Od blisko trzech miesięcy pracuję w Wielkiej Firmie. Nawet więcej - pracuję w centrali tej Wielkiej Firmy, więc nie mam do czynienia ze sprzedażą, z klientami, z planami sprzedażowymi i tak dalej. Wydawałoby się zatem, że moja praca powinna polegać przede wszystkim na zapewnianiu wysokiej jakości wykonywanych zadań. Otóż nic bardziej mylnego. Wielka Firma nie tylko nakłada sztywne limity ilości realizowanych spraw, ale też stawia innym za wzór pracy osoby, które ilości te znacznie - i sztucznie - zawyżają. Nie jest więc istotne popełnianie karygodnych błędów. Nie jest również istotne dodawanie bezsensownej pracy innym osobom z tego samego zespołu. Nie jest istotne podkładanie świni kolegom i koleżankom z zespołu. Istotne jest tylko to, ile się danego dnia spraw zrealizuje.
Powyższy fragment miał być wstępem do notki o etosie pracy. Im dłużej siedzę i myślę nad tym tematem, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie warto go podejmować. Przynajmniej w kontekście mojej Wielkiej Firmy. Pewnie także wielu innych Wielkich Firm. Każdego dnia my w Wielkich Firmach pozwalamy rozmieniać etos pracy na drobne - na limit, na premię, na skuteczność, na awans. Zresztą, czy w Mniejszych Firmach, a nawet w Całkiem Małych Firmach, nie dzieje się tak samo?
Więc może - cóż za śmiałe marzenie! - założę własną firmę, Całkiem Małą Firmę, w której etos pracy będzie na właściwym dla niego miejscu. A może nawet uda się tę Całkiem Małą Firmę rozwinąć w jakąś trochę większą i zatrudnić innych, młodych, i pokazać im, że etos pracy jest ważny.
Lubię sobie tak marzyć, kiedy szybko klikam między kolejnymi przyciskami mojej aplikacji firmowej. I w rytmie moich marzeń z każdą chwilą podnosi się wskaźnik zrealizowanych przeze mnie spraw.
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tischner. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tischner. Pokaż wszystkie posty
środa, 19 marca 2014
czwartek, 29 marca 2012
powrót
Jest taki poziom relacji z Bogiem, że da się ją wyrazić tylko przed Nim i przed sobą. Maksymalna intymność. Można mówić o owocach, ale nie o samej relacji, bo ona wymyka się wszelkim słowom, wszelkim obiektywizacjom.
I rewelacyjne rekolekcje Tischnera, w których padają słowa, że Bóg jest zawsze inny, że Bóg nie jest w naszej pamięci, że nie jest w czymkolwiek, co znamy. Jest zawsze przed nami. Jakiekolwiek doświadczenie Boga mieliśmy kiedyś, Bóg już w nim nie jest - jest teraz, jest właśnie w tym doświadczeniu. Choćby to była najczarniejsza ciemność, najsmutniejsza pustka. Bóg jest zawsze przed nami.
I rewelacyjne rekolekcje Tischnera, w których padają słowa, że Bóg jest zawsze inny, że Bóg nie jest w naszej pamięci, że nie jest w czymkolwiek, co znamy. Jest zawsze przed nami. Jakiekolwiek doświadczenie Boga mieliśmy kiedyś, Bóg już w nim nie jest - jest teraz, jest właśnie w tym doświadczeniu. Choćby to była najczarniejsza ciemność, najsmutniejsza pustka. Bóg jest zawsze przed nami.
środa, 27 lipca 2011
żadna praca nie hańbi
Myślę sobie, jak wiele racji mieli Jan Paweł II i ks. Tischner, kiedy mówili i pisali o etyce pracy.
