Pokazywanie postów oznaczonych etykietą św. Augustyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą św. Augustyn. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 czerwca 2011

szukanie

Kolej na świętego Marka.

Dwie refleksje z pierwszego rozdziału.

1. Chrystus przyjął chrzest Janowy i zaraz też Duch wyprowadził Go na pustynię. A przebywał na pustyni czterdzieści dni, kuszony przez szatana (Mk 1,12n). Nie przyjmuje się sakramentu po to, żeby mieć święty spokój. Przyjmuje się go po to, by od razu wyjść na pustynię i mieć siłę stawić czoła Złemu, który chce zniszczyć moc sakramentu - moc Chrystusa. Pójście do spowiedzi nie oznacza, że po niej zacznie się sielanka. Ja osobiście zawsze największych pokus doświadczam przez pierwszych kilka dni po spowiedzi (taki mały ekshibicjonizm).
To, co czyste, przyciąga szatana. Może dlatego, że sam był kiedyś czysty i jakoś za tym tęskni? (To tak za świętym Augustynem).

2. Chrystus dokonywał w Kafarnaum cudów, uzdrawiał wielu, którzy do Niego przychodzili. Kiedy wyszedł na pustynię, przyszli do Niego uczniowie: Wszyscy Cię szukają. A On, zamiast potulnie wrócić i dalej dokonywać cudów hurtem, powiedział: Pójdźmy gdzie indziej (Mk 1,37n). Znudziło Mu się? Liczył na jakieś bardziej spektakularne przypadki poza Kafarnaum? Myślę, że raczej liczył, że ci, którzy potrzebują, sami do Niego przyjdą. Może nawet pójdą za Nim po całej Galilei. Tak jak u Mateusza - za Jezusem chodziły tłumy.
Chrystusa nie mamy na własność. Nawet kiedy przyjmujemy Jego Ciało - sytuacja najbardziej intymna z możliwych - nie mamy Go na własność. Po pierwsze dlatego, że oprócz nas przyjmują Go w tej intymności setki i tysiące innych ludzi. Po drugie (i ważniejsze chyba) dlatego, że przyjmując Go, mamy Go dawać dalej. Nie mówię tu o bezczeszczeniu Najświętszego Sakramentu, ale o wykorzystaniu jego owoców. Chrystus sam ucieka od zamknięcia w czyimś światku.

poniedziałek, 30 maja 2011

wolność - kocham i rozumiem?

Prowadziłam dziś lekcje z licealistami na temat etyki św. Augustyna. Fascynujące, jak młodzi ludzie potrafią być krytyczni, poszukujący i twórczy.

Myślę jednak o czymś innym. O wolności. Starożytna koncepcja wolności mówiła, że istotą wolności jest dążenie do bycia w zgodzie z własną naturą. Skoro ludzka natura jest dobra (bo człowiek stworzony jest przez Boga, a absolutnie dobry Bóg nie może stworzyć czegoś złego), to jego wolna wola powinna dążyć właśnie do osiągnięcia dobra. Trudno zrozumieć to nam, którzy wyrośliśmy w kulcie wolności jako zdolności dokonywania wyboru między dobrem a złem.

Przypomina mi się to, co dawno temu mówił mój ówczesny duszpasterz: że po złożeniu ślubów wieczystych w większości sytuacji pokusy jest łatwiej, bo jest się dobrze ukierunkowanym. Wiadomo, dokąd trzeba zmierzać, do czego trzeba dążyć - wiadomo, gdzie znaleźć Boga. Wolna wola człowieka po ślubach jest zatem wolna w sposób doskonalszy, bo jest bliższa swojej naturze.

Czy tak samo jest po przyjęciu sakramentu małżeństwa? Chciałabym, żeby tak było. Doświadczenie z innymi sakramentami pokazuje jednak, że niekoniecznie się tak dzieje. Dlaczego z małżeństwem miałoby być inaczej?

