Od jakiegoś czasu bardzo dobitnie dociera do mnie ogrom Bożego Miłosierdzia. Niezasłużonego, darmowego, niezrozumiałego Bożego Miłosierdzia. Miłosierdzia, przed którym można próbować się ukryć, ale to akurat nigdy się nie uda. Zadziwia mnie Bóg, który po raz siedemdziesiąty siódmy przychodzi, gdy siedzę w swoim ciemnym kątku, i mówi, że jeśli chociaż trochę chcę do Niego wrócić, to On z radością mnie przyjmie.
Na kanwie dzisiejszej spowiedzi doszłam również do pewnej poruszającej mnie myśli. Mianowicie, że nasze relacje z ludźmi powinniśmy wzorować na relacji z Bogiem - a nie na odwrót. Nie muszę się chować przed Bogiem jak dziecko przed rodzicem, który będzie krzyczał po zobaczeniu zbitej szyby. Za to mogę pójść do ojca i powiedzieć mu wybaczam, nawet jeśli jest to siedemdziesiąty siódmy raz, bo tego sama doświadczam od Boga.
Niby takie proste, ale jednak uderzające.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłosiedzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłosiedzie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 13 listopada 2014
poniedziałek, 17 czerwca 2013
protokół
Kobieta, która upadła Chrystusowi do nóg, obmywała je własnymi łzami, ocierała włosami i maściła olejkiem, bardzo umiłowała.
Może po prostu pomyślała, że nikt poza Nim nie jest w stanie jej pomóc, że też ona sama nie może udźwignąć tego ciężaru, który narósł w jej życiu. Mając niewiele do stracenia, podjęła decyzję o pokochaniu - o rzuceniu się w ramiona Boga, o oddaniu Mu wszystkiego.
Szybko rachunek sumienia. Jak wygląda moja modlitwa w ostatnim czasie? Łez i wonnego olejku na stopy Pana to tam raczej nie ma. Już prędzej coś w rodzaju protokołu zdawczo-odbiorczego. Żeby zatwierdził i podpisał.
A może On ma właśnie inny plan? Może mój protokół nie nadaje się do zatwierdzenia, właśnie dlatego, że jedyne, czego oczekuję, to owo zatwierdzenie.
Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serce moje według serca Twego!
Może po prostu pomyślała, że nikt poza Nim nie jest w stanie jej pomóc, że też ona sama nie może udźwignąć tego ciężaru, który narósł w jej życiu. Mając niewiele do stracenia, podjęła decyzję o pokochaniu - o rzuceniu się w ramiona Boga, o oddaniu Mu wszystkiego.
Szybko rachunek sumienia. Jak wygląda moja modlitwa w ostatnim czasie? Łez i wonnego olejku na stopy Pana to tam raczej nie ma. Już prędzej coś w rodzaju protokołu zdawczo-odbiorczego. Żeby zatwierdził i podpisał.
A może On ma właśnie inny plan? Może mój protokół nie nadaje się do zatwierdzenia, właśnie dlatego, że jedyne, czego oczekuję, to owo zatwierdzenie.
Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serce moje według serca Twego!
niedziela, 9 grudnia 2012
przygotujcie drogę Panu
Przygotowujemy się na Jego przyjście. Trzeba być gotowym, bo w chwili, której się nie domyślamy...
Wczoraj wieczorem w Ewangelii wg św. Mateusza znalazłam fragment, który można w tym kluczu zinterpretować. Chodzi o początek opisu drugiego rozmnożenia chleba (Mt 15,32-36). Jezus mówi do swoich uczniów: popatrzcie, ktoś potrzebuje pomocy. I za chwilę, kiedy uczniowie wykazują się znowu niewielką inteligencją, daje im znak, że jeśli tylko trochę się zmobilizują, to On im pomoże we wszystkim.
Może trzeba przygotowywać się także i na to, że w każdej chwili Chrystus może stanąć koło mnie i powiedzieć: popatrz, ktoś potrzebuje pomocy, zrób coś! Chrystus działa naszymi rękami. Czy te ręce są stale gotowe do bycia rękami Boga?
Wczoraj wieczorem w Ewangelii wg św. Mateusza znalazłam fragment, który można w tym kluczu zinterpretować. Chodzi o początek opisu drugiego rozmnożenia chleba (Mt 15,32-36). Jezus mówi do swoich uczniów: popatrzcie, ktoś potrzebuje pomocy. I za chwilę, kiedy uczniowie wykazują się znowu niewielką inteligencją, daje im znak, że jeśli tylko trochę się zmobilizują, to On im pomoże we wszystkim.
