Pokazywanie postów oznaczonych etykietą charytatywnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą charytatywnie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 października 2012

dobro czyń cały rok

Wczorajsze rozmyślania we wspólnej drodze przez sowiogórskie lasy, rozmyślania oparte na mojej niegdysiejszej pokucie.

Czym jest dobry uczynek? Jeśli mam zrobić dobry uczynek względem kogoś, kto ewidentnie cierpi, leży przy drodze i oczekuje pomocy, to odpowiedź jest banalnie prosta. Co jednak w sytuacji, gdy mam zrobić dobry uczynek względem kogoś, z kim mieszkam albo studiuję, kogo spotykam na co dzień i wiem, że nie wymaga doraźnej pomocy?

Czy dobry uczynek względem drugiego człowieka może być w ogóle oddzielony od dobrego uczynku względem samego siebie? Wszak każde dobro wyświadczone komuś wraca do dobroczyńcy. Nawet zresztą jeśli tak nie jest, to jednak każdy dobry uczynek mnie przemienia, umacnia moją wolę, dodaje mi doświadczenia. Czy da się wykonać wobec kogoś dobry uczynek, który jest całkowicie pozbawiony odniesienia do mnie samej i mojego dobra?

Czy wykonywanie swoich obowiązków z namaszczeniem i z dobrą wolą jest samo w sobie dobrym uczynkiem? Jeśli tak, to w zasadzie czynienie dobra wcale nie jest takie nieosiągalne. Jeśli nie, to czy może jednak nim być i pod jakimi warunkami?

Lubię mieć więcej pytań niż odpowiedzi :)

wtorek, 19 lipca 2011

cywilizacja

Natknęłam się dziś na artykuł, który pozostawił we mnie spory niesmak. Oczywiście nie zdziwiła mnie jego treść, poziom też niespecjalnie, ale szczerze mówiąc, było to dla mnie dość żenujące.

Autorka widocznie spotkała w życiu jakichś niewydarzonych katolików. Miała wyjątkowego pecha, bo ja, chociaż obracam się w środowisku ściśle katolickim, nigdy nie natknęłam się na kogoś, kto miałby taką wizję Zachodu, jaką opisuje pani Bielik-Robson.

Poza tym to naprawdę przykre, że na temat doktryny Kościoła, na temat jego nauki społecznej i na temat jego działalności wypowiadają się ludzie, którzy mają w tym względzie pojęcie blade albo w ogóle żadne. Pani Bielik-Robson oskarża Kościół o brak zainteresowania żywymi w przeważającej części ich życia, ale nie zauważa, że ten właśnie Kościół utrzymuje mnóstwo dzieł i inicjatyw miłosierdzia - charytatywnych, z których korzysta ogromna liczba ludzi jak najbardziej żywych, i to na długo przed świętą śmiercią. Nie będę się już rozwodzić nad brakami w elementarnej wiedzy teologicznej, która skądinąd nie dziwi (vide kwestia grzeszności człowieka).

Pod koniec artykułu pojawia się coś o chrześcijańskiej kulturze. Piękna rzecz, piękna, ale jest ona jedynie pochodną chrześcijańskiej wiary. Autorka zdaje się o tym zapominać albo świadomie to lekceważy. Przykre to, przykre.

Wiem, że po Gazecie Wybiórczej nie można się spodziewać głosu pro, jeśli chodzi o sprawy związane z katolicyzmem. Smutne jest jednak, że ludzie dają się omamić takimi gładkimi słówkami, które zupełnie nie mają odbicia w rzeczywistości. Pozostaje mieć nadzieję, że są jeszcze tacy, którzy podnoszą oczy znad gazety albo odwracają je od monitora i patrzą za okno. Na realny świat. Z jego bielą, czernią i szarością. I licznymi kolorami, nie tylko czerwonym.

środa, 30 marca 2011

akcja-reakcja

Jarmark zakończył się sukcesem. Dzięki wszystkim, którzy przy nim pracowali, a przede wszystkim dzięki tym, którzy przyszli i korzystali z dobrodziejstw, sowicie za nie płacąc. Udało nam się zebrać 12 tysięcy złotych! Dzieciaki z Nowej będą miały wspaniałe wakacje, no i pewnie remont też się uda. Dziękuję w imieniu swoim, organizatorów i tych dzieci, którym pomogliśmy.

