Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spowiedź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spowiedź. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 maja 2015

trudno tak

Co Chrystus chce mi powiedzieć przez to, że pozwala mi ciągle popełniać ten sam grzech? Że pozwala mi się nie modlić? Może to, że moja wiara jest bardzo słaba. Że może nie wierzę w Niebo tak, jak powinnam i jak bym chciała. Że może prawie w ogóle w Niego nie wierzę.

Trudno jest. Trudno wierzyć.

Trudno się modlić. Nie modlić się też trudno.

czwartek, 13 listopada 2014

wzorce

Od jakiegoś czasu bardzo dobitnie dociera do mnie ogrom Bożego Miłosierdzia. Niezasłużonego, darmowego, niezrozumiałego Bożego Miłosierdzia. Miłosierdzia, przed którym można próbować się ukryć, ale to akurat nigdy się nie uda. Zadziwia mnie Bóg, który po raz siedemdziesiąty siódmy przychodzi, gdy siedzę w swoim ciemnym kątku, i mówi, że jeśli chociaż trochę chcę do Niego wrócić, to On z radością mnie przyjmie.

Na kanwie dzisiejszej spowiedzi doszłam również do pewnej poruszającej mnie myśli. Mianowicie, że nasze relacje z ludźmi powinniśmy wzorować na relacji z Bogiem - a nie na odwrót. Nie muszę się chować przed Bogiem jak dziecko przed rodzicem, który będzie krzyczał po zobaczeniu zbitej szyby. Za to mogę pójść do ojca i powiedzieć mu wybaczam, nawet jeśli jest to siedemdziesiąty siódmy raz, bo tego sama doświadczam od Boga.

Niby takie proste, ale jednak uderzające.

Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

niedziela, 6 lipca 2014

choćby matka opuściła

Konfesjonał. Za kratką znajomy ojciec, który patrzy na mnie przez cały czas (jak mu jest tak wygodnie???). Dobra, jest wyznanie grzechów, jest pouczenie, naznaczenie pokuty, wreszcie rozgrzeszenie. I już, już rzucę tylko sympatyczne, ale zdawkowe Bóg zapłać...

I nagle, jak grom z jasnego nieba. Nie wiem, jak zdążył to wypowiedzieć w czasie mojego nabierania oddechu.

Pamiętaj, że Bóg cię bardzo kocha i przebaczył ci twoje grzechy.

Bóg mnie kocha. Choćby nikt na świecie już mnie nie kochał, to Bóg mnie kocha. Choćbym ja nie kochała, to Bóg mnie kocha. Choćby wszyscy zawiedli... i choćbym ja zawiodła... Bóg mnie kocha.

Dziękuję Ci, Boże, za wierzących księży. Za świętych księży.

sobota, 31 sierpnia 2013

w tacie pokładam ufność swą

Prosta rzecz, wypowiadana codziennie, a tak trudno ją zrozumieć. Szok podczas spowiedzi, kiedy ksiądz dwoma pytaniami doprowadza do łez. Jeszcze większy szok, kiedy dociera wreszcie do głowy - a oby także do duszy - że Bóg jest Ojcem. Nie kolegą, nie szefem, nie egzaminatorem. Właśnie Ojcem.

Bóg jest Tatą. Tatą, który nie zawodzi. Nie spóźnia się, nie odwołuje wizyt, nie zwleka z kontaktem, nie oczekuje zbyt wiele, nie cofa swojej akceptacji w razie niepowodzenia. Bóg jest Tatą, jakiego można sobie tylko wymarzyć.

Abba. Tato. Tatusiu!

wtorek, 4 czerwca 2013

wznoszę duszę moją

Dwie impresje.

