Toczy się, toczy wielkie koło sprawy profesora Chazana. Jedni popierają (na fejsbuku), inni odsądzają od czci, rozumu i postępu (no bo przecież nie od wiary). A ja myślę sobie o tym małym dziecku i o jego matce.
Był taki dzień, dawno temu, który spędziłam na oddziale noworodkowym pewnego szpitala w charakterze gościa-obserwatora. Był to noworodkowy OIOM. Przypadki mniej bądź bardziej drastyczne. (No dobra, nie AŻ TAK drastyczne jak ten medialny). Razem z pielęgniarkami karmiłam te dzieciaki z butelki. Chłopca, który miał przerost wszystkich organów w jamie brzusznej i według progroz lekarzy miał przed sobą najwyżej rok życia. Dziewczynkę, która leżała w inkubatorze i nie można jej było na chwilę wyciągnąć - jej głowa spoczywała na dwóch moich palcach. Chłopca, który urodził się z HIV i uzależnieniem od narkotyków, a mamusia się go wyrzekła; pielęgniarki zaciskały zęby, bo przecież nikt go nie weźmie do adopcji. Życie każdego z nich miało bardzo krótką perspektywę. Poza tym ostatnim maluchem chyba wszystkie dzieci na oddziale były w jakiś sposób zdeformowane.
I to bolało. To nie był wstręt ani odraza, co się czuło. To był ból, że nie można im pomóc. Że władują w nie tonę leków, a to i tak nie da im szczęścia. To nie znaczy, żeby nie podejmować wszelkich możliwych działań. To znaczy tylko tyle, że patrzenie na te dzieci rodzi bezsilność, bezradność, ból, bunt. Tylko tyle i aż tyle.
Trudno orzec, jak bardzo dzieci w takim stanie odczuwają ból i inne bodźce. Nie ma więc uzasadnienia dla "skracania cierpienia", skoro nie mamy pojęcia, jak ono w rzeczywistości wygląda. Można jednak określić, jak bardzo cierpi matka, ojciec, rodzina tego dziecka, jeśli na nie patrzy. To jest coś, czego nie możemy zlekceważyć. Ten ból i wszystkie inne uczucia trzeba przyjąć i pomóc je przeżyć. Może dobrze byłoby kierować do takich rodziców psychologów od interwencji kryzysowej. Może dobrze byłoby nie odsądzać ich od czci i wiary. Nie wymagajmy, by byli od razu herosami.
Nie, nie mam na myśli, żeby grzecznie i ze współczuciem przytakiwać żądaniom aborcji. Myślę tylko o tym, żeby spojrzeć na tych rodziców jak na rodziców, ludzi, a nie jak na potwory (z ultrakatolickiej strony) lub na pokonanych rycerzy postępu (to z tej drugiej).
Myślę o tym, żeby modlić się za tych ludzi. Często słyszę o modlitwie za dzieci poczęte, zagrożone aborcją, a modlitwy potrzebują chyba przede wszystkim rodzice, którzy nie potrafią sobie poradzić z przerastającą ich sytuacją. Może dobrze będzie modlić się przede wszystkim za nich, i niekoniecznie tylko o "zmądrzenie", "nawrócenie", ale też o realną i konkretną pomoc dla nich.
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cierpienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cierpienie. Pokaż wszystkie posty
środa, 9 lipca 2014
piątek, 11 października 2013
in Te Domine speravi
Czytam aktualnie Pokonaj swojego Goliata Maxa Lucado. Dziś dzięki tej książce dokonałam epokowego odkrycia. Przynajmniej jeśli chodzi o moje życie.
Jezus płakał. Smucił się. Przeżywał po ludzku ból związany ze stratą bliskiego człowieka. On wie, czym jest ból. On to rozumie. On nie jest daleko od tego, wyizolowany, w sterylnych warunkach Boskiej egzystencji. On naprawdę wie, co to jest ból i że człowiek może od niego upaść. On nie trzyma się z daleka, obserwując cierpiącego człowieka jak laboratoryjnego szczura podczas testów. On doskonale wie, On nie musi się przyglądać. On wchodzi w to cierpienie, On zna ten ból. I ponieważ sam dał upust temu bólowi, to ja także mogę to zrobić. Z tego morza smutku On mnie wydźwignie, dając mi nadzieję.
W Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki!
Jezus płakał. Smucił się. Przeżywał po ludzku ból związany ze stratą bliskiego człowieka. On wie, czym jest ból. On to rozumie. On nie jest daleko od tego, wyizolowany, w sterylnych warunkach Boskiej egzystencji. On naprawdę wie, co to jest ból i że człowiek może od niego upaść. On nie trzyma się z daleka, obserwując cierpiącego człowieka jak laboratoryjnego szczura podczas testów. On doskonale wie, On nie musi się przyglądać. On wchodzi w to cierpienie, On zna ten ból. I ponieważ sam dał upust temu bólowi, to ja także mogę to zrobić. Z tego morza smutku On mnie wydźwignie, dając mi nadzieję.
W Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki!
sobota, 22 grudnia 2012
opoką
Przeczytane dziś w ramach kończenia własnych, prywatnych, czytanych rekolekcji.
Ten fragment, w połączeniu z tym, co zostało napisane kawałek przed nim, przypomniał mi pewną rozmowę z Ł. niedługo po śmierci mojej mamy. Była wtedy mowa o zrozumieniu sensu tego wydarzenia. Wtedy byłam święcie przekonana, że doskonale rozumiem jego sens - wszak było to wysłuchanie mojej modlitwy o dzianie się Bożej woli. W jakiejś mierze pewnie też. Ten fragment uświadomił mi, że być może w tym całym szaleństwie była metoda - zwrócenia mnie ku Bogu ze słowami psalmu 62: Jedynie w Bogu spokój znajduje ma dusza, bo od niego przychodzi moje zbawienie. Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, On moją twierdzą, więc się nie zachwieję. Bez takiej świadomości każda modlitwa byłaby jednym wielkim przekłamaniem.
A więc... Jedynie w Bogu szukaj spokoju, duszo moja, bo od Niego pochodzi moja nadzieja. Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, On moją twierdzą, więc się nie zachwieję.