To nie był łatwy czas. Trudna była też Msza święta w niedzielę, kiedy wyrwałam się z Jarmarku tylko na tę godzinę. Nie mogłam wysiedzieć i zamiast myśleć o Panu Bogu, myślałam o tym, co się dzieje na moim stoisku, co trzeba zrobić, jak to organizować dalej. Pozostaje jedynie nadzieja, że Pan Bóg zna intencje i dlatego nie będzie zbyt surowy za to zupełne rozbicie.

Wczoraj na spotkaniu SOWY gościliśmy biskupa Andrzeja Siemieniewskiego, który mówił nam o sakramencie bierzmowania (w ramach cyklu spotkań o sakramentach). Wspominał o tym, że kiedy jego bratanek w Stanach Zjednoczonych przygotowywał się do bierzmowania w wieku 16 lat, musiał oprócz spełnienia innych warunków wylegitymować się konkretną liczbą odbytych godzin wolontariatu. Biskup mówił - a ja się z tym zgadzam - że to bardzo dobry pomysł, żeby młodego człowieka (i człowieka w ogóle), który ma pogłębić swoją relację z Bogiem, uczulać na obecność i potrzeby drugiego człowieka. Żeby ten sakrament miał przedłużenie w odnajdywaniu Boga w ludziach. Myślę sobie, że może trzeba by wprowadzić coś takiego także u nas. Wielu młodych angażuje się w różnego rodzaju wolontariaty, ale chodzi o to, że jako chrześcijanie (i to już dojrzali, jak sami często podkreślają) mają wręcz obowiązek świadczyć dzieła miłosierdzia. Znowu wraca encyklika Deus caritas est.

czwartek, 24 marca 2011

dobro się szerzy

Przyznać się muszę, że jak zwykle - jak trwoga, to do Boga.

Proszę o bardzo dużo modlitwy. Jutro zaczynają się ostatnie, najintensywniejsze przygotowania do kolejnego już, XXII Jarmarku Dominikańskiego.

Tradycyjnie w starym refektarzu w klasztorze oo. dominikanów we Wrocławiu (pl. Dominikański 2, wejście od ul. Janickiego) od godziny 9:00 w najbliższą niedzielę można będzie wypić herbatę i zjeść pyszne ciastka i - uwaga - kanapki :) w jarmarkowej kawiarence; nabyć używane ubrania po okazyjnych cenach w lumpeksie; nabyć używane książki w jarmarkowym antykwariacie; wziąć udział w loterii fantowej z ciekawymi i wartościowymi nagrodami; kupić masę różnych innych rzeczy, książek, biżuterii i kto wie, czego jeszcze. A to wszystko dla dzieciaków ze świetlicy środowiskowej przy ul. Nowej we Wrocławiu - żeby mogły pojechać na wakacje, a po nich wrócić do odnowionych pomieszczeń świetlicy.

Pomoc? Więc, jak już wspomniałam wcześniej, najpierw modlitwa, dużo modlitwy. Za koordynatorów i za odpowiedzialnych za poszczególne stanowiska - o siły i zapał do pracy. Za ojców dominikanów i za wszystkich dobrodziejów Jarmarku - o Boże błogosławieństwo dla nich. I wreszcie za dzieciaki, dla których te pieniądze zbieramy - żeby startowały w życie z dobrym kapitałem.

A po modlitwie można przynieść ciasto do kawiarenki albo pomóc w sprzątaniu po zakończeniu Jarmarku. Ale głównie pomóc można swoją obecnością w tłumie kupujących - oczywiście w charakterze kupującego :) Polecam, zapraszam :)

sobota, 11 grudnia 2010

Jarmark

Uwaga! Teraz będzie reklama! Reklama najbardziej wciągającej i pozytywnej inicjatywy, jaka się może zdarzyć w grudniu.