Tak czy siak, boli mnie trochę współczesne rozumienie wolności. Pomieszanie wolności z samowolą. Wyłączenie wolności z jej konotacji moralnych. Czy da się coś z tym zrobić?

sobota, 11 września 2010

pamiętać i być sobą

Kolejna lektura z gatunku czytanie dla siebie. Jana Pawła II Pamięć i tożsamość. Zagubiona w odmętach dziejów, znaleziona dopiero przy ostatnim wyjeździe z domu. Pozwolę sobie przytoczyć fragment z rozdziału 2, który mnie zafascynował:
Właśnie w tych ostatnich godzinach ziemskiego życia Chrystusa otrzymaliśmy chyba najpełniejsze objawienie o Duchu Świętym. Wśród słów, które wypowiedział wówczas Jezus, znajduje się także stwierdzenie bardzo znamienne dla interesującej nas kwestii. Mówi On, że Duch Święty przekona świat o grzechu (J 16,8). Starałem się wniknąć w te słowa i to doprowadziło mnie do pierwszych stron Księgi Rodzaju, do wydarzenia, które zostało nazwane grzechem pierworodnym. Św. Augustyn z niezwykłą wnikliwością scharakteryzował naturę tego grzechu następującej formule: amor sui usque ad contemptum Dei - miłość siebie aż do negacji Boga (De civitate Dei, XIV, 28). Właśnie amor sui - miłość własna - popchnęła pierwszych rodziców ku pierwotnemu nieposłuszeństwu, które dało początek rozszerzaniu się grzechu w całych dziejach człowieka. Odpowiadają temu słowa z Księgi Rodzaju: Tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło (Rdz 3,5), czyli będzie sami stanowili o tym, co jest dobrem, a co złem.

I ten właśnie pierworodny wymiar grzechu nie mógł znaleźć współmiernej rekompensaty w innej postaci, jak poprzez przeciwstawne amor Dei usque contemptum sui - miłość Boga aż do negacji siebie. Tutaj właśnie dotykamy tajemnicy odkupienia człowieka, a do tego poznania prowadzi nas Duch Święty. To On pozwala nam tak głęboko wniknąć w mysterium Crucis, a równocześnie pochylić się nad otchłanią zła, którego sprawcą i zarazem ofiarąstał się człowiek na początku swoich dziejów. Do tego właśnie odnosi się wyrażenie: przekonać świat o grzechu. A celem tego przekonywania nie jest potępienie świata. Jeżeli Kościół w mocy Ducha Świętego nazywa zło po imieniu, to tylko w tym celu, ażeby wskazać możliwość jego przezwyciężenia. Amor Dei usque contemptum sui ma takie właśnie wymiary. Są to właściwe wymiary miłosierdzia.

sobota, 28 sierpnia 2010

rodzina to jest siła!

Wczorajsze wspomnienie św. Moniki i dzisiejsze wspomnienie św. Augustyna natchnęły mnie optymizmem. Historyczny dowód na skuteczność modlitwy wstawienniczej. Mama modląca się o nawrócenie dla syna. Udało się. I to jeszcze jak!

Myślę o tych wszystkich, których proszę o modlitwę za mnie i za tych, których sama swoją modlitwą obejmuję. Tak naprawdę też tworzymy rodzinę. Rodzinę, w której zamiast więzów krwi członków łączą więzy modlitwy. Czy nazwa rodzina, pochodząca od słowa rodzić, jest uprawniona w tym wypadku? Myślę, że tak - modlitwą rodzimy przecież innych ludzi do otrzymania łaski od Pana Boga. Rodzimy ich do pewnych zmian. A do nowego życia rodzi ich - nas - sam Jezus Chrystus :)

wtorek, 27 lipca 2010

optymizm?

W dzisiejszej Ewangelii (Mt 13, 36-43) Jezus wyjaśnia uczniom przypowieść o chwaście, którą słyszeliśmy podczas sobotniej Mszy świętej. Mówi, że dobrym nasieniem są synowie Królestwa, posiani przez Syna Człowieczego, a chwastem są synowie Złego; dalej, wyjaśnia, co się z nimi stanie przy końcu czasów.

Ta opozycja - synowie Królestwa a synowie Złego - jest opozycją między dobrym a złym. Uczciwie przyznam, że w trakcie kazania przychodziły mi do głowy różne koncepcje pochodzenia zła, które omawialiśmy na historii filozofii. Najpierw przypomniał mi się św. Augustyn z Hippony z jego teorią, że nie ma substancjalnego zła - zło jest jedynie brakiem dobra. Wynika to w prostej linii stąd, że wszystko, co stworzył Bóg, musi być dobre, tak jak Dobry jest sam Stwórca. Zły jest koń - podawał Augustyn - jeśli nie spełnia swojego przeznaczenia, np. jest za słaby, by uciągnąć wóz z kamieniami. Zło tego konia wynika jednak nie z natury tego konia, ale z jego cech akcydentalnych - znaczy to, że z natury koń jest dobry, a zły jest jedynie w konkretnej funkcji konia pociągowego. I tak dalej, i tak dalej.