Może trzeba przygotowywać się także i na to, że w każdej chwili Chrystus może stanąć koło mnie i powiedzieć: popatrz, ktoś potrzebuje pomocy, zrób coś! Chrystus działa naszymi rękami. Czy te ręce są stale gotowe do bycia rękami Boga?
piątek, 29 lipca 2011
Miłosierdzie
Pan Bóg działa w najmniej oczekiwanych momentach. Może to głupio brzmi, skoro tym razem zadziałał podczas adoracji Najświętszego Sakramentu.
Przebudzenie. Kilka słów z Dzienniczka świętej Faustyny, jakby mnie ktoś uderzył obuchem bez łeb. Dosłownie kilka słów, których teraz nie potrafię nawet powtórzyć. Bo może nie o to chodzi, żeby coś umieć, wiedzieć, powtarzać, pamiętać. Może raczej o to, żeby być, żeby czuwać, żeby trwać. Cały bezsens i marazm odepchnięty siłą Jego działania.

Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
Przebudzenie. Kilka słów z Dzienniczka świętej Faustyny, jakby mnie ktoś uderzył obuchem bez łeb. Dosłownie kilka słów, których teraz nie potrafię nawet powtórzyć. Bo może nie o to chodzi, żeby coś umieć, wiedzieć, powtarzać, pamiętać. Może raczej o to, żeby być, żeby czuwać, żeby trwać. Cały bezsens i marazm odepchnięty siłą Jego działania.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
piątek, 27 maja 2011
Mateusza ciąg dalszy
"Czy mi nie wolno uczynić ze swoim, co chcę? Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry?" (Mt 20,15). Pan Bóg ma plan wobec każdego z nas. Zamiast więc porównywać plan dotyczący nas z planami dotyczącymi innych, zajmijmy się współdziałaniem w realizacji tego pierwszego. Jak już wejdziemy do chwały zbawionych, wtedy będziemy mogli patrzeć całkiem z boku i oceniać.
I ciągle przewijające się tłumy. Tłumy, które Jezus uzdrawia. Tłumy, które idą za Nim z miejsca na miejsce. Tłumy, których boją się faryzeusze. Tłumy, które krzyczą Hosanna Synowi Dawida! Czy bez tych tłumów działalność Jezusa byłaby tą samą działalnością? Gdyby tłumy za Nim nie szły, czy dzisiaj mielibyśmy całe to chrześcijańskie dziedzictwo? Czy chrześcijaństwo w ogóle by się narodziło, a jeśli tak, to czy przetrwałoby 2000 lat?
I ciągła, bolesna aktualność przypowieści o dwóch synach (Mt 21,28-31). Ilekroć grzeszę, odwracam się od Jego woli, od Jego Słowa, tylekroć stoję w miejscu, chociaż powiedziałam Pójdę. Za świętym Pawłem: Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię właśnie zło, którego nie chcę (Rz 7,19). Wielkim zadaniem dla każdego z nas jest ciągle się opamiętywać jak ten drugi syn. Oby nam do tego starczyło siły - i czasu.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
I ciągle przewijające się tłumy. Tłumy, które Jezus uzdrawia. Tłumy, które idą za Nim z miejsca na miejsce. Tłumy, których boją się faryzeusze. Tłumy, które krzyczą Hosanna Synowi Dawida! Czy bez tych tłumów działalność Jezusa byłaby tą samą działalnością? Gdyby tłumy za Nim nie szły, czy dzisiaj mielibyśmy całe to chrześcijańskie dziedzictwo? Czy chrześcijaństwo w ogóle by się narodziło, a jeśli tak, to czy przetrwałoby 2000 lat?
I ciągła, bolesna aktualność przypowieści o dwóch synach (Mt 21,28-31). Ilekroć grzeszę, odwracam się od Jego woli, od Jego Słowa, tylekroć stoję w miejscu, chociaż powiedziałam Pójdę. Za świętym Pawłem: Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię właśnie zło, którego nie chcę (Rz 7,19). Wielkim zadaniem dla każdego z nas jest ciągle się opamiętywać jak ten drugi syn. Oby nam do tego starczyło siły - i czasu.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
środa, 30 marca 2011
akcja-reakcja
Jarmark zakończył się sukcesem. Dzięki wszystkim, którzy przy nim pracowali, a przede wszystkim dzięki tym, którzy przyszli i korzystali z dobrodziejstw, sowicie za nie płacąc. Udało nam się zebrać 12 tysięcy złotych! Dzieciaki z Nowej będą miały wspaniałe wakacje, no i pewnie remont też się uda. Dziękuję w imieniu swoim, organizatorów i tych dzieci, którym pomogliśmy.
