Szykuje się nowa, małżeńska rzeczywistość. W tej nowej małżeńskiej rzeczywistości trzeba będzie znaleźć odpowiedni czas, miejsce i formę modlitwy i przeżywania relacji z Panem Bogiem. Jak to zrobić, jeśli problematyczne jest robienie tego nawet indywidualnie?
Z drugiej strony, po to stajemy się SAKRAMENTEM, żeby nie polegać tylko na sobie.
W ogóle ostatnimi czasy bardzo intensywnie odbieram wszelkie sygnały mówiące "nie jesteś sama", "to nie twoja siła tu działa". W końcu Bóg jest w nas sprawcą i chcenia, i działania. Bez Niego nic nie możemy uczynić. Modlitwy, miłości, małżeństwa.
I jakoś tak trochę smutno, że po śmierci nie będzie już żony ani męża, że to, co zaczniemy za kilka dni, zakończy się tak prozaicznie, razem z życiem któregoś z nas. Chociaż daje to jakąś nadzieję, że jest coś JESZCZE LEPSZEGO - zbawienie :)
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powołanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powołanie. Pokaż wszystkie posty
środa, 7 października 2015
środa, 28 sierpnia 2013
ars feminae
Posłuchaj, córko, spójrz i nakłoń ucha (...). Król pragnie twego piękna, on twoim panem, oddaj mu pokłon (Ps 45, 11-12).
Myślałam sobie trochę o tożsamości kobiety. W dzisiejszych czasach, w których kobiety mężnie (sic!) dochodzą swoich praw i przywilejów, ta tożsamość wydaje się być co najmniej zachwiana. Kim jestem ja-kobieta? Jaka jestem? Jakie jest moje powołanie?
Bardzo często, gdy w Kościele wspominamy jakąś świętą kobietę, usłyszeć można fargmenty psalmu 45. Król pragnie twego piękna, on twoim panem, oddaj mu pokłon. Cóż za seksizm i szowinizm jednocześnie, można by powiedzieć. A ja to widzę dokładnie inaczej.
Kobieta ze swej natury emanuje pięknem, które jest tak różne od piękna mężczyzny, że aż tego właśnie piękna potrzebuje jako uzupełnienia. Piękno kobiety zasadza się na wielu cechach, których nie chciałabym teraz roztrząsać. Istotniejsze wydaje mi się zwrócenie uwagi na fakt, że jakoś kobieta - więc także ja-kobieta - nie umie dziś lub nie chce zgodzić się na to swoje własne piękno. To, co Bóg jej dał, aby realizowała w świecie zewnętrznym i w intymności małżeństwa, jakoś nie może dojść na przeznaczone sobie miejsce. Nie myślę tu bynajmniej o umieszczeniu kobiety w kuchni i przy dzieciach na wieku wieków, amen. Myślę raczej o świadomości, że ja-kobieta jestem kimś więcej niż cyferki oznaczające moje zarobki i czym więcej niż tytuły naukowe albo skomplikowane nazwy szkoleń. (Z mężczyznami pewnie jest podobnie, ale ja-kobieta mówię teraz wyłącznie o kobietach).
Piękno kobiety tkwi w tym, co właśnie w wyniku swojej płci może ona dać innym. Czy to będzie seksistowskie, jeśli powiem, że kobieta może dać innym czułość, zrozumienie, opiekę, troskliwość, ale też wrażliwość, dostrzeganie piękna, cieszenie się nim? Niech sobie osiąga kolejne sukcesy, niech wspina się po szczeblach kariery, ale czyż nie może tego robić w iście kobiecym stylu, współgrającym z jej wewnętrznym pięknem?
Myślę sobie, że gdyby Pan Bóg chciał stworzyć dwie identyczne osoby, czyli na przykład mężczyznę A i mężczyznę B, albo - bardziej współcześnie - partnera 1 i partnera 2, to pewnie wiele innych rzeczy rozwiązałby inaczej (na przykład kwestię prokreacji, ale przede wszystkim - ludzkiej psychiki).
Kobieta z jej pięknem jest nam dziś potrzebna. Każdemu z nas. Kobiecie - jako przykład. Mężczyźnie - jako dopełnienie.
Król pragnie twego piękna (...)
Myślałam sobie trochę o tożsamości kobiety. W dzisiejszych czasach, w których kobiety mężnie (sic!) dochodzą swoich praw i przywilejów, ta tożsamość wydaje się być co najmniej zachwiana. Kim jestem ja-kobieta? Jaka jestem? Jakie jest moje powołanie?
Bardzo często, gdy w Kościele wspominamy jakąś świętą kobietę, usłyszeć można fargmenty psalmu 45. Król pragnie twego piękna, on twoim panem, oddaj mu pokłon. Cóż za seksizm i szowinizm jednocześnie, można by powiedzieć. A ja to widzę dokładnie inaczej.
