Rozpoczynam drugą turę czytania Nowego Testamentu. To takie dobre, kiedy wiem, że jeśli teraz mnie coś zaskoczy, to nie przez moją niewiedzę, ale przez to, że akurat Panu Bogu się tak spodobało. Może trzeba trochę wolniej, dać sobie i Bogu więcej czasu.
Wczorajsze kazanie o cudach wlało nową nadzieję w moje strudzone skądinąd serce. Do cudu potrzebny jest i Pan Bóg, i człowiek. I Jego wola, i człowieczy trud. Trzeba zrobić tylko to i wszystko to, co w ludzkiej mocy. Tak jak Apostołowie, przynosząc pięć chlebów i dwie ryby. Niby mało, ale co więcej mogli? Sprowadzenie piekarza z dostawą świeżego pieczywa raczej nie wchodziło w grę. Musi wystarczyć to, co akurat mogą zrobić. W życiu każdego z nas jest tak samo: zrobić tylko to i wszystko to, co można. Jeśli można tylko i aż pójść do lekarza specjalisty, to należy to zrobić, a Pan Bóg zajmie się resztą. W sumie - dobrze to wiedzieć, że Pan Bóg zajmuje się wszystkim tym, czym ja się zająć nie mogę.
I jeszcze słowa św. Tomasza z Akwinu, które tylekroć powtarzałam bez głębszego zastanowienia, że teraz tym mocniej wbijają się w głowę i w serce.
Zbliżam się w pokorze i niskości swej,
Wielbię Twój majestat, skryty w Hostii tej,
Tobie dziś w ofierze serce daję swe,
O, utwierdzaj w wierze, Jezu, dzieci Twe.
Mylą się, o Boże, w Tobie wzrok i smak,
Kto się im poddaje, temu wiary brak,
Ja jedynie wierzyć Twej nauce chcę,
Że w postaci chleba utaiłeś się.
Bóstwo swe na krzyżu skryłeś wobec nas,
Tu ukryte z Bóstwem człowieczeństwo wraz,
Lecz w Oboje wierząc, wiem, że dojdę tam,
Gdzieś przygarnął łotra, do Twych niebios bram.
Jak niewierny Tomasz twych nie szukam ran,
Lecz wyznaję z wiarą, żeś mój Bóg i Pan,
Pomóż wierze mojej, Jezu, łaską swą,
Ożyw mą nadzieję, rozpal miłość mą.
Ty, coś upamiętnił śmierci Bożej czas,
Chlebie żywy, życiem swym darzący nas,
Spraw, bym dla swej duszy życie z Ciebie brał,
Bym nad wszelką słodycz Ciebie poznać chciał.
Ty, co jak Pelikan Krwią swą karmisz lud,
Przywróć mi niewinność, oddal grzechów brud,
Oczyść mnie Krwią swoją, która wszystkich nas
Jedną kroplą może obmyć z win i zmaz.
Pod zasłoną teraz, Jezu, widzę Cię,
Niech pragnienie serca kiedyś spełni się,
Bym oblicze Twoje tam oglądać mógł,
Gdzie wybranym miejsce przygotował Bóg.
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kazanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kazanie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 30 lipca 2012
wtorek, 21 lutego 2012
umowa
Myśl uszyta na kanwie niedzielnego kazania u rzeszowskich salezjanów, dla odmiany.
Pan Bóg nie jest tylko jednym z elementów składowych kontraktu zwanego chrześcijaństwem. Nie jest zapisem, który przyjmujemy na równi z niedzielną Mszą świętą, modlitwą i zakazem aborcji, żeby być dobrym katolikiem. On jest właśnie sednem tego wszystkiego. Nie jest punktem do zaliczenia, do odhaczenia, ale żywą Osobą, centrum, do którego wszystko zmierza. To nie jest tak, że gdyby nie chrześcijaństwo, to by Boga nie było. Jest dokładnie na odwrót. Gdyby nie Bóg, nie byłoby chrześcijaństwa.
Takie niby banalne, ale zauważyłam, że stosunkowo łatwo można popaść w takie myślenie. Że Msza święta ok, a Bóg to jak mi się tam przypomni. Że modlitwa ok, a rozmowa z Bogiem to może wyjdzie, a może nie. I tak dalej. Na wszelkie sposoby trzeba się ratować od takiego marazmu, od takiego schematycznego wypełniania przykazań, które już wcale nie muszą mieć nazwy Bożych.
Pan Bóg nie jest tylko jednym z elementów składowych kontraktu zwanego chrześcijaństwem. Nie jest zapisem, który przyjmujemy na równi z niedzielną Mszą świętą, modlitwą i zakazem aborcji, żeby być dobrym katolikiem. On jest właśnie sednem tego wszystkiego. Nie jest punktem do zaliczenia, do odhaczenia, ale żywą Osobą, centrum, do którego wszystko zmierza. To nie jest tak, że gdyby nie chrześcijaństwo, to by Boga nie było. Jest dokładnie na odwrót. Gdyby nie Bóg, nie byłoby chrześcijaństwa.
Takie niby banalne, ale zauważyłam, że stosunkowo łatwo można popaść w takie myślenie. Że Msza święta ok, a Bóg to jak mi się tam przypomni. Że modlitwa ok, a rozmowa z Bogiem to może wyjdzie, a może nie. I tak dalej. Na wszelkie sposoby trzeba się ratować od takiego marazmu, od takiego schematycznego wypełniania przykazań, które już wcale nie muszą mieć nazwy Bożych.
piątek, 22 lipca 2011
skrypturatycznie - eucharystycznie
Tym razem Jan.