To nie był łatwy czas. Trudna była też Msza święta w niedzielę, kiedy wyrwałam się z Jarmarku tylko na tę godzinę. Nie mogłam wysiedzieć i zamiast myśleć o Panu Bogu, myślałam o tym, co się dzieje na moim stoisku, co trzeba zrobić, jak to organizować dalej. Pozostaje jedynie nadzieja, że Pan Bóg zna intencje i dlatego nie będzie zbyt surowy za to zupełne rozbicie.
Wczoraj na spotkaniu SOWY gościliśmy biskupa Andrzeja Siemieniewskiego, który mówił nam o sakramencie bierzmowania (w ramach cyklu spotkań o sakramentach). Wspominał o tym, że kiedy jego bratanek w Stanach Zjednoczonych przygotowywał się do bierzmowania w wieku 16 lat, musiał oprócz spełnienia innych warunków wylegitymować się konkretną liczbą odbytych godzin wolontariatu. Biskup mówił - a ja się z tym zgadzam - że to bardzo dobry pomysł, żeby młodego człowieka (i człowieka w ogóle), który ma pogłębić swoją relację z Bogiem, uczulać na obecność i potrzeby drugiego człowieka. Żeby ten sakrament miał przedłużenie w odnajdywaniu Boga w ludziach. Myślę sobie, że może trzeba by wprowadzić coś takiego także u nas. Wielu młodych angażuje się w różnego rodzaju wolontariaty, ale chodzi o to, że jako chrześcijanie (i to już dojrzali, jak sami często podkreślają) mają wręcz obowiązek świadczyć dzieła miłosierdzia. Znowu wraca encyklika Deus caritas est.
To nie był łatwy czas. Trudna była też Msza święta w niedzielę, kiedy wyrwałam się z Jarmarku tylko na tę godzinę. Nie mogłam wysiedzieć i zamiast myśleć o Panu Bogu, myślałam o tym, co się dzieje na moim stoisku, co trzeba zrobić, jak to organizować dalej. Pozostaje jedynie nadzieja, że Pan Bóg zna intencje i dlatego nie będzie zbyt surowy za to zupełne rozbicie.
Wczoraj na spotkaniu SOWY gościliśmy biskupa Andrzeja Siemieniewskiego, który mówił nam o sakramencie bierzmowania (w ramach cyklu spotkań o sakramentach). Wspominał o tym, że kiedy jego bratanek w Stanach Zjednoczonych przygotowywał się do bierzmowania w wieku 16 lat, musiał oprócz spełnienia innych warunków wylegitymować się konkretną liczbą odbytych godzin wolontariatu. Biskup mówił - a ja się z tym zgadzam - że to bardzo dobry pomysł, żeby młodego człowieka (i człowieka w ogóle), który ma pogłębić swoją relację z Bogiem, uczulać na obecność i potrzeby drugiego człowieka. Żeby ten sakrament miał przedłużenie w odnajdywaniu Boga w ludziach. Myślę sobie, że może trzeba by wprowadzić coś takiego także u nas. Wielu młodych angażuje się w różnego rodzaju wolontariaty, ale chodzi o to, że jako chrześcijanie (i to już dojrzali, jak sami często podkreślają) mają wręcz obowiązek świadczyć dzieła miłosierdzia. Znowu wraca encyklika Deus caritas est.
sobota, 18 grudnia 2010
mea
Rewelacyjna książka - Józefa Tischnera Historia filozofii po góralsku. Dla wszystkich rozmiłowanych w gwarze góralskiej i/lub odpornych na filozofię :)
A w niej rewelacyjne zdanie, oczywiście ciut wyrwane z kontekstu, ale znaczenie pozostaje raczej zbliżone do zamierzonego przez Autora.
Tak to bywo: źle se siednies, a pote krzycys, ze Pon Bóg winien.
Oooj tak. Czasem słyszę od znajomych ateistów i innych, że my, katolicy (albo chrześcijanie w ogóle) mamy lepiej, bo mamy na kogo zwalić winę za nasze porażki. Jak nam się coś nie układa, to hyc!, podkładamy to autorstwu Pana Boga i już nam lepiej, już wygodniej. Ewentualnie można jeszcze powiedzieć, że Bóg tak chciał, taki niby przejaw zdania się na Jego wolę. I niby nie bluźnimy wtedy, bo przecież nie przypisujemy Mu wprost winy.