Kobieta ze swej natury emanuje pięknem, które jest tak różne od piękna mężczyzny, że aż tego właśnie piękna potrzebuje jako uzupełnienia. Piękno kobiety zasadza się na wielu cechach, których nie chciałabym teraz roztrząsać. Istotniejsze wydaje mi się zwrócenie uwagi na fakt, że jakoś kobieta - więc także ja-kobieta - nie umie dziś lub nie chce zgodzić się na to swoje własne piękno. To, co Bóg jej dał, aby realizowała w świecie zewnętrznym i w intymności małżeństwa, jakoś nie może dojść na przeznaczone sobie miejsce. Nie myślę tu bynajmniej o umieszczeniu kobiety w kuchni i przy dzieciach na wieku wieków, amen. Myślę raczej o świadomości, że ja-kobieta jestem kimś więcej niż cyferki oznaczające moje zarobki i czym więcej niż tytuły naukowe albo skomplikowane nazwy szkoleń. (Z mężczyznami pewnie jest podobnie, ale ja-kobieta mówię teraz wyłącznie o kobietach).
Piękno kobiety tkwi w tym, co właśnie w wyniku swojej płci może ona dać innym. Czy to będzie seksistowskie, jeśli powiem, że kobieta może dać innym czułość, zrozumienie, opiekę, troskliwość, ale też wrażliwość, dostrzeganie piękna, cieszenie się nim? Niech sobie osiąga kolejne sukcesy, niech wspina się po szczeblach kariery, ale czyż nie może tego robić w iście kobiecym stylu, współgrającym z jej wewnętrznym pięknem?
Myślę sobie, że gdyby Pan Bóg chciał stworzyć dwie identyczne osoby, czyli na przykład mężczyznę A i mężczyznę B, albo - bardziej współcześnie - partnera 1 i partnera 2, to pewnie wiele innych rzeczy rozwiązałby inaczej (na przykład kwestię prokreacji, ale przede wszystkim - ludzkiej psychiki).
Kobieta z jej pięknem jest nam dziś potrzebna. Każdemu z nas. Kobiecie - jako przykład. Mężczyźnie - jako dopełnienie.
Król pragnie twego piękna (...)
wtorek, 20 sierpnia 2013
enpeer
Przygotowuję wykład na temat metod naturalnego planowania rodziny. Piszę, notuję, zaglądam do mądrych książek. A w tle, w mojej głowie, kołacze się pytanie: jak udowodnić, że droga Kościoła jest rzeczywiście dobra?
Jako społeczeństwo i jako wspólnota wyrośliśmy (dzięki Bogu!) z uznawania za aksjomat czegoś, co nim ewidentnie nie jest. Mam jednak nieodparte wrażenie, że niepostrzeżenie przeszliśmy na dokładnie drugą stronę: odrzucić wszelkie aksjomaty w imię naukowej potwierdzalności wszystkiego. Wobec tego, kiedy o naukowo potwierdzonym fakcie mówi nam ktoś, o kim wiemy (lub możemy przypuszczać), że uznaje w swoim myśleniu pewne aksjomaty, z góry odrzucamy te jego naukowo potwierdzone fakty. Żeby się przypadkiem nie okazało, że karmi nas swoją wiarą w aksjomaty, zamiast suchymi faktami. I jak tu nie popaść w paranoję udowadniania wszystkiego, co tylko możliwe?
Sęk w tym, że w pewnym momencie trzeba uznać własną niewystarczalność. Być może jestem jedyną osobą uznającą NPR za słuszny, jaką dany człowiek spotka w swoim życiu. I być może nie uda mi się go przekonać, że warto spróbować. Być może nie uwierzy mi, że to droga warta zachodu, skuteczna i po prostu, po ludzku i po Bożemu dobra. Być może żaden naukowy dowód potwierdzający tę skuteczność do tego człowieka nie przemówi. Jeśli tylko zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, aby wypełnić swoje zadanie, to mogę spać spokojnie. Pan czynów wspaniałych dokonał - mogę się tylko modlić, by i tym razem tak zdecydował.
Pokazuję ludziom, że mogą podjąć współpracę z Bogiem-Stwórcą, ale nie uda się to ani w jednym procencie, jeśli Bóg nie będzie ze mną. NPR jest naukowo potwierdzone jako skuteczne, ale uznanie go i przyjęcie jako czegoś swojego musi się opierać na czymś więcej niż tylko na naukowym dowodzie. Drugim filarem musi być zaufanie do drugiego człowieka. Nie tyle nawet do tego, kto przekazuje podstawową wiedzę na temat NPR - bardziej do tego, z którym tę metodę mogę wprowadzić w życie. A takie zaufanie jest już pewnym aksjomatem.
Jako społeczeństwo i jako wspólnota wyrośliśmy (dzięki Bogu!) z uznawania za aksjomat czegoś, co nim ewidentnie nie jest. Mam jednak nieodparte wrażenie, że niepostrzeżenie przeszliśmy na dokładnie drugą stronę: odrzucić wszelkie aksjomaty w imię naukowej potwierdzalności wszystkiego. Wobec tego, kiedy o naukowo potwierdzonym fakcie mówi nam ktoś, o kim wiemy (lub możemy przypuszczać), że uznaje w swoim myśleniu pewne aksjomaty, z góry odrzucamy te jego naukowo potwierdzone fakty. Żeby się przypadkiem nie okazało, że karmi nas swoją wiarą w aksjomaty, zamiast suchymi faktami. I jak tu nie popaść w paranoję udowadniania wszystkiego, co tylko możliwe?
