Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pokora. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pokora. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 grudnia 2013

dzieci tego samego Boga

Ostatnio w odmętach internetu pojawia się sporo obrazków wyśmiewających ateistów, którzy dostają prezenty pod choinkę, jedzą karpia albo na ulicy życzą sobie Wesołego niczego. Niektóre z nich rzeczywiście rozweselają, ale przykre jest dla mnie, że niektórzy moi znajomi biorą je dużo poważniej, niż na to zasługują.

Celebrowanie świąt Narodzenia Pańskiego to zdecydowanie coś więcej niż obdarowywanie się prezentami i pożeranie wigilijnej kolacji. Myślę, że kiedy chrześcijanie w ten sposób dają wyraz swojej radości wypływającej z przeżyć religijnych, ateiści te same gesty i znaki mogą odczytywać zupełnie inaczej. Denerwuje mnie przedstawianie ateistów (choćby na własny użytek) jako ludzi bez serca i bez mózgu, którzy nie potrzebują spędzić czasu z najbliższymi, którzy odrzucają wszelkie przeżycia tylko dlatego, że mogą się skojarzyć z religią. Owszem, miałam na studiach koleżankę, która nie obchodziła świąt Bożego Narodzenia, bo deklarowała się jako ateistka - było to rzeczywiście spójne. Nie znaczy to jednak, że przyjście na wieczerzę wigilijną czy obdarowanie kogoś prezentem podważa czyjś ateizm albo wskazuje na jego obłudę. Myślę, że można to porównać do sytuacji, w której dziewczyna zaprasza swojego nowego chłopaka na rodzinną uroczystość. On nie musi przecież koniecznie cieszyć się z osiemdziesiątych urodzin babci Helenki, ale może chcieć spędzić ten czas właśnie tam, właśnie z tymi ludźmi.

I myślę, że jednak my, chrześcijanie, nie powinniśmy kogoś takiego odrzucać tylko dlatego, że nie zgadzamy się na poziomie doktrynalnym. Zanim staliśmy się chrześcijanami - to znaczy zanim przyjęliśmy chrzest i zaczęliśmy mniej lub bardziej świadomie wyznawać tę konkretną religię - byliśmy już ludźmi. Więc może warto przy okazji świąt Narodzenia Pańskiego spojrzeć na ateistów jako na naszych braci, niezależnie od tego, jak bardzo oni chcą się od tego spojrzenia odgrodzić. Mam wrażenie, że takie obrazki, z pozoru śmieszne i miłe, służą jeszcze wyraźniejszemu okopaniu się na swoim stanowisku wierzącego.

niedziela, 13 października 2013

Jezus zwyciężył

Chwila pokusy. Przeciągająca się chwila pokusy. Pokusy obezwładniającej.

Na początku wola mówi - okej, okej, panuję nad sytuacją, dasz radę. No i daję.

Za chwilę wola mówi - no nie wiem, jakoś tak słabo się czuję. Więc zaczyna się robić jeszcze fajniej.

A w końcu wola woła z przerażeniem - ja dezerteruję, szukaj ratunku gdzie indziej! Nie wiem, dlaczego tym razem jest inaczej niż zwykle, dlaczego tym razem rzeczywiście szukam innego punktu zaczepienia. Jakieś kilka niezbyt poprawnie zlepionych razem słów jako wezwanie do Pana, żeby coś z tym zrobił, bo nie chcę się od Niego oddalać.

I tu, jak w komiksie, mógłby się pojawić dymek z wielkim Puffffff, chmura dymu, a w następnym okienku pokusa poobijana, czołgająca się po podłodze ku wyjściu. No... i byłby to całkiem adekwatny obrazek - no, może bez tej chmury dymu. Alleluja, Bóg jest wielki!

niedziela, 25 sierpnia 2013

zamkiem jestem

Nieustannie powraca do mnie temat, który już tu kiedyś poruszałam, mianowicie kochania samego siebie. Powraca każdego dnia w nowych odsłonach. Teraz chyba dojrzał na tyle, że można go puścić w świat.

Życie bez miłości do samego siebie jest niebywale ciężkie. Człowiek patrzy na swoje oblicze w lustrze i myśli - Nie. Myśli o swoich dokonaniach mniejszych i większych i o każdym z nich myśli - Nie. Czasem pozwala sobie na marzenie i wtedy też mówi sobie w myślach - Nie. Ani to, co ma, ani to, co mógłby mieć, nie jest powodem do radości. Bo zawsze można mieć więcej, lepiej. Ani to, kim jest, ani to, kim może się stać, jeśli zechce, nie satysfakcjonuje go w pełni. Przecież zawsze można być kimś innym - w domyśle: lepszym, większym, wspanialszym, ciekawszym, bardziej towarzyskim, w ogóle doskonalszym. Skoro można być bardziej, to trzeba się o to starać. I pół biedy, kiedy rzeczywiście można. Cyrk zaczyna się w momencie, kiedy jednak nie można. Z różnych przyczyn. Nie można i już. Może nie teraz, może nie tak, a może w ogóle nie. I taki niekochający się człowiek popada w ruinę.