Trudno i boleśnie to zrobić, ale trzeba sobie w pewnym momencie swojego życia powiedzieć jasno i wyraźnie: za swoje życie odpowiedzialny jestem ja sam - przed sobą i przed Bogiem. Jego wola działa w moim życiu w zdecydowanie mniejszym zakresie, niż bym tego chciał. Niepowodzenia, których doznaję, porażki, które przeżywam, są skutkiem moich niedociągnięć, błędów, a jeśli nie moich, to innych ludzi, z którymi przyszło mi się spotykać, pracować i tak dalej. Pan Bóg jest na tyle miłosierny, że może mnie z takich opresji wyciągnąć - czasem za uszy, żebym dotkliwie odczuł swoją odpowiedzialność - ale to jest tylko i wyłącznie kwestia Jego miłosierdzia, a nie poczucia winy czy potrzeby rekompensaty.
Tak to bywo: źle se siednies, a pote krzycys, ze Pon Bóg winien.
Trzeba z tym mocno, usilnie walczyć. Ot co.
A w niej rewelacyjne zdanie, oczywiście ciut wyrwane z kontekstu, ale znaczenie pozostaje raczej zbliżone do zamierzonego przez Autora.
Tak to bywo: źle se siednies, a pote krzycys, ze Pon Bóg winien.
Oooj tak. Czasem słyszę od znajomych ateistów i innych, że my, katolicy (albo chrześcijanie w ogóle) mamy lepiej, bo mamy na kogo zwalić winę za nasze porażki. Jak nam się coś nie układa, to hyc!, podkładamy to autorstwu Pana Boga i już nam lepiej, już wygodniej. Ewentualnie można jeszcze powiedzieć, że Bóg tak chciał, taki niby przejaw zdania się na Jego wolę. I niby nie bluźnimy wtedy, bo przecież nie przypisujemy Mu wprost winy.
Trudno i boleśnie to zrobić, ale trzeba sobie w pewnym momencie swojego życia powiedzieć jasno i wyraźnie: za swoje życie odpowiedzialny jestem ja sam - przed sobą i przed Bogiem. Jego wola działa w moim życiu w zdecydowanie mniejszym zakresie, niż bym tego chciał. Niepowodzenia, których doznaję, porażki, które przeżywam, są skutkiem moich niedociągnięć, błędów, a jeśli nie moich, to innych ludzi, z którymi przyszło mi się spotykać, pracować i tak dalej. Pan Bóg jest na tyle miłosierny, że może mnie z takich opresji wyciągnąć - czasem za uszy, żebym dotkliwie odczuł swoją odpowiedzialność - ale to jest tylko i wyłącznie kwestia Jego miłosierdzia, a nie poczucia winy czy potrzeby rekompensaty.
Tak to bywo: źle se siednies, a pote krzycys, ze Pon Bóg winien.
Trzeba z tym mocno, usilnie walczyć. Ot co.
czwartek, 18 listopada 2010
społeczeństwo obywatelskie
Zadaniem chrześcijanina - moim skromnym zdaniem, rzecz jasna - jest właśnie wziąć tę gazetę do ręki, przeczytać od pierwszej do ostatniej literki, a następnie zastanowić się, co i jak może sam zmienić. Ofiarom trzęsienia ziemi albo wypadku samochodowego życia (ziemskiego) nie przywróci. Może coś zrobić dla ich życia wiecznego, może coś zrobić dla ich rodzin. Jest tyle pól działania, tyle możliwości. Trzeba tylko wiedzieć. Że coś jest do zrobienia.
No i chcieć.
środa, 3 listopada 2010
bez odpowiedzi
Bywa, że się człowiek na pracy zafiksuje. Albo na studiach. Na nauce. Taka fiksacja zdecydowanie przeszkadza w odbiorze Słowa Bożego. Podczas dzisiejszego pierwszego czytania (Flp 2,12-18) najpierw w mojej głowie odbyła się galopada myśli w stronę Sorena Kierkegaarda (przy słowach z bojaźnią i drżeniem), a potem rozpłynęłam się na wspomnienie o św. Tomaszu z Akwinu i analizowaniu Summy teologicznej jego autorstwa (na słowa Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania). Nie sądziłam, że to powiem, ale - chyba za dużo czasu spędzam nad filozofią.
Dziś wspominamy (a dominikanie z tej okazji świętują) św. Marcina de Porres. To kolejny święty, o którym ostatnio czytam, że był jednocześnie niezwykle pobożny i oddany Bogu oraz oddawał siebie, swoje siły, czas i pieniądze ludziom potrzebującym. Czy oddanie siebie Bogu może przebiegać bez oddania się innym? Z drugiej strony, czy oddanie się innym może przebiegać bez oddania się Bogu?