Ten fragment mowy eucharystycznej ukazuje pośrednio rzeczywistość najpełniejszej miłości człowieka do Chrystusa. Chrystus ofiaruje samego Siebie, Swoje Ciało i Swoją Krew, za nas. I mówi bardzo dosłownie o jedzeniu i piciu. Nie owija w bawełnę, nie mówi o przyjmowaniu czy czymś podobnym. Jedzenie i picie kojarzą się z tą najbardziej przyziemną i ordynarną stroną ludzkiej egzystencji. A jednak w ten sposób Jezus chce być potraktowany.
Z jednej strony jest to wskazanie na zasadnicze dobro cielesnej części natury człowieka. Z drugiej strony jest to wezwanie do tej najdojrzalszej miłości - miłości gotowej przyjąć miłość Drugiego. Przypomina mi się kazanie ze wspominanego wcześniej ślubu roku. Kochać to być gotowym na przyjęcie miłości drugiej osoby.
Jezus w Eucharystii właśnie tego nas uczy. Stąd ma wypływać nasza miłość do Niego, a z niej - miłość do innych ludzi. W końcu jeśli jestem gotowa przyjąć Bożą miłość, tę nieskończoną, największą, doskonałą - to powinnam być gotowa także na przyjęcie tej ludzkiej, nieskończenie mniejszej i mniej doskonałej.
Jeżeli nie będziecie jedli Ciała Syna Człowieczego ani pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie.
(J 6,53)
Ten fragment mowy eucharystycznej ukazuje pośrednio rzeczywistość najpełniejszej miłości człowieka do Chrystusa. Chrystus ofiaruje samego Siebie, Swoje Ciało i Swoją Krew, za nas. I mówi bardzo dosłownie o jedzeniu i piciu. Nie owija w bawełnę, nie mówi o przyjmowaniu czy czymś podobnym. Jedzenie i picie kojarzą się z tą najbardziej przyziemną i ordynarną stroną ludzkiej egzystencji. A jednak w ten sposób Jezus chce być potraktowany.
Z jednej strony jest to wskazanie na zasadnicze dobro cielesnej części natury człowieka. Z drugiej strony jest to wezwanie do tej najdojrzalszej miłości - miłości gotowej przyjąć miłość Drugiego. Przypomina mi się kazanie ze wspominanego wcześniej ślubu roku. Kochać to być gotowym na przyjęcie miłości drugiej osoby.
Jezus w Eucharystii właśnie tego nas uczy. Stąd ma wypływać nasza miłość do Niego, a z niej - miłość do innych ludzi. W końcu jeśli jestem gotowa przyjąć Bożą miłość, tę nieskończoną, największą, doskonałą - to powinnam być gotowa także na przyjęcie tej ludzkiej, nieskończenie mniejszej i mniej doskonałej.
niedziela, 20 lutego 2011
psikus
Dziś w kościele pozytywne zaskoczenie.
Znowu Msza nie u dominikanów, tym razem z braku możności. Dla odmiany u czarnych (diecezjalnych). I kazanie, które naprawdę było dobre. Może trochę przydługie, zwłaszcza pod koniec, ale dobre. I dotyczyło Ewangelii. Ksiądz Piotr sporo też cytował innych fragmentów Dobrej Nowiny. Jakoś tak podświadomie czekałam na jakieś nawiązanie do sługi Bożego Jana Pawła II - w końcu taka piękna Liturgia Słowa o przebaczeniu, pokorze, miłowaniu nieprzyjaciół. I się nie doczekałam - na szczęście, ale ku własnemu ogromnemu zdziwieniu. Lubię być tak zaskakiwana.
(A niektóre myśli z kazania jakoś wiązały mi się bardzo z tym, co wyczytałam na temat filozofii św. Tomasza Akwinaty, ale to już całkiem inny temat).
Są jeszcze mądrzy księża w naszym kraju, ale dużo bardziej budujące jest, że znajdują się oni także poza zakonem dominikanów :)
(A moja babcia zabiła mnie dziś pytaniem: To jak się to twoje zgromadzenie nazywa? Dominikanie? O ile mi wiadomo, nie wstępowałam do żadnego. Zwłaszcza do męskiej gałęzi.)
Znowu Msza nie u dominikanów, tym razem z braku możności. Dla odmiany u czarnych (diecezjalnych). I kazanie, które naprawdę było dobre. Może trochę przydługie, zwłaszcza pod koniec, ale dobre. I dotyczyło Ewangelii. Ksiądz Piotr sporo też cytował innych fragmentów Dobrej Nowiny. Jakoś tak podświadomie czekałam na jakieś nawiązanie do sługi Bożego Jana Pawła II - w końcu taka piękna Liturgia Słowa o przebaczeniu, pokorze, miłowaniu nieprzyjaciół. I się nie doczekałam - na szczęście, ale ku własnemu ogromnemu zdziwieniu. Lubię być tak zaskakiwana.
(A niektóre myśli z kazania jakoś wiązały mi się bardzo z tym, co wyczytałam na temat filozofii św. Tomasza Akwinaty, ale to już całkiem inny temat).
Są jeszcze mądrzy księża w naszym kraju, ale dużo bardziej budujące jest, że znajdują się oni także poza zakonem dominikanów :)
(A moja babcia zabiła mnie dziś pytaniem: To jak się to twoje zgromadzenie nazywa? Dominikanie? O ile mi wiadomo, nie wstępowałam do żadnego. Zwłaszcza do męskiej gałęzi.)
wtorek, 1 lutego 2011
łańcuchy kruszył, a pęta rozrywał
Tym razem, dla odmiany, coś o Ewangelii. Wczorajszej (Mk 5,1-20). Słuchałam jej podczas Mszy o siódmej rano i uderzyła mnie.