Myślę o pracy polegającej, przykładowo, na przekonywaniu ludzi do produktu, o którym prywatnie można myśleć najgorsze rzeczy, ale który trzeba przedstawić jako najlepsze rozwiązanie. Poza tym z doświadczenia wiem, że w takich firmach wszystko, co robi pracownik, jest restrykcyjnie kontrolowane. Rejestracja każdego wejścia i wyjścia, każdej przerwy i tysiąca innych informacji na temat pracy każdej osoby w systemie komputerowym.
Zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest miejsce na uczciwość. Rozumiem, że te wszystkie zabezpieczenia i kontrole wprowadzono przez to, że pracownicy nagminnie oszukiwali. Ale zastosowanie takich środków wcale nie spowoduje, że ludzie przestaną oszukiwać. Coś takiego musi brać się z wewnętrznej potrzeby i wolnej decyzji, a nie ze zwykłego, narzuconego odgórnie braku możliwości. Czasem może to wyglądać jak zwykła tresura, prowadzanie na krótkiej smyczy. Nie ma zaufania do pracownika.
O tym właśnie pisali Jan Paweł II i Józef Tischner. O zaufaniu, o uczciwości. Nasza hołubiona nowoczesność coraz bardziej wypiera te dwa składniki z ludzkiej pracy. W końcu to nic złego, że używamy najnowszych technik, że idziemy z duchem czasu. A że duch czasu w tym wypadku źle wpływa na ducha ludzkiego - cóż, takie są widocznie koszty uzyskania przychodu...
Myślę o pracy polegającej, przykładowo, na przekonywaniu ludzi do produktu, o którym prywatnie można myśleć najgorsze rzeczy, ale który trzeba przedstawić jako najlepsze rozwiązanie. Poza tym z doświadczenia wiem, że w takich firmach wszystko, co robi pracownik, jest restrykcyjnie kontrolowane. Rejestracja każdego wejścia i wyjścia, każdej przerwy i tysiąca innych informacji na temat pracy każdej osoby w systemie komputerowym.
Zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest miejsce na uczciwość. Rozumiem, że te wszystkie zabezpieczenia i kontrole wprowadzono przez to, że pracownicy nagminnie oszukiwali. Ale zastosowanie takich środków wcale nie spowoduje, że ludzie przestaną oszukiwać. Coś takiego musi brać się z wewnętrznej potrzeby i wolnej decyzji, a nie ze zwykłego, narzuconego odgórnie braku możliwości. Czasem może to wyglądać jak zwykła tresura, prowadzanie na krótkiej smyczy. Nie ma zaufania do pracownika.
O tym właśnie pisali Jan Paweł II i Józef Tischner. O zaufaniu, o uczciwości. Nasza hołubiona nowoczesność coraz bardziej wypiera te dwa składniki z ludzkiej pracy. W końcu to nic złego, że używamy najnowszych technik, że idziemy z duchem czasu. A że duch czasu w tym wypadku źle wpływa na ducha ludzkiego - cóż, takie są widocznie koszty uzyskania przychodu...
sobota, 18 grudnia 2010
mea
Rewelacyjna książka - Józefa Tischnera Historia filozofii po góralsku. Dla wszystkich rozmiłowanych w gwarze góralskiej i/lub odpornych na filozofię :)
A w niej rewelacyjne zdanie, oczywiście ciut wyrwane z kontekstu, ale znaczenie pozostaje raczej zbliżone do zamierzonego przez Autora.
Tak to bywo: źle se siednies, a pote krzycys, ze Pon Bóg winien.
Oooj tak. Czasem słyszę od znajomych ateistów i innych, że my, katolicy (albo chrześcijanie w ogóle) mamy lepiej, bo mamy na kogo zwalić winę za nasze porażki. Jak nam się coś nie układa, to hyc!, podkładamy to autorstwu Pana Boga i już nam lepiej, już wygodniej. Ewentualnie można jeszcze powiedzieć, że Bóg tak chciał, taki niby przejaw zdania się na Jego wolę. I niby nie bluźnimy wtedy, bo przecież nie przypisujemy Mu wprost winy.