Sęk w tym, że w pewnym momencie trzeba uznać własną niewystarczalność. Być może jestem jedyną osobą uznającą NPR za słuszny, jaką dany człowiek spotka w swoim życiu. I być może nie uda mi się go przekonać, że warto spróbować. Być może nie uwierzy mi, że to droga warta zachodu, skuteczna i po prostu, po ludzku i po Bożemu dobra. Być może żaden naukowy dowód potwierdzający tę skuteczność do tego człowieka nie przemówi. Jeśli tylko zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, aby wypełnić swoje zadanie, to mogę spać spokojnie. Pan czynów wspaniałych dokonał - mogę się tylko modlić, by i tym razem tak zdecydował.
Pokazuję ludziom, że mogą podjąć współpracę z Bogiem-Stwórcą, ale nie uda się to ani w jednym procencie, jeśli Bóg nie będzie ze mną. NPR jest naukowo potwierdzone jako skuteczne, ale uznanie go i przyjęcie jako czegoś swojego musi się opierać na czymś więcej niż tylko na naukowym dowodzie. Drugim filarem musi być zaufanie do drugiego człowieka. Nie tyle nawet do tego, kto przekazuje podstawową wiedzę na temat NPR - bardziej do tego, z którym tę metodę mogę wprowadzić w życie. A takie zaufanie jest już pewnym aksjomatem.
wtorek, 6 sierpnia 2013
polsko-ukraińsko
Już ponad dwa tygodnie temu wróciliśmy z ukraińskiej przygody, a refleksji ciągle przybywa. Teraz tylko skrótowo - kiedyś może co nieco rozwinę.
Nabożeństwo w rocznicę pomordowania profesorów Uniwersytetu Lwowskiego. Zebrana pod pomnikiem garstka Polonii, franciszkanin pełniący funkcję ich duchowego opiekuna, konsul RP. Na koniec śpiewamy Boże, coś Polskę. Powalający, dotykający aż do bólu wydźwięk słów ojczyznę wolną pobłogosław, Panie.
Przyjazd do podkijowskiego Wor'zelu, w którym znajduje się wyższe seminarium duchowne. Większość kleryków na wakacjach albo praktykach, w seminarium pozostało ich na dyżurze dwóch. Pytamy proboszcza, ile trwa tu formacja. Siedem lat. Pytamy też, ilu jest kleryków. Proboszcz z lekkim rumieńcem mówi, że w sumie około trzydziestu, i zaraz tłumaczy, że my w Polsce jesteśmy pewnie przyzwyczajeni do czego innego, ale dla nich tutaj to i tak całkiem spora liczba. Wtedy dociera do mnie sens modlitwy o powołania kapłańskie i zakonne.
Msza święta w kościele odprawiana oczywiście po ukraińsku. Dziękuję Bogu za natchnienie władz kościelnych, by ujednolicić liturgię.
Parafia jest ogromna, na niedzielną mszę ludzie przyjeżdżają kolejką i autobusami z dużym wyprzedzeniem. Co robią z wolnym czasem? Spędzają go w kościele na modlitwie, chyba na zapas. Przed mszą mówią Różaniec, po mszy jeszcze Anioła Pańskiego, jakieś litanie, modlitwy dziękczynne i błagalne - wszystko to animują sami wierni. Wspólnota tętniąca potrzebą wspólnoty, wierni tętniący potrzebą modlitwy i sakramentów.
W seminaryjnej kuchni siostry honoratki słuchają Radia Maryja (!), które nadaje częściowo po polsku, a częściowo po ukraińsku. Kiedy w drugim tygodniu jedziemy na święcenia do Berdyczowa, w samochodzie siostry zaczynają odmawiać Różaniec, a przez wzgląd na nas robią to po polsku, żebyśmy mogli się włączyć.
Święcenia diakonatu i prezbiteratu w sanktuarium Matki Bożej Śnieżnej w Berdyczowie to nie lada okazja. Ksiądz, z którym tam jedziemy, mówi, że to historyczna chwila, bo w diecezji jeszcze nigdy nie było tak licznej grupy kandydatów: aż sześciu diakonów i jeden prezbiter! Zbieramy szczęki z podłogi po tej w gruncie rzeczy radosnej informacji; sens modlitwy o nowe powołania kapłańskie wybija się jeszcze wyraźniej.
Na to wydarzenie zjechali się ludzie z ogromnego obszaru (byli także goście z Polski). Po mszy, na dziedzińcu sanktuarium, wszyscy ze wszystkimi się witają, wymieniają informacje o sobie i o wspólnych znajomych, panuje atmosfera prawdziwej radości i bliskości. Jest też całkiem pokaźna delegacja z parafii w Wor'zelu - a do Berdyczowa jest stamtąd ponad 100 kilometrów. Coś niesamowitego, że ludzie taki kawał drogi pokonują w środku tygodnia (to był wtorek), byle tylko wspólnie uradować się nowym kapłanem i nowymi diakonami.
