Zapoznawczo-rozpoznawcza wizyta u sąsiadki, starszej pani w stanie wdowieństwa. Od słowa do słowa, mówię o moim lubym. Że chłopak. To jeszcze nie mąż? Ano nie, chłopak. I, uprzedzając automatyczny wniosek, mówię, że ponieważ jeszcze nie mąż, to też jeszcze tu nie mieszka. Tylko wpada na obiady albo kolacje. Sąsiadka kiwa głową. Wolę nie myśleć, czy rozumie, co do niej powiedziałam. Od początku przygód z mieszkaniem ciągle ktoś mówi, że "my", że "nasze", że "u nas".
Jakieś to takie przykre jest. I to nawet nie dlatego, że już by się chciało "u nas" i tak dalej. Raczej dlatego, że całe społeczeństwo, nawet jego najstarsi członkowie, bezdyskusyjnie przyjmują mieszkanie ze sobą przed ślubem jako normę. No więc - nie. Na to będzie całe życie. Teraz każde sobie, dwa światy się tylko zazębiają. I niechby tak było wszędzie i zawsze...
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyrzeczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyrzeczenie. Pokaż wszystkie posty
piątek, 9 sierpnia 2013
środa, 20 czerwca 2012
ćśśśś...
Ileż pokory trzeba, żeby uznać, że jest coś poza światem widzialnym i że istnieje konkretna zależność między światem widzialnym a niewidzialnym. Zgodzić się na to, że nie wszystko jest zależne ode mnie ani nawet nie od moich ziomków rodzaju ludzkiego.
Myślę, że większość dzisiejszych problemów ludzkości bierze się właśnie z braku pokory. W tej sferze mieści się kwestia dawania i odbierania życia, ale też uczciwości w pracy, w życiu społecznym, w stosunkach międzyludzkich. Chcemy być ciągle na piedestale, nieustannie karmić się swoją własną, często wątpliwą lub niezasłużoną, chwałą. Oddanie chwały komu innemu - Bogu, drugiemu człowiekowi - wymaga ogromnego przekroczenia siebie. Właśnie upokorzenia, które (jak pisałam już kiedyś) jest traktowane po macoszemu, a które dla mnie ma zasadniczo pozytywny sens.
W tej drobnej, małej, niezauważalnej cichości serca, w tym ukryciu siebie, można dopiero siebie odnaleźć. Tak myślę. Spojrzeć na siebie przez pryzmat swoich słabości, ale nie po to, by je rozpamiętywać, rozdrapywać czy kultywować, ale po to, by je przezwyciężać, każdego dnia od nowa. Tym właśnie dla mnie jest to upokorzenie.
Trudno, bardzo trudno upokorzyć się w tym sensie przed Bogiem. Myślę jednak, że zdecydowanie trudniej dokonać tego przed drugim człowiekiem. O Bogu można wszak pomyśleć, że jest NAJ, i jako taki jest nieskończenie lepszy, dlatego chwała ewidentnie Mu się należy. Ale drugi człowiek? Ten, z którym codziennie spotykam się w pracy, na uczelni, w domu, z którym żyję i widzę jego wady? Wady tak nieskończenie gorsze od moich własnych? Jemu już nie tylko chwały nie należy oddawać, ale nawet na zwykłą sprawiedliwość nie zasługuje.
Jezu cichy i pokornego serca, zmiłuj się nad nami.
Myślę, że większość dzisiejszych problemów ludzkości bierze się właśnie z braku pokory. W tej sferze mieści się kwestia dawania i odbierania życia, ale też uczciwości w pracy, w życiu społecznym, w stosunkach międzyludzkich. Chcemy być ciągle na piedestale, nieustannie karmić się swoją własną, często wątpliwą lub niezasłużoną, chwałą. Oddanie chwały komu innemu - Bogu, drugiemu człowiekowi - wymaga ogromnego przekroczenia siebie. Właśnie upokorzenia, które (jak pisałam już kiedyś) jest traktowane po macoszemu, a które dla mnie ma zasadniczo pozytywny sens.
W tej drobnej, małej, niezauważalnej cichości serca, w tym ukryciu siebie, można dopiero siebie odnaleźć. Tak myślę. Spojrzeć na siebie przez pryzmat swoich słabości, ale nie po to, by je rozpamiętywać, rozdrapywać czy kultywować, ale po to, by je przezwyciężać, każdego dnia od nowa. Tym właśnie dla mnie jest to upokorzenie.