12 grudnia 2010 w refektarzu klasztoru oo. dominikanów we Wrocławiu (wejście od ul. Janickiego) odbędzie się już XXI Jarmark Dominikański. Zaczyna się o 9:00 i czeka na Was do 22:30. Co na nim? Mnóstwo atrakcji: kawiarenka - ciasta, ciasteczka, kawa, herbata wszystko!; second hand (czyli rzeczy bardziej i mniej używane, wśród których można złowić perełki; antykwariat z książkami i innymi fantami; loteria fantowa z ciekawymi nagrodami; stoisko z miodami z prawdziwej pasieki - te miody naprawdę mają coś wspólnego z pszczołami!; i masa innych atrakcji, w stylu stanowisk z biżuterią i innymi. Jarmark dostępny dla każdego przez cały dzień. A po co? Ano żeby zebrać pieniądze dla dzieciaków ze świetlicy środowiskowej przy ulicy Nowej - Fundacja Nowa Dominikańska dzięki temu zapewni im wyjazd zimowy i wyremontuje pomieszczenia świetlicy. Gra warta świeczki!

Jarmarkowi można pomóc na wiele różnych sposobów. Większość z nich już się wyczerpała w sensie terminowym, ale pozostają jeszcze takie możliwości: przyjść i kupując coś dla siebie, wspomóc dzieciaki z Nowej; przynieść ciasto i inne słodkie przysmaki albo napoje do kawiarenki - przyjmujemy cały dzień; a także, i może przede wszystkim pomodlić się - bo bez Bożej pomocy niewiele z tego wszystkiego wyjdzie.

W imieniu swoim i organizatorów/koordynatorów/pozostałych odpowiedzialnych/dzieciaków ze świetlicy zapraszam Was wszystkich serdecznie do włączenia się w tę akcję :) Zabrzmi banalnie, ale każda złotówka się liczy - każdy pierniczek zjedzony w kawiarence, każda para kolczyków albo nowa bluzka to pomoc tym, które mają gorszy start, a którym ten start staramy się jakoś ułatwić :) Przychodźcie tłumnie, przekazujcie dalej, zapraszajcie znajomych. Im nas więcej, tym lepiej :)




Inny to Jarmark niż ten rozsławiany Jarmark Bożonarodzeniowy na wrocławskim Rynku. Tam się je, pije, kupuje głupoty i napędza machinę komercji, słuchając piosenek o kobietach, które łamią serca w święta Bożego Narodzenia. U nas - robi się coś ciut bardziej konstruktywnego. No i jeszcze jeden plus - u nas nikt nie będzie śpiewał o zawiedzionej miłości ;)

środa, 3 listopada 2010

bez odpowiedzi

Bywa, że się człowiek na pracy zafiksuje. Albo na studiach. Na nauce. Taka fiksacja zdecydowanie przeszkadza w odbiorze Słowa Bożego. Podczas dzisiejszego pierwszego czytania (Flp 2,12-18) najpierw w mojej głowie odbyła się galopada myśli w stronę Sorena Kierkegaarda (przy słowach z bojaźnią i drżeniem), a potem rozpłynęłam się na wspomnienie o św. Tomaszu z Akwinu i analizowaniu Summy teologicznej jego autorstwa (na słowa Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania). Nie sądziłam, że to powiem, ale - chyba za dużo czasu spędzam nad filozofią.

Dziś wspominamy (a dominikanie z tej okazji świętują) św. Marcina de Porres. To kolejny święty, o którym ostatnio czytam, że był jednocześnie niezwykle pobożny i oddany Bogu oraz oddawał siebie, swoje siły, czas i pieniądze ludziom potrzebującym. Czy oddanie siebie Bogu może przebiegać bez oddania się innym? Z drugiej strony, czy oddanie się innym może przebiegać bez oddania się Bogu?

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

... miłość nie jest już przykazaniem...

Najpierw powiedzieć muszę, że długa separacja od Pisma świętego działa destrukcyjnie i dostrzegam to po sobie. Nawet jeśli przez ostatnie tygodnie w ogóle bym do niego nie sięgnęła, sam fakt, że nie mogę tego zrobić, powoduje we mnie jakąś taką oklapłość. Rozstać się ze Słowem na krótko - to tylko pokazuje, jak bardzo tego Słowa potrzeba. Rozstać się z nim na dłużej - to ciężkie doświadczenie. Całe szczęście, że są jeszcze Msze święte i Liturgia Godzin.

