Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Testament. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowy Testament. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 stycznia 2013

gdyby

Czytanie z dzisiejszych nieszporów.

Bogu, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków. Amen
Ef 3, 20-21


Nie każde Jego działanie jest jasne, oczywiste i definiowalne w kategoriach naszego wielkiego, ale jednak ułomnego rozumu. Jego działanie odbywa się w nas, w każdym z nas, w świętych i nieświętych, w mądrych i głupich. Jego działanie przekracza spełnianie naszych próśb. Możemy dostać takie dobra, o jakich nie śmieliśmy marzyć, o jakie nie umieliśmy prosić. I to wszystko za tak niewiele - za chwałę po wszystkie czasy.

To niesamowite, ale naprawdę działa. Kiedy chwalisz Go, więcej widzisz. Kiedy więcej widzisz, to zwykle też i więcej chwalisz. A kiedy więcej chwalisz...

A jakoś mało w nas wielbienia. No dobra. We mnie. Ciągle tylko daj i wybacz na zmianę, aż do obrzydzenia. Gdyby tak umieć Go chwalić. Gdyby tak móc Go chwalić w wieczności.

poniedziałek, 30 lipca 2012

cuda, cuda niepojęte

Rozpoczynam drugą turę czytania Nowego Testamentu. To takie dobre, kiedy wiem, że jeśli teraz mnie coś zaskoczy, to nie przez moją niewiedzę, ale przez to, że akurat Panu Bogu się tak spodobało. Może trzeba trochę wolniej, dać sobie i Bogu więcej czasu.

Wczorajsze kazanie o cudach wlało nową nadzieję w moje strudzone skądinąd serce. Do cudu potrzebny jest i Pan Bóg, i człowiek. I Jego wola, i człowieczy trud. Trzeba zrobić tylko to i wszystko to, co w ludzkiej mocy. Tak jak Apostołowie, przynosząc pięć chlebów i dwie ryby. Niby mało, ale co więcej mogli? Sprowadzenie piekarza z dostawą świeżego pieczywa raczej nie wchodziło w grę. Musi wystarczyć to, co akurat mogą zrobić. W życiu każdego z nas jest tak samo: zrobić tylko to i wszystko to, co można. Jeśli można tylko i aż pójść do lekarza specjalisty, to należy to zrobić, a Pan Bóg zajmie się resztą. W sumie - dobrze to wiedzieć, że Pan Bóg zajmuje się wszystkim tym, czym ja się zająć nie mogę.

I jeszcze słowa św. Tomasza z Akwinu, które tylekroć powtarzałam bez głębszego zastanowienia, że teraz tym mocniej wbijają się w głowę i w serce.

Zbliżam się w pokorze i niskości swej,
Wielbię Twój majestat, skryty w Hostii tej,
Tobie dziś w ofierze serce daję swe,
O, utwierdzaj w wierze, Jezu, dzieci Twe.

Mylą się, o Boże, w Tobie wzrok i smak,
Kto się im poddaje, temu wiary brak,
Ja jedynie wierzyć Twej nauce chcę,
Że w postaci chleba utaiłeś się.

Bóstwo swe na krzyżu skryłeś wobec nas,
Tu ukryte z Bóstwem człowieczeństwo wraz,
Lecz w Oboje wierząc, wiem, że dojdę tam,
Gdzieś przygarnął łotra, do Twych niebios bram.

Jak niewierny Tomasz twych nie szukam ran,
Lecz wyznaję z wiarą, żeś mój Bóg i Pan,
Pomóż wierze mojej, Jezu, łaską swą,
Ożyw mą nadzieję, rozpal miłość mą.

Ty, coś upamiętnił śmierci Bożej czas,
Chlebie żywy, życiem swym darzący nas,
Spraw, bym dla swej duszy życie z Ciebie brał,
Bym nad wszelką słodycz Ciebie poznać chciał.

Ty, co jak Pelikan Krwią swą karmisz lud,
Przywróć mi niewinność, oddal grzechów brud,
Oczyść mnie Krwią swoją, która wszystkich nas
Jedną kroplą może obmyć z win i zmaz.