Trudno, bardzo trudno upokorzyć się w tym sensie przed Bogiem. Myślę jednak, że zdecydowanie trudniej dokonać tego przed drugim człowiekiem. O Bogu można wszak pomyśleć, że jest NAJ, i jako taki jest nieskończenie lepszy, dlatego chwała ewidentnie Mu się należy. Ale drugi człowiek? Ten, z którym codziennie spotykam się w pracy, na uczelni, w domu, z którym żyję i widzę jego wady? Wady tak nieskończenie gorsze od moich własnych? Jemu już nie tylko chwały nie należy oddawać, ale nawet na zwykłą sprawiedliwość nie zasługuje.
Jezu cichy i pokornego serca, zmiłuj się nad nami.
poniedziałek, 4 lipca 2011
asceza
Łukasz w dalszym ciągu.
Słowa Chrystusa o konieczności wyrzeczenia, o posiadaniu w nienawiści swojego ojca, matki i innych, a nawet samego siebie (Łk 14,25-33), są bardzo trudne. Oczywiście nie chodzi o nienawiść w sensie uczucia, ale o gotowość do porzucenia, odejścia od tego wszystkiego na rzecz Chrystusa.
Wyrzeczenie jest tu zestawione z opisem przygotowań do budowy wieży i do podjęcia bitwy. Przygotowanie wymaga gotowości do wyrzeczenia. W tym świetle wyrzeczenie nie jest celem samym w sobie, nie mamy go podejmować jako czegoś szczególnie wartościowego. Wyrzeczenie jest tylko przygotowaniem się. Do przyjęcia Chrystusa w moim własnym życiu, w konkretnej sytuacji życiowej. Asceza nie jest praktyką dla samej praktyki - jest praktyką dla Boga i dla mojej z Nim relacji.
Słowa Chrystusa o konieczności wyrzeczenia, o posiadaniu w nienawiści swojego ojca, matki i innych, a nawet samego siebie (Łk 14,25-33), są bardzo trudne. Oczywiście nie chodzi o nienawiść w sensie uczucia, ale o gotowość do porzucenia, odejścia od tego wszystkiego na rzecz Chrystusa.
Wyrzeczenie jest tu zestawione z opisem przygotowań do budowy wieży i do podjęcia bitwy. Przygotowanie wymaga gotowości do wyrzeczenia. W tym świetle wyrzeczenie nie jest celem samym w sobie, nie mamy go podejmować jako czegoś szczególnie wartościowego. Wyrzeczenie jest tylko przygotowaniem się. Do przyjęcia Chrystusa w moim własnym życiu, w konkretnej sytuacji życiowej. Asceza nie jest praktyką dla samej praktyki - jest praktyką dla Boga i dla mojej z Nim relacji.
wtorek, 14 grudnia 2010
zmagania
Dziś w duszpasterstwie trudne pytanie. Dlaczego chodzisz na roraty?
Odpowiedzi padały różne. Bardzo pobożne i takie całkiem prozaiczne. Tak naprawdę warto sobie zadać takie pytanie. W środku Adwentu. Po co?
Trudno mi było znaleźć odpowiedź na pytanie. Może dlatego, że to takie - oczywiste. Roraty są i już, i się na nie chodzi. Jednakowoż to, co najbardziej pewne i oczywiste, wcale takie nie jest, kiedy trzeba podać jego racje.
Dlaczego ja chodzę na roraty? Bo to służba. Przy mikrofonie, o ile tylko stan zdrowia pozwala. I trochę też przemagania siebie - zrobić coś, na co w codzienności nie ma się siły i odwagi. Z tej niecierpliwości wyczekiwania różne rzeczy człowiekowi przychodzą. Dużo modlitwy trzeba. Bardzo dużo.
Odpowiedzi padały różne. Bardzo pobożne i takie całkiem prozaiczne. Tak naprawdę warto sobie zadać takie pytanie. W środku Adwentu. Po co?
Trudno mi było znaleźć odpowiedź na pytanie. Może dlatego, że to takie - oczywiste. Roraty są i już, i się na nie chodzi. Jednakowoż to, co najbardziej pewne i oczywiste, wcale takie nie jest, kiedy trzeba podać jego racje.
Dlaczego ja chodzę na roraty? Bo to służba. Przy mikrofonie, o ile tylko stan zdrowia pozwala. I trochę też przemagania siebie - zrobić coś, na co w codzienności nie ma się siły i odwagi. Z tej niecierpliwości wyczekiwania różne rzeczy człowiekowi przychodzą. Dużo modlitwy trzeba. Bardzo dużo.
niedziela, 5 września 2010
warunek konieczny
Trudne dzisiaj czytania, pokazujące ogrom zadania, jakie przyjmują na siebie wierzący w Chrystusa.