Św. Augustyn to IV wiek po Chrystusie. Szesnaście wieków później w Europie powstaje książka, która również nasunęła mi się podczas kazania w kontekście problemu dobra i zła. "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa. I cytat, który wrył mi się w pamięć podczas lektury:
(...) na co by się zdało twoje dobro, gdyby nie istniało zło, i jak by wyglądała ziemia, gdyby z niej zniknęły cienie?

Tak jak u Augustyna zło jest zależne od dobra - najpierw musi istnieć dobro, aby zło mogło w ogóle zaistnieć - tak u Bułhakowa to zło jest pierwotne i dopiero w odniesieniu do niego czy w powiązaniu z nim może ujawnić się dobro. (Zwróćmy uwagę na różnicę między istnieniem a ujawnieniem się).

Tematyka ta wiąże się z tym, co czytam akurat w Katechizmie Kościoła Katolickiego:

(...) Ważne jest nie tyle poznanie, kiedy i w jaki sposób wyłonił się materialnie kosmos, kiedy pojawił się w nim człowiek, co raczej odkrycie, jaki jest sens tego początku: czy rządzi nim przypadek, ślepe przeznaczenie, anonimowa konieczność czy też transcendentny, rozumny i dobry Byt, zwany Bogiem. A jeżeli świat wywodzi się z mądrości i dobroci Bożej, to dlaczego istnieje zło? Skąd pochodzi? Kto jest za nie odpowiedzialny? Czy można się od niego wyzwolić?
KKK 284


To miłe, że Kościół zauważa, że problem dręczący ludzkość od zarania dziejów - unde malum? (skąd zło?) - dręczy ją nadal. Całe pokolenia filozofów, myślicieli, pisarzy, naukowców próbowały dojść do jednoznacznej i ostatecznej odpowiedzi na to pytanie.

Wizja św. Augustyna jest pociągająca - pozwala patrzeć na świat poniekąd przez różowe okulary, być optymistą aż do granic nieprzyzwoitości. Ale czy rzeczywiście nie ma substancjalnego zła? Czy istnienie Szatana nie wskazuje na to, że nawet jeśli zło nie było substancjalne na początku, to uzyskało substancję w buncie upadłych aniołów? A może Szatan jest tylko personifikacją zła, ale nie jego ucieleśnieniem ani substancją? Teza Augustyna i tutaj znajdzie zastosowanie - i Szatana, jako anioła, stworzył Bóg. Zatem natura Szatana musi być dobra. Złem jest to, że Szatan nie dopasował się do swojej roli u Boga i zbuntował się. Podjął złą decyzję, bo w jego decyzji zabrakło pamięci o Bogu i Jego dobru. Czyni źle, bo jego uczynki, namawianie do grzechu, sprzeciwiają się dobru Boga. Jednak sam Szatan, jego osoba, jego istota, jest z natury dobra, bo stworzona przez Boga. Czyż to nie huraoptymizm?

Uznawanie, za Augustynem, dobra wszystkiego, co stworzone, jest nieadekwatne dla naszych czasów. Obecnie mamy przecież tyle rzeczy, które zostały wykonane przez człowieka dzięki temu, co wcześniej Pan Bóg raczył stworzyć! Tabletki wczesnoporonne (pozwolę sobie na radykalny przykład) skonstruował człowiek, a nie Bóg. Wprawdzie użył do tego wszystkiego, co Pan Bóg mu dał: rozumu, zdolności, materiałów, ale trudno powiedzieć, żeby był to bezpośredni wytwór Pana Boga. Jeśli jednak, jakimś pokrętnym sposobem, uznać tabletkę wczesnoporonną za rzecz stworzoną przez Niego, to nie można powiedzieć, że jest zła - czy chcemy, czy nie, dobrze spełnia swoją rolę, więc w świetle nauki św. Augustyna jest dobra. Złą tabletką wczesnoporonną byłaby w tym przypadku taka, która nie doprowadzi do poronienia. Jak powiedziałam, przykład jest radykalny, ale zastosowałam go tutaj, aby wskazać, że chociaż wizja Augustyna jest rzeczywiście miła dla oka, to jednak trzeba się nią posługiwać ostrożnie. Zwłaszcza, że często ulega wypaczeniom - mam na myśli właśnie te "pokrętne sposoby", jakimi uznaje się rzeczy zbudowane przez człowieka za dzieła samego Boga.