Uderzyło mnie, że zło jest destrukcyjne - o. Marcin podczas kazania powiedział, że autodestrukcyjne i to kwestia do przemyślenia, ale chodzi mi o destrukcję tego, w czym zło się zadomawia i działa. Przecież stado świń, w które wszedł Zły, od razu pognało do przepaści i zginęło w jeziorze. Zło to nie jest coś, co sobie gdzieś tam istnieje, czasem się objawia i znika prawie niezauważone.
I jednocześnie uderzyło mnie, jak bardzo Bóg musi kochać człowieka, że daje mu siłę do walki z tym złem. Człowiek, w którym w tej Ewangelii panował Zły, ciągle żył. Mieszkał w grobach, ale żył. W sensie duchowym, jak powiedział o. Marcin, był martwy. Zastanawiam się, czy rzeczywiście tak było. Zły nad nim panował i można to uznać za śmierć duchową, ale jednocześnie ten człowiek przyszedł do Chrystusa. Wiedziony nienawiścią Złego do Pana, ale przyszedł. Był żywy. Była więc jakaś nadzieja. Stado świń zginęło od razu, nie mając żadnej nadziei, bo i nie mając rozumu. Boża miłość właśnie tu się objawia. Człowiek nigdy nie przegra tak do końca, póki jeszcze żyje. Niesamowite.
Uderzyło mnie, że zło jest destrukcyjne - o. Marcin podczas kazania powiedział, że autodestrukcyjne i to kwestia do przemyślenia, ale chodzi mi o destrukcję tego, w czym zło się zadomawia i działa. Przecież stado świń, w które wszedł Zły, od razu pognało do przepaści i zginęło w jeziorze. Zło to nie jest coś, co sobie gdzieś tam istnieje, czasem się objawia i znika prawie niezauważone.
I jednocześnie uderzyło mnie, jak bardzo Bóg musi kochać człowieka, że daje mu siłę do walki z tym złem. Człowiek, w którym w tej Ewangelii panował Zły, ciągle żył. Mieszkał w grobach, ale żył. W sensie duchowym, jak powiedział o. Marcin, był martwy. Zastanawiam się, czy rzeczywiście tak było. Zły nad nim panował i można to uznać za śmierć duchową, ale jednocześnie ten człowiek przyszedł do Chrystusa. Wiedziony nienawiścią Złego do Pana, ale przyszedł. Był żywy. Była więc jakaś nadzieja. Stado świń zginęło od razu, nie mając żadnej nadziei, bo i nie mając rozumu. Boża miłość właśnie tu się objawia. Człowiek nigdy nie przegra tak do końca, póki jeszcze żyje. Niesamowite.
środa, 12 stycznia 2011
szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie
Pan Bóg nie daje człowiekowi szczęścia bez powodu. Tak myślę. Jak już takie szczęście dostanie w dłonie, to po pierwsze, trzeba je umocnić, żeby się nie rozsypało przy pierwszym ruchu, a po drugie - trzeba je dobrze wykorzystać. Dla innych. Trzeba to szczęście pomnożyć, czy raczej dać mu się pomnożyć samemu. I tym szczęściem jeszcze trzeba świadczyć.
Pierwszy aspekt bez drugiego nie ma sensu. Drugi bez pierwszego - tym bardziej.
Praca, praca, praca. W dzisiejszym kazaniu o. Marcin mówił o tym też. Że jak się widzi jakieś pole, na którym trzeba pracować, to nie ma co stanąć i biadolić, tylko się trzeba zabrać do roboty. Praca, praca, praca.
Pierwszy aspekt bez drugiego nie ma sensu. Drugi bez pierwszego - tym bardziej.
Praca, praca, praca. W dzisiejszym kazaniu o. Marcin mówił o tym też. Że jak się widzi jakieś pole, na którym trzeba pracować, to nie ma co stanąć i biadolić, tylko się trzeba zabrać do roboty. Praca, praca, praca.
poniedziałek, 1 listopada 2010
w niebie dzisiaj wszyscy Święci mają bal
Uroczystość Wszystkich Świętych.
W dzisiejszej jutrzni prośby, które pięknie i trafnie wyrażają rolę świętych w Kościele i sens zawierania z nimi bliższej znajomości:
Z radością błagajmy Boga, który jest koroną wszystkich Świętych:
Przez przyczynę Świętych wybaw nas, Panie.
Boże, źródło świętości, Ty w swoich Świętych objawiłeś wielorakie cuda swojej łaski,
- daj, abyśmy wysławiali w nich Twoją wielkość.
Wszechmogący, wieczny Boże, Ty ukazałeś nam w Świętych odbicie świętości Twojego Syna,
- spraw, abyśmy przy ich pomocy skuteczniej doszli do zjednoczenia z Chrystusem.
Królu niebios, Ty przez wiernych naśladowców Chrystusa budzisz w nas pragnienie niebieskiej ojczyzny,
- spraw, abyśmy dzięki nim poznali drogę, która tam prowadzi.
Boże, Ty przez eucharystyczną Ofiarę Twojego Syna ściślej nas jednoczysz z mieszkańcami nieba,
- daj, abyśmy za przykładem Świętych, których czcimy, wytrwale dążyli do świętości.