Trudno i boleśnie to zrobić, ale trzeba sobie w pewnym momencie swojego życia powiedzieć jasno i wyraźnie: za swoje życie odpowiedzialny jestem ja sam - przed sobą i przed Bogiem. Jego wola działa w moim życiu w zdecydowanie mniejszym zakresie, niż bym tego chciał. Niepowodzenia, których doznaję, porażki, które przeżywam, są skutkiem moich niedociągnięć, błędów, a jeśli nie moich, to innych ludzi, z którymi przyszło mi się spotykać, pracować i tak dalej. Pan Bóg jest na tyle miłosierny, że może mnie z takich opresji wyciągnąć - czasem za uszy, żebym dotkliwie odczuł swoją odpowiedzialność - ale to jest tylko i wyłącznie kwestia Jego miłosierdzia, a nie poczucia winy czy potrzeby rekompensaty.
Tak to bywo: źle se siednies, a pote krzycys, ze Pon Bóg winien.
Trzeba z tym mocno, usilnie walczyć. Ot co.
A w niej rewelacyjne zdanie, oczywiście ciut wyrwane z kontekstu, ale znaczenie pozostaje raczej zbliżone do zamierzonego przez Autora.
Tak to bywo: źle se siednies, a pote krzycys, ze Pon Bóg winien.
Oooj tak. Czasem słyszę od znajomych ateistów i innych, że my, katolicy (albo chrześcijanie w ogóle) mamy lepiej, bo mamy na kogo zwalić winę za nasze porażki. Jak nam się coś nie układa, to hyc!, podkładamy to autorstwu Pana Boga i już nam lepiej, już wygodniej. Ewentualnie można jeszcze powiedzieć, że Bóg tak chciał, taki niby przejaw zdania się na Jego wolę. I niby nie bluźnimy wtedy, bo przecież nie przypisujemy Mu wprost winy.
Trudno i boleśnie to zrobić, ale trzeba sobie w pewnym momencie swojego życia powiedzieć jasno i wyraźnie: za swoje życie odpowiedzialny jestem ja sam - przed sobą i przed Bogiem. Jego wola działa w moim życiu w zdecydowanie mniejszym zakresie, niż bym tego chciał. Niepowodzenia, których doznaję, porażki, które przeżywam, są skutkiem moich niedociągnięć, błędów, a jeśli nie moich, to innych ludzi, z którymi przyszło mi się spotykać, pracować i tak dalej. Pan Bóg jest na tyle miłosierny, że może mnie z takich opresji wyciągnąć - czasem za uszy, żebym dotkliwie odczuł swoją odpowiedzialność - ale to jest tylko i wyłącznie kwestia Jego miłosierdzia, a nie poczucia winy czy potrzeby rekompensaty.
Tak to bywo: źle se siednies, a pote krzycys, ze Pon Bóg winien.
Trzeba z tym mocno, usilnie walczyć. Ot co.
poniedziałek, 11 października 2010
świece i cóż?
W październikowym numerze miesięcznika W drodze znajduje się felieton o. Jana Góry OP, twórcy Spotkań Lednickich i paru innych rzeczy. Zatytułowany enigmatycznie - Świece - traktuje o świecach z VI Światowego Dnia Młodzieży, który odbył się na Jasnej Górze w 1991 roku. Nie pisałabym na ten temat, gdyby nie to, że ów felieton leje wodę na młyn mojego stosunku do o. Góry, któremu dałam wyraz kilka dni temu w rozmowie z koleżanką z DA.
W swoim felietonie o. Góra rozpamiętuje to właśnie spotkanie młodych na Jasnej Górze, dając upust pozytywnym emocjom (żeby nie powiedzieć - uwielbieniu) dla osoby Jana Pawła II (patrz dwa wpisy niżej). Wspomina, patrząc na świece, które się wtedy paliły. Z jakiegoś powodu robi z nich symbole - czego, to już trudno określić, bo sam o. Góra wyjaśnia to bardzo mgliście. Wystarczy sięgnąć po odpowiednie książki (choćby Świat symboliki chrześcijańskiej s. Dorothei Forstner), żeby zrozumieć, czym naprawdę są symbole chrześcijańskie. Po cóż pozorować?