Pod zasłoną teraz, Jezu, widzę Cię,
Niech pragnienie serca kiedyś spełni się,
Bym oblicze Twoje tam oglądać mógł,
Gdzie wybranym miejsce przygotował Bóg.

wtorek, 12 czerwca 2012

entrance

Takie sobie zwykłe opisywanie zdjęć z procesji Bożego Ciała. Wersety z Pisma Świętego przychodzą same. Człowiek sobie zupełnie nieoczekiwanie uświadamia, jak to Pismo w niego samego weszło i stało się częścią jego duszy. Oczywiście, można jeszcze bardziej. I jeszcze bardziej by się chciało mieć je w sobie.

I jednocześnie nagłe zrozumienie, że Słowo, którego się nie pielęgnuje, ulatuje z głowy i z serca. Więc pracy, pracy trzeba. Modlitwy. Czytania. I program nawrócenia układa się sam.

Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

sobota, 17 września 2011

odbicia

Ważne refleksje.

Refleksja pierwsza: o miłości. Porażająca jest świadomość, że na miłość - ani Bożą, ani ludzką - nie można w żaden sposób zapracować, zasłużyć. Tak ważna dla naszego życia kwestia pozostaje całkowicie poza naszą kontrolą. Jedyne, co można zrobić, to ją przyjąć. Czekać na nią. Ewentualnie o nią poprosić. Czyli zbudować w sobie wielką machinę pokory i skorzystać z niej. Nigdy nie zasłużę na to, żeby drugi mnie kochał. Nigdy jego (ani tym bardziej Jego) miłość nie będzie odpowiedzią na moje dobro, piękno, zdolności, pracę. Przeciwnie, to właśnie wszystkie te rzeczy będą odpowiedzią na miłość otrzymaną całkowicie niezasłużenie. (Z drugiej strony - może to i dobrze. Słowo zasłużyć łączy się ze słowem sługa. Fakt, że nie można zasłużyć na miłość, oznacza, że jej otrzymanie i przyjęcie może się odbywać jedynie w całkowitej wolności).

Refleksja druga: o wierze. Przychodzą takie chwile, kiedy wiara jest równoznaczna wierności bardziej niż zwykle. Kiedy nie można się zagłębić w modlitwę, kiedy nie można ułożyć relacji z Bogiem tak, jak by się chciało. Wtedy samo trwanie - na modlitwie, na Eucharystii, na adoracji, w wierze - jest wiarą, bo jest wiernością. Pan jest wierny we wszystkich Swoich słowach. Bo w nich trwa. Jak mam być wierna, jeśli nie trwam mimo wszystko? Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!

Refleksja trzecia: o Piśmie świętym. Najtrudniejszym tekstem, na jaki do tej pory się natknęłam, jest siódmy rozdział Pierwszego Listu do Koryntian. Ten o małżeństwie. Jest absolutnie najtrudniejszy. Najbardziej daje po łapach, po sercu i najgłębiej - po duszy. Poruszył mnie na tyle, że nie jestem w stanie teraz napisać czegoś konkretnego. Po prostu mnie zmiażdżył. Pierwszy raz doświadczam czegoś takiego w odniesieniu do Pisma świętego.

Refleksja czwarta: o dobrych ludziach. Dobrze jest mieć ich obok. Niekoniecznie na wyciągnięcie ręki. Może na odległość półtoragodzinnego spaceru. A może nawet na odległość listu raz na miesiąc. Albo rozmowy telefonicznej. I czasem dobrze poczuć, jak ważna jest ta bliskość. Chwilowe oddalenie dobrze robi. Jest tylko jeden wyjątek od tej reguły. Pan Bóg. Od Niego lepiej się nie oddalać dobrowolnie.

piątek, 9 września 2011

apostolsko

Zdanie na dziś:
Bo ja nie wstydzę się Ewangelii.
(Rz 1,16)


Pan Bóg jest genialny.

I nawet podczas lektury Pisma świętego prześladuje mnie moja praca licencjacka ((...) wydał ich na pastwę na nic niezdatnego rozumu).

On sam jest sprawiedliwy i usprawiedliwia każdego, który żyje dzięki wierze w Jezusa. (Rz 3,26)

To wszystko tak pięknie się przenika, tak się układa. Nieogarniona wielkość mądrości, szał wzajemnych powiązań. Aż się prosi, żeby przytoczyć znalezioną dziś na facebooku krótką wymianę między dwoma znajomymi dominikanami:

Ojciec 1: Znajomy zapytał Nowosielskiego o jakąś książkę Ratzingera, czy dobra. A malarz się zamyślił i mówi: "Taaak, ciekawa... Ale wiesz, za bardzo mu się wszystko zgadza. To podejrzane"
Krystyna Czerni, Nietoperz w świątynni (biografia J. Nowosielskiego)

Ojciec 2: Tak, tak. Wiara jest najgłębsza wtedy kiedy nic się nie zgadza. A najlepiej kiedy nie zgadza się z tym co głosi Kościół, szczególnie katolicki. Nowosielski może i był wybitnym artystą, ale nie był wybitnym teologiem. Sorry, żaden autorytet.

