Mocny akcent podczas ostatniej spowiedzi. Znajomy ojciec w konfesjonale, wyznanie grzechów, pouczenie... i na koniec powiedział do mnie po imieniu. Niby wstrętna, tania, psychologiczna zagrywka (ów ojciec jest jednocześnie psychologiem, więc wiedział, co robi). Ale zadziałała.
Przecież Pan też do mnie mówi po imieniu. Nie jestem dla Niego anonimowa. Tak jak nie był Adam, tak jak nie był Abraham, Mojżesz, tylu innych. On przecież dokładnie wie, kim jestem. I jak do mnie mówić. Kurczę, taki banał, a takie wrażenie. To zdecydowanie bliżej stawia problem relacji z Bogiem. Jak już człowiek sobie uświadomi, że nie jest tylko kolejnym numerkiem w Bożej statystyce... to może myśleć o tym, żeby Bóg przestał być tym samym dla niego.
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Abraham. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Abraham. Pokaż wszystkie posty
środa, 18 stycznia 2012
czwartek, 28 kwietnia 2011
święta, święta
Zmartwychwstanie Chrystusa. Chciałoby się przeżywać je stale. Na szczęście daje realne owoce. Nawet jeśli trudno dostrzegalne w szarej codzienności. Coś okraszonego piękną oprawą muzyczną, staraniem liturgicznym, przyjaznymi twarzami i ogólną atmosferą święta jest dużo łatwiejsze do przeżywania niż jego owoce.
Niesamowita historia Abrahama i Izaaka. Historia, którą tysiące lat później Soren Kierkegaard wykorzystał do wykazania paradoksu myślenia religijnego. To musi być paradoks. Bez niego nie ma religii, bez niego nie ma wiary. Chciałoby się tę wiarę włożyć w ładną ramkę i postawić na biurku, gdy tymczasem ona powinna się właśnie wszelkim ładnym ramkom wymykać.
Ogromne świadectwo dorosłych, wstępujących do wspólnoty Kościoła. Czy wierzysz...? - Wierzę. Jak niesamowite może być Boże działanie, że przywodzi do Niego ze wszystkich krańców świata, materialnego i duchowego.
Ustąpcie od nas, smutki i trosk fale,
gdy nasz Zbawiciel tryumfuje w chwale!
Alleluja!
Niesamowita historia Abrahama i Izaaka. Historia, którą tysiące lat później Soren Kierkegaard wykorzystał do wykazania paradoksu myślenia religijnego. To musi być paradoks. Bez niego nie ma religii, bez niego nie ma wiary. Chciałoby się tę wiarę włożyć w ładną ramkę i postawić na biurku, gdy tymczasem ona powinna się właśnie wszelkim ładnym ramkom wymykać.
Ogromne świadectwo dorosłych, wstępujących do wspólnoty Kościoła. Czy wierzysz...? - Wierzę. Jak niesamowite może być Boże działanie, że przywodzi do Niego ze wszystkich krańców świata, materialnego i duchowego.
Ustąpcie od nas, smutki i trosk fale,
gdy nasz Zbawiciel tryumfuje w chwale!
Alleluja!
poniedziałek, 15 listopada 2010
dziedziczenie
Dziś Kościół katolicki wspomina św. Alberta Wielkiego, dominikanina, biskupa i Doktora Kościoła. Jest dla mnie szczególnie ważną postacią, nie tyle z racji przynależności do Zakonu Kaznodziejskiego, ile przez to, że jego uczniem był św. Tomasz z Akwinu.
Myślę sobie o tych dwóch Świętych - ważnych, wielkich, uczonych - że chyba jednak istnieje ten charyzmat dominikański, o którym niektórzy - nawet w samym zakonie - mówią z przekąsem albo przymrużeniem oka. Coś, co łączy tylu dominikanów w czasie i w przestrzeni. Dobro, które trwa i się rozprzestrzenia, a wszystko dzięki Bożej łasce. Podoba mi się zwyczaj nazywania św. Dominika - Ojcem Dominikiem. On jak prawdziwy ojciec przekazał dalej ten charyzmat, który otrzymał, i dzięki temu ród jego ciągle trwa.
Myślę sobie, czy z takimi założycielami zakonów nie jest trochę tak, jak z Abrahamem - otrzymują od Boga obietnicę, że ich potomstwo będzie liczne, ale najpierw muszą się zdecydować na trudne rzeczy, na całkowite zaufanie Bogu. Tak chyba było ze św. Dominikiem, tak było też z Matką Teresą z Kalkuty, której zbiór prywatnych pism skończyłam czytać w Wilkanowie. Otrzymują od Boga wielki dar, który mają przekazać następcom jako dziedzictwo.