W zasadzie nie wiadomo (przynajmniej ja nie mogę dociec), do czego poprzez odniesienie do tych świec autor zmierza. W ostatnim akapicie pisze tak:
Złote myśli rodem z książek Paulo Coelho (czytywałam za młodu, więc nie jest to gołosłowie). Smutne, że człowiek dorosły, inteligentny i z wielkim doświadczeniem życiowym posługuje się taką retoryką. Działanie uwodzące tłumy (czego dowodem jest popularność książek Coelho). Wypada zapytać zgodnie z myślą ostatnich rekolekcji: co to wnosi w rzeczywistą wiarę? Rozbudza uczucia, sprawia przyjemność, zachęca do niewyszukanej refleksji, której zwieńczeniem jest potulne pokiwanie głową nad mądrością autora. Nie wnosi nic nowego - ubiera ciągle te same myśli w coraz zgrabniejsze i powabniejsze słowa. Pozwala nie myśleć samemu, daje gładkie zastępniki. (Surogaty, jak by to powiedział Tischner).
Powraca do mnie myśl z owej rozmowy, do której tę notkę odnoszę. Na ile dzieła o. Jana Góry przybrały karykaturalne formy przez przypadek, przez niezrozumienie intencji twórcy, przez nieuświadomienie, a na ile ta karykaturalna forma jest pierwotnym zamierzeniem o. Góry, co byłoby bardzo smutne z punktu widzenia troski o rozwój wiary opartej na rozumie?
W swoim felietonie o. Góra rozpamiętuje to właśnie spotkanie młodych na Jasnej Górze, dając upust pozytywnym emocjom (żeby nie powiedzieć - uwielbieniu) dla osoby Jana Pawła II (patrz dwa wpisy niżej). Wspomina, patrząc na świece, które się wtedy paliły. Z jakiegoś powodu robi z nich symbole - czego, to już trudno określić, bo sam o. Góra wyjaśnia to bardzo mgliście. Wystarczy sięgnąć po odpowiednie książki (choćby Świat symboliki chrześcijańskiej s. Dorothei Forstner), żeby zrozumieć, czym naprawdę są symbole chrześcijańskie. Po cóż pozorować?
W zasadzie nie wiadomo (przynajmniej ja nie mogę dociec), do czego poprzez odniesienie do tych świec autor zmierza. W ostatnim akapicie pisze tak:
Moje myśli wracają tam, na jasnogórski szczyt, do tej rozśpiewanej młodzieży, do tego morza ognia, które zapalili harcerze pod dowództwem naszego Jędrzeja. A piszę to dlatego, aby donieść i ogłosić, że ten ogień nie zgasł. On płonie nie tylko jako wspomnienie przeszłości, ale jako zapowiedź przyszłości, która należeć będzie do tych, którzy zdołają przekazać młodemu pokoleniu ten płomień życia i nadziei.
Złote myśli rodem z książek Paulo Coelho (czytywałam za młodu, więc nie jest to gołosłowie). Smutne, że człowiek dorosły, inteligentny i z wielkim doświadczeniem życiowym posługuje się taką retoryką. Działanie uwodzące tłumy (czego dowodem jest popularność książek Coelho). Wypada zapytać zgodnie z myślą ostatnich rekolekcji: co to wnosi w rzeczywistą wiarę? Rozbudza uczucia, sprawia przyjemność, zachęca do niewyszukanej refleksji, której zwieńczeniem jest potulne pokiwanie głową nad mądrością autora. Nie wnosi nic nowego - ubiera ciągle te same myśli w coraz zgrabniejsze i powabniejsze słowa. Pozwala nie myśleć samemu, daje gładkie zastępniki. (Surogaty, jak by to powiedział Tischner).