Chciałabym być święta. I to najlepiej jak najszybciej. Żeby już się cieszyć tym, co Bóg przygotował dla mnie w niebie. Myślę, że dzisiejszy dzień jest właśnie tym, w którym to pragnienie mogę oddać Bogu i jeszcze silniej prosić Go - za pośrednictwem Jego Świętych - o spełnienie tego marzenia.
Na wczorajszej Mszy świętej ksiądz upominał dzieciaki, żeby się nie pomyliły i nie życzyły tym razem nikomu "Wesołych świąt", bo to nie te święta. Jak to: nie te? Przecież dzisiejszy dzień jest jednym z najradośniejszych dni w kalendarzu liturgicznym! Obrósł w ponurość i nostalgię tylko z uwagi na obyczaje, uczucia, które są dobre tylko o tyle, o ile prowadzą do czegoś dobrego. Zacieranie sensu dnia Wszystkich Świętych z pewnością dobre nie jest.
Właśnie dlatego chciałabym, żeby na moim pogrzebie ksiądz miał biały ornat. Żeby się wszyscy radowali, że mogę już oglądać Pana twarzą w Twarz. (Oby tak było w rzeczywistości!) W tym kontekście wspaniale brzmi dzisiejszy fragment Pierwszego Listu św. Jana (3,2): Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Oby jak najszybciej, aby jak najskuteczniej!
W dzisiejszej jutrzni prośby, które pięknie i trafnie wyrażają rolę świętych w Kościele i sens zawierania z nimi bliższej znajomości:
Z radością błagajmy Boga, który jest koroną wszystkich Świętych:
Przez przyczynę Świętych wybaw nas, Panie.
Boże, źródło świętości, Ty w swoich Świętych objawiłeś wielorakie cuda swojej łaski,
- daj, abyśmy wysławiali w nich Twoją wielkość.
Wszechmogący, wieczny Boże, Ty ukazałeś nam w Świętych odbicie świętości Twojego Syna,
- spraw, abyśmy przy ich pomocy skuteczniej doszli do zjednoczenia z Chrystusem.
Królu niebios, Ty przez wiernych naśladowców Chrystusa budzisz w nas pragnienie niebieskiej ojczyzny,
- spraw, abyśmy dzięki nim poznali drogę, która tam prowadzi.
Boże, Ty przez eucharystyczną Ofiarę Twojego Syna ściślej nas jednoczysz z mieszkańcami nieba,
- daj, abyśmy za przykładem Świętych, których czcimy, wytrwale dążyli do świętości.
Chciałabym być święta. I to najlepiej jak najszybciej. Żeby już się cieszyć tym, co Bóg przygotował dla mnie w niebie. Myślę, że dzisiejszy dzień jest właśnie tym, w którym to pragnienie mogę oddać Bogu i jeszcze silniej prosić Go - za pośrednictwem Jego Świętych - o spełnienie tego marzenia.
Na wczorajszej Mszy świętej ksiądz upominał dzieciaki, żeby się nie pomyliły i nie życzyły tym razem nikomu "Wesołych świąt", bo to nie te święta. Jak to: nie te? Przecież dzisiejszy dzień jest jednym z najradośniejszych dni w kalendarzu liturgicznym! Obrósł w ponurość i nostalgię tylko z uwagi na obyczaje, uczucia, które są dobre tylko o tyle, o ile prowadzą do czegoś dobrego. Zacieranie sensu dnia Wszystkich Świętych z pewnością dobre nie jest.
Właśnie dlatego chciałabym, żeby na moim pogrzebie ksiądz miał biały ornat. Żeby się wszyscy radowali, że mogę już oglądać Pana twarzą w Twarz. (Oby tak było w rzeczywistości!) W tym kontekście wspaniale brzmi dzisiejszy fragment Pierwszego Listu św. Jana (3,2): Wiemy, że gdy się objawi, będziemy do Niego podobni, bo ujrzymy Go takim, jakim jest. Oby jak najszybciej, aby jak najskuteczniej!
niedziela, 17 października 2010
nie ustawaj
Powracając do komentowania niedzielnych czytań...
Dzisiejsze pierwsze czytanie (Wj 17,8-13) podsunęło mi myśl, że w czynieniu dobra nie jesteśmy sami. I to nie tylko dlatego, że jest z nami zawsze Pan Bóg. Także dlatego, że są wokół nas inni ludzie i dobrze jest wykorzystywać ich pomoc. Nawet kiedy nam już ręce drętwieją. Albo opadają. Albo jedno i drugie.
Psalm (Ps 121,1-8) przypomina, jak bardzo bezpiecznie jest u Boga. Nie trzeba od razu być w niebie, żeby być u Niego bezpiecznym. To może nie jest do końca tak, że z chmury wyłania się gigantyczna dłoń i osłania mnie przed nieszczęściami. Byłoby fajnie, ale trochę niepraktycznie. Jak mielibyśmy chodzić, działać, pracować, spotykać się z ludźmi i świadczyć im o Bogu, gdybyśmy byli cały czas zasłonięci taką dłonią? Bóg daje znacznie bardziej praktyczną pomoc. Taką, która nie odgradza od drugiego człowieka, ale ku niemu właśnie kieruje.