Myślę, że można człowieka przyrównać do zamku wystawionego przez Pana Boga. Pan Bóg zbudował ten zamek najpiękniejszym, jaki mógł być. Wystarczy tylko zadbać. Człowiek ma tylko o ten zamek - o samego siebie - należycie zadbać. O konstrukcję, o wnętrze i o otoczenie tego swojego zamku. I jeśli ciągle swój zamek porównuje z innymi i ciągle nie dostrzega tego największego piękna jego własnego zamku, to zaniedbuje ten zamek, bo zwraca uwagę zupełnie nie na to, na co powinien. Sadzi kwiatuszki i robi skalniaczki w ogródku, podczas gdy fundamenty mu przemakają. Czy coś podobnego.

W czym tkwi piękno tego jego jedynego zamku? W tym, że ten zamek rzeczywiście jest jedyny. Pan Bóg tylko na ten jeden zamek spożytkował swoje siły w taki sposób. Tylko w tej konstrukcji użył dokładnie takich materiałów. Każdy inny zamek jest po prostu - innym zamkiem.

Jak wiele pokory trzeba, żeby uwierzyć Panu Bogu w to, że naprawdę chciał WŁAŚNIE TAKIEGO zamku. Jak wiele cierpliwości trzeba, że pielęgnować to, co się ma, i codziennie uczyć się dostrzegać tego właśnie czegoś piękno.

Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

wtorek, 9 kwietnia 2013

okres ważności

Zadziwiające i zatrważające jednocześnie, jak bardzo może człowieka wciągnąć wir spraw codziennych i boleśnie wręcz doczesnych. Jak bardzo aktualna i natarczywa staje konieczność rozróżnienia między tym, co ważne, a tym, co pilne. Jak łatwo to wszystko pomieszać. Zagubić Pana Boga na którejś z wielu półek z odłożonymi "mniej pilnymi" sprawami. Bo przecież On poczeka. Przecież On jest miłosierny, łaskawy, nieskory do gniewu, a przede wszystkim bardzo cierpliwy.

Cel na najbliższe tygodnie: codzienną listę rzeczy do zrobienia uzupełniać o kategorie "ważne" i "pilne" przy każdej zapisanej czynności.

czwartek, 21 lutego 2013

wszyscy jesteśmy heretykami

Natknęłam się właśnie na wywiad z profesorem Janem Hartmanem. Zasmucił mnie niepomiernie.

Ja rozumiem, że o chrześcijaństwie mówią nie tylko chrześcijanie, o katolicyzmie nie tylko katolicy. Rozumiem też, że jest to uprawnione, bo nie trzeba być ptakiem, żeby być ornitologiem. Nie rozumiem jednak, dlaczego człowiek, który nie ma zielonego pojęcia o doktrynie chrześcijańskiej, dogmatach, historii Kościoła, wypowiada się z taką stanowczością i pozorowaną znajomością tematu w sprawie, która tak naprawdę go nie dotyczy.

Jeśli człowiek z tytułem profesora wypowiada się publicznie, to mam chyba prawo oczekiwać, że ponad swoimi poglądami wykaże się pewną fundamentalną wiedzą. Na przykład nie powie, że rozróżnienie na dobro i zło, wyodrębnienie szatana, pochodzi z gnostycyzmu i nie występowało w jakimś pierwotnym chrześcijaństwie (czymkolwiek by ono było). Nie powie też, że 1 listopada obchodzimy święto przodków. Ani, że Maria i jej matka były dziewicami. Nie trzeba w to wierzyć, żeby mieć na ten temat wiedzę. To wszystko jest do przeczytania w ogólnodostępnych źródłach, nie jest to żadna wiedza tajemna. Człowiek z tytułem profesora powinien korzystać z ogólnodostępnych źródeł, skoro wypowiada się w temacie, który jest dla niego widocznie w jakiś sposób istotny.

A może ja po prostu za wiele wymagam?

sobota, 23 czerwca 2012

darmowe minuty

Trudno sobie poukładać w głowie to, co Bóg mówi. Jeszcze żeby tylko jedno słowo. Tyle czasu siedział cicho, a teraz, jak Mu się zachciało mówić, to przestać nie może. I ciągle o jednym katuje, ale w tylu słowach, że głowa boli. W zasadzie słowa są trzy. Ale jakie!

Pokora.

Miłość.

Życie.

O każdym z tych słów jakieś słowa kolejne, które rodzą coś dalej. Ostry dyżur na porodówce, naprawdę. Może lipcowa wizyta u Pani Ostrobramskiej coś pomoże. Chociaż... nie wiem, czy wypada najmować Najświętszą Pannę jako akuszerkę.