Naszym jedynym prawdziwym bezpieczeństwem jest prawda o tym, że Boże miłosierdzie nie zna granic. Bóg jest nieskończenie dobry i wierny, jest, jak mówi Pismo Święte, naszą jedyną skałą. Wszystko inne: zdrowie, wykształcenie, dyplomy, przyjaciele, nasze osobiste siły i cnoty, może nas opuścić. Trzeba być realistą! Wszystkie te rzeczy są oczywiście dobre, cenne jest dysponowanie pewnymi zabezpieczeniami finansowymi, stabilnością uczuciową, dobrym wykształceniem, doświadczeniem, posiadanie do swojej dyspozycji przyjaciół, przewodnika duchowego, wspólnoty, z przynależenia do której jesteśmy zadowoleni, itd. Należy je przyjąć,a nawet starać je sobie zapewnić, tak jak to tylko możliwe, ale nigdy nie należy czynić z nich swojego ostatecznego oparcia. Ponieważ tylko sam Bóg jest naszym całkowitym zabezpieczeniem. Wszystko inne jest względne. Jest to fundamentalny punkt doświadczenia nadziei: doświadczyć pewnego ubóstwa, osłabienia na różnych polach (na szczęście nie na wszystkich jednocześnie!) po to, aby nauczyć się odnajdywać swe prawdziwe bezpieczeństwo w Bogu. Bóg nigdy nas nie opuści. (...)
(Jacques Philippe Mała droga ufności Teresy z Lisieux)
Ten fragment, w połączeniu z tym, co zostało napisane kawałek przed nim, przypomniał mi pewną rozmowę z Ł. niedługo po śmierci mojej mamy. Była wtedy mowa o zrozumieniu sensu tego wydarzenia. Wtedy byłam święcie przekonana, że doskonale rozumiem jego sens - wszak było to wysłuchanie mojej modlitwy o dzianie się Bożej woli. W jakiejś mierze pewnie też. Ten fragment uświadomił mi, że być może w tym całym szaleństwie była metoda - zwrócenia mnie ku Bogu ze słowami psalmu 62: Jedynie w Bogu spokój znajduje ma dusza, bo od niego przychodzi moje zbawienie. Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, On moją twierdzą, więc się nie zachwieję. Bez takiej świadomości każda modlitwa byłaby jednym wielkim przekłamaniem.
A więc... Jedynie w Bogu szukaj spokoju, duszo moja, bo od Niego pochodzi moja nadzieja. Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, On moją twierdzą, więc się nie zachwieję.
piątek, 27 lipca 2012
balonik
Pan Bóg na pewno dobrze wie, co w męczeństwie Jego wyznawców płynęło z Jego Ducha i czy nie było tam czysto psychicznego, a więc bezwartościowego duchowo, nadmuchiwania się.
Jacek Salij OP, Zło, cierpienie, nadzieja
Myślę sobie, że to jest niesamowicie silna pokusa: osiągnąć dzięki wierze komfort emocjonalny czy psychiczny. Że ja to już jestem tak blisko Boga, że bliżej to się chyba nie da. A nawet jeśli się da, to przecież jest mi tak dobrze, że wszyscy powinni mnie naśladować, a na pewno trafią do Boga tak, jak i ja.
To brzmi raczej jak groźba. Myślę, że jednym z kroków w stronę nawrócenia jest zrozumienie i uznanie, że wiara nie służy do zaspokojenia emocjonalnych braków czy zaleczenia psychicznych zranień. Ona pewnie może doprowadzić do dobrych skutków w tych dziedzinach, ale nie to jest przecież jej celem.
środa, 2 maja 2012
zawieszenie
Gotowe jest serce moje, Boże, gotowe jest serce moje, zaśpiewam psalm i zagram.
Tylko do tego można się naprawdę przygotować, tylko do tego można być naprawdę przygotowanym. Myślę, że dzieje się tak po to, aby w sytuacjach zupełnego nieprzygotowania móc się na czymś oprzeć.
Zbudź się, duszo moja, zbudź się, harfo i cytro, a ja obudzę jutrzenkę.
Tylko do tego można się naprawdę przygotować, tylko do tego można być naprawdę przygotowanym. Myślę, że dzieje się tak po to, aby w sytuacjach zupełnego nieprzygotowania móc się na czymś oprzeć.
Zbudź się, duszo moja, zbudź się, harfo i cytro, a ja obudzę jutrzenkę.
niedziela, 22 kwietnia 2012
czuwaj!
Pan Bóg czuwa. Jest, pamięta, czuwa. I reaguje, a czasem w taki sposób, że witki opadają. Ale zawsze skutecznie. Trzeba to tylko dostrzec. Nie zawsze musi być miło i przyjemnie. Pokazał to na przykładzie Swojego Syna, a w kosmicznie pomniejszonej skali pokazuje to w życiu każdego z nas. Nie warto się obrażać. Można tylko stanąć, opuścić ręce wzniesione do walki i powiedzieć: w ręce Twe, Panie... - a On już będzie wiedział, co zrobić.
Aha, no i jeszcze można poprosić o modlitwę wstawienniczą. Ona działa cuda. Wyrażając wspólnotę wiary, wyraża też przed Bogiem naszą wzajemną miłość i troskę. Moc. Jest moc!
P.S. Właśnie do mnie dotarło, że jak się wystukuje na klawiaturze słowo moc, to przez pomyłkę można uzyskać słowo nic. No więc życzę Wam i sobie, żeby w życiu takich pomyłek nie było. Jak wszystkie troski nasze przerzucimy na Niego, to na pewno nie będzie. Ot co.
Aha, no i jeszcze można poprosić o modlitwę wstawienniczą. Ona działa cuda. Wyrażając wspólnotę wiary, wyraża też przed Bogiem naszą wzajemną miłość i troskę. Moc. Jest moc!
