Internetowa dyskusja nad katolickim wychowaniem dzieci. Jak to zazwyczaj w takich przypadkach bywa, najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy z katolickim wychowaniem mają nie za wiele wspólnego. Pada argument, że do sakramentów (w kontekście Pierwszej Komunii Świętej) trzeba dorosnąć.
Pierwszy raz w życiu dotarło do mnie i na serio mnie ucieszyło, że nikt mi nie kazał do czegokolwiek dorastać, że nikt mnie nie zostawił w moim życiu wiary na pastwę mojego dojrzewania. Jak wielkie to błogosławieństwo, że moi rodzice po prostu posłali mnie do tej Pierwszej Komunii, że była przy nas babcia, która zadbała o nauczenie mnie zachowania się w kościele. Jak wielkie to błogosławieństwo, że chodziłam na katechezę w szkole, bo bez tego pewnie nie wróciłabym do praktykowania religii po moim małym-wielkim buncie.
Zastanawiam się, w jaki sposób można dorosnąć do jakiegokolwiek sakramentu. Mam wrażenie, że osoby wysuwające taki argument totalnie nie rozumieją, o czym mówią. Sakramentu nie da się zrozumieć. Można ogarnąć rozumem ryt sakramentu, można pewne rzeczy ponazywać, ale tak czy siak, niezależnie od wieku i dojrzałości, odbijemy się prędzej czy później od bandy, zwanej tajemnicą. Dzięki Bogu, zachował On swe tajemnice przed mądrymi, a objawił je prostaczkom. Nie trzeba dorastać do sakramentu, dobrze jest dorastać dzięki sakramentowi.
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 czerwca 2015
czwartek, 14 maja 2015
granice
Wybory, wybory, polityka, wybory. Kandydaci lepsi i gorsi. Głos równy głosowi, program równy programowi.
W tym świecie równości i poprawności, cokolwiek by o nim nie mówić, jakoś szczególnie irytuje fakt wykorzystywania przestrzeni wiary na agitację polityczną. Przed pierwszą turą wyborów znalazłam w kaplicy adoracji - przed wystawionym Najświętszym Sakramentem! - skserowane kartki z... czymś na kształt prywatnego objawienia.
W tymże prywatnym objawieniu Pan Jezus mówił, że już tyle lat Polska jest biedna, uciśniona i wykorzystywana i winni jesteśmy my, Polacy, bo zaufaliśmy jednej i drugiej partii, które są pod władzą demonów. A On (w sensie Pan Jezus) daje nam teraz człowieka, który wszystko naprawi (tu podane konkretne nazwisko) i jeśli go nie wybierzemy, to Jezus ześle na Polskę i w ogóle cały świat klęskę, zniszczenie i zagładę.
Zapewne autor tejże kartki miał spore problemy psychiczne, o czym świadczą różne sformułowania, jak i sama forma przekazu. Nie zmienia to jednak faktu, że takie odezwy leżały w kaplicy, do której ludzie przychodzą się modlić i w której rzeczywiście doświadczają obecności - a czasem pewnie i bezpośredniego kontaktu z Chrystusem. Dla kogoś o większej wrażliwości opisane w tej odezwie wizje mogłyby być źródłem sporego lęku i zwątpienia.
Zastanawiam się, gdzie leży granica, za którą zdrowe zaangażowanie katolika w życie społeczno-polityczne jego kraju staje się tyranią, ideologizacją czy czymkolwiek w tym rodzaju. Jasne jest, że w opisanej przeze mnie odezwie ta granica została dawno przekroczona. Pytanie jednak - ciągle i ciągle aktualne - gdzie ta granica realnie się znajduje.
W tym świecie równości i poprawności, cokolwiek by o nim nie mówić, jakoś szczególnie irytuje fakt wykorzystywania przestrzeni wiary na agitację polityczną. Przed pierwszą turą wyborów znalazłam w kaplicy adoracji - przed wystawionym Najświętszym Sakramentem! - skserowane kartki z... czymś na kształt prywatnego objawienia.
W tymże prywatnym objawieniu Pan Jezus mówił, że już tyle lat Polska jest biedna, uciśniona i wykorzystywana i winni jesteśmy my, Polacy, bo zaufaliśmy jednej i drugiej partii, które są pod władzą demonów. A On (w sensie Pan Jezus) daje nam teraz człowieka, który wszystko naprawi (tu podane konkretne nazwisko) i jeśli go nie wybierzemy, to Jezus ześle na Polskę i w ogóle cały świat klęskę, zniszczenie i zagładę.