Ileż odpowiedzialności. Gdzie przebiega granica między odpowiadaniem za siebie a odpowiadaniem za drugiego człowieka? Gdzie jest granica między moim zbawieniem a zbawieniem tego kogoś obok? Zdawałoby się, że tyle czasu się już poświęciło ważnym rzeczom, tymczasem okazuje się, że tym naprawdę ważnym nie poświęciło się ani minuty. I o te minuty upomina się Pan Bóg, zwłaszcza wtedy, kiedy z jakiegoś powodu nie robi tego drugi człowiek.

I tylko świadomość własnej małości jest taka niemiła. Zatem na pierwszym miejscu stoi dziś pokora.

Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

środa, 20 czerwca 2012

ćśśśś...

Ileż pokory trzeba, żeby uznać, że jest coś poza światem widzialnym i że istnieje konkretna zależność między światem widzialnym a niewidzialnym. Zgodzić się na to, że nie wszystko jest zależne ode mnie ani nawet nie od moich ziomków rodzaju ludzkiego.

Myślę, że większość dzisiejszych problemów ludzkości bierze się właśnie z braku pokory. W tej sferze mieści się kwestia dawania i odbierania życia, ale też uczciwości w pracy, w życiu społecznym, w stosunkach międzyludzkich. Chcemy być ciągle na piedestale, nieustannie karmić się swoją własną, często wątpliwą lub niezasłużoną, chwałą. Oddanie chwały komu innemu - Bogu, drugiemu człowiekowi - wymaga ogromnego przekroczenia siebie. Właśnie upokorzenia, które (jak pisałam już kiedyś) jest traktowane po macoszemu, a które dla mnie ma zasadniczo pozytywny sens.

W tej drobnej, małej, niezauważalnej cichości serca, w tym ukryciu siebie, można dopiero siebie odnaleźć. Tak myślę. Spojrzeć na siebie przez pryzmat swoich słabości, ale nie po to, by je rozpamiętywać, rozdrapywać czy kultywować, ale po to, by je przezwyciężać, każdego dnia od nowa. Tym właśnie dla mnie jest to upokorzenie.

Trudno, bardzo trudno upokorzyć się w tym sensie przed Bogiem. Myślę jednak, że zdecydowanie trudniej dokonać tego przed drugim człowiekiem. O Bogu można wszak pomyśleć, że jest NAJ, i jako taki jest nieskończenie lepszy, dlatego chwała ewidentnie Mu się należy. Ale drugi człowiek? Ten, z którym codziennie spotykam się w pracy, na uczelni, w domu, z którym żyję i widzę jego wady? Wady tak nieskończenie gorsze od moich własnych? Jemu już nie tylko chwały nie należy oddawać, ale nawet na zwykłą sprawiedliwość nie zasługuje.

Jezu cichy i pokornego serca, zmiłuj się nad nami.

wtorek, 24 stycznia 2012

gra półsłowek

Czas sesyjny skłania do refleksji wszelakich, a zwłaszcza tych niezwiązanych ze studiami.

Czas sesyjny składa się w niebanalną całość z wersetem Psalmu 127: Daremne jest wasze wstawanie przed świtem i przesiadywanie do późna w nocy. Wpadłam na to dobrze ponad rok temu i do tej pory się mnie trzyma. Niezależnie od prawdziwości tego złożenia, trzeba jednak poruszyć związany z tym wątek.

Obracając się w środowisku katolickiej młodzieży (głównie studenckiej), mam okazję uczestniczyć bądź przysłuchiwać się przeróżnym rozmowom. W wielu z nich przewijają się motywy z Pisma Świętego, z ksiąg liturgicznych, pism wielkich ludzi Kościoła i tak dalej. W czym problem? W tym, że za często? Może raczej w tym, że w zaskakujących kontekstach. Przykłady można mnożyć, a skoro tak, to oprócz przytoczonego wyżej (z Psalmem 127 i sesją) nic równie zwięzłego mi do głowy aktualnie nie przychodzi.

Może jest tak, że im głębiej wchodzi się w pewne tajemnice, tym bardziej doświadcza się ich wielkości, głębi, niezrozumiałości, a skoro tak, to chce się je jakoś oswoić. Oswojenie to, tak jak w sytuacjach, o których mówię, można osiągnąć przez zestawienie tych tajemnic z szarą codziennością profanum. Przez trywializowanie. Przez zabawy słowne, skądinąd często błyskotliwe i zabawne. Może nie da się za długo wytrzymać w stanie odległości i powagi sacrum. Jednakowoż zabawy słowne z Pismem Świętym i w ogóle świętymi tekstami nie są zwykłymi zabawami słownymi. To są słowa, które niosą ogromne znaczenie, których waga i wymowa są o wiele głębsze i wymagają jakiegoś zatrzymania się.

I być może się nad tym zatrzymujemy - w ciszy swojego serca, w modlitwie, w medytacji. Problem, moim zdaniem, pojawia się w momencie, kiedy nie dajemy temu w ogóle wyrazu na zewnątrz. Kiedy postronny człowiek może pomyśleć, że za wiele sobie pozwalamy. Bo, tak myślę, granica poufałości z Panem Bogiem i Jego Słowem leży dużo bliżej, niż nam się wydaje.