Ostatnią lekturą, którą się zachwyciłam, jest encyklika Benedykta XVI Deus caritas est. Zafascynowała mnie i sprawiła, że nie od razu mogłam się zabrać za cokolwiek innego. W pierwszej jej części papież, jak sam zapowiada we wprowadzeniu, precyzuje "niektóre istotne dane na temat miłości, jaką Bóg, w tajemniczy i darmowy sposób ofiaruje człowiekowi, razem z wewnętrzną więzią tej miłość, z rzeczywistością miłości ludzkiej". W tej części ujęła mnie kwestia dwóch rodzajów miłości: eros i agape, niejako o historii tych dwóch pojęć w Piśmie świętym i o historii ich znaczenia, a także o tym, że chrześcijaństwo poniekąd nie może istnieć bez tej pierwszej, co oznacza, że nie może jej wyeliminować, jak chcą niektórzy. Natomiast druga część encykliki mówi o praktycznych aspektach miłości w Kościele, o dziele charytatywnym, o dziele miłości.

To właśnie druga część mocno mną wstrząsnęła, gdyż dobrze pamiętam słowa mojego niegdysiejszego duszpasterza, że Kościół nie jest instytucją charytatywną. Zostały one wypowiedziane w znaczeniu, jakoby ludzie nie powinni od Kościoła oczekiwać działań charytatywnych, bo Kościół jest od sprawowania Sakramentów, od modlitwy i ewangelizacji. Encyklika Deus caritas est staje na całkiem przeciwnym stanowisku:
Wewnętrzna natura Kościoła wyraża się w troistym zadaniu: głoszenie Słowa Bożego (kerygma-martyria), sprawowanie Sakramentów (leiturgia), posługa miłości (diaconia). Są to zadania ściśle ze sobą związane i nie mogą być od siebie oddzielone. Caritas nie jest dla Kościoła rodzajem opieki społecznej, którą można by powierzyć komu innemu, ale należy do jego natury, jest niezbywalnym wyrazem jego istoty. (tamże, 25a)


Tak stanowcze ujęcie tej sprawy świadczy o jej wielkiej wadze. W dalszych punktach Benedykt XVI mówi o specyficznym charakterze charytatywnej działalności Kościoła, o tym, jakie osoby powinny i mogą się do tej pracy zabierać oraz w jaki sposób to czynić. W tym kontekście - jak zaznacza papież - szczególnej mocy nabiera Hymn o Miłości z 1 Kor 13:
Św. Paweł (...) naucza nas, że caritas jest zawsze czymś więcej, niż zwyczajną działalnością: "Gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic mi nie pomoże" (w.3). Hymn ten powinien być Magna Charta całej posługi kościelnej (...). (tamże, 34)


Encyklika ta, poprzez odniesienie najpierw do eros i agape, a potem do caritas, pięknie pokazuje jedność i jednolitość życia chrześcijańskiego, a także przypomina Kościołowi ścieżkę wytyczoną mu 2000 lat temu.

Jednakowoż, czytając ją, miałam również gorzką refleksję. Wiąże się ona z przytoczonym stanowiskiem mojego dawnego duszpasterza, dominikanina. Pomyślałam sobie bowiem, że pewnie nie on jeden próbuje przekazać ludziom, których ma pod swoją duszpasterską opieką, swoją własną wizję Pana Boga i Kościoła, nieraz diametralnie różną od oficjalnego stanowiska Kościoła. Zabolało mnie, że zostałam oszukana (słowa te padły już po ukazaniu się encykliki Deus caritas est), ale jeszcze mocniej zabolało, iż takie nieścisłości i samowolki burzą jedność Kościoła i mogą doprowadzić wielu ludzi - pojedynczych, ale razem tworzących całkiem sporą grupę - do fałszywych wniosków i zafałszowania wiary. Oby tylko dobry Bóg zechciał to wszystko prostować, a niepokornych?, niedouczonych?, ekscentrycznych?, kreatywnych?! kaznodziejów i duszpasterzy... nawracać na dobrą drogę, na Swoją drogę...