Fakt, że Pismo jest tak doskonale zgodne wewnętrznie, nie może zasadzać się tylko na ludzkiej inteligencji. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek kiedykolwiek mógł sam według własnego klucza ułożyć to w całość tak spójną i uniwersalną. Musiał w tym maczać palce Ktoś nieskończenie mądrzejszy. Ot co.

środa, 16 lutego 2011

zależenie

Zachwyt Liturgią Godzin trwa mimo zawirowań życiowych na różnych polach.

Z dzisiejszych nieszporów:
Wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was.
1P 5,7


Uwielbiam to zdanie z dawien dawna. Przypomina, że cokolwiek się stanie, On zawsze czeka. Coś jakby w związku z drugim wnioskiem z rekolekcji ciszy.

Myślę też, że o ile miłość między dwojgiem ludzi jest oparta na Panu Bogu i na Jego Miłości, o tyle swoje troski mogę powierzyć tej drugiej osobie, bo jej zależy na mnie. Ale do tego potrzeba bardzo mocnego zasadzenia swojego życia i miłości w Panu. Całe życie trzeba nad tym pracować.

A Pan Bóg - tak już, od ręki przyjmie wszystkie troski, które na Niego przerzucę.

Swoją drogą, pojawia mi się tu bardzo plastyczne wyobrażenie wielkiego wora trosk, który wrzucam na grzbiet pokornie stojącego osła. Mam nadzieję, że Pan Bóg się za to nie obrazi, ale słowo przerzućcie na pobudza moją fantazję.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

znów cisza

Jarmark minął, zwieńczony tradycyjnym sukcesem :) Trzy dni wytężonej pracy - w tym wczorajszy najcięższy. Z perspektywą pomocy potrzebującym. A potrzebujące kręciły się po klasztorze, wystawiały jakieś przedstawienie, prezentowały przygotowane układy taneczne. Dostały ciepły obiad - kto wie, dla niektórych może pierwszy i ostatni w tym tygodniu.

Szczególnie przemawia podczas Jarmarku idea caritas jako jednego z trzech filarów działalności Kościoła katolickiego (Benedykt XVI, Deus caritas est). Właśnie tego filaru, który przychodzi nam zbudować i utrzymać najłatwiej. Trzeba go budować mocnym, pewnym, wytrzymałym. Budujmy! Dziś każdy ma szansę zagrać choćby przez chwilę Boba Budowniczego. Na szczęście coraz więcej ludzi ma tego świadomość i pragnie tę możliwość wykorzystać. Niech każdy z nas stara się o to, co dla bliźniego dogodne - dla jego dobra, dla zbudowania (Rz 15,2-3).

Ale oprócz tej caritas przemawia do mnie podczas Jarmarku cisza. Konkretnie ta cisza, która towarzyszy sprzątaniu w niedzielę wieczorem. Oczywiście jest pełno hałasu - wynoszenia mebli, zbierania śmieci, tych wszystkich gospodarskich czynności, bez których nic by się nie dało zrobić. A jednak jakoś działa ta cisza, kiedy do nikogo się nie mówi poza wymienianiem wskazówek, zasięganiem informacji organizacyjnych. Dobrze czasem pomilczeć, nawet nosząc worki pełne ubrań, myjąc olbrzymie garnki, zmiatając podłogi czy cokolwiek. To w zasadzie też dla dobra bliźniego i dla zbudowania, bo gdyby się w takiej chwili odezwać, to by można nabluzgać przypadkiem. Albo się pokłócić.

I myślę sobie, że gdyby Pan Bóg nie chciał takiej ciszy, to by nam na nią nie pozwolił. I sam też by nie pozwalał Sobie na milczenie.