Nie pisałabym o tym, gdyby mnie to bezpośrednio nie dotyczyło, gdybym nie zauważała tego także u siebie.

Może więc więcej pokory nam trzeba.

wtorek, 10 stycznia 2012

forma

Nieformalne mierzenie poziomu cukru w cukrze. Co zrobić, żeby był wyższy? (Albo chociaż żeby nie spadał nadal). Są takie pomyłki, które bardzo trudno naprawić. Jak kot źle wymierzy odległość między telewizorem a wierzchem szafy, to się rozpłaszczy na podłodze. Potem odchodzi obrażony i nie próbuje ponownie przez jakiś czas - dopóki wszyscy, a najpewniej on sam, nie zapomną o jego błędzie.

Mam tylko nadzieję, że w obecnej sytuacji nikt się nie obrazi, nie zacietrzewi, nie weźmie do siebie, nie potraktuje jako ataku. Czasem pokora, z której wszyscy się śmieją skrycie bądź jawnie, jest najbardziej potrzebna i najwłaściwsza.

sobota, 17 września 2011

odbicia

Ważne refleksje.

Refleksja pierwsza: o miłości. Porażająca jest świadomość, że na miłość - ani Bożą, ani ludzką - nie można w żaden sposób zapracować, zasłużyć. Tak ważna dla naszego życia kwestia pozostaje całkowicie poza naszą kontrolą. Jedyne, co można zrobić, to ją przyjąć. Czekać na nią. Ewentualnie o nią poprosić. Czyli zbudować w sobie wielką machinę pokory i skorzystać z niej. Nigdy nie zasłużę na to, żeby drugi mnie kochał. Nigdy jego (ani tym bardziej Jego) miłość nie będzie odpowiedzią na moje dobro, piękno, zdolności, pracę. Przeciwnie, to właśnie wszystkie te rzeczy będą odpowiedzią na miłość otrzymaną całkowicie niezasłużenie. (Z drugiej strony - może to i dobrze. Słowo zasłużyć łączy się ze słowem sługa. Fakt, że nie można zasłużyć na miłość, oznacza, że jej otrzymanie i przyjęcie może się odbywać jedynie w całkowitej wolności).

Refleksja druga: o wierze. Przychodzą takie chwile, kiedy wiara jest równoznaczna wierności bardziej niż zwykle. Kiedy nie można się zagłębić w modlitwę, kiedy nie można ułożyć relacji z Bogiem tak, jak by się chciało. Wtedy samo trwanie - na modlitwie, na Eucharystii, na adoracji, w wierze - jest wiarą, bo jest wiernością. Pan jest wierny we wszystkich Swoich słowach. Bo w nich trwa. Jak mam być wierna, jeśli nie trwam mimo wszystko? Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

Refleksja trzecia: o Piśmie świętym. Najtrudniejszym tekstem, na jaki do tej pory się natknęłam, jest siódmy rozdział Pierwszego Listu do Koryntian. Ten o małżeństwie. Jest absolutnie najtrudniejszy. Najbardziej daje po łapach, po sercu i najgłębiej - po duszy. Poruszył mnie na tyle, że nie jestem w stanie teraz napisać czegoś konkretnego. Po prostu mnie zmiażdżył. Pierwszy raz doświadczam czegoś takiego w odniesieniu do Pisma świętego.

Refleksja czwarta: o dobrych ludziach. Dobrze jest mieć ich obok. Niekoniecznie na wyciągnięcie ręki. Może na odległość półtoragodzinnego spaceru. A może nawet na odległość listu raz na miesiąc. Albo rozmowy telefonicznej. I czasem dobrze poczuć, jak ważna jest ta bliskość. Chwilowe oddalenie dobrze robi. Jest tylko jeden wyjątek od tej reguły. Pan Bóg. Od Niego lepiej się nie oddalać dobrowolnie.

piątek, 22 lipca 2011

skrypturatycznie - eucharystycznie

Tym razem Jan.

Jeżeli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego ani pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie.
(J 6,53)


Ten fragment mowy eucharystycznej ukazuje pośrednio rzeczywistość najpełniejszej miłości człowieka do Chrystusa. Chrystus ofiaruje samego Siebie, Swoje Ciało i Swoją Krew, za nas. I mówi bardzo dosłownie o jedzeniu i piciu. Nie owija w bawełnę, nie mówi o przyjmowaniu czy czymś podobnym. Jedzenie i picie kojarzą się z tą najbardziej przyziemną i ordynarną stroną ludzkiej egzystencji. A jednak w ten sposób Jezus chce być potraktowany.