Dziś wspominamy (a dominikanie z tej okazji świętują) św. Marcina de Porres. To kolejny święty, o którym ostatnio czytam, że był jednocześnie niezwykle pobożny i oddany Bogu oraz oddawał siebie, swoje siły, czas i pieniądze ludziom potrzebującym. Czy oddanie siebie Bogu może przebiegać bez oddania się innym? Z drugiej strony, czy oddanie się innym może przebiegać bez oddania się Bogu?
czwartek, 30 września 2010
aktywista
Z ciekawości sięgnęłam po jakieś informacje o patronie dzisiejszego dnia - św. Hieronimie. Doktor Kościoła. No niby wszystko fajnie. Mądry gość i tyle. Jednak niekoniecznie. Nie wystarczy być mądrym, żeby zasłużyć na takie miano. Trzeba jeszcze być tytanem pracy. Naprawdę. Św. Hieronim tyle, tyle zrobił, tyle przeczytał, napisał, tyle się przez całe życie uczył!
Jest patronem studentów. Całkiem słusznie. Żebyśmy sobie, nie daj Boże, nie myśleli, że licencjat czy magisterka, osiągnięte czasem przez łut szczęścia, wystarczą. Trzeba nadal pracować. Mieć tę swoją działeczkę, której uprawianie zajmie nam całe życie i dzięki której inni będą mogli sami się rozwijać. Dla św. Hieronima taką działeczką było Pismo święte. Przez 24 lata (382-406) przetłumaczył na łacinę całe Pismo święte. Jego przekład, tzw. Wulgata (co oznacza "powszechnie przyjmowane"), został przyjęty przez Sobór Trydencki jako tekst urzędowy. Trzeba i nam znaleźć to własne poletko. Dla mnie jest to szczególnie istotne zadanie, ale wchodzić dalej nie będę, bo byłoby to zbytnie obnażanie siebie. W każdym razie - myślę sobie, że jak czasem westchniemy do św. Hieronima o wstawiennictwo w naszych uczelnianych udrękach, to on uśmiechnie się (może z lekkim politowaniem) i pomodli się do Tego, którego tak bardzo umiłował.
Żeby nie było zbyt łatwo, św. Hieronim oprócz pracy intelektualnej podejmował jeszcze dzieła miłosierdzia (tytan pracy!). Nie wystarczy się zakopać w książkach, żeby ludziom te książki tłumaczyć. Trzeba jeszcze do nich wyjść, żeby w ogóle chcieli potem o tych książkach słuchać. Przypomina mi się znowu przesłanie papieża Benedykta XVI, zawarte w encyklice Deus caritas est. Nie ma zmiłuj, Kościół musi działać charytatywnie i każdy z nas, jako jego cząsteczki, też musi tak czynić. Niezależnie od ilości zadań w szkole, na uczelni, w pracy. To też ważne przesłanie dla studentów. U początku nowego roku akademickiego, kiedy rozliczne organizacje zapraszają do wsparcia ich działalności. Tak, tak, książki swoją drogą. A miłosierdzie swoją. I te dwie swoje mają się składać na jedną - moją, którą jest - albo będzie - Jezus Chrystus.
Jest patronem studentów. Całkiem słusznie. Żebyśmy sobie, nie daj Boże, nie myśleli, że licencjat czy magisterka, osiągnięte czasem przez łut szczęścia, wystarczą. Trzeba nadal pracować. Mieć tę swoją działeczkę, której uprawianie zajmie nam całe życie i dzięki której inni będą mogli sami się rozwijać. Dla św. Hieronima taką działeczką było Pismo święte. Przez 24 lata (382-406) przetłumaczył na łacinę całe Pismo święte. Jego przekład, tzw. Wulgata (co oznacza "powszechnie przyjmowane"), został przyjęty przez Sobór Trydencki jako tekst urzędowy. Trzeba i nam znaleźć to własne poletko. Dla mnie jest to szczególnie istotne zadanie, ale wchodzić dalej nie będę, bo byłoby to zbytnie obnażanie siebie. W każdym razie - myślę sobie, że jak czasem westchniemy do św. Hieronima o wstawiennictwo w naszych uczelnianych udrękach, to on uśmiechnie się (może z lekkim politowaniem) i pomodli się do Tego, którego tak bardzo umiłował.