P.S. Właśnie do mnie dotarło, że jak się wystukuje na klawiaturze słowo moc, to przez pomyłkę można uzyskać słowo nic. No więc życzę Wam i sobie, żeby w życiu takich pomyłek nie było. Jak wszystkie troski nasze przerzucimy na Niego, to na pewno nie będzie. Ot co.
piątek, 13 kwietnia 2012
troskacz
Przekuwanie teorii i pięknych deklaracji w praktykę odbywa się na ogół dopiero w sytuacjach granicznych, kryzysowych. Przynajmniej w moim życiu. I wcale nie jest łatwo przerzucić wszystkie troski na Niego, bo nawet jeśli Jemu zależy na nas, to bezpieczniej poradzić sobie samemu. Załatwić to czy tamto. Pójść tu albo tam. Pan Bóg tego za nas nie zrobi. Ale też łatwiej czerpać siłę z codziennych, namacalnych sytuacji, z wymiernych i łatwo obserwowalnych relacji. Łatwiej uwierzyć, kiedy się ma spisane na kartce dotychczasowe osiągnięcia i cele do realizacji. Tylko komu się wtedy wierzy?
Miarą zawierzenia Bogu jest skala problemu, w którym dajemy Mu się poprowadzić. Zawierzam Bogu, kiedy idę na zajęcia nieprzygotowana, ale zupełnie czym innym jest zawierzenie Mu, kiedy idę nieprzygotowana w sytuacje życiowe, które mnie zupełnie przerastają i w których nigdy dotąd nie byłam i - mam nadzieję - nie będę.
Dużo modlitwy trzeba. O to bardzo proszę.
Miarą zawierzenia Bogu jest skala problemu, w którym dajemy Mu się poprowadzić. Zawierzam Bogu, kiedy idę na zajęcia nieprzygotowana, ale zupełnie czym innym jest zawierzenie Mu, kiedy idę nieprzygotowana w sytuacje życiowe, które mnie zupełnie przerastają i w których nigdy dotąd nie byłam i - mam nadzieję - nie będę.
Dużo modlitwy trzeba. O to bardzo proszę.
piątek, 24 lutego 2012
ludzkość
Pierwsza w sezonie Droga Krzyżowa.
Pieśń Boska dobroci, omawiająca wszystkie stacje. I jej fragment, traktujący o drugim upadku Chrystusa.
Jezusowi memu na pół żywemu.
To nie było tak, że On sobie był żywy, a potem był martwy, a jeszcze potem zmartwychwstał. On w pewnym momencie był rzeczywiście na pół żywy z cierpienia, bólu, zmęczenia. Cała Jego ludzkość w tym właśnie znalazła wyraz.
My też jesteśmy Jego ludzkością. Albo przynajmniej powinniśmy do tego dążyć, aby być Jego. Więc może w tym samym powinniśmy znaleźć jakoś siebie?
Pieśń Boska dobroci, omawiająca wszystkie stacje. I jej fragment, traktujący o drugim upadku Chrystusa.
Jezusowi memu na pół żywemu.
To nie było tak, że On sobie był żywy, a potem był martwy, a jeszcze potem zmartwychwstał. On w pewnym momencie był rzeczywiście na pół żywy z cierpienia, bólu, zmęczenia. Cała Jego ludzkość w tym właśnie znalazła wyraz.
My też jesteśmy Jego ludzkością. Albo przynajmniej powinniśmy do tego dążyć, aby być Jego. Więc może w tym samym powinniśmy znaleźć jakoś siebie?
czwartek, 1 września 2011
kochać w ciemnościach
Zastanawiam się, jak to jest, że szczęścia przychodzą pojedynczo, a nieszczęścia całymi stadami. Na szczęście jest takie jedno Szczęście, które przychodzi zawsze, regularnie, nigdy nie zapomina i nigdy się nie spóźnia.
Chociaż czytam teraz znowu o Matce Teresie z Kalkuty. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest żyć w poczuciu, że właśnie to jedno jedyne, prawdziwe Szczęście - nie przychodzi, milczy, jakby zapomniało.
Chociaż czytam teraz znowu o Matce Teresie z Kalkuty. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest żyć w poczuciu, że właśnie to jedno jedyne, prawdziwe Szczęście - nie przychodzi, milczy, jakby zapomniało.
czwartek, 19 maja 2011
anatomia
Fragment z artykułu, który przeczytałam kilka dni temu:
Zastanawiam się, do czego dąży to wszystko. Orgazm jest nam dany jako związany z aktem małżeńskim (choć, jak wiadomo, występuje też w aktach pozamałżeńskich). Po co kawałkować ludzkie doznania? Wyodrębniać orgazm jako osobną czynność fizjologiczną, żeby potem wznosić go do rangi osobnej wartości? Nic tu nie jest dane samo dla siebie. Pan Bóg (czy, jak kto woli, matka natura) wszystko dobrze przemyślał i ułożył. Ingerowanie w to Boskie ułożenie staje się coraz bardziej radykalne, a przez to coraz bardziej obrzydliwe (vide sposób przeprowadzania wspomnianych eksperymentów). Gdzie i kiedy nastąpi koniec?
Inna sprawa, że stworzenie nowych terapii bólu jest wyrazem naszej ponowoczesnej kondycji i kultury, która dąży do wyparcia tego, co najbardziej ludzkie - jak śmierć, cierpienie, ból, brzydota - na rzecz tego, co istnieje w (specyficznie ludzkiej) wyobraźni. Pokażmy dzieci cierpiące na rzadkie choroby, ale w taki sposób, żeby nie pokazać rzeczywistego cierpienia, bólu, choroby. Powiedzmy o śmierci kogoś znanego, ale zróbmy to w taki sposób, żeby tę śmierć maksymalnie zdehumanizować. Wymażmy z naszej rzeczywistości ból poprzez rozmaite środki, tabletki, czopki, wreszcie terapie bólu. Dajmy sobie prawo do bycia człowiekiem - ale tylko w takim wymiarze, jaki nie wymaga pytania o sens.
Podczas przeżywania orgazmu dochodzi do aktywizacji kory przedczołowej mózgu. Jego osiągnięcie jest jednoznaczne z wejściem w inny stan świadomości – to tylko niektóre wnioski z badań zespołu prof. Barry'ego Komisaruka z Rutgers University w amerykańskim Newark. Ich celem jest poznanie mechanizmu leżącego u podłoża seksualnego pobudzenia. Jego zrozumienie może prowadzić do stworzenia nowych terapii bólu. Orgazm ma bowiem właściwości przeciwbólowe.