Zapewne autor tejże kartki miał spore problemy psychiczne, o czym świadczą różne sformułowania, jak i sama forma przekazu. Nie zmienia to jednak faktu, że takie odezwy leżały w kaplicy, do której ludzie przychodzą się modlić i w której rzeczywiście doświadczają obecności - a czasem pewnie i bezpośredniego kontaktu z Chrystusem. Dla kogoś o większej wrażliwości opisane w tej odezwie wizje mogłyby być źródłem sporego lęku i zwątpienia.
Zastanawiam się, gdzie leży granica, za którą zdrowe zaangażowanie katolika w życie społeczno-polityczne jego kraju staje się tyranią, ideologizacją czy czymkolwiek w tym rodzaju. Jasne jest, że w opisanej przeze mnie odezwie ta granica została dawno przekroczona. Pytanie jednak - ciągle i ciągle aktualne - gdzie ta granica realnie się znajduje.
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
eklezja
Długie przerwy.
W pisaniu, w przeżywaniu, w życiu duchowym.
Na szczęście, dzięki Bożemu miłosierdziu, wracam na odpowiedni kurs. Nawet jeśli bardzo powoli.
Póki co w spisie lektur od początku roku trochę Tereski (w tym Listy), a aktualnie Siedmiopiętrowa góra Mertona. Myślę sobie, że zetknięcie się z czyimś doświadczeniem duchowym, spojrzenie na czyjąś drogę do Boga jest czasem potrzebne. Pewnie dlatego Pan Bóg złączył nas w Kościół. Żeby było łatwiej. Bogaciej. Żeby móc podpatrzeć dobre wzorce albo, przeciwnie, uniknąć tych nienajlepszych.
Dobrze mieć też wokół siebie ludzi, którzy dają świadectwo Prawdzie. Którzy nie boją się stanąć wobec Boga i ludzi jednocześnie. Dobrze jest być obok ludzi (czy może z ludźmi), którzy stawiają Boga na pierwszym miejscu i aż emanują szczęściem z tego płynącym.
Dobrze być w Kościele.
W pisaniu, w przeżywaniu, w życiu duchowym.
Na szczęście, dzięki Bożemu miłosierdziu, wracam na odpowiedni kurs. Nawet jeśli bardzo powoli.
Póki co w spisie lektur od początku roku trochę Tereski (w tym Listy), a aktualnie Siedmiopiętrowa góra Mertona. Myślę sobie, że zetknięcie się z czyimś doświadczeniem duchowym, spojrzenie na czyjąś drogę do Boga jest czasem potrzebne. Pewnie dlatego Pan Bóg złączył nas w Kościół. Żeby było łatwiej. Bogaciej. Żeby móc podpatrzeć dobre wzorce albo, przeciwnie, uniknąć tych nienajlepszych.
Dobrze mieć też wokół siebie ludzi, którzy dają świadectwo Prawdzie. Którzy nie boją się stanąć wobec Boga i ludzi jednocześnie. Dobrze jest być obok ludzi (czy może z ludźmi), którzy stawiają Boga na pierwszym miejscu i aż emanują szczęściem z tego płynącym.
Dobrze być w Kościele.
wtorek, 31 grudnia 2013
dzieci tego samego Boga
Ostatnio w odmętach internetu pojawia się sporo obrazków wyśmiewających ateistów, którzy dostają prezenty pod choinkę, jedzą karpia albo na ulicy życzą sobie Wesołego niczego. Niektóre z nich rzeczywiście rozweselają, ale przykre jest dla mnie, że niektórzy moi znajomi biorą je dużo poważniej, niż na to zasługują.