środa, 3 listopada 2010

bez odpowiedzi

Bywa, że się człowiek na pracy zafiksuje. Albo na studiach. Na nauce. Taka fiksacja zdecydowanie przeszkadza w odbiorze Słowa Bożego. Podczas dzisiejszego pierwszego czytania (Flp 2,12-18) najpierw w mojej głowie odbyła się galopada myśli w stronę Sorena Kierkegaarda (przy słowach z bojaźnią i drżeniem), a potem rozpłynęłam się na wspomnienie o św. Tomaszu z Akwinu i analizowaniu Summy teologicznej jego autorstwa (na słowa Bóg jest w was sprawcą i chcenia, i działania). Nie sądziłam, że to powiem, ale - chyba za dużo czasu spędzam nad filozofią.

Dziś wspominamy (a dominikanie z tej okazji świętują) św. Marcina de Porres. To kolejny święty, o którym ostatnio czytam, że był jednocześnie niezwykle pobożny i oddany Bogu oraz oddawał siebie, swoje siły, czas i pieniądze ludziom potrzebującym. Czy oddanie siebie Bogu może przebiegać bez oddania się innym? Z drugiej strony, czy oddanie się innym może przebiegać bez oddania się Bogu?

sobota, 16 października 2010

wieńce róż

Już po. Masa refleksji.

Do tej pory chrystocentryzm modlitwy Zdrowaś Mario i Różańca był dla mnie hasłem nie tyle pustym, co niezrozumiałym i zbyt zawiłym na wszelkie próby zrozumienia. Czasem myślałam sobie, że może chodzi o istniejące w środku słowo Jezus. Jak kulą w płot, naprawdę. Rainer Scherschel pisze mianowicie:
Poruszenie się z radości Jana w jej łonie było dla Elżbiety znakiem rozpoznawczym, że owocem łona Maryi jest Mesjasz. Nie byłoby więc błędem tłumaczyć Łk 1,42 tak, aby się uwidaczniał akcent położony w rzeczywistości na owocu łona. Przyjmując lekko zmieniony wariant przekładu (...) rdzeń Zdrowaś Mario wyglądałby następująco:
"Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan jest z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami, błogosławiony jest bowiem owoc Twojego łona".
Takie sformułowanie nie ma przeczyć temu, że Ewangelista Łukasz widzi, ocenia i czci Maryję również jako odrębną osobę.

Takie postawienie sprawy (tekstu modlitwy) bardzo mi pomogło. W takiej formie, jaką posługujemy się powszechnie, jakoś zanika ten sens: błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc żywota Twojego. Można to zrozumieć opacznie, mianowicie - najpierw błogosławiona jest Maryja, a dopiero potem owoc Jej łona. Ewentualnie - że Oboje błogosławieni są jednocześnie. Nic z tych rzeczy. Łaska, którą ma Maryja, pochodzi od Boga i to ona sprawia, że Maryja jest błogosławiona. Jak wiele może zmienić jedno słowo!

Dopiero teraz dotarło też do mnie w pełni, że modlitwa Zdrowaś, a także Ojcze nasz, są słowami Pisma świętego. W tym kontekście zdecydowanie łatwiej zrozumieć, w jaki sposób Różaniec jest modlitwą Jezusową Zachodu. Modlitwa Jezusowa powstała z dążenia do modlitwy nieustannej, do bycia w ciągłej obecności Boga. Początkowo ojcowie pustyni medytowali nad krótkimi fragmentami z Pisma świętego, z czasem powstawały też akty strzeliste. Wielokrotne powtarzanie jednych lub drugich powodowało, że z czasem wchodziły człowiekowi w umysł, serce i w życie tak głęboko, że budowały w nim stałą gotowość modlitwy, nawet kiedy aktualnie się nie modlił. Zdrowaś, Ojcze nasz mają podobne działanie; jak dowodzi Scherschel, Zdrowaś od początku pomyślane było jako modlitwa powtarzalna. Powtarzanie słów Pisma świętego, medytowanie nad nimi - czyż w ten sposób nie buduje się w sobie gotowości modlitwy i nie przemienia się swojego życia?

W ostatnim rozdziale książki Scherschel pisze o czymś, co bardzo mnie osobiście dotknęło, ale myślę, że jest adekwatne w przypadku bardzo wielu ludzi:
Nie tylko (...) modlitwie Jezusowej grozi niebezpieczeństwo odejścia od chrystocentryzmu. Również Różaniec może się zagubić w pobożności maryjnej, stającej się celem dla siebie, do tego stopnia, że w praktyce zapomina się, iż Maryja prowadzić ma do Chrystusa. Jeśli w polu widzenia pozostaje przede wszystkim Królowa nieba i Jej siła wspomożycielska i opiekuńcza, to również gubi się charakter autentycznej modlitwy skierowanej do Jezusa.