Z jednej strony jest to wskazanie na zasadnicze dobro cielesnej części natury człowieka. Z drugiej strony jest to wezwanie do tej najdojrzalszej miłości - miłości gotowej przyjąć miłość Drugiego. Przypomina mi się kazanie ze wspominanego wcześniej ślubu roku. Kochać to być gotowym na przyjęcie miłości drugiej osoby.

Jezus w Eucharystii właśnie tego nas uczy. Stąd ma wypływać nasza miłość do Niego, a z niej - miłość do innych ludzi. W końcu jeśli jestem gotowa przyjąć Bożą miłość, tę nieskończoną, największą, doskonałą - to powinnam być gotowa także na przyjęcie tej ludzkiej, nieskończenie mniejszej i mniej doskonałej.

piątek, 8 lipca 2011

zmarnowanie

Niesamowite, jak różnymi i niespodziewanymi drogami Bóg prowadzi nas od małych dóbr do większych, od radości do szczęścia, od doświadczenia do mądrości.

Z drugiej strony, równie niesamowite jest, jak wiele otrzymanych od Niego szans najzwyczajniej marnujemy, bo zamykamy się w swoim wygodnym światku bezpiecznej pychy i prostoty. Tyle okazji do pokory i świadczenia, a tak mało działania!

(Autokrytyka czasem jest potrzebna).

Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

niedziela, 12 czerwca 2011

ćwiczenia duchowe

Wielkie pytanie o miłość bliźniego. Czy przymknąć oko na imprezę odbywającą się od wczorajszego popołudnia u sąsiadów, żeby się dobrze bawili nadal? Czy może zadbać o własny święty spokój? Co będzie oznaką miłości bliźniego? Rozwiązanie pierwsze ma jeszcze ten plus, że się człowiek ćwiczy w cnocie cierpliwości. Rozwiązanie drugie ma plus taki, że człowiek może pouczyć się do egzaminu, który już za tydzień. (Swoją drogą, może chodzi właśnie o to, żebym się w niedzielę nie uczyła? Z drugiej strony, impreza trwa już od wczoraj i wczoraj również utrudniała mi naukę). Ciężkie to wszystko. Stosowanie przykazania miłości, znaczy.

Moja współlokatorka zapytała wczoraj wieczorem ironicznie, czy może sąsiedzi coś świętują. Odpowiedziałam, że może wigilię Zesłania Ducha Świętego. Taaaa... może i tak być. Wolałabym jednak, żeby chrześcijańska radość wyrażała się w mniej uciążliwy sposób.


P.S. Dojrzewa we mnie list do redakcji W drodze. Jeszcze trochę i go napiszę.

piątek, 28 stycznia 2011

z przepisanych mięs i ziół

Z racji dzisiejszego dominikańskiego święta świętego Tomasza z Akwinu (jednego z moich ulubionych świętych), dla odetchnienia od jego dzieł filozoficznych sięgnęłam po hymn Pange lingua jego autorstwa (do posłuchania tutaj). Trzecia strofa mnie poruszyła.
W noc ostatnią przy wieczerzy
z tymi, których braćmi zwał,
pełniąc wszystko jak należy,
czego przepis prawny chciał,
Sam Dwunastu się powierzył
i za pokarm z rąk Swych dał.

Poruszyła mnie ona w kontekście pół żartem, pół serio rzucanych pod moim adresem oskarżeń o faryzejską postawę w kwestii liturgii. Taż tu jest pięknie wskazany argument za należytą troską o liturgię, jej godność, jedność, trwałość i piękno.

Pan Jezus rewolucjonizował, jak już kiedyś pisałam. Robił rzeczy, których nikt inny by nie zrobił, wprowadzał zamęt we współczesny sobie świat. A jednak - w tej konkretnej chwili, kiedy spożywał wieczerzę paschalną z Apostołami, postępował według Prawa, które ustanowiono przed Nim. Kto jak kto, ale On miał pełne prawo powiedzieć: robię to dla Mojego Ojca, więc Ojciec na pewno się nie obrazi, jeśli zrobię to inaczej niż wszyscy. Nie powiedział tego, nie zrobił inaczej niż wszyscy. Wprowadził tylko jedną Rewolucję, na sam koniec, a był to naprawdę szczególny wzgląd duszpasterski, jeśli w ogóle można tak powiedzieć.

Ostatnią Wieczerzę, sprawowaną według Prawa, nazywamy ustanowieniem sakramentu Eucharystii. Myślę, że w związku z tym powinniśmy trzymać się przepisów, które w temacie liturgii ustanawia Matka-Kościół. Są na świecie ludzie mądrzejsi od nas, a przypuszczalnie także bliżsi sprawom Bożym. Odrobinę zaufania. Po co udziwniać, skoro proste też działa?

czwartek, 9 grudnia 2010

niewiadome

Brutalnych metod używa czasem Pan Bóg, żeby człowieka nauczyć rozsądku. Czasem kończy się na kilkudniowym przymusowym milczeniu. Czasem kończy się gorzej. A czasem - w ogóle się nie kończy.