Zastanawiam się, do czego dąży to wszystko. Orgazm jest nam dany jako związany z aktem małżeńskim (choć, jak wiadomo, występuje też w aktach pozamałżeńskich). Po co kawałkować ludzkie doznania? Wyodrębniać orgazm jako osobną czynność fizjologiczną, żeby potem wznosić go do rangi osobnej wartości? Nic tu nie jest dane samo dla siebie. Pan Bóg (czy, jak kto woli, matka natura) wszystko dobrze przemyślał i ułożył. Ingerowanie w to Boskie ułożenie staje się coraz bardziej radykalne, a przez to coraz bardziej obrzydliwe (vide sposób przeprowadzania wspomnianych eksperymentów). Gdzie i kiedy nastąpi koniec?
Inna sprawa, że stworzenie nowych terapii bólu jest wyrazem naszej ponowoczesnej kondycji i kultury, która dąży do wyparcia tego, co najbardziej ludzkie - jak śmierć, cierpienie, ból, brzydota - na rzecz tego, co istnieje w (specyficznie ludzkiej) wyobraźni. Pokażmy dzieci cierpiące na rzadkie choroby, ale w taki sposób, żeby nie pokazać rzeczywistego cierpienia, bólu, choroby. Powiedzmy o śmierci kogoś znanego, ale zróbmy to w taki sposób, żeby tę śmierć maksymalnie zdehumanizować. Wymażmy z naszej rzeczywistości ból poprzez rozmaite środki, tabletki, czopki, wreszcie terapie bólu. Dajmy sobie prawo do bycia człowiekiem - ale tylko w takim wymiarze, jaki nie wymaga pytania o sens.
środa, 4 maja 2011
coś się kończy, coś się zaczyna
Zdanie podsumowujące cały ten długi weekend.
Jan Paweł II jest już oficjalnie uznany i ogłoszony błogosławionym. Chociaż samych uroczystości nie oglądałam, to jednak gdy następnego dnia patrzyłam na urywki w serwisach informacyjnych, ogarniała mnie jakaś radość i spokój. Tak, to jest człowiek błogosławiony, święty. To dobrze, że Kościół uznał to odpowiednio szybko. Liczę po cichu, że teraz coś się skończy - medialny szał i szum wokół kremówek i 21:37 - i coś się zacznie - deszcz duchowych owoców, wyproszonych u Boga przez błogosławionego Jana Pawła.
Trudno bywa, kiedy trzeba zrzucić jakąś ładną zasłonkę i powiedzieć sobie i drugiej osobie: wróćmy do Tego, dzięki któremu to wszystko. Bo to znaczy, że jakoś się odeszło, może dalej, może bliżej, ale niepostrzeżenie i trzeba się nad tym zastanowić. Wtedy coś się kończy, a coś się zaczyna. Oby więcej się zaczęło niż skończyło.
Modlitwa wspólna i modlitwa indywidualna. Kiedy jedna się kończy, może zacząć się druga, ale człowiek nie może funkcjonować w obu jednocześnie. To taki mały ból czasów, kiedy tykanie zegarka bardziej przynagla niż cisza kaplicy adoracji. No więc oby i na tym polu coś się skończyło - jakiś marazm i bylejakość - i coś się zaczęło.
Dziś w nocy zmarła moja babcia. Jej życie się skończyło, teraz zaczyna się życie bez niej. Zaczęła się też jej wieczność, oby szczęśliwa, oby przed jaśniejącym Obliczem Boga. Po ludzku smutno i jakoś brak. I niesamowite, że jednak ważniejsze i bardziej dojmujące jest to, co po Bożemu - że może już Go ogląda, że jest jej lepiej tam niż tu. Skończył się jej ból, cierpienie, osamotnienie, zaczęła się za to radość, spokój. Taką mam nadzieję. Spełniło się to, co pisałam po ostatnim moim z nią spotkaniu - że chciałabym, żeby nasze pożegnanie wyglądało właśnie tak, jak wtedy. Żałuję trochę, że było to tak dawno. Wiele rzeczy mogłam zrobić inaczej od tamtej pory, ale myślę, że dla niej teraz jest już tylko Pan i moje niedociągnięcia mają znaczenie tylko dla mnie. Proszę o modlitwę w jej intencji, o spokój ducha. A także w intencji całej mojej rodziny, by życie bez niej różniło się tylko in plus od życia z nią.
Chrystus. Alfa i omega. Początek i koniec.
Jan Paweł II jest już oficjalnie uznany i ogłoszony błogosławionym. Chociaż samych uroczystości nie oglądałam, to jednak gdy następnego dnia patrzyłam na urywki w serwisach informacyjnych, ogarniała mnie jakaś radość i spokój. Tak, to jest człowiek błogosławiony, święty. To dobrze, że Kościół uznał to odpowiednio szybko. Liczę po cichu, że teraz coś się skończy - medialny szał i szum wokół kremówek i 21:37 - i coś się zacznie - deszcz duchowych owoców, wyproszonych u Boga przez błogosławionego Jana Pawła.
Trudno bywa, kiedy trzeba zrzucić jakąś ładną zasłonkę i powiedzieć sobie i drugiej osobie: wróćmy do Tego, dzięki któremu to wszystko. Bo to znaczy, że jakoś się odeszło, może dalej, może bliżej, ale niepostrzeżenie i trzeba się nad tym zastanowić. Wtedy coś się kończy, a coś się zaczyna. Oby więcej się zaczęło niż skończyło.
Modlitwa wspólna i modlitwa indywidualna. Kiedy jedna się kończy, może zacząć się druga, ale człowiek nie może funkcjonować w obu jednocześnie. To taki mały ból czasów, kiedy tykanie zegarka bardziej przynagla niż cisza kaplicy adoracji. No więc oby i na tym polu coś się skończyło - jakiś marazm i bylejakość - i coś się zaczęło.