I ostatnia rzecz. Przez cały wyjazd, i we Lwowie, i w odwiedzanym kilkukrotnie Kijowie, podziwialiśmy cuda architektury prawosławnej i grekokatolickiej. W Ławrze Kijowsko-Peczerskiej założyłam chustkę na głowę, by nie urażać przybywających tam wiernych, modlących się w poszczególnych cerkwiach (co nie zmienia faktu, że do jednej z nich nie zostałam wpuszczona, bo nie miałam długiej spódnicy). Dzikie tłumy odwiedzających. Cerkwie pobudowane także przy drogach, na osiedlach. I opowieść księdza Olega, który wiózł nas na pociąg powrotny, że prawosławni wcale nie są przywiązani do swojej religii, do kultu, do sakramentów. Wspominał, jak to jeden jego nieochrzczony znajomy bez najmniejszego problemu (i bez żadnego pytania ze strony popa) zawarł kościelny ślub w cerkwi. Mówił też, że prawosławni cały czas prowadzą antykatolicką propagandę, wobec czego ekumeniczne marzenia kolejnych papieży w ukraińskich realiach są mało radosnymi mrzonkami.
Nabożeństwo w rocznicę pomordowania profesorów Uniwersytetu Lwowskiego. Zebrana pod pomnikiem garstka Polonii, franciszkanin pełniący funkcję ich duchowego opiekuna, konsul RP. Na koniec śpiewamy Boże, coś Polskę. Powalający, dotykający aż do bólu wydźwięk słów ojczyznę wolną pobłogosław, Panie.
Przyjazd do podkijowskiego Wor'zelu, w którym znajduje się wyższe seminarium duchowne. Większość kleryków na wakacjach albo praktykach, w seminarium pozostało ich na dyżurze dwóch. Pytamy proboszcza, ile trwa tu formacja. Siedem lat. Pytamy też, ilu jest kleryków. Proboszcz z lekkim rumieńcem mówi, że w sumie około trzydziestu, i zaraz tłumaczy, że my w Polsce jesteśmy pewnie przyzwyczajeni do czego innego, ale dla nich tutaj to i tak całkiem spora liczba. Wtedy dociera do mnie sens modlitwy o powołania kapłańskie i zakonne.
Msza święta w kościele odprawiana oczywiście po ukraińsku. Dziękuję Bogu za natchnienie władz kościelnych, by ujednolicić liturgię.
Parafia jest ogromna, na niedzielną mszę ludzie przyjeżdżają kolejką i autobusami z dużym wyprzedzeniem. Co robią z wolnym czasem? Spędzają go w kościele na modlitwie, chyba na zapas. Przed mszą mówią Różaniec, po mszy jeszcze Anioła Pańskiego, jakieś litanie, modlitwy dziękczynne i błagalne - wszystko to animują sami wierni. Wspólnota tętniąca potrzebą wspólnoty, wierni tętniący potrzebą modlitwy i sakramentów.
W seminaryjnej kuchni siostry honoratki słuchają Radia Maryja (!), które nadaje częściowo po polsku, a częściowo po ukraińsku. Kiedy w drugim tygodniu jedziemy na święcenia do Berdyczowa, w samochodzie siostry zaczynają odmawiać Różaniec, a przez wzgląd na nas robią to po polsku, żebyśmy mogli się włączyć.
Święcenia diakonatu i prezbiteratu w sanktuarium Matki Bożej Śnieżnej w Berdyczowie to nie lada okazja. Ksiądz, z którym tam jedziemy, mówi, że to historyczna chwila, bo w diecezji jeszcze nigdy nie było tak licznej grupy kandydatów: aż sześciu diakonów i jeden prezbiter! Zbieramy szczęki z podłogi po tej w gruncie rzeczy radosnej informacji; sens modlitwy o nowe powołania kapłańskie wybija się jeszcze wyraźniej.
Na to wydarzenie zjechali się ludzie z ogromnego obszaru (byli także goście z Polski). Po mszy, na dziedzińcu sanktuarium, wszyscy ze wszystkimi się witają, wymieniają informacje o sobie i o wspólnych znajomych, panuje atmosfera prawdziwej radości i bliskości. Jest też całkiem pokaźna delegacja z parafii w Wor'zelu - a do Berdyczowa jest stamtąd ponad 100 kilometrów. Coś niesamowitego, że ludzie taki kawał drogi pokonują w środku tygodnia (to był wtorek), byle tylko wspólnie uradować się nowym kapłanem i nowymi diakonami.
I ostatnia rzecz. Przez cały wyjazd, i we Lwowie, i w odwiedzanym kilkukrotnie Kijowie, podziwialiśmy cuda architektury prawosławnej i grekokatolickiej. W Ławrze Kijowsko-Peczerskiej założyłam chustkę na głowę, by nie urażać przybywających tam wiernych, modlących się w poszczególnych cerkwiach (co nie zmienia faktu, że do jednej z nich nie zostałam wpuszczona, bo nie miałam długiej spódnicy). Dzikie tłumy odwiedzających. Cerkwie pobudowane także przy drogach, na osiedlach. I opowieść księdza Olega, który wiózł nas na pociąg powrotny, że prawosławni wcale nie są przywiązani do swojej religii, do kultu, do sakramentów. Wspominał, jak to jeden jego nieochrzczony znajomy bez najmniejszego problemu (i bez żadnego pytania ze strony popa) zawarł kościelny ślub w cerkwi. Mówił też, że prawosławni cały czas prowadzą antykatolicką propagandę, wobec czego ekumeniczne marzenia kolejnych papieży w ukraińskich realiach są mało radosnymi mrzonkami.
wtorek, 16 listopada 2010
czy muzyka jest do zbawienia koniecznie potrzebna?