Celebrowanie świąt Narodzenia Pańskiego to zdecydowanie coś więcej niż obdarowywanie się prezentami i pożeranie wigilijnej kolacji. Myślę, że kiedy chrześcijanie w ten sposób dają wyraz swojej radości wypływającej z przeżyć religijnych, ateiści te same gesty i znaki mogą odczytywać zupełnie inaczej. Denerwuje mnie przedstawianie ateistów (choćby na własny użytek) jako ludzi bez serca i bez mózgu, którzy nie potrzebują spędzić czasu z najbliższymi, którzy odrzucają wszelkie przeżycia tylko dlatego, że mogą się skojarzyć z religią. Owszem, miałam na studiach koleżankę, która nie obchodziła świąt Bożego Narodzenia, bo deklarowała się jako ateistka - było to rzeczywiście spójne. Nie znaczy to jednak, że przyjście na wieczerzę wigilijną czy obdarowanie kogoś prezentem podważa czyjś ateizm albo wskazuje na jego obłudę. Myślę, że można to porównać do sytuacji, w której dziewczyna zaprasza swojego nowego chłopaka na rodzinną uroczystość. On nie musi przecież koniecznie cieszyć się z osiemdziesiątych urodzin babci Helenki, ale może chcieć spędzić ten czas właśnie tam, właśnie z tymi ludźmi.
I myślę, że jednak my, chrześcijanie, nie powinniśmy kogoś takiego odrzucać tylko dlatego, że nie zgadzamy się na poziomie doktrynalnym. Zanim staliśmy się chrześcijanami - to znaczy zanim przyjęliśmy chrzest i zaczęliśmy mniej lub bardziej świadomie wyznawać tę konkretną religię - byliśmy już ludźmi. Więc może warto przy okazji świąt Narodzenia Pańskiego spojrzeć na ateistów jako na naszych braci, niezależnie od tego, jak bardzo oni chcą się od tego spojrzenia odgrodzić. Mam wrażenie, że takie obrazki, z pozoru śmieszne i miłe, służą jeszcze wyraźniejszemu okopaniu się na swoim stanowisku wierzącego.
Celebrowanie świąt Narodzenia Pańskiego to zdecydowanie coś więcej niż obdarowywanie się prezentami i pożeranie wigilijnej kolacji. Myślę, że kiedy chrześcijanie w ten sposób dają wyraz swojej radości wypływającej z przeżyć religijnych, ateiści te same gesty i znaki mogą odczytywać zupełnie inaczej. Denerwuje mnie przedstawianie ateistów (choćby na własny użytek) jako ludzi bez serca i bez mózgu, którzy nie potrzebują spędzić czasu z najbliższymi, którzy odrzucają wszelkie przeżycia tylko dlatego, że mogą się skojarzyć z religią. Owszem, miałam na studiach koleżankę, która nie obchodziła świąt Bożego Narodzenia, bo deklarowała się jako ateistka - było to rzeczywiście spójne. Nie znaczy to jednak, że przyjście na wieczerzę wigilijną czy obdarowanie kogoś prezentem podważa czyjś ateizm albo wskazuje na jego obłudę. Myślę, że można to porównać do sytuacji, w której dziewczyna zaprasza swojego nowego chłopaka na rodzinną uroczystość. On nie musi przecież koniecznie cieszyć się z osiemdziesiątych urodzin babci Helenki, ale może chcieć spędzić ten czas właśnie tam, właśnie z tymi ludźmi.
I myślę, że jednak my, chrześcijanie, nie powinniśmy kogoś takiego odrzucać tylko dlatego, że nie zgadzamy się na poziomie doktrynalnym. Zanim staliśmy się chrześcijanami - to znaczy zanim przyjęliśmy chrzest i zaczęliśmy mniej lub bardziej świadomie wyznawać tę konkretną religię - byliśmy już ludźmi. Więc może warto przy okazji świąt Narodzenia Pańskiego spojrzeć na ateistów jako na naszych braci, niezależnie od tego, jak bardzo oni chcą się od tego spojrzenia odgrodzić. Mam wrażenie, że takie obrazki, z pozoru śmieszne i miłe, służą jeszcze wyraźniejszemu okopaniu się na swoim stanowisku wierzącego.
piątek, 27 grudnia 2013
Syn
Od kilku lat w same święta Bożego Narodzenia przeżywam coś na kształt wewnętrznego rozdarcia, czy może raczej dezorientacji. W Adwencie teksty liturgiczne odwołują się do zapowiedzi mesjańskich, do wizji przyjścia Zbawiciela, do potrzeby nawrócenia serc i dusz. Człowiek aż zaczyna tęsknić do paruzji. A w Boże Narodzenie czytamy o małym Jezusku w pieluszkach, gdzieś tam na uboczu i w ogóle bez pompy. No dobra, są aniołowie, którzy wyśpiewują "Gloria". Ale czas się wtedy nie kończy, nawrócenie znowu może trochę poczekać.