Dziś w nocy zmarła moja babcia. Jej życie się skończyło, teraz zaczyna się życie bez niej. Zaczęła się też jej wieczność, oby szczęśliwa, oby przed jaśniejącym Obliczem Boga. Po ludzku smutno i jakoś brak. I niesamowite, że jednak ważniejsze i bardziej dojmujące jest to, co po Bożemu - że może już Go ogląda, że jest jej lepiej tam niż tu. Skończył się jej ból, cierpienie, osamotnienie, zaczęła się za to radość, spokój. Taką mam nadzieję. Spełniło się to, co pisałam po ostatnim moim z nią spotkaniu - że chciałabym, żeby nasze pożegnanie wyglądało właśnie tak, jak wtedy. Żałuję trochę, że było to tak dawno. Wiele rzeczy mogłam zrobić inaczej od tamtej pory, ale myślę, że dla niej teraz jest już tylko Pan i moje niedociągnięcia mają znaczenie tylko dla mnie. Proszę o modlitwę w jej intencji, o spokój ducha. A także w intencji całej mojej rodziny, by życie bez niej różniło się tylko in plus od życia z nią.
Chrystus. Alfa i omega. Początek i koniec.
niedziela, 10 kwietnia 2011
był pewien chory
Dziś spośród czytań tylko o Ewangelii (J 11,1-45), bo długa, a niosąca wiele skojarzeń.
Skojarzenie pierwsze: różnymi drogami przychodzi do nas i objawia się chwała Boża. O ile piękno, dobro i szczęście są jakimiś takimi oczywistymi jej przejawami, o tyle cierpienie, smutek, śmierć - raczej odciągają od myślenia o Bogu niż ku niemu prowadzą. Przynajmniej w spojrzeniu czysto ludzkim.
Skojarzenie drugie: chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć - czy łatwo było to powiedzieć? Czy może Tomasz zwany Didymos pomyślał tak: idziemy z naszym Mistrzem, który już tyle razy okazywał swą potęgę, więc czemu miałby nie zrobić tego ponownie - zwłaszcza że sam to obiecuje? Na ile troska o Boga jest jedynie przykrywką dla naszej troski o samych siebie?
Skojarzenie trzecie: powtarzające się zdanie oskarżenia - Panie, gdybyś tu był... - jakże musiało boleć Chrystusa, który przecież miłował Martę, Marię i Łazarza.
Skojarzenie czwarte: płacz Jezusa przygotowuje nas na to, że na Krzyżu będzie umierał jako człowiek. Będzie czuł ból, gorąco, będzie pragnął, będzie tak do granic ludzki.
Skojarzenie piąte: Jezus przed wywołaniem Łazarza z grobu błogosławi Ojca, dziękuje Mu. Jakoś zapowiada to misterium Jego własnego cierpienia, śmierci i zmartwychwstania, przed którymi też błogosławił, dziękował Ojcu.
Skojarzenie pierwsze: różnymi drogami przychodzi do nas i objawia się chwała Boża. O ile piękno, dobro i szczęście są jakimiś takimi oczywistymi jej przejawami, o tyle cierpienie, smutek, śmierć - raczej odciągają od myślenia o Bogu niż ku niemu prowadzą. Przynajmniej w spojrzeniu czysto ludzkim.
Skojarzenie drugie: chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć - czy łatwo było to powiedzieć? Czy może Tomasz zwany Didymos pomyślał tak: idziemy z naszym Mistrzem, który już tyle razy okazywał swą potęgę, więc czemu miałby nie zrobić tego ponownie - zwłaszcza że sam to obiecuje? Na ile troska o Boga jest jedynie przykrywką dla naszej troski o samych siebie?
Skojarzenie trzecie: powtarzające się zdanie oskarżenia - Panie, gdybyś tu był... - jakże musiało boleć Chrystusa, który przecież miłował Martę, Marię i Łazarza.
Skojarzenie czwarte: płacz Jezusa przygotowuje nas na to, że na Krzyżu będzie umierał jako człowiek. Będzie czuł ból, gorąco, będzie pragnął, będzie tak do granic ludzki.
Skojarzenie piąte: Jezus przed wywołaniem Łazarza z grobu błogosławi Ojca, dziękuje Mu. Jakoś zapowiada to misterium Jego własnego cierpienia, śmierci i zmartwychwstania, przed którymi też błogosławił, dziękował Ojcu.
wtorek, 22 lutego 2011
duchem z Duchem
Niesamowite, kiedy widzi się człowieka dobrze przygotowanego na swoją śmierć. Taki spokój, który wszystko wygładza i wyjaśnia. Szczera rozmowa o Panu Bogu i o Jego miejscu w naszym życiu. Jak wiele może zmienić oddanie swego cierpienia właśnie Jemu! Moja babcia, o której we wrześniu pisałam, że ma już dość życia i że przykro tego słuchać, teraz prosi o modlitwę w intencji szczęśliwej śmierci i z uśmiechem mówi, że ma za kogo ofiarować te cierpienia, dlatego jest jej lżej.
Wielkie, piękne świadectwo.
Na pożegnanie powiedziała mi: Niech cię Bóg błogosławi. Przypomniało mi się błogosławieństwo z Księgi Liczb. Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze Swe nad tobą, niech cię obdarzy Swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze Swoje i niech cię obdarzy pokojem (Lb 6,24-26). Myślę sobie, że może to ostatnie pożegnanie, które babcia do mnie skierowała; nie mogę tego wiedzieć, ale jeśli tak jest, to właśnie tak powinno ono wyglądać.
Wielkie, piękne świadectwo.
Na pożegnanie powiedziała mi: Niech cię Bóg błogosławi. Przypomniało mi się błogosławieństwo z Księgi Liczb. Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze Swe nad tobą, niech cię obdarzy Swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze Swoje i niech cię obdarzy pokojem (Lb 6,24-26). Myślę sobie, że może to ostatnie pożegnanie, które babcia do mnie skierowała; nie mogę tego wiedzieć, ale jeśli tak jest, to właśnie tak powinno ono wyglądać.
piątek, 10 grudnia 2010
Pomoc Kościołowi w Potrzebie
Artykuł, który mną wstrząsnął. W zestawieniu z niedawną notką mojej Współodpowiedzialnej.
Na co się zdaje nasza tolerancyjność? Dlaczego do niej dążymy? Czy właśnie przez takie prześladowania? A może jesteśmy prześladowani i dyskryminowani, bo w jakiś przedziwny sposób dajemy na to pozwolenie?
I jakże się różni chrześcijaństwo na Zachodzie od chrześcijaństwa w krajach Wschodu, Bliskiego i Dalekiego. Jak różni się świadectwo, które się składa tu i tam. Apostoł - świadek - martyr - męczennik.
Omnes sancti martyres, orate pro nobis!