Natomiast w dzisiejszej Ewangelii jedno z tych zdań, które ukochałam: (...) królestwo niebieskie doznaje gwałtu i ludzie gwałtowni zdobywają je. Ukochałam nie dlatego, że jest takie wspaniałe. Ukochałam, bo nie wiem, o czym jest. Nie umiem go rozgryźć. To jedno z tych zdań, które się kocha, bo zmuszają do pracy, do myślenia. I do wołania o pomoc. Więc właśnie je ukochałam.

Może Pana Boga też tak trzeba kochać. Właśnie przez to, że się nie wie, jaki On jest. Że nie można Go ogarnąć. Że jak się chce Go poznać, to trzeba wołać o pomoc - do Niego samego. Filozoficznie bardzo to słabe - błędne koło. Ale może właśnie dlatego.

Kochać. Tak. Bóg jest Miłością. Nawet w tej swojej brutalności.

wtorek, 7 grudnia 2010

banałowy song

Człowiekowi się zdaje, że już tyle przeszedł. I tyle się wysilił, żeby zdobyć ten najwyższy jak dotąd szczyt. A jak już na tym szczycie stanie, złapie oddech i się rozejrzy, to zobaczy. Najpierw - ile mu się udało przejść, jakie przeszkody pokonał. A potem - ile jeszcze przed nim.

Właśnie tak patrzę i - o dziwo - mina mi wcale nie rzednie. Przecież dalsza droga ma jeszcze większy sens niż wszystko, co do tej pory. Będzie ciężko. Ale na końcu będzie - jak to mówią w moim duszpasterstwie - godnie i grubo. Bo na końcu czeka Ten, który mnie zawołał i ciągle ciągnie w Swoją stronę. To chyba trochę tak, jakbym wisiała na linie, a On mnie wciągał w górę, żebym stanęła na szczycie. Na tym szczycie, który jest naprawdę godny tego, by się o niego starać. No więc jak sama nie mogę, nie umiem, nie mam siły - to mnie podciągnie.

Bo kiedy nie umiemy się modlić, to sam Duch Święty modli się w nas.

Ale nie o tym było dzisiaj na rekolekcjach. Dzisiaj było o byciu świadkiem. Niespecjalnie lotnie, nieprzesadnie głęboko, trudno mi coś w tym znaleźć dla siebie. Na pewno miło się słuchało. Banał ubrany w ładne słowa nie przestaje być banałem, ale czasem dobrze sobie takie rzeczy przypomnieć. Myślę też, czy nie jest trochę tak, że banał jest relatywny względem czasu. Znaczy - to, co teraz jest dla mnie banałem, kiedyś było największym odkryciem, które na długo zmieniło myślenie. I znowu - jeśli teraz odkrywam coś nowego, to może się okazać, że za rok, dwa, dziesięć, stanie się takim samym banałem jak to, na co teraz patrzę z dystansu. Przychodzi mi też do głowy pytanie, co sprawia, że tak ważne rzeczy się banalizują?

czwartek, 25 listopada 2010

pragnienia

Słowo, które szczególnie mocno dziś do mnie przemówiło.

Słowo pierwsze.
Niech miłość i wierność cię nie opuszcza,
przymocuj je sobie do szyi,
na tablicy serca je wypisz,
a znajdziesz uznanie i łaskę
w oczach Boga i ludzi.

Z całego serca Panu zaufaj,
nie polegaj na swoim rozsądku.
Poznawaj Go na każdej swej drodze,
a On twe ścieżki wyrówna.

Nie bądź mądry we własnych swych oczach.


(Prz 3,3-7a)


Słowo drugie.
Łaska wam i pokój niech będą udzielone obficie przez poznanie Boga i Jezusa, Pana naszego! (...) dołożywszy całej pilności, dodajcie do wiary waszej cnotę, do cnoty poznanie, do poznania powściągliwość, do powściągliwości cierpliwość, do cierpliwości pobożność, do pobożności przyjaźń braterską, do przyjaźni braterskiej zaś miłość. Gdy bowiem będziecie je mieli, i to w obfitości, nie pozostawią was one bezczynnymi ani bezowocnymi w poznawaniu Pana naszego, Jezusa Chrystusa

(2 P 1,2.5-8)




A całkiem niedawno pomyślałam sobie znowu, że po śmierci chciałabym od razu znaleźć się w niebie. Że chciałabym być świętą. W gruncie rzeczy chodzi tylko o to, żeby oglądać Go twarzą w twarz. No i jeszcze - żeby swoje wieczne szczęście przekuwać w pracę na rzecz tych, którzy na wejście do Królestwa Niebieskiego jeszcze czekają. Zaczynam rozumieć Małą Tereskę, która pisała: O, jak bym bardzo chciała, żebyś umarła, moja biedna Mamuśku!... A to dlatego, żebyś poszła do nieba; przecież mówisz, że trzeba umrzeć, żeby tam pójść; Zawsze pragnęłam być świętą; Nadzieja pójścia do nieba przepełniała mnie radością; Panie, chcę Cię prosić, abyśmy się wszyscy kiedyś znaleźli razem w Twoim pięknym niebie; W niebie będę pragnęła tego samego, co na ziemi: miłować Jezusa i sprawiać, by inni Go miłowali i wreszcie: Gdy patrzymy na śmierć człowieka sprawiedliwego, trudno nie zazdrościć mu jego losu; dla niego nie istnieje już czas wygnania, lecz tylko Bóg, nic tylko Bóg.