Pierwsze czytanie (Mdr 9, 13-18b) ukazuje wyraźnie dualizm natury ludzkiej: śmiertelne ciało kontra dusza. Walka o panowanie. (...) przewidywania nasze zawodne, bo śmiertelne ciało przygniata duszę (...) - choćbyśmy mieli najpiękniejsze plany dla duszy, zawsze się z tym ciężarem ciała musimy zmagać, musimy go wliczać w koszta realizacji tych planów. Remedium na przygniatającą siłę ciążenia cielesnej powłoki ma być - i jest! - Mądrość. (...) ścieżki mieszkańców ziemi stały się proste, a ludzie poznali, co Tobie przyjemne, a wybawiła ich Mądrość. Znowuż przypomina mi się scena z Anny Kareniny, którą tu przytaczałam. Konstanty Lewin pragnął wszystko wytłumaczyć sobie racjonalnie i naukowo jednocześnie: powstanie świata, jego funkcjonowanie, sens życia i sens śmierci, cierpienie i to wszystko, z czym ludzie od dawna się zmagają. I nic z tego. Któż poznał twój zamysł, gdybyś nie dał Mądrości, nie zesłał z wysoka Świętego Ducha swego?
I w psalmie (Ps 90, 3-6.12-14.17) także pojawia się motyw mądrości:
Fragment z listu do Filemona (Flm 9b-10.12-17) to dla mnie dwie ważne rzeczy: pierwsza - niewolnik staje się bratem, sługa jest kimś najbliższym, a to wszystko za sprawą miłości Chrystusowej. Druga - zdanie Zamierzałem go trzymać przy sobie, aby zamiast ciebie oddawał mi usługi w kajdanach noszonych dla Ewangelii. Mogę się mylić, ale jeśli czytać to zdanie w kontekście pierwszego czytania, a także Ewangelii, to te kajdany noszone dla Ewangelii to również jest nasza cielesność, ziemski przybytek i uwikłanie w związki tu, na ziemi. Jeśli mam ludziom nieść Dobrą Nowinę, to mogę to robić tylko na ziemi - w niebie nie będzie już takiej potrzeby. Taka interpretacja zakłada, rzecz jasna, całkowite oddanie życia dla Ewangelii, dla Pana Boga.
I wreszcie perykopa z Ewangelii wg św. Łukasza (Łk 14, 25-33), która zawsze, ilekroć ją czytam, budzi we mnie niepokój. Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Czy to znaczy, że mam się z nimi kłócić, zadawać im ból, knuć przeciw nim i nie wiadomo, co jeszcze? Słowo nienawiść nie zostało tu użyte przypadkowo. Myślę jednak, że chodzi o zerwanie więzów łączących nas z ludźmi, tak by nasze pójście za Jezusem ich nie zraniło. Chodzi też o zerwanie więzów w samym sobie: więzów wygody, przyzwyczajenia, przyjemności. Jednocześnie jednak musimy cały czas pamiętać o naszej dualistycznej naturze i o ograniczeniach, jakie z tego wynikają, o obowiązkach, o trudnościach, cierpieniach: Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. To są właśnie te kajdany noszone dla Ewangelii. Przykłady podawane przez Pana Jezusa - o budowaniu wieży i o królu gotującym się do bitwy - wskazują, że to całkowite wyrzeczenie zaprocentuje w przyszłości; że jest ono podstawą, bez której podążanie za Chrystusem okaże się niemożliwe.
Myślę sobie, że wyrzeczenie jest, używając terminologii filozoficznej, warunkiem koniecznym podążania Drogą, którą jest Jezus Chrystus. Jednakowoż nie jest warunkiem dostatecznym, co nie jest powiedziane w dzisiejszych czytaniach wprost, ale wiemy to z innych przypowieści i listów. Oprócz wyrzeczenia musi być w nas jeszcze wiara, nadzieja i miłość (...a miłość jest z nich największa - 1 Kor 13, 13). Powstaje pytanie, czy w takim razie którykolwiek z tych warunków, oprócz tego, że jest konieczny, jest także dostateczny? Czy osiągnę cel mojej drogi, jeśli będę tylko wierzył, tylko kochał albo tylko żywił nadzieję? To już zupełnie inny temat, do którego jeszcze wrócę.