Drugie czytanie (2 Tm 3,14-4,2) w moim odbiorze wskazuje na dobrodziejstwo studiowania Pisma świętego. Wszelkie Pismo od Boga jest natchnione i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu. I to właśnie dzięki uważnej lekturze i wprowadzaniu Jego słów we własne życie możemy to życie odmienić. (Wiąże się to jakoś przedziwnie z tym, co pisałam w poprzedniej notce o modlitwach Zdrowaś i Ojcze nasz). I tylko dzięki Pismu będziemy mogli nastawać w porę i nie w porę, wykazywać błąd, pouczać, podnosić na duchu.
Wreszcie - Ewangelia (Łk 18,1-8). Jeśli niesprawiedliwy sędzia wysłucha prośby naprzykrzającej się mu wdowy, o ileż pewniejsze jest, że zrobi to Pan Bóg, który od tego sędziego jest nieskończenie lepszy! A inna refleksja, związana z ostatnią lekturą - nieustanna modlitwa. (Szczególne było dla mnie, że o. Marcin w dzisiejszym kazaniu mówił właśnie o ojcach pustyni i ich modlitwie nieustannej). Modlić się nieustannie to oddawać Bogu każdą wykonywaną czynność. Ciekawie wygląda to u Żydów, którzy dla wielu czynności życia codziennego mają swoiste, osobne formuły, które mają te czynności uświęcić, oddać je Bogu. Czemu my jakoś to pomijamy? (No dobrze, nie wiem, czy wszyscy - ale śmiem twierdzić, że spora część). Wspaniałym wynalazkiem są w tej kwestii akty strzeliste. Tak jakby strzałą prosto do Boga.
Dzisiejsze pierwsze czytanie (Wj 17,8-13) podsunęło mi myśl, że w czynieniu dobra nie jesteśmy sami. I to nie tylko dlatego, że jest z nami zawsze Pan Bóg. Także dlatego, że są wokół nas inni ludzie i dobrze jest wykorzystywać ich pomoc. Nawet kiedy nam już ręce drętwieją. Albo opadają. Albo jedno i drugie.
Psalm (Ps 121,1-8) przypomina, jak bardzo bezpiecznie jest u Boga. Nie trzeba od razu być w niebie, żeby być u Niego bezpiecznym. To może nie jest do końca tak, że z chmury wyłania się gigantyczna dłoń i osłania mnie przed nieszczęściami. Byłoby fajnie, ale trochę niepraktycznie. Jak mielibyśmy chodzić, działać, pracować, spotykać się z ludźmi i świadczyć im o Bogu, gdybyśmy byli cały czas zasłonięci taką dłonią? Bóg daje znacznie bardziej praktyczną pomoc. Taką, która nie odgradza od drugiego człowieka, ale ku niemu właśnie kieruje.
Drugie czytanie (2 Tm 3,14-4,2) w moim odbiorze wskazuje na dobrodziejstwo studiowania Pisma świętego. Wszelkie Pismo od Boga jest natchnione i pożyteczne do nauczania, do przekonywania, do poprawiania, do kształcenia w sprawiedliwości, aby człowiek Boży był doskonały, przysposobiony do każdego dobrego czynu. I to właśnie dzięki uważnej lekturze i wprowadzaniu Jego słów we własne życie możemy to życie odmienić. (Wiąże się to jakoś przedziwnie z tym, co pisałam w poprzedniej notce o modlitwach Zdrowaś i Ojcze nasz). I tylko dzięki Pismu będziemy mogli nastawać w porę i nie w porę, wykazywać błąd, pouczać, podnosić na duchu.
Wreszcie - Ewangelia (Łk 18,1-8). Jeśli niesprawiedliwy sędzia wysłucha prośby naprzykrzającej się mu wdowy, o ileż pewniejsze jest, że zrobi to Pan Bóg, który od tego sędziego jest nieskończenie lepszy! A inna refleksja, związana z ostatnią lekturą - nieustanna modlitwa. (Szczególne było dla mnie, że o. Marcin w dzisiejszym kazaniu mówił właśnie o ojcach pustyni i ich modlitwie nieustannej). Modlić się nieustannie to oddawać Bogu każdą wykonywaną czynność. Ciekawie wygląda to u Żydów, którzy dla wielu czynności życia codziennego mają swoiste, osobne formuły, które mają te czynności uświęcić, oddać je Bogu. Czemu my jakoś to pomijamy? (No dobrze, nie wiem, czy wszyscy - ale śmiem twierdzić, że spora część). Wspaniałym wynalazkiem są w tej kwestii akty strzeliste. Tak jakby strzałą prosto do Boga.
poniedziałek, 4 października 2010
uwagi
Rekolekcyjnie.
Jak to dobrze, że wreszcie ktoś głośno mówi o niebezpieczeństwie psychologizowania. O tym, że wiary nie można zastępować psychologią. Że życie duchowe i życie emocjonalne toczą się na różnych płaszczyznach, a stawianie jednej w miejsce drugiej może prowadzić do dramatu, a czasem nawet tragedii.
Dzisiaj na tapecie była Piosenka zza miedzy. Diagnoza naszej polskiej pobożności. A remedium na błędy i wypaczenia ojciec Paweł znajduje w... uwadze. Przytaczał słowa ojców pustyni. Czym jest uwaga. Dlaczego jest tak ważna. Jak ją osiągnąć. Myślę, że trzeba nad tym popracować.
Pozostaje czekać na jutro.
Dla zainteresowanych - nagrania kazań i konferencji znajdują się na stronie naszego duszpasterstwa.
Jak to dobrze, że wreszcie ktoś głośno mówi o niebezpieczeństwie psychologizowania. O tym, że wiary nie można zastępować psychologią. Że życie duchowe i życie emocjonalne toczą się na różnych płaszczyznach, a stawianie jednej w miejsce drugiej może prowadzić do dramatu, a czasem nawet tragedii.