Zastanawiają mnie w tym kontekście pastuszkowie, którzy jako pierwsi powitali Boże Dziecię. Co oni wtedy myśleli? Czy znali te wszystkie piękne historie o nadejściu Mesjasza? Czy rzeczywiście nimi żyli? Czy naprawdę usłyszeli głos anielski i czy naprawdę to za nim poszli? Czy nie uznali - albo chociaż nie chcieli uznać - że to małe dziecko na sianie to po prostu noworodek jakich wiele, z ledwo otwartymi oczami, sklejonymi włosami i takie tam? Czy naprawdę rozpoznali w nim tego Mesjasza, tego Zbawiciela, o którym pisali i Izajasz, i Jeremiasz, i Micheasz, i inni?
Bo jeśli tak, to chciałabym mieć taką wiarę.
I Wam też takiej wiary życzę.
Zastanawiają mnie w tym kontekście pastuszkowie, którzy jako pierwsi powitali Boże Dziecię. Co oni wtedy myśleli? Czy znali te wszystkie piękne historie o nadejściu Mesjasza? Czy rzeczywiście nimi żyli? Czy naprawdę usłyszeli głos anielski i czy naprawdę to za nim poszli? Czy nie uznali - albo chociaż nie chcieli uznać - że to małe dziecko na sianie to po prostu noworodek jakich wiele, z ledwo otwartymi oczami, sklejonymi włosami i takie tam? Czy naprawdę rozpoznali w nim tego Mesjasza, tego Zbawiciela, o którym pisali i Izajasz, i Jeremiasz, i Micheasz, i inni?
Bo jeśli tak, to chciałabym mieć taką wiarę.
I Wam też takiej wiary życzę.
wtorek, 20 sierpnia 2013
enpeer
Przygotowuję wykład na temat metod naturalnego planowania rodziny. Piszę, notuję, zaglądam do mądrych książek. A w tle, w mojej głowie, kołacze się pytanie: jak udowodnić, że droga Kościoła jest rzeczywiście dobra?
Jako społeczeństwo i jako wspólnota wyrośliśmy (dzięki Bogu!) z uznawania za aksjomat czegoś, co nim ewidentnie nie jest. Mam jednak nieodparte wrażenie, że niepostrzeżenie przeszliśmy na dokładnie drugą stronę: odrzucić wszelkie aksjomaty w imię naukowej potwierdzalności wszystkiego. Wobec tego, kiedy o naukowo potwierdzonym fakcie mówi nam ktoś, o kim wiemy (lub możemy przypuszczać), że uznaje w swoim myśleniu pewne aksjomaty, z góry odrzucamy te jego naukowo potwierdzone fakty. Żeby się przypadkiem nie okazało, że karmi nas swoją wiarą w aksjomaty, zamiast suchymi faktami. I jak tu nie popaść w paranoję udowadniania wszystkiego, co tylko możliwe?
Sęk w tym, że w pewnym momencie trzeba uznać własną niewystarczalność. Być może jestem jedyną osobą uznającą NPR za słuszny, jaką dany człowiek spotka w swoim życiu. I być może nie uda mi się go przekonać, że warto spróbować. Być może nie uwierzy mi, że to droga warta zachodu, skuteczna i po prostu, po ludzku i po Bożemu dobra. Być może żaden naukowy dowód potwierdzający tę skuteczność do tego człowieka nie przemówi. Jeśli tylko zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, aby wypełnić swoje zadanie, to mogę spać spokojnie. Pan czynów wspaniałych dokonał - mogę się tylko modlić, by i tym razem tak zdecydował.
Pokazuję ludziom, że mogą podjąć współpracę z Bogiem-Stwórcą, ale nie uda się to ani w jednym procencie, jeśli Bóg nie będzie ze mną. NPR jest naukowo potwierdzone jako skuteczne, ale uznanie go i przyjęcie jako czegoś swojego musi się opierać na czymś więcej niż tylko na naukowym dowodzie. Drugim filarem musi być zaufanie do drugiego człowieka. Nie tyle nawet do tego, kto przekazuje podstawową wiedzę na temat NPR - bardziej do tego, z którym tę metodę mogę wprowadzić w życie. A takie zaufanie jest już pewnym aksjomatem.