Powraca do mnie myśl z owej rozmowy, do której tę notkę odnoszę. Na ile dzieła o. Jana Góry przybrały karykaturalne formy przez przypadek, przez niezrozumienie intencji twórcy, przez nieuświadomienie, a na ile ta karykaturalna forma jest pierwotnym zamierzeniem o. Góry, co byłoby bardzo smutne z punktu widzenia troski o rozwój wiary opartej na rozumie?
niedziela, 29 sierpnia 2010
pokornych wieńczy zwycięstwem
Czytania z dzisiejszej Liturgii Słowa w piękny sposób zgrały się z moimi przemyśleniami ostatnich dni, związanymi z pewnymi rozmowami i zdarzeniami. Po pierwsze - pokora.
Ta pokora może być jednym z kluczyków otwierających drzwi Królestwa Niebieskiego. Pan Bóg otwiera je jednym wielkim kluczem - Swoją łaską. Skoro jednak możemy Mu w tym pomóc, czemu unikamy tego zadania?
Drugie czytanie (Hbr 12, 18-19.22-24a) pokazuje nam, że jesteśmy wybrani, wywyższeni. Nie swoją mocą, ale mocą Boga - osobowego Boga. I jako taki - nie chmura, nie ogień, nie burza, ale osobowy Bóg - wymaga On naszej pokory. Z Jego łaski nie mamy się chlubić, mamy ją dobrze wykorzystać. Wszak "nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa" (Ga 6, 14). To, że przystąpiliśmy "do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego", oznacza tyle, że mamy nieść dalej, co właśnie tu otrzymaliśmy. Żeby coś dać drugiej osobie, trzeba być pokornym. Inaczej obdarowany zostanie postawiony na niższej pozycji, potraktowany jako gorszy.
Jest jeszcze jedna ważna sprawa, nad którą zastanawiam się od dłuższego czasu, a dzisiejsza Ewangelia stanowi dobre intro. Pod koniec perykopy z Ewangelii Jezus mówi do gospodarza:
Tak sobie myślę, że ten ostatni akapit współgra jakoś z filozofią dialogu, a więc poniekąd także z tym, co mówił ks. Tischner.
O ile wielki jesteś, o tyle się uniżaj, a znajdziesz łaskę u Pana. Wielka jest bowiem potęga Pana i przez pokornych bywa chwalony. Na chorobę pyszałka nie ma lekarstwa, albowiem nasienie zła w nim zapuściło korzenie.I słowa Ewangelii (Łk 14, 1.7-14), przypowieść, w której Jezus jakby "daje po łapkach" zaproszonym gościom: Jeśli cię kto zaprosi na ucztę, nie zajmuj pierwszego miejsca, by czasem ktoś znakomitszy od ciebie nie był zaproszony przez niego. Tłumaczy to zresztą bardzo zdroworozsądkowo, można powiedzieć: może się zdarzyć, że będziesz musiał wtedy zająć gorsze miejsce i spotka Cię ujma, której nie doznałbyś, gdybyś od początku był skromny i pokorny. Co więcej, jeśli taki będziesz właśnie, skromny i pokorny, to może Cię spotkać wielki zaszczyt. O co chodzi? Chyba o to, byśmy nie bali się być pokorni. Byśmy do tej pokory dążyli, nawet jeśli wydaje nam się czasem, że jest ona nieuzasadniona. Myślę, że brak pokory wynika często ze strachu. Boimy się, że przez to ominie nas coś ważnego, że stracimy jakieś dobro. Znowu, znowu, kolejny raz trzeba nam pamiętać o wyższym Dobru, o nagrodzie przygotowanej gdzie indziej, o tym, iż nie tylko życie doczesne musimy sobie ułożyć.
Syr 3, 18.20.28
Ta pokora może być jednym z kluczyków otwierających drzwi Królestwa Niebieskiego. Pan Bóg otwiera je jednym wielkim kluczem - Swoją łaską. Skoro jednak możemy Mu w tym pomóc, czemu unikamy tego zadania?