Pan moim dziedzictwem i przeznaczeniem (...) (Ps 16)
Myślę sobie o tych dwóch Świętych - ważnych, wielkich, uczonych - że chyba jednak istnieje ten charyzmat dominikański, o którym niektórzy - nawet w samym zakonie - mówią z przekąsem albo przymrużeniem oka. Coś, co łączy tylu dominikanów w czasie i w przestrzeni. Dobro, które trwa i się rozprzestrzenia, a wszystko dzięki Bożej łasce. Podoba mi się zwyczaj nazywania św. Dominika - Ojcem Dominikiem. On jak prawdziwy ojciec przekazał dalej ten charyzmat, który otrzymał, i dzięki temu ród jego ciągle trwa.
Myślę sobie, czy z takimi założycielami zakonów nie jest trochę tak, jak z Abrahamem - otrzymują od Boga obietnicę, że ich potomstwo będzie liczne, ale najpierw muszą się zdecydować na trudne rzeczy, na całkowite zaufanie Bogu. Tak chyba było ze św. Dominikiem, tak było też z Matką Teresą z Kalkuty, której zbiór prywatnych pism skończyłam czytać w Wilkanowie. Otrzymują od Boga wielki dar, który mają przekazać następcom jako dziedzictwo.
Pan moim dziedzictwem i przeznaczeniem (...) (Ps 16)
poniedziałek, 8 listopada 2010
blisko, coraz bliżej
Niepohamowany zachwyt Liturgią Godzin, znowu.
Ileż tu nadziei! Tych, którzy zbliżają się do Niego. Więc się zbliżamy! Może powoli, może niezdarnie, może boleśnie, ale się zbliżamy! A On nas upomina - pewnie po to, byśmy nie próbowali tego robić za szybko, zbyt gwałtownie, żebyśmy nie przypisywali sobie chwały z tego powodu. Chwała już na nas czeka, ale najpierw musimy się zbliżyć aż do zjednoczenia. Jeszcze trochę czasu i pracy przed nami. Ale - ważna rzecz - zbliżamy się!
Będziemy dziękować Panu Bogu naszemu, który doświadcza nas, tak jak naszych przodków. Przypomnijcie sobie to wszystko, co On uczynił z Abrahamem, i jak doświadczył Izaaka, i co spotkało Jakuba. Jak bowiem ich poddał Bóg próbie ogniowej, by doświadczyć ich serca, tak i na nas nie zesłał kary, lecz raczej dla przestrogi karci tych, którzy zbliżają się do Niego.
(Jdt 8,25-26a.27)
Ileż tu nadziei! Tych, którzy zbliżają się do Niego. Więc się zbliżamy! Może powoli, może niezdarnie, może boleśnie, ale się zbliżamy! A On nas upomina - pewnie po to, byśmy nie próbowali tego robić za szybko, zbyt gwałtownie, żebyśmy nie przypisywali sobie chwały z tego powodu. Chwała już na nas czeka, ale najpierw musimy się zbliżyć aż do zjednoczenia. Jeszcze trochę czasu i pracy przed nami. Ale - ważna rzecz - zbliżamy się!
niedziela, 18 lipca 2010
rewolucja
Kiedy sięgnęłam po czytania przeznaczone na dziś, uderzyła mnie jedna rzecz. Pierwsze czytanie (Rdz 18, 1-10a) mówi o tym, że do Abrahama przyszedł Bóg (właściwie trzy ludzkie postacie, w których Abraham rozpoznał Pana) i tenże Abraham dwoił się i troił, aby jako gospodarz godnie ugościć tak wielkiego Gościa. Rozkazał przyrządzić cielę, żonie polecił upiec podpłomyki... I tak przyjął Boga, a Bóg (to znaczy trzy postacie) siadł i jadł. Wtedy dopiero Abraham stanął spokojnie pod drzewem i pokornie czekał.
Z kolei w dzisiejszej Ewangelii (Łk 10, 38-42) czytamy, że Jezus Chrystus przyszedł do pewnego domu, w którym mieszkały dwie siostry - Maria, która od razu siadła u Jego stóp i słuchała, co mówił, oraz Marta, która zaczęła się krzątać po domu, aby jako gospodyni godnie podjąć Pana. Co więcej, rugała swoją siostrę za to, że jej nie pomaga. Na to Jezus odpowiada, że nie jest istotne to krzątanie się, nie jest istotny zastawiony stół i przygotowane wino, ale liczy się bardziej właśnie słuchanie, trwanie przy Nim i skupienie uwagi na Jego słowach.
