakich paradoksów prowadzi stawianie sprawy wiary na ostrzu noża. Można tę sprawę tak traktować jedynie wtedy, kiedy naprawdę jest tego warta. A warta jest tego, wbrew pozorom, nie zawsze.

Pojawia się pytanie o granice kompromisu.

Pojawia się też pytanie o granice świadczenia.

Może te dwa pytania w ostateczności są jednym pytaniem o to samo.




Nastawajcie w porę i nie w porę.

wtorek, 19 października 2010

suplement

Jeszcze co do poprzedniego wpisu. Pomyślałam sobie, że z tym nastawaniem w porę i nie w porę może chodzić także o to, żeby nastawać w porę i nie w porę dla samego siebie. Żeby świadczyć o Chrystusie wtedy, kiedy czujemy się na siłach, ale też wtedy, kiedy zupełnie sił na to - w naszym mniemaniu - nie mamy. Żeby podejmować pracę nad sobą i nad swoją wiarą wtedy, kiedy jasno widzimy określony cel, ale też wtedy, kiedy ten cel przesłaniają nam piętrzące się na drodze trudności. Ostatecznie to On zawsze nam sił dodaje i to dzięki Niemu pokonujemy przeszkody.

Jeśli Bóg z nami, któż przeciw nam?