Na spotkanie SOWY (Szkoły Odnowy WiarY) zawitał dziś z dawna oczekiwany gość - o. Błażej Matusiak OP. Mówił o muzyce we Mszy świętej, swój wykład ilustrował fragmentami nagrań. Ciekawe, choć trudne. Kwiatki, które mi zapadły w pamięć (i w notes):
Śpiew mężczyzny jest bardzo męski, a śpiew kobiety - bardzo kobiecy
Śpiewanie to piękne oddychanie - o. Błażej nie umiał powiedzieć, czyja to oryginalnie myśl.
Głos jest sumą własnych doświadczeń i przeżyć oraz głosów innych ludzi, których się słyszało/słuchało.
U grekokatolików chłopak by nawet nie pomyślał, że ma powołanie, gdyby nie miał dobrego głosu.
I na koniec absolutny hit: Śpiewa człowiek, nie anioł - nie musimy udawać kogoś, kim nie jesteśmy :)
Śpiew mężczyzny jest bardzo męski, a śpiew kobiety - bardzo kobiecy
Śpiewanie to piękne oddychanie - o. Błażej nie umiał powiedzieć, czyja to oryginalnie myśl.
Głos jest sumą własnych doświadczeń i przeżyć oraz głosów innych ludzi, których się słyszało/słuchało.
U grekokatolików chłopak by nawet nie pomyślał, że ma powołanie, gdyby nie miał dobrego głosu.
I na koniec absolutny hit: Śpiewa człowiek, nie anioł - nie musimy udawać kogoś, kim nie jesteśmy :)
sobota, 9 października 2010
na Dzień Papieski
Trafiłam dziś na artykuł w Rzeczpospolitej, dotyczący Jana Pawła II i Dnia Papieskiego. Przez ten artykuł przeziera momentami ta jakaś narodowa histeria na punkcie naszego papieża, umiłowanego sługi Bożego i tak dalej, i tak dalej. Opisywany Dzień Papieski, razem z jego genezą i skutkami, jest dla mnie wybuchem miłości do Jana Pawła II, tylko że ten wybuch doprowadza społeczeństwo do takich mdłości, że nie może się powtarzać częściej niż raz do roku. (No, od śmierci Jana Pawła II już dwa razy do roku).
Chciałabym, żeby było jasne: uważam Jana Pawła II za człowieka o niezwykłym potencjale, mądrości, świętości nawet. Nie oznacza to jednak, że mam bezkrytycznie patrzeć, jak robi się z niego polskiego bożka, którego przesłanie mamy realizować czy kultywować. Słowa, które we wspomnianym artykule uznawane są za przesłanie Jana Pawła II, są tak naprawdę słowami Chrystusa, Jego przesłaniem, Jego oczekiwaniem wobec nas. I to Jego właśnie oczekiwanie mamy spełnić, na Jego wołanie odpowiedzieć. Pontyfikat Jana Pawła II wiele zmienił i Pan Bóg nie powołał Karola Wojtyły bezcelowo czy przypadkowo. Jan Paweł II wiele przypomniał, wiele uświadomił, wiele odświeżył, wiele dopowiedział. Jego przesłanie jest jednak tylko i wyłącznie głoszeniem Słowa, które zostało wypowiedziane przed wiekami. To na tym Słowie powinniśmy się skupiać.
Przypominam sobie, że jako gimnazjalistka pisałam esej o księdzu Popiełuszce na konkurs pod hasłem Zło dobrem zwyciężaj. Jako nieuświadomione jeszcze wówczas stworzenie nie miałam pojęcia, że autorem tych słów nie jest ksiądz Jerzy. Nie miałam pojęcia, że jest to cytat biblijny i parę lat po tym konkursie mocno się zdziwiłam tym faktem. Obawiam się, że ze słowami Jana Pawła II może być podobnie. Wprawdzie wypowiedź o kremówkach nie zostanie potraktowana jako nowy dogmat, ale wiele innych - np. Nie lękajcie się - jako mądre, ponadczasowe i uniwersalne mogą zostać przypisane jego osobie. Obawiam się zatem, że dojdzie (a wydaje mi się, że dochodzi już teraz w niektórych przypadkach) do zafałszowania. Zafałszowania z jednej strony wspomnienia o osobie i duchowości Jana Pawła II; z drugiej strony znacznie gorszego zafałszowania Słowa Bożego.