Dzisiaj na tapecie była Piosenka zza miedzy. Diagnoza naszej polskiej pobożności. A remedium na błędy i wypaczenia ojciec Paweł znajduje w... uwadze. Przytaczał słowa ojców pustyni. Czym jest uwaga. Dlaczego jest tak ważna. Jak ją osiągnąć. Myślę, że trzeba nad tym popracować.
Pozostaje czekać na jutro.
Dla zainteresowanych - nagrania kazań i konferencji znajdują się na stronie naszego duszpasterstwa.
niedziela, 19 września 2010
zaniemówienie
Dziś wyjątkowo nie będzie o czytaniach. Nie jestem w stanie. Rozłożyła mnie na łopatki Msza święta, na której śpiewaliśmy ze scholą z racji chrztu, który po tejże Mszy miała otrzymać siostrzenica naszej prowadzącej. I to, niestety, rozłożona jestem w negatywnym sensie.
Mogę powiedzieć tylko tyle. Kapłan jako człowiek ma swoją osobowość i źle jest, jeśli tego nie widać. Ale jeszcze gorzej jest, jeśli swoją osobowością przysłania mi drogę do Pana Boga. Czy to na Mszy świętej, czy to w duszpasterstwie, czy gdziekolwiek indziej. Niestety. Podczas dzisiejszej Mszy w jednej z podwrocławskich parafii miałam wrażenie, że ten event ma jednego głównego bohatera i nie jest nim Pan Bóg. Ani nawet Pan Jezus.
Nie mówiąc już o tym, że kazanie traktowało o wszystkim, tylko nie o dzisiejszych czytaniach. Nie można przecież wymagać wszystkiego. Gwiazda musi się jakoś wypromować; ciężko to zrobić, komentując naprawdę trudne teksty, jakie na XXV niedzielę zwykłą ktoś mądry przygotował.
Jedno jest pewne, w takich chwilach człowiek dogłębnie odczuwa, że śpiew podczas liturgii również jest służbą. Co za tym idzie - nie zawsze musi wiązać się z przyjemnością i poczuciem wzrostu w wierze.
Mogę powiedzieć tylko tyle. Kapłan jako człowiek ma swoją osobowość i źle jest, jeśli tego nie widać. Ale jeszcze gorzej jest, jeśli swoją osobowością przysłania mi drogę do Pana Boga. Czy to na Mszy świętej, czy to w duszpasterstwie, czy gdziekolwiek indziej. Niestety. Podczas dzisiejszej Mszy w jednej z podwrocławskich parafii miałam wrażenie, że ten event ma jednego głównego bohatera i nie jest nim Pan Bóg. Ani nawet Pan Jezus.
Nie mówiąc już o tym, że kazanie traktowało o wszystkim, tylko nie o dzisiejszych czytaniach. Nie można przecież wymagać wszystkiego. Gwiazda musi się jakoś wypromować; ciężko to zrobić, komentując naprawdę trudne teksty, jakie na XXV niedzielę zwykłą ktoś mądry przygotował.
Jedno jest pewne, w takich chwilach człowiek dogłębnie odczuwa, że śpiew podczas liturgii również jest służbą. Co za tym idzie - nie zawsze musi wiązać się z przyjemnością i poczuciem wzrostu w wierze.
czwartek, 29 lipca 2010
przed konferencją pielgrzymkową
Kilka luźnych myśli, wiążących miłość ze świadectwem. Spisane jako polecone mi zadanie poddania natchnienia do napisania konferencji na pielgrzymkę. Nie wiem, ile z tego zostanie wykorzystane, czy coś w ogóle. Poddaję to tutaj pod rozwagę.
Świadectwo opiera się na miłości, bo żeby zobaczyć, a nie tylko widzieć to, co się ma przed oczami, trzeba kochać. Co z tego, że widzę Krzyż, że widzę cuda, które się dokonują mocą Pana Boga, skoro mogę to zwalić na zbieg okoliczności, na przypadek, na nieznane zjawisko przyrodnicze? Co z tego, że widzę poświęcenie drugiej osoby, jej zaangażowanie, skoro mogę to wytłumaczyć chęcią zysku, interesownością, nieczystymi intencjami?
W naszych warunkach świadectwo o Chrystusie dotyczy niekoniecznie umierania w płomieniach, ale raczej takiego codziennego pokazywania innym, że w moim życiu jest Ktoś ważniejszy ode mnie. Żeby pomodlić się przed jedzeniem w barze/restauracji, żeby klęknąć na widok kapłana z Najświętszym Sakramentem idącego do chorego i tak dalej. To może błahe, ale konieczność zadziałania w takiej sytuacji często paraliżuje świadomość i zmysły. Więc z jednej strony trzeba mieć we krwi gotowość do dawania świadectwa. A z drugiej strony nie można popaść w rutynę - mam na myśli, że świadectwo musi zawsze wypływać ze świadomej decyzji, a nie z nawyku, z przyzwyczajenia, z przymusu. Nie wiem, jak to lepiej wyrazić.
Pomyślałam sobie, że świadczenie odbywa się też w takim bardzo przyziemnym wymiarze: kiedy mówię prawdę o drugim człowieku, zamiast coś wyolbrzymić, przekręcić, przekłamać, zmyślić. Kiedy nie włączam się w obmowę, kiedy ucinam plotki, domysły. Świadczeniem jest też w jakiś sposób dochowanie tajemnicy, prawda? Świadczę wtedy o szacunku i zrozumieniu drugiego człowieka. No i w ogóle te wszystkie sytuacje, które tu wymieniłam, wskazują, że świadczenie opiera się na miłości.