Na co się zdaje nasza tolerancyjność? Dlaczego do niej dążymy? Czy właśnie przez takie prześladowania? A może jesteśmy prześladowani i dyskryminowani, bo w jakiś przedziwny sposób dajemy na to pozwolenie?
I jakże się różni chrześcijaństwo na Zachodzie od chrześcijaństwa w krajach Wschodu, Bliskiego i Dalekiego. Jak różni się świadectwo, które się składa tu i tam. Apostoł - świadek - martyr - męczennik.
Omnes sancti martyres, orate pro nobis!
poniedziałek, 6 grudnia 2010
protest
W moim otoczeniu za sprawą pewnej bardzo wpływowej w tym względzie osoby furorę robi ostatnio określenie masochizmu religijnego. Pod pojęciem tym kryje się między innymi udział w dwóch Mszach świętych w ciągu dnia - roratach i Mszy popołudniowej.
Irytuje mnie to pojęcie niepomiernie. Czy udział w Mszy świętej, która jest przecież centrum życia chrześcijanina, można stawiać w jakiś dziwny sposób na równi z udręczaniem samego siebie?
Jeśli chodzi o wstawanie wczesnym rankiem mimo tego, że wieczorem tak czy siak idzie się na Mszę świętą, to można to nazwać zupełnie inaczej. Określenie masochizm religijny użyte w kontekście Mszy świętej przywodzi na myśl tę charakterystyczną postawę Polaka-katolika: idę na Mszę, bo trzeba, więc im szybciej się skończy, tym lepiej. A dwie w ciągu dnia? Przecież to udręka.
Dziwolągom językowym i mnożeniu bytów mówimy stanowcze NIE.
Irytuje mnie to pojęcie niepomiernie. Czy udział w Mszy świętej, która jest przecież centrum życia chrześcijanina, można stawiać w jakiś dziwny sposób na równi z udręczaniem samego siebie?
Jeśli chodzi o wstawanie wczesnym rankiem mimo tego, że wieczorem tak czy siak idzie się na Mszę świętą, to można to nazwać zupełnie inaczej. Określenie masochizm religijny użyte w kontekście Mszy świętej przywodzi na myśl tę charakterystyczną postawę Polaka-katolika: idę na Mszę, bo trzeba, więc im szybciej się skończy, tym lepiej. A dwie w ciągu dnia? Przecież to udręka.
Dziwolągom językowym i mnożeniu bytów mówimy stanowcze NIE.
środa, 24 listopada 2010
opoka mocy mojej
Radości moich przyjaciół są moimi radościami. Ile człowiek ma w życiu radości, jeśli wychodzi z takiego założenia! Ciągle coś, ciągle nie można się nie uśmiechnąć, nie można nie przeżywać wspólnie. Cudowne, jeśli przyjaźń jest przestrzenią dzielenia radości.
Na zdrowy rozum przyjmując powyższe założenie, o ile nie interesuje mnie tylko przyjemność i umilanie sobie życia, to powinnam przyjąć też drugie założenie: bóle moich przyjaciół są także moimi bólami. Dużo gorzej brzmi, prawda? Jest trudniej to przyjąć. Jeszcze trudniej - według tego postępować.
Jest tak, że jeśli się przyjmie oba te założenia i sumiennie się je realizuje jako cele w przyjaźni, to Pan Bóg człowieka nie zostawia samego z przyjmowaniem cudzego bólu. Robi to (tzn. nie zostawia człowieka samego) na wiele różnych sposobów.
Na przykład - mówiąc w psalmie w nieszporach:
Ta notka, oprócz oczywistego skierowania do wszystkich Czytelników, jest dedykowana jednej konkretnej Osobie, która koniecznie powinna wiedzieć, że właśnie dziś w nieszporach mówimy właśnie ten psalm.
Na zdrowy rozum przyjmując powyższe założenie, o ile nie interesuje mnie tylko przyjemność i umilanie sobie życia, to powinnam przyjąć też drugie założenie: bóle moich przyjaciół są także moimi bólami. Dużo gorzej brzmi, prawda? Jest trudniej to przyjąć. Jeszcze trudniej - według tego postępować.
Jest tak, że jeśli się przyjmie oba te założenia i sumiennie się je realizuje jako cele w przyjaźni, to Pan Bóg człowieka nie zostawia samego z przyjmowaniem cudzego bólu. Robi to (tzn. nie zostawia człowieka samego) na wiele różnych sposobów.
Na przykład - mówiąc w psalmie w nieszporach:
Jedynie w Bogu spokój znajduje ma dusza, *
od Niego przychodzi moje zbawienie.
Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, *
On moją twierdzą, więc się nie zachwieję.
Jak długo będziecie napadać na człowieka, †
przewracać go wszyscy jak pochyłą ścianę, *
jak mur, który się wali?
Oto usiłują go poniżyć *
i kłamstwem się rozkoszują.
Błogosławią kłamliwymi ustami, *
a przeklinają w sercu.
Jedynie w Bogu szukaj spokoju, duszo moja, *
bo od Niego pochodzi moja nadzieja.
Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, *
On moją twierdzą, więc się nie zachwieję.
W Bogu zbawienie moje i chwała, *
Bóg opoką mocy mojej i moją ucieczką.
W każdym czasie Jemu ufaj, narodzie, †
przed Nim wylejcie wasze serca. *
Bóg jest naszą ucieczką!
Synowie ludzcy są tylko tchnieniem, *
synowie mężów kłamliwi.
Unoszą się w górę na wadze, *
bo wszyscy razem są lżejsi niż oddech.
Nie pokładajcie ufności w przemocy †
ani na próżno nie łudźcie się rabunkiem, *
do bogactw, choćby rosły, serc nie przywiązujcie.
Bóg raz powiedział, dwakroć to słyszałem, *
że moc należy do Boga.
I u Ciebie, Panie, jest łaska, *
bo Ty każdemu oddasz według jego czynów.
Psalm 62
Ta notka, oprócz oczywistego skierowania do wszystkich Czytelników, jest dedykowana jednej konkretnej Osobie, która koniecznie powinna wiedzieć, że właśnie dziś w nieszporach mówimy właśnie ten psalm.