Pierwsza impresja z wczoraj, ze spowiedzi. W konfesjonale siedzi ojciec-dziadunio, przygarbiony, uśmiechnięty. Mówi do mnie "dziewczynko" i że wszystko dobrze - że miesiąc temu byłam u spowiedzi, że odprawiłam pokutę, że przychodzę teraz. Wyznaję swoje grzechy, a ojciec-dziadunio przy każdym z nich mówi: ja cię nie potępiam. W połączeniu z "dziewczynką" i z tym, że wszystko "dobrze", wydawało mi się to pocieszne i miłe. Dopóki pod koniec spowiedzi nie uświadomiłam sobie, że to Jezus pierwszy powiedział Ja cię nie potępiam. Powiedział to do jawnogrzesznicy, która nawet nie musiała mówić głośno o swoich występkach. I że tak naprawdę mówi tak samo do mnie w tym momencie, kiedy ja przychodzę do Niego i nie wiem, gdzie oczy podziać. Mówi to do mnie ustami ojca-dziadunia, może dlatego, że do tej pory jakoś tego nie rozumiałam. Ja cię nie potępiam. Alleluja!

Druga impresja z dzisiaj, związana z Ewangelią czytaną na mszy (Mk 12,13-17). Chrystus, obejrzawszy denara, każe oddać go temu, do kogo on należy - Cezarowi. Jednocześnie jednak mówi, żeby Bogu oddać to, co należy do Boga. To, co ma na sobie obraz Boga, co jest do Niego przypisane. O czym innym może mówić, jeśli nie o człowieku, stworzonym przecież właśnie na obraz Boga, a szczególnie o chrześcijaninie, który nosi na sercu niezatarte znamię chrztu? Bóg pragnie mnie, Bóg się o mnie upomina. Nic tak nie należy do Niego, jak właśnie ja - Jego obraz i podobieństwo! Alleluja!

środa, 12 września 2012

ani świnka, ani morska

Dzięki Bogu, udało mi się dotrzeć dziś cało do spowiedzi. I, co więcej, cało z niej wyjść. Wprawdzie z naruszoną konstrukcją swojego miłego i przyjemnego wyobrażenia o sobie, Bogu i tym, co między nami - ale w zasadniczej części wyszłam cało.

Bardzo, bardzo mądre słowa. Że przecież trzeba uznać swoją własną małość, słabość, lichość, bo Jezus Chrystus przyszedł do świata nie w bogatej i zachwycającej świątyni jerozolimskiej, ale w małej, lichej i dziurawej stajni w Betlejem. Jak ma przyjść do mnie, to lepiej być jak ta stajenka, ale naprawdę być i czekać, niż starać się być jak świątynia - czyli nie być w rzeczywistości. W tym momencie przypomina mi się dowcip, który ostatnio często powtarzałam, że świnka morska to takie dziwo, bo ani świnka, ani morska. I tak samo chyba jest z człowiekiem, jak się stara być bardziej doskonały od samego Pana Boga, a już na pewno od Maryi Panny. No. Pokory trzeba.

Jezu cichy i pokornego serca, zmiłuj się nad nami!
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

poniedziałek, 23 lipca 2012

o żesz, stół zakratowany!

Myśli-perełki z wczorajszej spowiedzi.

Imię Boże niesie za sobą konkretną treść, skrywa pewną rzeczywistość. Nadużywanie go powoduje wyświechtanie tej treści, zbanalizowanie tej rzeczywistości.

Zbanalizowanie rzeczywistości sacrum powoduje (albo przynajmniej powodować może) zbanalizowanie wszystkiego, co się z nią łączy - z modlitwą na czele.

Zbanalizowanie modlitwy, czyli składowej relacji z Bogiem, powoduje (albo przynajmniej może powodować) zbanalizowanie - czyli wypaczenie - relacji z drugim człowiekiem.

A stąd już niedaleko do odrzucenia Chrystusa, obecnego przecież w tym drugim człowieku, moim bliźnim.

Wniosek końcowy: sprawdza się zdanie, że karą za grzech jest grzech.