Drugie czytanie (Hbr 12, 18-19.22-24a) pokazuje nam, że jesteśmy wybrani, wywyższeni. Nie swoją mocą, ale mocą Boga - osobowego Boga. I jako taki - nie chmura, nie ogień, nie burza, ale osobowy Bóg - wymaga On naszej pokory. Z Jego łaski nie mamy się chlubić, mamy ją dobrze wykorzystać. Wszak "nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa" (Ga 6, 14). To, że przystąpiliśmy "do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego", oznacza tyle, że mamy nieść dalej, co właśnie tu otrzymaliśmy. Żeby coś dać drugiej osobie, trzeba być pokornym. Inaczej obdarowany zostanie postawiony na niższej pozycji, potraktowany jako gorszy.
Jest jeszcze jedna ważna sprawa, nad którą zastanawiam się od dłuższego czasu, a dzisiejsza Ewangelia stanowi dobre intro. Pod koniec perykopy z Ewangelii Jezus mówi do gospodarza:
(...) kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym tobie się odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych.Myślę, że trzeba często przypominać o tym, że drugi człowiek nie jest prostym narzędziem w naszej drodze do Królestwa Bożego. Nie możemy się drugą osobą posługiwać jak wytrychem, nie możemy jej traktować przedmiotowo. Chrystusa odnajdziemy w człowieku tylko o tyle, o ile traktujemy tego człowieka w stu procentach podmiotowo. Bóg może nam wszystko dać i wszystko odebrać jednym skinieniem palca (przepraszam za kolokwializm) i dlatego nie daje nam ludzi jako zabawek albo jako stopni, po których możemy się dostać do bram niebieskich. Jeśli mam zaprosić na ucztę "ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych", to nie po to, żeby pokazywać im swoją wielkość, ale też i nie po to, żeby potraktować ich jak środki do celu. Oni sami - ci ubodzy, ułomni, chorzy - są moim celem.
Tak sobie myślę, że ten ostatni akapit współgra jakoś z filozofią dialogu, a więc poniekąd także z tym, co mówił ks. Tischner.
poniedziałek, 19 lipca 2010
impresje Tischnerowskie
Przeczytałam dziś kazanie ks. Józefa Tischnera z Uroczystości Narodzenia Pańskiego 1991 roku. Spodobał mi się jeden fragment, który pozwolę sobie tu przytoczyć:
"Są w życiu ludzkim, moi drodzy, dwa rodzaje spotkań z Bogiem. Jedno takie, kiedy człowiek wyciąga rękę i mówi: Boże, daj; Boże, poradź, uzdrów; Boże, zrób jakiś cud. Jesteś bogactwem, jesteś potęgą, wszystko możesz. To są spotkania najczęstsze. Ludzie przychodzą do Boga jako do wielkiego bogactwa - z wyciągniętą ręką. Ale są inne spotkania z Bogiem, takie trochę podobne do betlejemskich, gdzie ludzie przychodzą nie po to ażeby Bóg dał, ale po to ażeby oni coś Bogu z siebie dali. Przy tych drugich spotkaniach dzieje się coś przedziwnego. Ludzie ubodzy nagle odkrywają, że są bogaci. Ci, którzy nie mają nic, są przekonani, że mogą jeszcze bardzo dużo z siebie Bogu dać. Ci, którzy cierpią biedę, nagle czują się lepsi od siebie samych. To jest bardzo ważne. Są takie spotkania z Bogiem, w których człowiek nagle, spotykając Boga, czuje się lepszy od samego siebie. Czuje, że może więcej, niż mu się dotąd wydawało. To są te spotkania betlejemskie: te spotkania, dzięki którym człowiek wyrasta ponad samego siebie, staje się lepszym, niż mu się wydawało."