poniedziałek, 25 października 2010

proście, a będzie wam dane

Prośba o modlitwę. Taka prośba zbliża ludzi. Nawet prawie obcych. Nawet ustosunkowanych wobec siebie służbowo, formalnie. Taka prośba przełamuje coś w proszącym i coś w proszonym. I jeszcze coś pomiędzy nimi.

Czytam teraz prywatne pisma Matki Teresy z Kalkuty. Zadziwiające, jak w każdym liście, niezależnie od adresata, gorąco prosiła o modlitwę w swojej intencji. Prosiła o modlitwę swojego kierownika duchowego, ale też arcybiskupa kalkuckiego, matkę generalną loretanek i siostry z tego zgromadzenia, prywatnych ludzi, z którymi w różnych sprawach się kontaktowała.

Każda prośba wymaga pokory, przyznania się przed drugim człowiekiem do własnej słabości. Jakoś łatwiej tę pokorę w sobie kształtować, prosząc ludzi o modlitwę. Kiedy proszę o coś materialnego - o pieniądze, jedzenie, ubrania - pokora może zostać przekształcona w upokorzenie (swoją drogą, to ciekawe, jak źle się to słowo kojarzy i jak negatywne ma znaczenie w zestawieniu z jego pochodzeniem). Kiedy proszę o modlitwę, jest zupełnie inaczej. Może dlatego, że w takiej prośbie zawiera się bezpośrednie wskazanie na rzeczywistość ponadludzką?

niedziela, 3 października 2010

frustrujące czekanie

Pierwsze czytanie - prorok Habakuk (Ha 1,2-3;2,2-4). Myślę sobie, że to trochę frustrujące. Człowiek się tu skarży Bogu, jak to mu źle, jaka krzywda mu się dzieje, a Bóg odpowiada: spokojnie, w swoim czasie to się odmieni, poczekaj, zmiana przyjdzie szybko. No tak, ale co znaczy szybko dla Boga, który jest wieczny? Może to znaczyć coś całkiem innego niż dla nas, żyjących według praw czasu. Frustrujące jest to, że zamiast krzywdzie wiernego zaradzić od razu, Bóg każe mu czekać. Czekać na nie-wiadomo-co, które nie-wiadomo-kiedy nastąpi.

I na to - pięknie dobrany refren psalmu (Ps 95,1-2.6-9): Słysząc głos Pana, serc nie zatwardzajcie. Dobra, Bóg nie mówi wprost, nie daje łatwej odpowiedzi. Ale mówi, tak? Mógłby milczeć i śmiać się w skrytości z mojej słabości. Wybrał jednak mówienie do mnie. Trzeba mi się z tego radować, a nie zamykać i obrażać.

Drugie czytanie - św. Paweł pisze do Tymoteusza (2Tm 1,6-8.13-14). Z tego fragmentu wybijają się słowa: abyś rozpalił na nowo charyzmat Boży, który jest w tobie. Bóg już mi dał ten charyzmat, teraz moim zadaniem jest o niego dbać, rozpalić go, żyć nim. Swoją drogą, trudnym pojęciem jest ten charyzmat w dzisiejszych czasach. Tutaj jednak św. Paweł mówi o danym nam przez Boga duchu miłości, mocy, trzeźwego myślenia. A wiarę nazywa dobrym depozytem. Dobrego depozytu trzeba strzec. Dodajmy, że z pomocą Ducha Świętego, który w nas mieszka.