Obserwując to, co się w naszym polskim kociołku gotuje w związku z Janem Pawłem II, myślę sobie, że chyba za bardzo jesteśmy skupieni na swoich wadach, niedociągnięciach, małostkach. Kiedy wreszcie zjawia się ktoś, kto wybija się ponad, rzucamy się, by go hołubić i wynosić jeszcze wyżej. Jeśli ta diagnoza jest trafna, to pozostaje tylko zaapelować o przyhamowanie i mądre wykorzystanie nauczania i charyzmatu Ojca Świętego Jana Pawła II. Takie ekscesy, jak ornat papieski, ornat z wizerunkiem Jana Pawła II albo z wizerunkami świętych kanonizowanych przez (sic!) naszego Papieża Jana Pawła II... cóż, nie wskazują na świadomość, co Jan Paweł II niósł Kościołowi i co mu dawał. Trzeba pamiętać, że skoro takie ornaty pojawiają się w ofercie sklepów, to jednak jest na nie zbyt. Ktoś z nich korzysta. Histeria nie jest wymysłem niepokornych.
Na ostatek mogę chyba napisać, że jedynym aspektem, w którym można by tolerować takie rozdmuchiwanie czci dla Jana Pawła II może być fakt, że przyczyni się to do jej usankcjonowania i kultywowania w przyszłości. Inna sprawa, czy chcemy, żeby Jan Paweł II pamiętany i czczony był jako lokalny bożek, który więcej przyniósł Polsce niż Kościołowi.
Chciałabym, żeby było jasne: uważam Jana Pawła II za człowieka o niezwykłym potencjale, mądrości, świętości nawet. Nie oznacza to jednak, że mam bezkrytycznie patrzeć, jak robi się z niego polskiego bożka, którego przesłanie mamy realizować czy kultywować. Słowa, które we wspomnianym artykule uznawane są za przesłanie Jana Pawła II, są tak naprawdę słowami Chrystusa, Jego przesłaniem, Jego oczekiwaniem wobec nas. I to Jego właśnie oczekiwanie mamy spełnić, na Jego wołanie odpowiedzieć. Pontyfikat Jana Pawła II wiele zmienił i Pan Bóg nie powołał Karola Wojtyły bezcelowo czy przypadkowo. Jan Paweł II wiele przypomniał, wiele uświadomił, wiele odświeżył, wiele dopowiedział. Jego przesłanie jest jednak tylko i wyłącznie głoszeniem Słowa, które zostało wypowiedziane przed wiekami. To na tym Słowie powinniśmy się skupiać.
Przypominam sobie, że jako gimnazjalistka pisałam esej o księdzu Popiełuszce na konkurs pod hasłem Zło dobrem zwyciężaj. Jako nieuświadomione jeszcze wówczas stworzenie nie miałam pojęcia, że autorem tych słów nie jest ksiądz Jerzy. Nie miałam pojęcia, że jest to cytat biblijny i parę lat po tym konkursie mocno się zdziwiłam tym faktem. Obawiam się, że ze słowami Jana Pawła II może być podobnie. Wprawdzie wypowiedź o kremówkach nie zostanie potraktowana jako nowy dogmat, ale wiele innych - np. Nie lękajcie się - jako mądre, ponadczasowe i uniwersalne mogą zostać przypisane jego osobie. Obawiam się zatem, że dojdzie (a wydaje mi się, że dochodzi już teraz w niektórych przypadkach) do zafałszowania. Zafałszowania z jednej strony wspomnienia o osobie i duchowości Jana Pawła II; z drugiej strony znacznie gorszego zafałszowania Słowa Bożego.
Obserwując to, co się w naszym polskim kociołku gotuje w związku z Janem Pawłem II, myślę sobie, że chyba za bardzo jesteśmy skupieni na swoich wadach, niedociągnięciach, małostkach. Kiedy wreszcie zjawia się ktoś, kto wybija się ponad, rzucamy się, by go hołubić i wynosić jeszcze wyżej. Jeśli ta diagnoza jest trafna, to pozostaje tylko zaapelować o przyhamowanie i mądre wykorzystanie nauczania i charyzmatu Ojca Świętego Jana Pawła II. Takie ekscesy, jak ornat papieski, ornat z wizerunkiem Jana Pawła II albo z wizerunkami świętych kanonizowanych przez (sic!) naszego Papieża Jana Pawła II... cóż, nie wskazują na świadomość, co Jan Paweł II niósł Kościołowi i co mu dawał. Trzeba pamiętać, że skoro takie ornaty pojawiają się w ofercie sklepów, to jednak jest na nie zbyt. Ktoś z nich korzysta. Histeria nie jest wymysłem niepokornych.
Na ostatek mogę chyba napisać, że jedynym aspektem, w którym można by tolerować takie rozdmuchiwanie czci dla Jana Pawła II może być fakt, że przyczyni się to do jej usankcjonowania i kultywowania w przyszłości. Inna sprawa, czy chcemy, żeby Jan Paweł II pamiętany i czczony był jako lokalny bożek, który więcej przyniósł Polsce niż Kościołowi.
wtorek, 24 sierpnia 2010
święci i nieskalani przed Jego obliczem
Dziś w Kościele obchodzimy święto św. Bartłomieja, Apostoła. Zaintrygowało mnie to, ponieważ dotarło do mnie, że bardzo niewiele o nim wiem. Swoim zwyczajem postanowiłam zajrzeć do internetowego brewiarza, żeby zasięgnąć nieco informacji. I cóż? Okazuje się, że stan mojej wiedzy mniej więcej pokrywa się z tym, co Kościół mówi o tym świętym. Był, został powołany przez Chrystusa. Dowiedziałam się tyle, że pochodził z Kany Galilejskiej, do Pana przyprowadził go uczeń Jezusa, Filip (późniejszy Apostoł), że w Ewangelii Bartłomiej występuje pod dwoma imionami (u św. Jana jako Natanael), że właściwie nie wiadomo, gdzie apostołował i przyjmuje się Indie, chociaż mogła to być równie dobrze Etiopia, Arabia Saudyjska lub Mezopotamia.