Jako społeczeństwo i jako wspólnota wyrośliśmy (dzięki Bogu!) z uznawania za aksjomat czegoś, co nim ewidentnie nie jest. Mam jednak nieodparte wrażenie, że niepostrzeżenie przeszliśmy na dokładnie drugą stronę: odrzucić wszelkie aksjomaty w imię naukowej potwierdzalności wszystkiego. Wobec tego, kiedy o naukowo potwierdzonym fakcie mówi nam ktoś, o kim wiemy (lub możemy przypuszczać), że uznaje w swoim myśleniu pewne aksjomaty, z góry odrzucamy te jego naukowo potwierdzone fakty. Żeby się przypadkiem nie okazało, że karmi nas swoją wiarą w aksjomaty, zamiast suchymi faktami. I jak tu nie popaść w paranoję udowadniania wszystkiego, co tylko możliwe?
Sęk w tym, że w pewnym momencie trzeba uznać własną niewystarczalność. Być może jestem jedyną osobą uznającą NPR za słuszny, jaką dany człowiek spotka w swoim życiu. I być może nie uda mi się go przekonać, że warto spróbować. Być może nie uwierzy mi, że to droga warta zachodu, skuteczna i po prostu, po ludzku i po Bożemu dobra. Być może żaden naukowy dowód potwierdzający tę skuteczność do tego człowieka nie przemówi. Jeśli tylko zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, aby wypełnić swoje zadanie, to mogę spać spokojnie. Pan czynów wspaniałych dokonał - mogę się tylko modlić, by i tym razem tak zdecydował.
Pokazuję ludziom, że mogą podjąć współpracę z Bogiem-Stwórcą, ale nie uda się to ani w jednym procencie, jeśli Bóg nie będzie ze mną. NPR jest naukowo potwierdzone jako skuteczne, ale uznanie go i przyjęcie jako czegoś swojego musi się opierać na czymś więcej niż tylko na naukowym dowodzie. Drugim filarem musi być zaufanie do drugiego człowieka. Nie tyle nawet do tego, kto przekazuje podstawową wiedzę na temat NPR - bardziej do tego, z którym tę metodę mogę wprowadzić w życie. A takie zaufanie jest już pewnym aksjomatem.
wtorek, 6 sierpnia 2013
polsko-ukraińsko
Już ponad dwa tygodnie temu wróciliśmy z ukraińskiej przygody, a refleksji ciągle przybywa. Teraz tylko skrótowo - kiedyś może co nieco rozwinę.
Nabożeństwo w rocznicę pomordowania profesorów Uniwersytetu Lwowskiego. Zebrana pod pomnikiem garstka Polonii, franciszkanin pełniący funkcję ich duchowego opiekuna, konsul RP. Na koniec śpiewamy Boże, coś Polskę. Powalający, dotykający aż do bólu wydźwięk słów ojczyznę wolną pobłogosław, Panie.
Przyjazd do podkijowskiego Wor'zelu, w którym znajduje się wyższe seminarium duchowne. Większość kleryków na wakacjach albo praktykach, w seminarium pozostało ich na dyżurze dwóch. Pytamy proboszcza, ile trwa tu formacja. Siedem lat. Pytamy też, ilu jest kleryków. Proboszcz z lekkim rumieńcem mówi, że w sumie około trzydziestu, i zaraz tłumaczy, że my w Polsce jesteśmy pewnie przyzwyczajeni do czego innego, ale dla nich tutaj to i tak całkiem spora liczba. Wtedy dociera do mnie sens modlitwy o powołania kapłańskie i zakonne.
Msza święta w kościele odprawiana oczywiście po ukraińsku. Dziękuję Bogu za natchnienie władz kościelnych, by ujednolicić liturgię.
Parafia jest ogromna, na niedzielną mszę ludzie przyjeżdżają kolejką i autobusami z dużym wyprzedzeniem. Co robią z wolnym czasem? Spędzają go w kościele na modlitwie, chyba na zapas. Przed mszą mówią Różaniec, po mszy jeszcze Anioła Pańskiego, jakieś litanie, modlitwy dziękczynne i błagalne - wszystko to animują sami wierni. Wspólnota tętniąca potrzebą wspólnoty, wierni tętniący potrzebą modlitwy i sakramentów.