Żeby nie było zbyt łatwo, św. Hieronim oprócz pracy intelektualnej podejmował jeszcze dzieła miłosierdzia (tytan pracy!). Nie wystarczy się zakopać w książkach, żeby ludziom te książki tłumaczyć. Trzeba jeszcze do nich wyjść, żeby w ogóle chcieli potem o tych książkach słuchać. Przypomina mi się znowu przesłanie papieża Benedykta XVI, zawarte w encyklice Deus caritas est. Nie ma zmiłuj, Kościół musi działać charytatywnie i każdy z nas, jako jego cząsteczki, też musi tak czynić. Niezależnie od ilości zadań w szkole, na uczelni, w pracy. To też ważne przesłanie dla studentów. U początku nowego roku akademickiego, kiedy rozliczne organizacje zapraszają do wsparcia ich działalności. Tak, tak, książki swoją drogą. A miłosierdzie swoją. I te dwie swoje mają się składać na jedną - moją, którą jest - albo będzie - Jezus Chrystus.
czwartek, 16 września 2010
wątpić mądrze?
Z dzisiejszych czytań dwie rzeczy, które jakoś się dla mnie wyróżniły.
Z listu św. Pawła (1 Kor 15,1-11): za łaską Boga jestem tym, czym jestem.
Z Ewangelii (Łk 7,36-50): Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: "Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna (...)".
Pierwsze - to całkowite zaufanie Bogu, docenienie Jego dzieła, Jego miłosierdzia. Jednocześnie wyraz wdzięczności (Jesteś moim Bogiem, chcę Ci podziękować - Ps 118,28).
Drugie - to powątpiewanie w Bożą Mądrość, w słuszność Bożych zamiarów i Bożych decyzji.
I o ile św. Paweł składa dziękczynienie zupełnie jawnie i otwarcie, o tyle faryzeusz z Ewangelii wątpi po cichu. Pierwszy daje innym możliwość poznania wielkości Boga, umiłowania Go i, być może, wyjścia z błędów życiowych. Drugi na tę możliwość się zamyka. Jeśli nie stawiamy pytań otwarcie, nie możemy liczyć na odpowiedź.
No, chyba że mamy do czynienia z samym Panem Jezusem, który przecież zna nasze myśli.
Z listu św. Pawła (1 Kor 15,1-11): za łaską Boga jestem tym, czym jestem.
Z Ewangelii (Łk 7,36-50): Widząc to faryzeusz, który Go zaprosił, mówił sam do siebie: "Gdyby On był prorokiem, wiedziałby, co za jedna (...)".
Pierwsze - to całkowite zaufanie Bogu, docenienie Jego dzieła, Jego miłosierdzia. Jednocześnie wyraz wdzięczności (Jesteś moim Bogiem, chcę Ci podziękować - Ps 118,28).
Drugie - to powątpiewanie w Bożą Mądrość, w słuszność Bożych zamiarów i Bożych decyzji.
I o ile św. Paweł składa dziękczynienie zupełnie jawnie i otwarcie, o tyle faryzeusz z Ewangelii wątpi po cichu. Pierwszy daje innym możliwość poznania wielkości Boga, umiłowania Go i, być może, wyjścia z błędów życiowych. Drugi na tę możliwość się zamyka. Jeśli nie stawiamy pytań otwarcie, nie możemy liczyć na odpowiedź.
No, chyba że mamy do czynienia z samym Panem Jezusem, który przecież zna nasze myśli.
niedziela, 12 września 2010
miłosierny i łaskawy
W ostatnich dniach bardzo wiele wokół mnie dzieje się w temacie nawrócenia. Kulminacją są dzisiejsze czytania mszalne.
Czytanie z Księgi Wyjścia (Wj 32,7-11.13-14) mówi może nie tyle o samym nawróceniu, co o jego konieczności. Widzę, że lud ten jest ludem o twardym karku, mówi Pan do Mojżesza. Co na to Mojżesz? Nie, nie zaprzecza winom narodu izraelskiego. Bierze Pana Boga trochę pod włos, przypominając Mu o przysiędze, którą złożył Żydom na samego Siebie. Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego (2 Tm 2,13).
Psalm (Ps 51,3-4.12-13.17.19) - jeden z najpiękniejszych, jakie znam - jest chyba jedną z najwspanialszych modlitw, jakie Kościół odziedziczył po Starym Testamencie (Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, 10). I dalej: Te słowa właściwie nie wymagają żadnego komentarza. One mówią same za siebie. One same objawiają prawdę o kruchości moralnej człowieka. Oskarża on siebie przed Bogiem, bo wie, że grzech jest przeciwny świętości jego Stwórcy. Równocześnie też człowiek-grzesznik wie o tym, że Bóg jest miłosierdziem i że to miłosierdzie jest nieskończone: Bóg wciąż na nowo gotów jest przebaczać i usprawiedliwiać grzesznego człowieka (tamże). Skoro tak, to człowiek powinien być wciąż na nowo gotów dostrzegać swoje winy i nawracać się.