Czytając tę notę o św. Bartłomieju, pomyślałam sobie, że z naszego, ludzkiego, ziemskiego punktu widzenia to trochę smutne: przeszedł z Jezusem długą drogę, wiele wycierpiał (aż do męczeńskiej śmierci), niósł Dobrą Nowinę obcym ludziom i obcym narodom, a teraz nie jesteśmy w stanie powiedzieć o nim wiele więcej niż to, że był i wierzył. Owszem, doczekał się kultu, nawet w Polsce, doczekał się licznych sanktuariów. Na ile jednak jego osoba istnieje w świadomości zwykłego katolika?
Jednocześnie myślę sobie, że takich jak św. Bartłomiej - powołanych, wiernych, aktywnych i ostatecznie zupełnie albo prawie zupełnie zapomnianych - jest całe mnóstwo. Św. Bartłomiej miał to szczęście, jeśli można się tak wyrazić, że był Apostołem, więc wspomina o nim przynajmniej Ewangelia. O ilu wielkich, dobrych, wybranych przez Boga ludziach nie słyszeliśmy w ogóle, chociaż byli, wierzyli, działali? Ilu takich ludzi mijaliśmy codziennie na ulicy albo widzieliśmy w nietypowych sytuacjach? W świetle takich rozmyślań tym mocniej przemawiają do mnie słowa z II modlitwy eucharystycznej: (...) daj nam udział w życiu wiecznym z (...) wszystkimi świętymi, którzy w ciągu wieków podobali się Tobie (...). Również z tymi świętymi, których świat pominął, których nie zauważył, albo do których jeszcze nie dorósł.
Czytając tę notę o św. Bartłomieju, pomyślałam sobie, że z naszego, ludzkiego, ziemskiego punktu widzenia to trochę smutne: przeszedł z Jezusem długą drogę, wiele wycierpiał (aż do męczeńskiej śmierci), niósł Dobrą Nowinę obcym ludziom i obcym narodom, a teraz nie jesteśmy w stanie powiedzieć o nim wiele więcej niż to, że był i wierzył. Owszem, doczekał się kultu, nawet w Polsce, doczekał się licznych sanktuariów. Na ile jednak jego osoba istnieje w świadomości zwykłego katolika?
Jednocześnie myślę sobie, że takich jak św. Bartłomiej - powołanych, wiernych, aktywnych i ostatecznie zupełnie albo prawie zupełnie zapomnianych - jest całe mnóstwo. Św. Bartłomiej miał to szczęście, jeśli można się tak wyrazić, że był Apostołem, więc wspomina o nim przynajmniej Ewangelia. O ilu wielkich, dobrych, wybranych przez Boga ludziach nie słyszeliśmy w ogóle, chociaż byli, wierzyli, działali? Ilu takich ludzi mijaliśmy codziennie na ulicy albo widzieliśmy w nietypowych sytuacjach? W świetle takich rozmyślań tym mocniej przemawiają do mnie słowa z II modlitwy eucharystycznej: (...) daj nam udział w życiu wiecznym z (...) wszystkimi świętymi, którzy w ciągu wieków podobali się Tobie (...). Również z tymi świętymi, których świat pominął, których nie zauważył, albo do których jeszcze nie dorósł.
wtorek, 20 lipca 2010
najlepszość
Dziś w Kościele obchodzimy wspomnienie błogosławionego Czesława Odrowąża, a we Wrocławiu - uroczystość, jako że Czesław jest patronem miasta. Jego relikwie znajdują się w kościele oo. dominikanów we Wrocławiu. Dziś właśnie część relikwii została przekazana dziewięciu parafiom z całej Polski. Kazanie wygłosił o. Wojciech Prus OP; mówił o charakterze Wrocławia w perspektywie osoby bł. Czesława.
Kazanie to, w połączeniu z całością uroczystości odpustowych, a także z wydarzeniami mojego życia prywatnego, wzbudziło we mnie pewną refleksję, której w ogóle się nie spodziewałam, ale którą chciałabym się tutaj podzielić. Pomyślałam mianowicie, że jakoś tak się w życiu układa, że Pan Bóg wybiera sobie tych najlepszych, żeby byli blisko Niego. I albo zabiera ich do Siebie od razu, albo powołuje ich do bardziej aktywnego udziału w budowie Królestwa Bożego na ziemi. Błogosławiony Czesław był niewątpliwie kimś, kto w pewnej sferze był najlepszy. To jego modlitwa sprowadziła ratunek dla miasta w czasie oblężenia w 1241 roku (szerzej tutaj: bł.Czesław). Był założycielem i pierwszym przeorem wrocławskiego klasztoru dominikanów, to też o czymś świadczy. Więc był w pewnym sensie najlepszy. I Pan Bóg widząc te jego cechy, które składały się na "najlepszość", już wcześniej, powołał go, żeby budował dzieło Boże na świecie. Podobnie z wieloma innymi zakonnikami, kapłanami, z wieloma innymi świętymi i błogosławionymi. Powoływał ich dla Siebie, żeby Go chwalili swoim działaniem.