W seminaryjnej kuchni siostry honoratki słuchają Radia Maryja (!), które nadaje częściowo po polsku, a częściowo po ukraińsku. Kiedy w drugim tygodniu jedziemy na święcenia do Berdyczowa, w samochodzie siostry zaczynają odmawiać Różaniec, a przez wzgląd na nas robią to po polsku, żebyśmy mogli się włączyć.
Święcenia diakonatu i prezbiteratu w sanktuarium Matki Bożej Śnieżnej w Berdyczowie to nie lada okazja. Ksiądz, z którym tam jedziemy, mówi, że to historyczna chwila, bo w diecezji jeszcze nigdy nie było tak licznej grupy kandydatów: aż sześciu diakonów i jeden prezbiter! Zbieramy szczęki z podłogi po tej w gruncie rzeczy radosnej informacji; sens modlitwy o nowe powołania kapłańskie wybija się jeszcze wyraźniej.
Na to wydarzenie zjechali się ludzie z ogromnego obszaru (byli także goście z Polski). Po mszy, na dziedzińcu sanktuarium, wszyscy ze wszystkimi się witają, wymieniają informacje o sobie i o wspólnych znajomych, panuje atmosfera prawdziwej radości i bliskości. Jest też całkiem pokaźna delegacja z parafii w Wor'zelu - a do Berdyczowa jest stamtąd ponad 100 kilometrów. Coś niesamowitego, że ludzie taki kawał drogi pokonują w środku tygodnia (to był wtorek), byle tylko wspólnie uradować się nowym kapłanem i nowymi diakonami.
I ostatnia rzecz. Przez cały wyjazd, i we Lwowie, i w odwiedzanym kilkukrotnie Kijowie, podziwialiśmy cuda architektury prawosławnej i grekokatolickiej. W Ławrze Kijowsko-Peczerskiej założyłam chustkę na głowę, by nie urażać przybywających tam wiernych, modlących się w poszczególnych cerkwiach (co nie zmienia faktu, że do jednej z nich nie zostałam wpuszczona, bo nie miałam długiej spódnicy). Dzikie tłumy odwiedzających. Cerkwie pobudowane także przy drogach, na osiedlach. I opowieść księdza Olega, który wiózł nas na pociąg powrotny, że prawosławni wcale nie są przywiązani do swojej religii, do kultu, do sakramentów. Wspominał, jak to jeden jego nieochrzczony znajomy bez najmniejszego problemu (i bez żadnego pytania ze strony popa) zawarł kościelny ślub w cerkwi. Mówił też, że prawosławni cały czas prowadzą antykatolicką propagandę, wobec czego ekumeniczne marzenia kolejnych papieży w ukraińskich realiach są mało radosnymi mrzonkami.
Nabożeństwo w rocznicę pomordowania profesorów Uniwersytetu Lwowskiego. Zebrana pod pomnikiem garstka Polonii, franciszkanin pełniący funkcję ich duchowego opiekuna, konsul RP. Na koniec śpiewamy Boże, coś Polskę. Powalający, dotykający aż do bólu wydźwięk słów ojczyznę wolną pobłogosław, Panie.
Przyjazd do podkijowskiego Wor'zelu, w którym znajduje się wyższe seminarium duchowne. Większość kleryków na wakacjach albo praktykach, w seminarium pozostało ich na dyżurze dwóch. Pytamy proboszcza, ile trwa tu formacja. Siedem lat. Pytamy też, ilu jest kleryków. Proboszcz z lekkim rumieńcem mówi, że w sumie około trzydziestu, i zaraz tłumaczy, że my w Polsce jesteśmy pewnie przyzwyczajeni do czego innego, ale dla nich tutaj to i tak całkiem spora liczba. Wtedy dociera do mnie sens modlitwy o powołania kapłańskie i zakonne.
Msza święta w kościele odprawiana oczywiście po ukraińsku. Dziękuję Bogu za natchnienie władz kościelnych, by ujednolicić liturgię.
Parafia jest ogromna, na niedzielną mszę ludzie przyjeżdżają kolejką i autobusami z dużym wyprzedzeniem. Co robią z wolnym czasem? Spędzają go w kościele na modlitwie, chyba na zapas. Przed mszą mówią Różaniec, po mszy jeszcze Anioła Pańskiego, jakieś litanie, modlitwy dziękczynne i błagalne - wszystko to animują sami wierni. Wspólnota tętniąca potrzebą wspólnoty, wierni tętniący potrzebą modlitwy i sakramentów.