Wydaje się, że przesłanie tego fragmentu Ewangelii jest jasne. Natomiast zastanowiło mnie zestawienie tej sceny z podobną w gruncie rzeczy sceną ze Starego Testamentu. Pomyślałam sobie, że ten układ czytań ma za zadanie pokazać, że Jezus wprowadza tak naprawdę rewolucję w świat żydowski. Że to, co w Starym Przymierzu było istotne - Prawo, przepisy, zwyczaje - ustępuje przed mocą Słowa, przed koniecznością przygotowania najpierw serca, a dopiero potem ciała. Zwróciłam na to uwagę dlatego, że od dłuższego czasu dostrzegam znaczące różnice między wiarą chrześcijańską a żydowską. Określenie Żydów naszymi "starszymi braćmi w wierze", chociaż całkiem trafne, zaciemnia sprawę, jeśli nie jest opatrzone komentarzem.
Moja znajoma ze studiów powiedziała kiedyś, że chrześcijaństwo to nie dla niej, ale judaizm już trochę bardziej, tylko gdyby nie był taki do chrześcijaństwa podobny... Funkcjonuje tu stereotyp, że skoro jedno i drugie są systemami monoteistycznymi, a ponadto chrześcijaństwo z judaizmu wyrasta, to muszą one być tak podobne, że niemal identyczne. A tu - niespodzianka. Kiedy słuchałam w tym roku wykładów rabina z wrocławskiej gminy żydowskiej na temat judaizmu, jego głównych pojęć, egzegezy Pisma Świętego... Nie mieściło mi się w głowie, że z tego systemy mógł wyrosnąć taki twór, jak chrześcijaństwo. Mogło się to stać tylko na drodze rewolucji. Właśnie takiej rewolucji, jaką dzisiaj pokazują nam czytania Mszy świętej.
Z kolei w dzisiejszej Ewangelii (Łk 10, 38-42) czytamy, że Jezus Chrystus przyszedł do pewnego domu, w którym mieszkały dwie siostry - Maria, która od razu siadła u Jego stóp i słuchała, co mówił, oraz Marta, która zaczęła się krzątać po domu, aby jako gospodyni godnie podjąć Pana. Co więcej, rugała swoją siostrę za to, że jej nie pomaga. Na to Jezus odpowiada, że nie jest istotne to krzątanie się, nie jest istotny zastawiony stół i przygotowane wino, ale liczy się bardziej właśnie słuchanie, trwanie przy Nim i skupienie uwagi na Jego słowach.
Wydaje się, że przesłanie tego fragmentu Ewangelii jest jasne. Natomiast zastanowiło mnie zestawienie tej sceny z podobną w gruncie rzeczy sceną ze Starego Testamentu. Pomyślałam sobie, że ten układ czytań ma za zadanie pokazać, że Jezus wprowadza tak naprawdę rewolucję w świat żydowski. Że to, co w Starym Przymierzu było istotne - Prawo, przepisy, zwyczaje - ustępuje przed mocą Słowa, przed koniecznością przygotowania najpierw serca, a dopiero potem ciała. Zwróciłam na to uwagę dlatego, że od dłuższego czasu dostrzegam znaczące różnice między wiarą chrześcijańską a żydowską. Określenie Żydów naszymi "starszymi braćmi w wierze", chociaż całkiem trafne, zaciemnia sprawę, jeśli nie jest opatrzone komentarzem.
Moja znajoma ze studiów powiedziała kiedyś, że chrześcijaństwo to nie dla niej, ale judaizm już trochę bardziej, tylko gdyby nie był taki do chrześcijaństwa podobny... Funkcjonuje tu stereotyp, że skoro jedno i drugie są systemami monoteistycznymi, a ponadto chrześcijaństwo z judaizmu wyrasta, to muszą one być tak podobne, że niemal identyczne. A tu - niespodzianka. Kiedy słuchałam w tym roku wykładów rabina z wrocławskiej gminy żydowskiej na temat judaizmu, jego głównych pojęć, egzegezy Pisma Świętego... Nie mieściło mi się w głowie, że z tego systemy mógł wyrosnąć taki twór, jak chrześcijaństwo. Mogło się to stać tylko na drodze rewolucji. Właśnie takiej rewolucji, jaką dzisiaj pokazują nam czytania Mszy świętej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)