"Grzech sam w sobie jest karą" - powiada mądre przysłowie. To prawda, że czasem działa on jak narkotyk i może dać człowiekowi na jakiś czas poczucie szczęścia i spełnienia, ale obiektywnie każdy grzech zmienia sytuację człowieka na gorsze. Toteż najbardziej tragiczną i przeklętą karą za grzech jest to, że otwiera on wrota do grzechów następnych.
Jacek Salij OP, Zło, cierpienie, nadzieja

piątek, 8 czerwca 2012

step by step

Iść za Jezusem krok w krok. Wczoraj podczas procesji. Dosłownie pięć metrów za Nim, że można się w Niego wpatrywać bezczelnie. Gdyby tak można było całe życie!

No i słowa usłyszane przy ostatniej spowiedzi. Że dla ludzi wiary, dla ludzi Chrystusa, nigdy nie jest właściwa pora. Zawsze znajdą się jakieś przeszkody. W tym dążeniu za Chrystusem. Właśnie wtedy należy na Niego popatrzeć. On pokonywał wszelkie przeszkody. Przecież, jak miał zmartwychwstać, to wybrał sobie najgorsze możliwe warunki: był martwy! I jednak tego dokonał!

Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

środa, 18 stycznia 2012

relation-ship

Mocny akcent podczas ostatniej spowiedzi. Znajomy ojciec w konfesjonale, wyznanie grzechów, pouczenie... i na koniec powiedział do mnie po imieniu. Niby wstrętna, tania, psychologiczna zagrywka (ów ojciec jest jednocześnie psychologiem, więc wiedział, co robi). Ale zadziałała.

Przecież Pan też do mnie mówi po imieniu. Nie jestem dla Niego anonimowa. Tak jak nie był Adam, tak jak nie był Abraham, Mojżesz, tylu innych. On przecież dokładnie wie, kim jestem. I jak do mnie mówić. Kurczę, taki banał, a takie wrażenie. To zdecydowanie bliżej stawia problem relacji z Bogiem. Jak już człowiek sobie uświadomi, że nie jest tylko kolejnym numerkiem w Bożej statystyce... to może myśleć o tym, żeby Bóg przestał być tym samym dla niego.

poniedziałek, 18 lipca 2011

cichość

Tygodniowa rozłąka z najbliższymi może spowodować lawinę złych myśli, wątpliwości, pytań.

Co dopiero tygodniowa rozłąka z Bogiem. Dlatego trzeba popierać aktywny wypoczynek z Tym na Górze.

I sakrament spowiedzi.

Szatan jest niesamowicie przebiegły. Szepcze dokładnie wtedy, kiedy zapada cisza, żeby jego głos wydawał się tym jedynym, którego należy słuchać.

Jak to pogodzić ze słowami Jezu cichy [i pokornego serca]?

piątek, 3 czerwca 2011

szukanie

Kolej na świętego Marka.

Dwie refleksje z pierwszego rozdziału.

1. Chrystus przyjął chrzest Janowy i zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię. A przebywał na pustyni czterdzieści dni, kuszony przez szatana (Mk 1,12n). Nie przyjmuje się sakramentu po to, żeby mieć święty spokój. Przyjmuje się go po to, by od razu wyjść na pustynię i mieć siłę stawić czoła Złemu, który chce zniszczyć moc sakramentu - moc Chrystusa. Pójście do spowiedzi nie oznacza, że po niej zacznie się sielanka. Ja osobiście zawsze największych pokus doświadczam przez pierwszych kilka dni po spowiedzi (taki mały ekshibicjonizm).
To, co czyste, przyciąga szatana. Może dlatego, że sam był kiedyś czysty i jakoś za tym tęskni? (To tak za świętym Augustynem).