Nie trzeba tu chyba specjalnego komentarza. W następnym akapicie Scherschel pisze, że jedynym sposobem uniknięcia takiego błędu jest mocne oparcie się w modlitwie różańcowej na Piśmie świętym, zwłaszcza na Nowym Testamencie.

Chciałabym tu przytoczyć legendę o mnichu i wieńcach róż, która w piękny sposób mówi o powstaniu modlitwy różańcowej. Jest ona jednak długa i nie chcę Czytelników nużyć rozmiarem wpisu :), a przy tym - niech to będzie zachęta do sięgnięcia po tę książkę i zapoznania się z historią i znaczeniem Różańca.



Właśnie mi się skojarzyło - kiedy napisałam o wieńcach róż - że przecież Mała Tereska mówiła o sobie, że z nieba będzie sypać deszcz płatków róż, czyli łask Bożych, dla tych, którzy będą się o to modlili i tego potrzebowali :)

niedziela, 10 października 2010

wyjątkowo

Dziś wyjątkowo nie o Słowie Bożym przeznaczonym na tę niedzielę. Dziś będzie cytat z książki, którą obecnie kończę - Tomasza Terlikowskiego Bogobójcy czy starsi bracia. Myśliciele rosyjskiego prawosławia wobec judaizmu. Myślę bowiem, że jeszcze długo trzeba będzie głośno o tym mówić, nachalnie o tym przypominać. Są to słowa patriarchy Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej Aleksego II:
(...) On - Istniejący - jest Bogiem i Ojcem wszystkich, a my wszyscy jesteśmy braćmi, bowiem stanowimy dzieci Starego Przymierza zawartego na Synaju, który w Nowym Testamencie, jak wierzymy my - chrześcijanie - został odnowiony przez Chrystusa. Te dwa przymierza stanowią dwa stopnie jednej i tej samej religii bogoczłowieczeństwa, są dwoma momentami jednego bosko-ludzkiego procesu. W tym procesie ustanawiania przymierza między Bogiem a człowiekiem Izrael stał się narodem wybranym, któremu zostały przekazane Prawo i Prorocy. To przez niego od Przeczystej Dziewicy Maryi przyjął swoje "człowieczeństwo" wcielający się Syn Boży. Ta więź krwi nie zostaje zerwana i nadal trwa również po narodzeniu Chrystusa... I dlatego my, chrześcijanie, powinniśmy odczuwać i przeżywać to Jego pochodzenie jako przyłączenie do niewysławialnej tajemnicy widzenia Boga

Cóż więcej można powiedzieć w tym temacie?

P.S. Książka o Różańcu już wypożyczona i zaraz zabieram się za czytanie :)

czwartek, 30 września 2010

aktywista

Z ciekawości sięgnęłam po jakieś informacje o patronie dzisiejszego dnia - św. Hieronimie. Doktor Kościoła. No niby wszystko fajnie. Mądry gość i tyle. Jednak niekoniecznie. Nie wystarczy być mądrym, żeby zasłużyć na takie miano. Trzeba jeszcze być tytanem pracy. Naprawdę. Św. Hieronim tyle, tyle zrobił, tyle przeczytał, napisał, tyle się przez całe życie uczył!

Jest patronem studentów. Całkiem słusznie. Żebyśmy sobie, nie daj Boże, nie myśleli, że licencjat czy magisterka, osiągnięte czasem przez łut szczęścia, wystarczą. Trzeba nadal pracować. Mieć tę swoją działeczkę, której uprawianie zajmie nam całe życie i dzięki której inni będą mogli sami się rozwijać. Dla św. Hieronima taką działeczką było Pismo święte. Przez 24 lata (382-406) przetłumaczył na łacinę całe Pismo święte. Jego przekład, tzw. Wulgata (co oznacza "powszechnie przyjmowane"), został przyjęty przez Sobór Trydencki jako tekst urzędowy. Trzeba i nam znaleźć to własne poletko. Dla mnie jest to szczególnie istotne zadanie, ale wchodzić dalej nie będę, bo byłoby to zbytnie obnażanie siebie. W każdym razie - myślę sobie, że jak czasem westchniemy do św. Hieronima o wstawiennictwo w naszych uczelnianych udrękach, to on uśmiechnie się (może z lekkim politowaniem) i pomodli się do Tego, którego tak bardzo umiłował.