Drugie czytanie (1 Tm 1,12-17) pokazuje, co Bóg daje człowiekowi, który się nawróci: uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył do posługi mnie, ongiś bluźniercę, prześladowcę i oszczercę. Mówi to święty Paweł, ten, który podjął misję głoszenia Ewangelii jak najdalej i jak najszerzej, i tę misję wypełnił w sposób godny pozazdroszczenia. Ciekawie tłumaczy on zresztą sens miłosierdzia, które grzesznikowi okazuje Pan Bóg: dostąpiłem miłosierdzia po to, by we mnie pierwszym Jezus Chrystus pokazał całą wielkoduszność jako przykład dla tych, którzy w Niego wierzyć będą dla życia wiecznego. Sporo znamy świętych, którzy przez dłuższy lub krótszy czas za życia na ziemi święci wcale nie byli (szerzej o tym pisze moja współodpowiedzialna).
I Ewangelia (Łk 15,1-32), z wydzieloną krótszą perykopą. Cały ten fragment wskazuje, że miłosierdzie Ojca w niebiesiech bierze górę nad sprawiedliwością. Znowu pozwolę sobie zacytować Jana Pawła II: (...) miarą wyznaczoną złu, którego sprawcą i ofiarą jest człowiek, jest ostatecznie Boże miłosierdzie. Oczywiście, jest w miłosierdziu Bożym zawarta również sprawiedliwość, ale nie jest ona ostatnim słowem Bożej ekonomii w dziejach świata, a zwłaszcza w dziejach człowieka. Bóg zawsze potrafi wyprowadzić dobro ze zła, Bóg chce, ażeby wszyscy byli zbawieni (...). Natomiast z własnych refleksji nad tym fragmentem powiem tyle, że pod koniec dłuższej perykopy Jezus mówi o pretensjach drugiego, prawowiernego syna. A wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: «Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę». Chyba najważniejszym zadaniem dla katolików, wypływającym z tej Ewangelii, jest pokora wobec Bożych wyroków, wobec Bożego miłosierdzia i Bożej sprawiedliwości. Przecież Pan Bóg nie chce, żeby komukolwiek z nas stała się krzywda. Przyjmując grzeszników, niczego nie odbiera nam, za to im wynagradza krzywdy, których doznali przez swój grzech.
Czytanie z Księgi Wyjścia (Wj 32,7-11.13-14) mówi może nie tyle o samym nawróceniu, co o jego konieczności. Widzę, że lud ten jest ludem o twardym karku, mówi Pan do Mojżesza. Co na to Mojżesz? Nie, nie zaprzecza winom narodu izraelskiego. Bierze Pana Boga trochę pod włos, przypominając Mu o przysiędze, którą złożył Żydom na samego Siebie. Jeśli my odmawiamy wierności, On wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć siebie samego (2 Tm 2,13).
Psalm (Ps 51,3-4.12-13.17.19) - jeden z najpiękniejszych, jakie znam - jest chyba jedną z najwspanialszych modlitw, jakie Kościół odziedziczył po Starym Testamencie (Jan Paweł II, Pamięć i tożsamość, 10). I dalej: Te słowa właściwie nie wymagają żadnego komentarza. One mówią same za siebie. One same objawiają prawdę o kruchości moralnej człowieka. Oskarża on siebie przed Bogiem, bo wie, że grzech jest przeciwny świętości jego Stwórcy. Równocześnie też człowiek-grzesznik wie o tym, że Bóg jest miłosierdziem i że to miłosierdzie jest nieskończone: Bóg wciąż na nowo gotów jest przebaczać i usprawiedliwiać grzesznego człowieka (tamże). Skoro tak, to człowiek powinien być wciąż na nowo gotów dostrzegać swoje winy i nawracać się.
Drugie czytanie (1 Tm 1,12-17) pokazuje, co Bóg daje człowiekowi, który się nawróci: uznał mnie za godnego wiary, skoro przeznaczył do posługi mnie, ongiś bluźniercę, prześladowcę i oszczercę. Mówi to święty Paweł, ten, który podjął misję głoszenia Ewangelii jak najdalej i jak najszerzej, i tę misję wypełnił w sposób godny pozazdroszczenia. Ciekawie tłumaczy on zresztą sens miłosierdzia, które grzesznikowi okazuje Pan Bóg: dostąpiłem miłosierdzia po to, by we mnie pierwszym Jezus Chrystus pokazał całą wielkoduszność jako przykład dla tych, którzy w Niego wierzyć będą dla życia wiecznego. Sporo znamy świętych, którzy przez dłuższy lub krótszy czas za życia na ziemi święci wcale nie byli (szerzej o tym pisze moja współodpowiedzialna).