2. Chrystus dokonywał w Kafarnaum cudów, uzdrawiał wielu, którzy do Niego przychodzili. Kiedy wyszedł na pustynię, przyszli do Niego uczniowie: Wszyscy Cię szukają. A On, zamiast potulnie wrócić i dalej dokonywać cudów hurtem, powiedział: Pójdźmy gdzie indziej (Mk 1,37n). Znudziło Mu się? Liczył na jakieś bardziej spektakularne przypadki poza Kafarnaum? Myślę, że raczej liczył, że ci, którzy potrzebują, sami do Niego przyjdą. Może nawet pójdą za Nim po całej Galilei. Tak jak u Mateusza - za Jezusem chodziły tłumy.
Chrystusa nie mamy na własność. Nawet kiedy przyjmujemy Jego Ciało - sytuacja najbardziej intymna z możliwych - nie mamy Go na własność. Po pierwsze dlatego, że oprócz nas przyjmują Go w tej intymności setki i tysiące innych ludzi. Po drugie (i ważniejsze chyba) dlatego, że przyjmując Go, mamy Go dawać dalej. Nie mówię tu o bezczeszczeniu Najświętszego Sakramentu, ale o wykorzystaniu jego owoców. Chrystus sam ucieka od zamknięcia w czyimś światku.

czwartek, 5 maja 2011

post

Zaskakujące słowa usłyszane dziś w konfesjonale. Nie dajmy sobie wmówić, że jesteśmy grzesznikami. Konsternacja, bo przecież co innego tłuką nam do głów od małego. I ciąg dalszy: Jesteśmy dziećmi Bożymi, które grzeszą, ale to nie znaczy, że jesteśmy nimi przez to mniej. No tak. Póki żyję, jest nadzieja.
(I to wspaniałe uczucie, kiedy można powiedzieć, że jakąś słabość się wreszcie pokonało, albo że się jest na dobrej drodze).

I tyle, tyle intencji do omodlenia. Można zapomnieć o swoich własnych, kiedy się zbiera cudze w wiązankę. Może to i czasem dobrze...



Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

wtorek, 8 lutego 2011

codzień

Wielkie zamieszanie, po studencku i po katolicku. Skupiając się raczej na tej katolickiej stronie zamieszania, bardzo proszę wszystkich o modlitwę za mnie. Najpierw za dobrą spowiedź (jutro rano), a następnie za dobre przeżycie rekolekcji w ciszy, na które jadę razem z moim duszpasterstwem.

Tak sobie myślę, że jakby człowiek chciał omodlić wszystkie intencje, które nosi w sercu, to by mu dnia nie starczyło. Przynajmniej ja tak mam. Ciągle ktoś, ciągle coś, co nie cierpi zwłoki i wymaga wielkiego modlitewnego nakładu. I myślę też, że modlitwa wstawiennicza to nasz (chrześcijański?) katolicki skarb, z którego nie powinniśmy rezygnować.

I dobrze spotkać ludzi, dla których Bóg nie jest jeszcze jedną sferą zainteresowań, jak hodowla rybek, tylko jest rzeczywistością, w której funkcjonują i która wyznacza im kierunek we wszystkich dziedzinach życia.

Zaczynam lekturę książki Simona Tugwella OP pt. Drogi niedoskonałości, o różnych sposobach przeżywania duchowości. Mam nadzieję, że uda mi się ją skończyć i podzielić się wrażeniami.

środa, 26 stycznia 2011

testament

Wczorajsze święto nawrócenia świętego Pawła wskazuje na dwie, moim zdaniem maksymalnie istotne, rzeczy.

Pierwsza - dość banalna i standardowa, ale to przecież jej nie dyskwalifikuje: na nawrócenie nigdy nie jest za późno. Święty Paweł miał krew na rękach, był mordercą - jak to mówił na Mszy świętej o. Marcin. I nawet w takiej sytuacji można pójść za Bożym głosem i dobrze go wykorzystać.