No i oczywiście świadczenie jednocześnie opiera się na miłości, wypływa z niej, ale też może jej samej dotyczyć. Miłości Chrystusowej, to jasne. Od Niego ta Miłość wypływa i o niej trzeba świadczyć, kiedy się jej doświadcza, ale też wtedy, kiedy się jej w ogóle nie odczuwa, kiedy się nie zauważa jej działania. Ale też ma to dotyczyć takiej ludzkiej miłości. Co tu dużo mówić, zwykłe noszenie obrączki, z którym niektórzy małżonkowie mają problem. No i cała masa innych sytuacji w związku.
Tak odnoście do tego, co wcześniej: myślę, że ważne jest pytanie, jak świadczyć o czymś, czego się nie doświadcza, nie widzi? Czy to w ogóle możliwe? Myślę, że można wtedy świadczyć tylko o tym, co się WIE - no i tu się pojawia wiedza wiary, ale nie będę tego rozwijać, nie ta pora, nie ten stan umysłu. W każdym razie jestem zdania, że życie chrześcijanina całe powinno być świadectwem. A jeśli nie można świadczyć na podstawie własnego doświadczenia, to trzeba świadczyć na podstawie żywej wiary i wiedzy, którą ta wiara daje.
poniedziałek, 19 lipca 2010
impresje Tischnerowskie
Przeczytałam dziś kazanie ks. Józefa Tischnera z Uroczystości Narodzenia Pańskiego 1991 roku. Spodobał mi się jeden fragment, który pozwolę sobie tu przytoczyć:
"Są w życiu ludzkim, moi drodzy, dwa rodzaje spotkań z Bogiem. Jedno takie, kiedy człowiek wyciąga rękę i mówi: Boże, daj; Boże, poradź, uzdrów; Boże, zrób jakiś cud. Jesteś bogactwem, jesteś potęgą, wszystko możesz. To są spotkania najczęstsze. Ludzie przychodzą do Boga jako do wielkiego bogactwa - z wyciągniętą ręką. Ale są inne spotkania z Bogiem, takie trochę podobne do betlejemskich, gdzie ludzie przychodzą nie po to ażeby Bóg dał, ale po to ażeby oni coś Bogu z siebie dali. Przy tych drugich spotkaniach dzieje się coś przedziwnego. Ludzie ubodzy nagle odkrywają, że są bogaci. Ci, którzy nie mają nic, są przekonani, że mogą jeszcze bardzo dużo z siebie Bogu dać. Ci, którzy cierpią biedę, nagle czują się lepsi od siebie samych. To jest bardzo ważne. Są takie spotkania z Bogiem, w których człowiek nagle, spotykając Boga, czuje się lepszy od samego siebie. Czuje, że może więcej, niż mu się dotąd wydawało. To są te spotkania betlejemskie: te spotkania, dzięki którym człowiek wyrasta ponad samego siebie, staje się lepszym, niż mu się wydawało."
Zastanawia mnie, kiedy dochodzi do takiego spotkania betlejemskiego, jak je nazywa Tischner. (Pojęcie pochodzi stąd, że do Dzieciątka przyszli pasterze, którzy nic nie mieli, a jednak coś Mu przynieśli, coś Mu ofiarowali - to było właśnie spotkanie, w którym biedni ludzie czuli, że są bogaci). Kiedy MY doświadczamy takiego spotkania? Szczerze przyznam, że nie potrafię znaleźć w swoim życiu takiego momentu, w którym poczułabym, że mogę Bogu coś ofiarować. Że jestem dzięki temu bogatsza niż myślałam. Ostatecznie wszystko, co mam, pochodzi od Niego. Jak mogę Mu cokolwiek ofiarować?
Przyszło mi do głowy, że jedynym, co mogę Bogu ofiarować, jest mój czas. Wprawdzie ten czas też dostałam od Niego, ale to właśnie czas jest tym, czym sama zarządzam. To ja decyduję, kiedy się modlić - mogę posłuchać cichego podszeptu, natchnienia, a mogę je też całkiem zignorować. Czy więc o to chodzi? Czy ofiarowując Bogu czas, mogę poczuć się bogatsza niż mi się wydawało?
Idąc tym tropem, czas nie jest jedynym moim darem dla Boga. Obok niego są przecież dane od Boga talenty, a nawet dana przez Niego łaska wiary, którą mogę przyjąć, a mogę też odrzucić. Więc wychodzi na to, że wszędzie tam, gdzie przychodzi mi podjąć jakąś decyzję, dokonać jakiegoś wyboru między pójściem w stronę Pana Boga a pozostaniem na swoim miejscu - ofiarowuję Mu coś, ja, biedna, ofiarowuję coś mojemu Stwórcy i Zbawcy. Ostatecznie pasterze w noc Narodzenia Pańskiego też dokonali wyboru. Ofiarowali Dziecięciu, jak mówił Tischner, ser, chleb i jagniątko, chociaż mogli zostawić je dla siebie, na czarną godzinę albo po prostu na jutrzejszy obiad. Więc i nasze codzienne wybory mogą być tymi wyborami, dzięki którym poczujemy się bogatsi, bo możemy dać coś od siebie Panu Bogu.