Pierwsze czytanie (Mdr 9, 13-18b) ukazuje wyraźnie dualizm natury ludzkiej: śmiertelne ciało kontra dusza. Walka o panowanie. (...) przewidywania nasze zawodne, bo śmiertelne ciało przygniata duszę (...) - choćbyśmy mieli najpiękniejsze plany dla duszy, zawsze się z tym ciężarem ciała musimy zmagać, musimy go wliczać w koszta realizacji tych planów. Remedium na przygniatającą siłę ciążenia cielesnej powłoki ma być - i jest! - Mądrość. (...) ścieżki mieszkańców ziemi stały się proste, a ludzie poznali, co Tobie przyjemne, a wybawiła ich Mądrość. Znowuż przypomina mi się scena z Anny Kareniny, którą tu przytaczałam. Konstanty Lewin pragnął wszystko wytłumaczyć sobie racjonalnie i naukowo jednocześnie: powstanie świata, jego funkcjonowanie, sens życia i sens śmierci, cierpienie i to wszystko, z czym ludzie od dawna się zmagają. I nic z tego. Któż poznał twój zamysł, gdybyś nie dał Mądrości, nie zesłał z wysoka Świętego Ducha swego?
I w psalmie (Ps 90, 3-6.12-14.17) także pojawia się motyw mądrości:
Naucz nas liczyć dni nasze, *Ale nie to mnie w tym psalmie urzeka. Urzeka mnie to, że ktoś kiedyś, przed tyloma wiekami, potrafił wielbić Boga tak, jak ja sama chciałabym to robić. Tyczy się to w zasadzie wszystkich psalmów, nie tylko tego konkretnego. To przekonanie o wszechmocy Boga i dobroci Jego woli!
byśmy zdobyli mądrość serca.
Fragment z listu do Filemona (Flm 9b-10.12-17) to dla mnie dwie ważne rzeczy: pierwsza - niewolnik staje się bratem, sługa jest kimś najbliższym, a to wszystko za sprawą miłości Chrystusowej. Druga - zdanie Zamierzałem go trzymać przy sobie, aby zamiast ciebie oddawał mi usługi w kajdanach noszonych dla Ewangelii. Mogę się mylić, ale jeśli czytać to zdanie w kontekście pierwszego czytania, a także Ewangelii, to te kajdany noszone dla Ewangelii to również jest nasza cielesność, ziemski przybytek i uwikłanie w związki tu, na ziemi. Jeśli mam ludziom nieść Dobrą Nowinę, to mogę to robić tylko na ziemi - w niebie nie będzie już takiej potrzeby. Taka interpretacja zakłada, rzecz jasna, całkowite oddanie życia dla Ewangelii, dla Pana Boga.
I wreszcie perykopa z Ewangelii wg św. Łukasza (Łk 14, 25-33), która zawsze, ilekroć ją czytam, budzi we mnie niepokój. Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Czy to znaczy, że mam się z nimi kłócić, zadawać im ból, knuć przeciw nim i nie wiadomo, co jeszcze? Słowo nienawiść nie zostało tu użyte przypadkowo. Myślę jednak, że chodzi o zerwanie więzów łączących nas z ludźmi, tak by nasze pójście za Jezusem ich nie zraniło. Chodzi też o zerwanie więzów w samym sobie: więzów wygody, przyzwyczajenia, przyjemności. Jednocześnie jednak musimy cały czas pamiętać o naszej dualistycznej naturze i o ograniczeniach, jakie z tego wynikają, o obowiązkach, o trudnościach, cierpieniach: Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem. To są właśnie te kajdany noszone dla Ewangelii. Przykłady podawane przez Pana Jezusa - o budowaniu wieży i o królu gotującym się do bitwy - wskazują, że to całkowite wyrzeczenie zaprocentuje w przyszłości; że jest ono podstawą, bez której podążanie za Chrystusem okaże się niemożliwe.
Myślę sobie, że wyrzeczenie jest, używając terminologii filozoficznej, warunkiem koniecznym podążania Drogą, którą jest Jezus Chrystus. Jednakowoż nie jest warunkiem dostatecznym, co nie jest powiedziane w dzisiejszych czytaniach wprost, ale wiemy to z innych przypowieści i listów. Oprócz wyrzeczenia musi być w nas jeszcze wiara, nadzieja i miłość (...a miłość jest z nich największa - 1 Kor 13, 13). Powstaje pytanie, czy w takim razie którykolwiek z tych warunków, oprócz tego, że jest konieczny, jest także dostateczny? Czy osiągnę cel mojej drogi, jeśli będę tylko wierzył, tylko kochał albo tylko żywił nadzieję? To już zupełnie inny temat, do którego jeszcze wrócę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)