Druga: nawrócenie grzesznika jest świętem. Momentalnie stają przed oczami sceny z przypowieści ewangelicznych - o synu marnotrawnym, o zgubionej drachmie, o dobrym pasterzu. Może kolejny banał, to chyba nie takie istotne. Świętujemy nawrócenie świętego Pawła, bo dzięki temu wydarzeniu my jesteśmy tym, kim jesteśmy. Ilu jest ludzi, których nawrócenie powinniśmy świętować, gdybyśmy tylko o nim wiedzieli? Bo taki nawrócony może wiele w naszym życiu zmienić, może je z Bożą pomocą i pod Bożym natchnieniem przestawić na lepsze tory. Z tym świętowaniem wiąże się też bardzo ważna rzecz - modlitwa. Modlitwa o nawrócenie. Tylu ludzi - nie wyłączając przecież nas samych - potrzebuje nawrócenia. I modlitwa o dobre wykorzystanie Bożej pomocy.

Myślę sobie, że nawrócenie jest procesem. I może nawet jest procesem permanentnym. Innym jednak od permanentnej rewolucji. Nie prowadzi od jednej skrajności do drugiej. Prowadzi do tej Jedynej, ostatecznej Skrajności, ku której zmierzamy wszyscy, czy tego jesteśmy świadomi, czy nie. Takie wydarzenie, jak nawrócenie świętego Pawła, to w zasadzie moment inicjujący. Życie sprzed nawrócenia przecież nie znika z pamięci - dalej w niej istnieje, ale to dobrze. Utwierdzenie się w nowym jest niesamowicie trudne bez pamięci o starym. Może chodzi o to, żeby to nowe było stale nowe. Nie, nie - bez rozpamiętywania, taplania się w błocie przeszłości. Jak to zrobić?

Odpowiedź - chyba w listach św. Pawła.

sobota, 4 grudnia 2010

przepustka

Ponieważ aktualnie pisanie jest jedynym bezbolesnym i w ogóle bezproblemowym sposobem komunikowania się ze światem, notka może być dłuższa niż zwykle :)

Kościół przypomina nam dzisiaj o dwojgu świętych, którzy dali dwa różne świadectwa o Bogu. Uderzyła mnie różnica między nimi.

Pierwsza jest św. Barbara. W mojej świadomości zawsze funkcjonowała jako patronka górników, chyba przez szkolne wbijanie do głów informacji o barbórce. Po przeczytaniu jej żywotu przez dłuższą chwilę nie mogłam nic powiedzieć (i nie miało to nic wspólnego z uwarunkowaniami fizjologicznymi). Tak dotkliwe męczarnie mogą zostać przyjęte jedynie poprzez wiarę, bardzo wielką wiarę. (Albo przez spore odstępstwo od normalności, ale przecież nikt nie zakłada, że człowiek wierzący jest normalny, czyli zgodny z tym, co we współczesnym świecie jest powszechnie przyjmowane). Świadectwo, które mało kto jest w stanie złożyć. Śmierć z ręki własnego ojca. (Trochę zaskakuje, że czczono ją jako patronkę dobrej śmierci, ale myślę, że chodzi raczej o śmierć w Bożym Duchu, a nie o sposób umierania. Taką mam przynajmniej nadzieję).

Drugim świętym wspominanym dzisiaj jest św. Jan z Damaszku. Ojciec Kościoła, Doktor Kościoła, uczony, myśliciel, pisarz. W porównaniu ze św. Barbarą taki trochę wymuskany i jakby wyjęty spod klosza. Według Kościoła dostępuje tej samej co św. Barbara chwały oglądania Boga już teraz.

Są takie głosy wśród wiernych, czasem nawet tych bardziej uświadomionych, że czcić to się powinno tylko tych męczenników, którzy dali realne świadectwo, którzy żyli zgodnie z Bożym Prawem na przekór realnemu niebezpieczeństwu. Są też głosy, że czczenie męczenników jest objawem chorej martyrologii i rozkoszowania się okrucieństwem, dlatego dla zdrowia Kościoła powinno się czcić tylko tych świętych, których kult nie opiera się na wspominaniu ich męki.