Zastanawia mnie, kiedy dochodzi do takiego spotkania betlejemskiego, jak je nazywa Tischner. (Pojęcie pochodzi stąd, że do Dzieciątka przyszli pasterze, którzy nic nie mieli, a jednak coś Mu przynieśli, coś Mu ofiarowali - to było właśnie spotkanie, w którym biedni ludzie czuli, że są bogaci). Kiedy MY doświadczamy takiego spotkania? Szczerze przyznam, że nie potrafię znaleźć w swoim życiu takiego momentu, w którym poczułabym, że mogę Bogu coś ofiarować. Że jestem dzięki temu bogatsza niż myślałam. Ostatecznie wszystko, co mam, pochodzi od Niego. Jak mogę Mu cokolwiek ofiarować?
Przyszło mi do głowy, że jedynym, co mogę Bogu ofiarować, jest mój czas. Wprawdzie ten czas też dostałam od Niego, ale to właśnie czas jest tym, czym sama zarządzam. To ja decyduję, kiedy się modlić - mogę posłuchać cichego podszeptu, natchnienia, a mogę je też całkiem zignorować. Czy więc o to chodzi? Czy ofiarowując Bogu czas, mogę poczuć się bogatsza niż mi się wydawało?
Idąc tym tropem, czas nie jest jedynym moim darem dla Boga. Obok niego są przecież dane od Boga talenty, a nawet dana przez Niego łaska wiary, którą mogę przyjąć, a mogę też odrzucić. Więc wychodzi na to, że wszędzie tam, gdzie przychodzi mi podjąć jakąś decyzję, dokonać jakiegoś wyboru między pójściem w stronę Pana Boga a pozostaniem na swoim miejscu - ofiarowuję Mu coś, ja, biedna, ofiarowuję coś mojemu Stwórcy i Zbawcy. Ostatecznie pasterze w noc Narodzenia Pańskiego też dokonali wyboru. Ofiarowali Dziecięciu, jak mówił Tischner, ser, chleb i jagniątko, chociaż mogli zostawić je dla siebie, na czarną godzinę albo po prostu na jutrzejszy obiad. Więc i nasze codzienne wybory mogą być tymi wyborami, dzięki którym poczujemy się bogatsi, bo możemy dać coś od siebie Panu Bogu.
Post scriptum
Niespecjalnie podoba mi się powyższa notka. Obawiam się, że nie wyjaśniłam wszystkiego tak, jak chciałam to zrobić. Ale szczęśliwie po opublikowaniu jej natrafiłam na jeszcze inny fragment konferencji ks. Tischnera (skierowanej do sióstr w 700. rocznicę śmierci św.Klary), który - mam nadzieję - rzuci jakieś lepsze światło na moje wywody:
"Wobec Boga niczego się nie musi, ale wszystko się może. Bóg nie przychodzi do człowieka jako przemoc, która do czegokolwiek go zmusza. Człowiek nie jest wolny wobec kromki chleba, kiedy jest głodny. Kiedy chce mu się pić, nie jest wolny wobec szklanki wody. Kiedy mu się chce spać, traci wolność i zasypia. Musi spać, musi pić, musi jeść. Ale wobec Boga niczego nie musi. Na tym polega wielkość Boga, że człowiek może, jeżeli chce."
"Są w życiu ludzkim, moi drodzy, dwa rodzaje spotkań z Bogiem. Jedno takie, kiedy człowiek wyciąga rękę i mówi: Boże, daj; Boże, poradź, uzdrów; Boże, zrób jakiś cud. Jesteś bogactwem, jesteś potęgą, wszystko możesz. To są spotkania najczęstsze. Ludzie przychodzą do Boga jako do wielkiego bogactwa - z wyciągniętą ręką. Ale są inne spotkania z Bogiem, takie trochę podobne do betlejemskich, gdzie ludzie przychodzą nie po to ażeby Bóg dał, ale po to ażeby oni coś Bogu z siebie dali. Przy tych drugich spotkaniach dzieje się coś przedziwnego. Ludzie ubodzy nagle odkrywają, że są bogaci. Ci, którzy nie mają nic, są przekonani, że mogą jeszcze bardzo dużo z siebie Bogu dać. Ci, którzy cierpią biedę, nagle czują się lepsi od siebie samych. To jest bardzo ważne. Są takie spotkania z Bogiem, w których człowiek nagle, spotykając Boga, czuje się lepszy od samego siebie. Czuje, że może więcej, niż mu się dotąd wydawało. To są te spotkania betlejemskie: te spotkania, dzięki którym człowiek wyrasta ponad samego siebie, staje się lepszym, niż mu się wydawało."