I byłoby to bardzo pesymistyczne stwierdzenie - można byłoby posądzić Pana Boga o niesprawiedliwość, może nawet okrucieństwo - gdyby się zapomniało, że przecież Pan Bóg chce zbudować Królestwo Boże na ziemi właśnie dla nas. Dla każdego z nas. Nie zawsze takimi metodami, jakie nam się wydają odpowiednie. Nie zawsze tak, jak nam jest wygodnie. Przecież do takich zadań można powołać każdego, więc dlaczego akurat takich ludzi? Dlaczego właśnie tych najlepszych? No i czy to nie jest głupie pytanie? Tak, wskutek Bożej łaski każdy mógłby zrobić to, co zrobił bł. Czesław, co zrobił św. Maksymilian Kolbe, co zrobiło tylu innych. Ale może właśnie po to Pan Bóg wybiera sobie takich właśnie ludzi, bo w nich najpierw inwestuje i oczekuje odpłaty? A może wybiera ich sobie także dlatego, żeby Samemu męczyć się trochę mniej i żeby móc bardziej zaopiekować się tymi słabszymi, tymi "mniej najlepszymi"?
Antropomorfizuję Pana Boga do granic możliwości. Znak to, że pora skończyć. Mam jednak silne poczucie, że w chwilach takiego doświadczenia - utraty najlepszych na rzecz Pana Boga - trzeba pamiętać o tym, że Pan Bóg ma jednak pewien plan - plan zbawienia nas - i do jego realizacji potrzebuje każdego człowieka, ale szczególnie tego, który sam Go w pewien sposób odnalazł. Bo bycie najlepszym to chyba właśnie zbliżenie się do Pana.
Kazanie to, w połączeniu z całością uroczystości odpustowych, a także z wydarzeniami mojego życia prywatnego, wzbudziło we mnie pewną refleksję, której w ogóle się nie spodziewałam, ale którą chciałabym się tutaj podzielić. Pomyślałam mianowicie, że jakoś tak się w życiu układa, że Pan Bóg wybiera sobie tych najlepszych, żeby byli blisko Niego. I albo zabiera ich do Siebie od razu, albo powołuje ich do bardziej aktywnego udziału w budowie Królestwa Bożego na ziemi. Błogosławiony Czesław był niewątpliwie kimś, kto w pewnej sferze był najlepszy. To jego modlitwa sprowadziła ratunek dla miasta w czasie oblężenia w 1241 roku (szerzej tutaj: bł.Czesław). Był założycielem i pierwszym przeorem wrocławskiego klasztoru dominikanów, to też o czymś świadczy. Więc był w pewnym sensie najlepszy. I Pan Bóg widząc te jego cechy, które składały się na "najlepszość", już wcześniej, powołał go, żeby budował dzieło Boże na świecie. Podobnie z wieloma innymi zakonnikami, kapłanami, z wieloma innymi świętymi i błogosławionymi. Powoływał ich dla Siebie, żeby Go chwalili swoim działaniem.
I byłoby to bardzo pesymistyczne stwierdzenie - można byłoby posądzić Pana Boga o niesprawiedliwość, może nawet okrucieństwo - gdyby się zapomniało, że przecież Pan Bóg chce zbudować Królestwo Boże na ziemi właśnie dla nas. Dla każdego z nas. Nie zawsze takimi metodami, jakie nam się wydają odpowiednie. Nie zawsze tak, jak nam jest wygodnie. Przecież do takich zadań można powołać każdego, więc dlaczego akurat takich ludzi? Dlaczego właśnie tych najlepszych? No i czy to nie jest głupie pytanie? Tak, wskutek Bożej łaski każdy mógłby zrobić to, co zrobił bł. Czesław, co zrobił św. Maksymilian Kolbe, co zrobiło tylu innych. Ale może właśnie po to Pan Bóg wybiera sobie takich właśnie ludzi, bo w nich najpierw inwestuje i oczekuje odpłaty? A może wybiera ich sobie także dlatego, żeby Samemu męczyć się trochę mniej i żeby móc bardziej zaopiekować się tymi słabszymi, tymi "mniej najlepszymi"?
Antropomorfizuję Pana Boga do granic możliwości. Znak to, że pora skończyć. Mam jednak silne poczucie, że w chwilach takiego doświadczenia - utraty najlepszych na rzecz Pana Boga - trzeba pamiętać o tym, że Pan Bóg ma jednak pewien plan - plan zbawienia nas - i do jego realizacji potrzebuje każdego człowieka, ale szczególnie tego, który sam Go w pewien sposób odnalazł. Bo bycie najlepszym to chyba właśnie zbliżenie się do Pana.
Subskrybuj:
Posty (Atom)