Post scriptum
Niespecjalnie podoba mi się powyższa notka. Obawiam się, że nie wyjaśniłam wszystkiego tak, jak chciałam to zrobić. Ale szczęśliwie po opublikowaniu jej natrafiłam na jeszcze inny fragment konferencji ks. Tischnera (skierowanej do sióstr w 700. rocznicę śmierci św.Klary), który - mam nadzieję - rzuci jakieś lepsze światło na moje wywody:
"Wobec Boga niczego się nie musi, ale wszystko się może. Bóg nie przychodzi do człowieka jako przemoc, która do czegokolwiek go zmusza. Człowiek nie jest wolny wobec kromki chleba, kiedy jest głodny. Kiedy chce mu się pić, nie jest wolny wobec szklanki wody. Kiedy mu się chce spać, traci wolność i zasypia. Musi spać, musi pić, musi jeść. Ale wobec Boga niczego nie musi. Na tym polega wielkość Boga, że człowiek może, jeżeli chce."
"Są w życiu ludzkim, moi drodzy, dwa rodzaje spotkań z Bogiem. Jedno takie, kiedy człowiek wyciąga rękę i mówi: Boże, daj; Boże, poradź, uzdrów; Boże, zrób jakiś cud. Jesteś bogactwem, jesteś potęgą, wszystko możesz. To są spotkania najczęstsze. Ludzie przychodzą do Boga jako do wielkiego bogactwa - z wyciągniętą ręką. Ale są inne spotkania z Bogiem, takie trochę podobne do betlejemskich, gdzie ludzie przychodzą nie po to ażeby Bóg dał, ale po to ażeby oni coś Bogu z siebie dali. Przy tych drugich spotkaniach dzieje się coś przedziwnego. Ludzie ubodzy nagle odkrywają, że są bogaci. Ci, którzy nie mają nic, są przekonani, że mogą jeszcze bardzo dużo z siebie Bogu dać. Ci, którzy cierpią biedę, nagle czują się lepsi od siebie samych. To jest bardzo ważne. Są takie spotkania z Bogiem, w których człowiek nagle, spotykając Boga, czuje się lepszy od samego siebie. Czuje, że może więcej, niż mu się dotąd wydawało. To są te spotkania betlejemskie: te spotkania, dzięki którym człowiek wyrasta ponad samego siebie, staje się lepszym, niż mu się wydawało."
Zastanawia mnie, kiedy dochodzi do takiego spotkania betlejemskiego, jak je nazywa Tischner. (Pojęcie pochodzi stąd, że do Dzieciątka przyszli pasterze, którzy nic nie mieli, a jednak coś Mu przynieśli, coś Mu ofiarowali - to było właśnie spotkanie, w którym biedni ludzie czuli, że są bogaci). Kiedy MY doświadczamy takiego spotkania? Szczerze przyznam, że nie potrafię znaleźć w swoim życiu takiego momentu, w którym poczułabym, że mogę Bogu coś ofiarować. Że jestem dzięki temu bogatsza niż myślałam. Ostatecznie wszystko, co mam, pochodzi od Niego. Jak mogę Mu cokolwiek ofiarować?
Przyszło mi do głowy, że jedynym, co mogę Bogu ofiarować, jest mój czas. Wprawdzie ten czas też dostałam od Niego, ale to właśnie czas jest tym, czym sama zarządzam. To ja decyduję, kiedy się modlić - mogę posłuchać cichego podszeptu, natchnienia, a mogę je też całkiem zignorować. Czy więc o to chodzi? Czy ofiarowując Bogu czas, mogę poczuć się bogatsza niż mi się wydawało?
Idąc tym tropem, czas nie jest jedynym moim darem dla Boga. Obok niego są przecież dane od Boga talenty, a nawet dana przez Niego łaska wiary, którą mogę przyjąć, a mogę też odrzucić. Więc wychodzi na to, że wszędzie tam, gdzie przychodzi mi podjąć jakąś decyzję, dokonać jakiegoś wyboru między pójściem w stronę Pana Boga a pozostaniem na swoim miejscu - ofiarowuję Mu coś, ja, biedna, ofiarowuję coś mojemu Stwórcy i Zbawcy. Ostatecznie pasterze w noc Narodzenia Pańskiego też dokonali wyboru. Ofiarowali Dziecięciu, jak mówił Tischner, ser, chleb i jagniątko, chociaż mogli zostawić je dla siebie, na czarną godzinę albo po prostu na jutrzejszy obiad. Więc i nasze codzienne wybory mogą być tymi wyborami, dzięki którym poczujemy się bogatsi, bo możemy dać coś od siebie Panu Bogu.
Post scriptum
Niespecjalnie podoba mi się powyższa notka. Obawiam się, że nie wyjaśniłam wszystkiego tak, jak chciałam to zrobić. Ale szczęśliwie po opublikowaniu jej natrafiłam na jeszcze inny fragment konferencji ks. Tischnera (skierowanej do sióstr w 700. rocznicę śmierci św.Klary), który - mam nadzieję - rzuci jakieś lepsze światło na moje wywody:
"Wobec Boga niczego się nie musi, ale wszystko się może. Bóg nie przychodzi do człowieka jako przemoc, która do czegokolwiek go zmusza. Człowiek nie jest wolny wobec kromki chleba, kiedy jest głodny. Kiedy chce mu się pić, nie jest wolny wobec szklanki wody. Kiedy mu się chce spać, traci wolność i zasypia. Musi spać, musi pić, musi jeść. Ale wobec Boga niczego nie musi. Na tym polega wielkość Boga, że człowiek może, jeżeli chce."
Subskrybuj:
Posty (Atom)