A przecież to zupełnie nie tak. W Kościele - Wspólnocie - każdy posługuje innymi talentami, charyzmatami, innym rodzajem świadectwa. Są ludzie stworzeni do pisania i przepowiadania, są ludzie stworzeni do ciężkiej pracy, do dzieł miłosierdzia, do męczeństwa wreszcie. Częstokroć te różnorodne powołania jakoś się w człowieku łączą. Nawet jeśli nie - każdy dar się przydaje i każdy jest przepustką do świętości. To taka pocieszająca perspektywa. Trzeba tylko dobrze swój charyzmat rozeznać i dobrze go wykorzystywać. (Przypomina mi się tekst zadany na wczorajsze spotkanie odpowiedzialnych w duszpasterstwie - II rozdział adhortacji Christifideles laici, między innymi o zadaniach świeckich w Kościele).

Łączy się z tym także to, co czas jakiś temu usłyszałam podczas spowiedzi: żeby się z nikim nie porównywać. Każdy ma swój sposób dochodzenia do Pana Boga i swój sposób dawania o Nim świadectwa. Wiem, że się powtarzam - pisałam o tym już kiedyś - ale nie robiłabym tego, gdyby to nie było tak ważne. Każdy z nas ma szansę na świętość. Nie musimy dawać się palić na stosie czy zamykać w wieży. Nie musimy też pisać kilkudziesięciotomowych rozpraw teologicznych. Wszystko możemy, niczego nie musimy.

Czy św. Barbara musiała dać się ściąć przez własnego ojca? Nie, oczywiście. Mogła się zaprzeć Boga. Mogła też zrobić użytek z jakiegoś innego od męstwa daru - na przykład z daru wymowy, rozumu, modlitwy... Widocznie takie dary nie zostały jej dane w takiej ilości czy jakości, jak dar męstwa. (Albo nie potrafiła ich rozpoznać).

Czy św. Jan z Damaszku mógł ponieść śmierć męczeńską? Pewnie mógł. Mógł pojechać z jakąś misją ewangelizacyjną i dać się zabić w imię Chrystusa. Sam żył w takich warunkach, że śmierć męczeńska mu nie groziła. I umiał tę sytuację wykorzystać - nie dla swojej wygody, ale dla chwały Bożej: użyć tych darów, które zostały mu dane w większej ilości czy lepszej jakości. Właśnie daru rozumu, wymowy, przepowiadania...

Zatem grunt to znaleźć swoje miejsce w świecie. Gdzie Bóg nas posiał, tam mamy kwitnąć, jak pisała św. Teresa Wielka.

piątek, 3 grudnia 2010

niemota

Stało się. To, co się stać musiało. Chociaż liczyłam, że jednak później, że trochę dłużej będę się mogła nacieszyć.

Zaniemówiłam.

Właśnie wtedy, kiedy najbardziej się chce Panu śpiewać, struny głosowe wydają agonalne okrzyki i westchnienia. A może to i dobrze. Trochę pokory się przyda. Może ta cisza - jeszcze wczoraj od świeżego śniegu, a dzisiaj od nieposłusznego gardła - jest jakimś sposobem przeżycia Adwentu. W tej ciszy może uda się usłyszeć ciche kroki Tego, który się nigdy nie narzuca. Co najwyżej patrzy uparcie w oczy, że aż nie można nie odwrócić wzroku.



No i wreszcie stały spowiednik i kierownik duchowy. Mała stabilizacja. Uzyskana w ostatnim normalnym odruchu mojego gardła.

I śmieszne słowa, że za pokutę wystarczy to klęczenie. Pół godziny klęczenia. Tak niewiele!

I jeszcze wcześniej, ważne słowa - i trudne. Że Maryja tak naprawdę jest nieodkryta. Że pokazuje nam zawierzenie. Chyba właśnie tego trzeba. Zawierzenia.

czwartek, 21 października 2010

tyle

Bo tak właściwie chodzi o to, żeby na polu wiary umieć od siebie wymagać, nie porównując się jednocześnie z innymi. Każdy ma swoją ścieżkę do Pana Boga i z Panem Bogiem. Dobrze to sobie uświadomić. Każdy inny, wszyscy równi. Od siebie mogę wymagać tylko tyle - i aż tyle - ile sama z Jego pomocą jestem w stanie zrobić. Nic ponad. I nic poniżej. Powrót do wczorajszej perykopy z Ewangelii: wiele otrzymaliśmy, więc wiele się będzie od nas wymagać. I właśnie tyle - to wiele - musimy wymagać sami od siebie. Nic ponad, nic poniżej.