Żeby nie było zbyt łatwo, św. Hieronim oprócz pracy intelektualnej podejmował jeszcze dzieła miłosierdzia (tytan pracy!). Nie wystarczy się zakopać w książkach, żeby ludziom te książki tłumaczyć. Trzeba jeszcze do nich wyjść, żeby w ogóle chcieli potem o tych książkach słuchać. Przypomina mi się znowu przesłanie papieża Benedykta XVI, zawarte w encyklice Deus caritas est. Nie ma zmiłuj, Kościół musi działać charytatywnie i każdy z nas, jako jego cząsteczki, też musi tak czynić. Niezależnie od ilości zadań w szkole, na uczelni, w pracy. To też ważne przesłanie dla studentów. U początku nowego roku akademickiego, kiedy rozliczne organizacje zapraszają do wsparcia ich działalności. Tak, tak, książki swoją drogą. A miłosierdzie swoją. I te dwie swoje mają się składać na jedną - moją, którą jest - albo będzie - Jezus Chrystus.

niedziela, 18 lipca 2010

rewolucja

Kiedy sięgnęłam po czytania przeznaczone na dziś, uderzyła mnie jedna rzecz. Pierwsze czytanie (Rdz 18, 1-10a) mówi o tym, że do Abrahama przyszedł Bóg (właściwie trzy ludzkie postacie, w których Abraham rozpoznał Pana) i tenże Abraham dwoił się i troił, aby jako gospodarz godnie ugościć tak wielkiego Gościa. Rozkazał przyrządzić cielę, żonie polecił upiec podpłomyki... I tak przyjął Boga, a Bóg (to znaczy trzy postacie) siadł i jadł. Wtedy dopiero Abraham stanął spokojnie pod drzewem i pokornie czekał.

Z kolei w dzisiejszej Ewangelii (Łk 10, 38-42) czytamy, że Jezus Chrystus przyszedł do pewnego domu, w którym mieszkały dwie siostry - Maria, która od razu siadła u Jego stóp i słuchała, co mówił, oraz Marta, która zaczęła się krzątać po domu, aby jako gospodyni godnie podjąć Pana. Co więcej, rugała swoją siostrę za to, że jej nie pomaga. Na to Jezus odpowiada, że nie jest istotne to krzątanie się, nie jest istotny zastawiony stół i przygotowane wino, ale liczy się bardziej właśnie słuchanie, trwanie przy Nim i skupienie uwagi na Jego słowach.

Wydaje się, że przesłanie tego fragmentu Ewangelii jest jasne. Natomiast zastanowiło mnie zestawienie tej sceny z podobną w gruncie rzeczy sceną ze Starego Testamentu. Pomyślałam sobie, że ten układ czytań ma za zadanie pokazać, że Jezus wprowadza tak naprawdę rewolucję w świat żydowski. Że to, co w Starym Przymierzu było istotne - Prawo, przepisy, zwyczaje - ustępuje przed mocą Słowa, przed koniecznością przygotowania najpierw serca, a dopiero potem ciała. Zwróciłam na to uwagę dlatego, że od dłuższego czasu dostrzegam znaczące różnice między wiarą chrześcijańską a żydowską. Określenie Żydów naszymi "starszymi braćmi w wierze", chociaż całkiem trafne, zaciemnia sprawę, jeśli nie jest opatrzone komentarzem.

Moja znajoma ze studiów powiedziała kiedyś, że chrześcijaństwo to nie dla niej, ale judaizm już trochę bardziej, tylko gdyby nie był taki do chrześcijaństwa podobny... Funkcjonuje tu stereotyp, że skoro jedno i drugie są systemami monoteistycznymi, a ponadto chrześcijaństwo z judaizmu wyrasta, to muszą one być tak podobne, że niemal identyczne. A tu - niespodzianka. Kiedy słuchałam w tym roku wykładów rabina z wrocławskiej gminy żydowskiej na temat judaizmu, jego głównych pojęć, egzegezy Pisma Świętego... Nie mieściło mi się w głowie, że z tego systemy mógł wyrosnąć taki twór, jak chrześcijaństwo. Mogło się to stać tylko na drodze rewolucji. Właśnie takiej rewolucji, jaką dzisiaj pokazują nam czytania Mszy świętej.