I Ewangelia (Łk 15,1-32), z wydzieloną krótszą perykopą. Cały ten fragment wskazuje, że miłosierdzie Ojca w niebiesiech bierze górę nad sprawiedliwością. Znowu pozwolę sobie zacytować Jana Pawła II: (...) miarą wyznaczoną złu, którego sprawcą i ofiarą jest człowiek, jest ostatecznie Boże miłosierdzie. Oczywiście, jest w miłosierdziu Bożym zawarta również sprawiedliwość, ale nie jest ona ostatnim słowem Bożej ekonomii w dziejach świata, a zwłaszcza w dziejach człowieka. Bóg zawsze potrafi wyprowadzić dobro ze zła, Bóg chce, ażeby wszyscy byli zbawieni (...). Natomiast z własnych refleksji nad tym fragmentem powiem tyle, że pod koniec dłuższej perykopy Jezus mówi o pretensjach drugiego, prawowiernego syna. A wtedy ojciec jego wyszedł i tłumaczył mu. Lecz on odpowiedział ojcu: «Oto tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twojego rozkazu; ale mnie nie dałeś nigdy koźlęcia, żebym się zabawił z przyjaciółmi. Skoro jednak wrócił ten syn twój, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, kazałeś zabić dla niego utuczone cielę». Chyba najważniejszym zadaniem dla katolików, wypływającym z tej Ewangelii, jest pokora wobec Bożych wyroków, wobec Bożego miłosierdzia i Bożej sprawiedliwości. Przecież Pan Bóg nie chce, żeby komukolwiek z nas stała się krzywda. Przyjmując grzeszników, niczego nie odbiera nam, za to im wynagradza krzywdy, których doznali przez swój grzech.
sobota, 11 września 2010
pamiętać i być sobą
Kolejna lektura z gatunku czytanie dla siebie. Jana Pawła II Pamięć i tożsamość. Zagubiona w odmętach dziejów, znaleziona dopiero przy ostatnim wyjeździe z domu. Pozwolę sobie przytoczyć fragment z rozdziału 2, który mnie zafascynował:
Właśnie w tych ostatnich godzinach ziemskiego życia Chrystusa otrzymaliśmy chyba najpełniejsze objawienie o Duchu Świętym. Wśród słów, które wypowiedział wówczas Jezus, znajduje się także stwierdzenie bardzo znamienne dla interesującej nas kwestii. Mówi On, że Duch Święty przekona świat o grzechu (J 16,8). Starałem się wniknąć w te słowa i to doprowadziło mnie do pierwszych stron Księgi Rodzaju, do wydarzenia, które zostało nazwane grzechem pierworodnym. Św. Augustyn z niezwykłą wnikliwością scharakteryzował naturę tego grzechu następującej formule: amor sui usque ad contemptum Dei - miłość siebie aż do negacji Boga (De civitate Dei, XIV, 28). Właśnie amor sui - miłość własna - popchnęła pierwszych rodziców ku pierwotnemu nieposłuszeństwu, które dało początek rozszerzaniu się grzechu w całych dziejach człowieka. Odpowiadają temu słowa z Księgi Rodzaju: Tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło (Rdz 3,5), czyli będzie sami stanowili o tym, co jest dobrem, a co złem.
I ten właśnie pierworodny wymiar grzechu nie mógł znaleźć współmiernej rekompensaty w innej postaci, jak poprzez przeciwstawne amor Dei usque contemptum sui - miłość Boga aż do negacji siebie. Tutaj właśnie dotykamy tajemnicy odkupienia człowieka, a do tego poznania prowadzi nas Duch Święty. To On pozwala nam tak głęboko wniknąć w mysterium Crucis, a równocześnie pochylić się nad otchłanią zła, którego sprawcą i zarazem ofiarąstał się człowiek na początku swoich dziejów. Do tego właśnie odnosi się wyrażenie: przekonać świat o grzechu. A celem tego przekonywania nie jest potępienie świata. Jeżeli Kościół w mocy Ducha Świętego nazywa zło po imieniu, to tylko w tym celu, ażeby wskazać możliwość jego przezwyciężenia. Amor Dei usque contemptum sui ma takie właśnie wymiary. Są to właściwe wymiary miłosierdzia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)