środa, 10 listopada 2010
powroty
Jeśli się często obcuje z Liturgią Godzin, to po pewnym czasie jej elementy wracają do człowieka w takich momentach, w których się tego w ogóle nie spodziewa. Pisałam kiedyś - na wakacjach jeszcze - o krążeniu mi po głowie fragmentu z Psalmu 108 (Do mnie należy Gilead i ziemia Manassesa...). Wczoraj natomiast (właściwie na przełomie wczoraj i dzisiaj) przyszedł do mnie fragment z Psalmu 121: Pan ciebie strzeże, jest cieniem nad tobą. Trudny to był wieczór i noc pod wieloma względami. I właśnie wtedy - Pan ciebie strzeże, jest cieniem nad tobą. Wieczór doświadczania smutku, bólu, bezradności, trudności, trochę żalu i pretensji do samego Pana Boga. Jak na złość - właśnie wtedy Pan ciebie strzeże, jest cieniem nad tobą.
A potem przyszło jeszcze coś innego.
Strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Dobrze się strzec nawzajem. Westchnieniem. Psalmem. Litanią. Czymkolwiek.
A potem przyszło jeszcze coś innego.
Strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Dobrze się strzec nawzajem. Westchnieniem. Psalmem. Litanią. Czymkolwiek.
piątek, 1 października 2010
małą drogą
Wspominamy dzisiaj św. Teresę od Dzieciątka Jezus i Świętego Oblicza. Mała Tereska, która została ogłoszona Doktorem Kościoła. Młodziutka w chwili przyjęcia do Karmelu i niewiele starsza w chwili śmierci. Pozostawiła po sobie sporo pism, a w sercach sióstr z klasztoru w Lisieux - wiele wspomnień. Została mistrzynią nowicjuszek już trzy lata po złożeniu ślubów (źródło). Umartwiała się, a potem cierpiała z powodu złego stanu zdrowia, a jednak ciągle była uśmiechnięta. Ilekroć czytam jej myśli, wyjątki z listów, jestem jednocześnie zachwycona i przerażona. Zachwycona jej dojrzałością i mądrością. Przerażona tym umiłowaniem cierpienia. Tylko Boży człowiek może tak myśleć. W naszych, czysto ludzkich kategoriach, jest to uznawane za chorobę.

Myślę sobie o słowach, które kiedyś, jeszcze w licealnych czasach, od kogoś usłyszałam. Że człowiek wiary w zasadzie jest szalony i o ile jego wiara jest naprawdę wielka, powinien być za szalonego uważany. I nie musi się tego bać. Tak, w wierze jest coś szalonego, coś wykraczającego poza ogólnie przyjęte normy. Może dlatego tę wiarę próbuje się teraz zniszczyć - w imię ujednolicenia społeczeństwa. Każdy inny, wszyscy równi. Ładna teoria, z praktyką już gorzej. A Małej Teresce wcale nie zależało, żeby być równą z kimkolwiek. Chciała być inna, żeby móc być blisko swego Oblubieńca. Tylko na Nim jej zależało. Ile razy czytam te urywki, tyle razy chcę ją naśladować - bo ona naśladowała Chrystusa, do Niego dążyła. Zapatrzona tylko w Niego. Trudno taki model realizować w życiu poza klasztorem, ale ile z niego można urzeczywistnić, jeśli się naprawdę chce!
Byłam dziś na imieninowej imprezce Małej Tereski (znaczy - na Mszy świętej) we Wrocławiu, u karmelitów na Ołbinie. Czytania były inne niż to przewiduje kalendarz liturgiczny - świąteczne. Pierwsze czytanie - z 1 Listu św. Jana - o trwaniu w miłości i w Bogu. Ewangelia - Mt 11,25-30 - o objawieniu Tajemnicy prostaczkom i pociesze dla utrudzonych. Właśnie tak Tereskowo. Im kto bardziej zbliża się do Boga, tym prostszym się staje, jak napisała Mała Tereska.
Przez ostatnie dni moi przyjaciele i ja modliliśmy się w mojej intencji nowenną za wstawiennictwem Małej Tereski, którą już kiedyś tu przytaczałam. Pomogło. Jakże jest wielka potęga modlitwy! Można by rzec, że jest to królowa, która w każdej chwili ma wolny przystęp do króla i może uzyskać wszystko, o co prosi.
Myślę sobie o słowach, które kiedyś, jeszcze w licealnych czasach, od kogoś usłyszałam. Że człowiek wiary w zasadzie jest szalony i o ile jego wiara jest naprawdę wielka, powinien być za szalonego uważany. I nie musi się tego bać. Tak, w wierze jest coś szalonego, coś wykraczającego poza ogólnie przyjęte normy. Może dlatego tę wiarę próbuje się teraz zniszczyć - w imię ujednolicenia społeczeństwa. Każdy inny, wszyscy równi. Ładna teoria, z praktyką już gorzej. A Małej Teresce wcale nie zależało, żeby być równą z kimkolwiek. Chciała być inna, żeby móc być blisko swego Oblubieńca. Tylko na Nim jej zależało. Ile razy czytam te urywki, tyle razy chcę ją naśladować - bo ona naśladowała Chrystusa, do Niego dążyła. Zapatrzona tylko w Niego. Trudno taki model realizować w życiu poza klasztorem, ale ile z niego można urzeczywistnić, jeśli się naprawdę chce!
Byłam dziś na imieninowej imprezce Małej Tereski (znaczy - na Mszy świętej) we Wrocławiu, u karmelitów na Ołbinie. Czytania były inne niż to przewiduje kalendarz liturgiczny - świąteczne. Pierwsze czytanie - z 1 Listu św. Jana - o trwaniu w miłości i w Bogu. Ewangelia - Mt 11,25-30 - o objawieniu Tajemnicy prostaczkom i pociesze dla utrudzonych. Właśnie tak Tereskowo. Im kto bardziej zbliża się do Boga, tym prostszym się staje, jak napisała Mała Tereska.