środa, 20 października 2010

czuj czuj

Myślę sobie tak: jutro idę do spowiedzi i co w związku z tym? W związku z tym znowu teksty Liturgii Słowa i Liturgii Godzin mówią specjalnie do mnie.

Najpierw w Ewangelii (Łk 12,39-48): Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. Wiem, czego Bóg ode mnie oczekuje. Że zawiodłam? Więc trzeba to naprawić przed Jego przyjściem. Nie, nie zamiatać pod dywan. Wymieść ze wszystkich kątów i wyrzucić. Sam fakt, że wiem, co mam robić, jest darem. Za ten dar trzeba się odwdzięczyć, odpowiednio go wykorzystując.

Potem w nieszporach - Psalm 27: W namiocie swoim mnie ukryje w chwili nieszczęścia, schowa w głębi przybytku (...). Tą chwilą nieszczęścia jest grzech, który łapie duszę i nie chce jej Bogu oddać. W tej chwili nieszczęścia Bóg mnie przygarnie. Przygarnia ciągle. Chowa w głębi przybytku, w najświętszym ze świętych miejsc (przybytek był miejscem w Świątyni Jerozolimskiej, w którym przebywał Bóg, w którym trzymano Arkę Przymierza, do którego najwyższy kapłan miał wstęp tylko w wyjątkowych okolicznościach). Tam właśnie mnie Pan będzie trzymał, żeby grzech nie panował nade mną. Tylko trzeba najpierw stanąć u Jego bram. On po mnie wyjdzie do tych bram, poprowadzi dalej. Tylko czekać trzeba przy bramie.

Czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy Pan wasz nadejdzie.

wtorek, 7 września 2010

dwie stopy nad ziemią

U wrocławskich dominikanów w kaplicy św. Józefa stoją konfesjonały. I całymi dniami jest tam kolejka do spowiedzi, bo ojcowie spowiadają od rana do wieczora (teraz, w okresie wakacyjnym, trochę inaczej to wygląda, ale tak czy siak kolejka stoi). Jeden konfesjonał stoi w niszy za zamkniętymi drzwiami. Najczęściej to tam właśnie siada spowiednik, bo to dużo większa wygoda - nie trzeba szeptać, można mówić półgłosem albo nawet głośno, bo przez drzwi niewiele słychać. To istotne, bo w kaplicy św. Józefa oprócz spowiedzi odbywa się całodzienna Adoracja Najświętszego Sakramentu.

Dzisiaj mi się nie udało trafić za drzwi. Mój spowiednik zmuszony był usiąść w innym konfesjonale. Dokładnie naprzeciw Pana Jezusa w monstrancji. Uklękłam na tym klęczniku, tak by było wygodnie. Wskutek tego moje stopy wisiały nad ziemią. W żaden sposób nie mogłam ich postawić na ziemi. Za krótkie mam nogi, cóż zrobić? I klęczałam tak z 10 minut z nogami w powietrzu.

I teraz sobie myślę, że to musi wyglądać z boku strasznie głupio: dorosła kobieta klęczy w jakiejś budce i trzyma nogi nad ziemią. Zwłaszcza jeśli naprzeciw tej budki stoi sobie Pan Jezus. I myślę sobie jeszcze, że chodzi o to, żeby na ten moment zapomnieć, że się ma nogi w powietrzu i pamiętać tylko o tym, że zaraz obok jest właśnie On. Może się uśmiechnie na widok tych dyndających stóp. Ważniejsze, że uśmiechnie się do mojego serca. Z czułością. Z troskliwością.
Twoja troskliwość czyni mnie wielkim.
Ps 18