Zastanawia mnie, kiedy dochodzi do takiego spotkania betlejemskiego, jak je nazywa Tischner. (Pojęcie pochodzi stąd, że do Dzieciątka przyszli pasterze, którzy nic nie mieli, a jednak coś Mu przynieśli, coś Mu ofiarowali - to było właśnie spotkanie, w którym biedni ludzie czuli, że są bogaci). Kiedy MY doświadczamy takiego spotkania? Szczerze przyznam, że nie potrafię znaleźć w swoim życiu takiego momentu, w którym poczułabym, że mogę Bogu coś ofiarować. Że jestem dzięki temu bogatsza niż myślałam. Ostatecznie wszystko, co mam, pochodzi od Niego. Jak mogę Mu cokolwiek ofiarować?
Przyszło mi do głowy, że jedynym, co mogę Bogu ofiarować, jest mój czas. Wprawdzie ten czas też dostałam od Niego, ale to właśnie czas jest tym, czym sama zarządzam. To ja decyduję, kiedy się modlić - mogę posłuchać cichego podszeptu, natchnienia, a mogę je też całkiem zignorować. Czy więc o to chodzi? Czy ofiarowując Bogu czas, mogę poczuć się bogatsza niż mi się wydawało?
Idąc tym tropem, czas nie jest jedynym moim darem dla Boga. Obok niego są przecież dane od Boga talenty, a nawet dana przez Niego łaska wiary, którą mogę przyjąć, a mogę też odrzucić. Więc wychodzi na to, że wszędzie tam, gdzie przychodzi mi podjąć jakąś decyzję, dokonać jakiegoś wyboru między pójściem w stronę Pana Boga a pozostaniem na swoim miejscu - ofiarowuję Mu coś, ja, biedna, ofiarowuję coś mojemu Stwórcy i Zbawcy. Ostatecznie pasterze w noc Narodzenia Pańskiego też dokonali wyboru. Ofiarowali Dziecięciu, jak mówił Tischner, ser, chleb i jagniątko, chociaż mogli zostawić je dla siebie, na czarną godzinę albo po prostu na jutrzejszy obiad. Więc i nasze codzienne wybory mogą być tymi wyborami, dzięki którym poczujemy się bogatsi, bo możemy dać coś od siebie Panu Bogu.
Post scriptum
Niespecjalnie podoba mi się powyższa notka. Obawiam się, że nie wyjaśniłam wszystkiego tak, jak chciałam to zrobić. Ale szczęśliwie po opublikowaniu jej natrafiłam na jeszcze inny fragment konferencji ks. Tischnera (skierowanej do sióstr w 700. rocznicę śmierci św.Klary), który - mam nadzieję - rzuci jakieś lepsze światło na moje wywody:
"Wobec Boga niczego się nie musi, ale wszystko się może. Bóg nie przychodzi do człowieka jako przemoc, która do czegokolwiek go zmusza. Człowiek nie jest wolny wobec kromki chleba, kiedy jest głodny. Kiedy chce mu się pić, nie jest wolny wobec szklanki wody. Kiedy mu się chce spać, traci wolność i zasypia. Musi spać, musi pić, musi jeść. Ale wobec Boga niczego nie musi. Na tym polega wielkość Boga, że człowiek może, jeżeli chce."
Subskrybuj:
Posty (Atom)