Przez ostatnie dni moi przyjaciele i ja modliliśmy się w mojej intencji nowenną za wstawiennictwem Małej Tereski, którą już kiedyś tu przytaczałam. Pomogło. Jakże jest wielka potęga modlitwy! Można by rzec, że jest to królowa, która w każdej chwili ma wolny przystęp do króla i może uzyskać wszystko, o co prosi.
poniedziałek, 27 września 2010
odpowiedzialni już po
Wyjazd odpowiedzialnych był krótki i treściwy. Myślę nawet, że może za krótki, bo gdyby był dłuższy, to można by o wiele więcej pomyśleć i powiedzieć. Jakoś szczególnie ważna była modlitwa - Eucharystia, Liturgia Godzin, modlitwa przed i po posiłku... W pierwszej połowie dnia mieliśmy sesje formacyjne. Uf, wiele się tam działo duchowo i intelektualnie. Ważne świadectwa i oryginalne przemyślenia. Natomiast druga połowa dnia zarezerwowana była dla sesji organizacyjnych, które trwały długo i były o niebo (o piekło?) bardziej męczące niż te formacyjne.
Z ważnych rzeczy, które zapamiętałam (było ich zbyt wiele, żeby wypisywać tu wszystkie, chociaż pewnie będę do tego wracać w przyszłości):
Podczas sesji formacynej rozmowa o cierpieniu - słowa mojej Współodpowiedzialnej, że tak często stawiamy się na miejscu Pana Boga w sprawach dla nas wygodnych, np. początku i końca życia, a tak rzadko potrafimy stanąć na Jego miejscu, kiedy chodzi o zaradzenie cierpieniu, pomoc potrzebującym.
I podczas ogniska wieczornego w czwartek, rozmowa wyszła od tematu wegetarianizmu, a doszła do rozmowy o podstawach życia i działania - słowa Ojca Marcina, że Dekalog jest takim fundamentem naszego działania, a mi przyszły wtedy na myśl słowa Kochanowskiego: Tyś fundament założył nieobeszłej ziemi... No właśnie.
Z ważnych rzeczy, które zapamiętałam (było ich zbyt wiele, żeby wypisywać tu wszystkie, chociaż pewnie będę do tego wracać w przyszłości):
Podczas sesji formacynej rozmowa o cierpieniu - słowa mojej Współodpowiedzialnej, że tak często stawiamy się na miejscu Pana Boga w sprawach dla nas wygodnych, np. początku i końca życia, a tak rzadko potrafimy stanąć na Jego miejscu, kiedy chodzi o zaradzenie cierpieniu, pomoc potrzebującym.
I podczas ogniska wieczornego w czwartek, rozmowa wyszła od tematu wegetarianizmu, a doszła do rozmowy o podstawach życia i działania - słowa Ojca Marcina, że Dekalog jest takim fundamentem naszego działania, a mi przyszły wtedy na myśl słowa Kochanowskiego: Tyś fundament założył nieobeszłej ziemi... No właśnie.
piątek, 10 września 2010
pytania nierozstrzygnięte
Co zrobić, stając oko w oko z cierpieniem drugiego człowieka? Jak się zachować, kiedy drugi człowiek mówi: jestem katolikiem, więc tego nie zrobię, ale gdybym nim nie był, to zgodziłbym się na operację, jeślibym miał pewność, że się po niej nie wybudzę?
Co zrobić, jeśli drugi człowiek nie chce już żyć, jest zupełnie zrezygnowany, przesiąknięty myślami o śmierci, czekający na tę śmierć jako jedyne wybawienie, jedyne dobro, jakie go jeszcze w życiu może spotkać? Zwłaszcza jeśli nie jest to chrześcijańskie oczekiwanie na śmierć. Chrześcijanin czeka na śmierć w sensie bycia gotowym na jej nadejście. Jednak pragnie żyć, skoro to życie dostał od Pana. Co zatem zrobić, jeśli człowiek postrzega życie nie jako dar, ale jako przykrą, bolesną, ciągnącą się w nieskończoność konieczność?
Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. To Bóg złączył ciało i duszę człowieka. Nie możemy samodzielnie tego rozdzielać. To jest obiektywne. Istnieją natomiast przypadki, kiedy jest to najtrudniejsza z zasad chrześcijańskich, jakie przychodzi człowiekowi zastosować we własnym życiu. Co wtedy zrobić? I jak takiemu człowiekowi pomóc?
Nie mogę sobie z tymi pytaniami poradzić, zwłaszcza teraz, kiedy moja kochana babcia mówi właśnie takie rzeczy. Niestety, to Pan Bóg decyduje o mojej śmierci, a nie ja, Nie wiadomo, ile to jeszcze trzeba będzie znosić ten ból, kiedy się wreszcie Panu Bogu spodoba mnie stąd zabrać... I nie wiem, czy chrześcijaństwo znalazło odpowiedź na te pytania, poza najbardziej oczywistą - modlitwą, która tak często wydaje się niewystarczająca.
Co zrobić, jeśli drugi człowiek nie chce już żyć, jest zupełnie zrezygnowany, przesiąknięty myślami o śmierci, czekający na tę śmierć jako jedyne wybawienie, jedyne dobro, jakie go jeszcze w życiu może spotkać? Zwłaszcza jeśli nie jest to chrześcijańskie oczekiwanie na śmierć. Chrześcijanin czeka na śmierć w sensie bycia gotowym na jej nadejście. Jednak pragnie żyć, skoro to życie dostał od Pana. Co zatem zrobić, jeśli człowiek postrzega życie nie jako dar, ale jako przykrą, bolesną, ciągnącą się w nieskończoność konieczność?
Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. To Bóg złączył ciało i duszę człowieka. Nie możemy samodzielnie tego rozdzielać. To jest obiektywne. Istnieją natomiast przypadki, kiedy jest to najtrudniejsza z zasad chrześcijańskich, jakie przychodzi człowiekowi zastosować we własnym życiu. Co wtedy zrobić? I jak takiemu człowiekowi pomóc?
Nie mogę sobie z tymi pytaniami poradzić, zwłaszcza teraz, kiedy moja kochana babcia mówi właśnie takie rzeczy. Niestety, to Pan Bóg decyduje o mojej śmierci, a nie ja, Nie wiadomo, ile to jeszcze trzeba będzie znosić ten ból, kiedy się wreszcie Panu Bogu spodoba mnie stąd zabrać... I nie wiem, czy chrześcijaństwo znalazło odpowiedź na te pytania, poza najbardziej oczywistą - modlitwą, która tak często wydaje się niewystarczająca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)