Ewangelia (Łk 17,5-10), podobnie jak czytanie z Habakuka, ma w sobie coś frustrującego. Apostołowie proszą o przymnożenie im wiary, a Jezus na to wytyka im, że ich wiara jest mniejsza od ziarnka gorczycy. W moich relacjach z rodzicami (ale nie tylko z nimi) najbardziej nie lubię, kiedy o coś proszę ze szczerego serca, uznając swoją małość z powodu danego niedostatku, a oni mi to jeszcze wypominają; odbieram to zawsze jako takie a nie mówiłem?, chociaż często nikt nic wcześniej na ten temat nie mówił. Chrystus zachowuje się tu podobnie. I zaraz potem odwraca kota ogonem, zaczyna mówić o służeniu. Trudno to zrozumieć. Myślę jednak, że można tę scenę zinterpretować w ten sposób: to Bóg jest tym, który ma sługi i zamiast zaprosić je do stołu, posyła je na dalsze służenie. Ich zadaniem jest pokora, wykonywanie poleceń ze świadomością, że zaspokojenie ich własnych potrzeb przyjdzie z czasem. Tymi sługami, rzecz jasna, jesteśmy my. Są nimi Apostołowie, którzy proszą o przymnożenie wiary. To frustrujące, że zamiast im tej wiary przymnożyć, zgodnie z ich prośbą, Jezus posyła ich na dalsze służenie. Macie to, co macie, musicie teraz to dobrze wykorzystać. Pięknie się to łączy ze słowami św. Pawła do Tymoteusza: abyś rozpalił charyzmat Boży, który jest w tobie. Owoc przyjdzie później, tak jak w sytuacji Habakuka. Nie-wiadomo-kiedy. Jesteśmy w o tyle lepszej sytuacji, że mamy jakieś, mniej bądź bardziej mgliste, pojęcie - CO. Do tego czasu mamy żyć tym charyzmatem, który został nam dany. Pracować na rzecz Boga, który nam odda za naszą pracę. W swoim czasie. Cierpliwości.

niedziela, 12 września 2010

miłosierny i łaskawy

W ostatnich dniach bardzo wiele wokół mnie dzieje się w temacie nawrócenia. Kulminacją są dzisiejsze czytania mszalne.

Czytanie z Księgi Wyjścia (Wj 32,7-11.13-14) mówi może nie tyle o samym nawróceniu, co o jego konieczności. Widzę, że lud ten jest ludem o twardym karku, mówi Pan do Mojżesza. Co na to Mojżesz? Nie, nie zaprzecza winom narodu izraelskiego. Bierze Pana Boga trochę pod włos, przypominając Mu o przysiędze, którą złożył Żydom na samego Siebie. Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego (2 Tm 2,13).

Psalm (Ps 51,3-4.12-13.17.19) - jeden z najpiękniejszych, jakie znam - jest chyba jedną z najwspanialszych modlitw, jakie Kościół odziedziczył po Starym Testamencie (Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, 10). I dalej: Te słowa właściwie nie wymagają żadnego komentarza. One mówią same za siebie. One same objawiają prawdę o kruchości moralnej człowieka. Oskarża on siebie przed Bogiem, bo wie, że grzech jest przeciwny świętości jego Stwórcy. Równocześnie też człowiek-grzesznik wie o tym, że Bóg jest miłosierdziem i że to miłosierdzie jest nieskończone: Bóg wciąż na nowo gotów jest przebaczać i usprawiedliwiać grzesznego człowieka (tamże). Skoro tak, to człowiek powinien być wciąż na nowo gotów dostrzegać swoje winy i nawracać się.

Drugie czytanie (1 Tm 1,12-17) pokazuje, co Bóg daje człowiekowi, który się nawróci: uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył do posługi mnie, ongiś bluźniercę, prześladowcę i oszczercę. Mówi to święty Paweł, ten, który podjął misję głoszenia Ewangelii jak najdalej i jak najszerzej, i tę misję wypełnił w sposób godny pozazdroszczenia. Ciekawie tłumaczy on zresztą sens miłosierdzia, które grzesznikowi okazuje Pan Bóg: dostąpiłem miłosierdzia po to, by we mnie pierwszym Jezus Chrystus pokazał całą wielkoduszność jako przykład dla tych, którzy w Niego wierzyć będą dla życia wiecznego. Sporo znamy świętych, którzy przez dłuższy lub krótszy czas za życia na ziemi święci wcale nie byli (szerzej o tym pisze moja współodpowiedzialna).

I Ewangelia (Łk 15,1-32), z wydzieloną krótszą perykopą. Cały ten fragment wskazuje, że miłosierdzie Ojca w niebiesiech bierze górę nad sprawiedliwością. Znowu pozwolę sobie zacytować Jana Pawła II: (...) miarą wyznaczoną złu, którego sprawcą i ofiarą jest człowiek, jest ostatecznie Boże miłosierdzie. Oczywiście, jest w miłosierdziu Bożym zawarta również sprawiedliwość, ale nie jest ona ostatnim słowem Bożej ekonomii w dziejach świata, a zwłaszcza w dziejach człowieka. Bóg zawsze potrafi wyprowadzić dobro ze zła, Bóg chce, ażeby wszyscy byli zbawieni (...). Natomiast z własnych refleksji nad tym fragmentem powiem tyle, że pod koniec dłuższej perykopy Jezus mówi o pretensjach drugiego, prawowiernego syna. A wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: «Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę». Chyba najważniejszym zadaniem dla katolików, wypływającym z tej Ewangelii, jest pokora wobec Bożych wyroków, wobec Bożego miłosierdzia i Bożej sprawiedliwości. Przecież Pan Bóg nie chce, żeby komukolwiek z nas stała się krzywda. Przyjmując grzeszników, niczego nie odbiera nam, za to im wynagradza krzywdy, których doznali przez swój grzech.