W seminaryjnej kuchni siostry honoratki słuchają Radia Maryja (!), które nadaje częściowo po polsku, a częściowo po ukraińsku. Kiedy w drugim tygodniu jedziemy na święcenia do Berdyczowa, w samochodzie siostry zaczynają odmawiać Różaniec, a przez wzgląd na nas robią to po polsku, żebyśmy mogli się włączyć.
Święcenia diakonatu i prezbiteratu w sanktuarium Matki Bożej Śnieżnej w Berdyczowie to nie lada okazja. Ksiądz, z którym tam jedziemy, mówi, że to historyczna chwila, bo w diecezji jeszcze nigdy nie było tak licznej grupy kandydatów: aż sześciu diakonów i jeden prezbiter! Zbieramy szczęki z podłogi po tej w gruncie rzeczy radosnej informacji; sens modlitwy o nowe powołania kapłańskie wybija się jeszcze wyraźniej.
Na to wydarzenie zjechali się ludzie z ogromnego obszaru (byli także goście z Polski). Po mszy, na dziedzińcu sanktuarium, wszyscy ze wszystkimi się witają, wymieniają informacje o sobie i o wspólnych znajomych, panuje atmosfera prawdziwej radości i bliskości. Jest też całkiem pokaźna delegacja z parafii w Wor'zelu - a do Berdyczowa jest stamtąd ponad 100 kilometrów. Coś niesamowitego, że ludzie taki kawał drogi pokonują w środku tygodnia (to był wtorek), byle tylko wspólnie uradować się nowym kapłanem i nowymi diakonami.
I ostatnia rzecz. Przez cały wyjazd, i we Lwowie, i w odwiedzanym kilkukrotnie Kijowie, podziwialiśmy cuda architektury prawosławnej i grekokatolickiej. W Ławrze Kijowsko-Peczerskiej założyłam chustkę na głowę, by nie urażać przybywających tam wiernych, modlących się w poszczególnych cerkwiach (co nie zmienia faktu, że do jednej z nich nie zostałam wpuszczona, bo nie miałam długiej spódnicy). Dzikie tłumy odwiedzających. Cerkwie pobudowane także przy drogach, na osiedlach. I opowieść księdza Olega, który wiózł nas na pociąg powrotny, że prawosławni wcale nie są przywiązani do swojej religii, do kultu, do sakramentów. Wspominał, jak to jeden jego nieochrzczony znajomy bez najmniejszego problemu (i bez żadnego pytania ze strony popa) zawarł kościelny ślub w cerkwi. Mówił też, że prawosławni cały czas prowadzą antykatolicką propagandę, wobec czego ekumeniczne marzenia kolejnych papieży w ukraińskich realiach są mało radosnymi mrzonkami.
poniedziałek, 20 maja 2013
pustostany świadomości
Wszystko, co się dzieje w moim życiu ostatnio, pędzi na łeb na szyję, nie wskazując celu. Silne postanowienie z ostatniej spowiedzi okazuje się mrzonką. Kiedy pędzę z jednego krańca swoich możliwości na drugi, nie mam czasu zatrzymać się przed Panem Bogiem. Dotarło do mnie, że kiedyś nie było dla mnie problemem zorganizować się tak, żeby być na Mszy świętej w tygodniu. Teraz nawet ta niedzielna wymaga akrobacji czasowych. I po co to?
W kalendarzu notuję sobie przy każdym wpisanym zadaniu i przypomnieniu dwie literki. P - jak pilne. I W - jak ważne. Nagle się okazuje, że tylko kilka rzeczy w tygodniu jest ważnych, ewentualnie jednocześnie pilnych i ważnych. I znajdują się one na szarym końcu listy do spełnienia. Pomieszanie z poplątaniem.
Żaden magiczny sposób nie pomoże. Mogę nosić przy sobie różaniec, mogę trzymać na biurku Oremus gotowy do otwarcia na odpowiedniej stronie, mogę wykonywać pobożne gesty przed posiłkiem. Jeśli naprawdę nieznajdę zorganizuję czasu, żeby powiedzieć - dziękuję, proszę, przepraszam, to każda z tych rzeczy będzie pusta.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
W kalendarzu notuję sobie przy każdym wpisanym zadaniu i przypomnieniu dwie literki. P - jak pilne. I W - jak ważne. Nagle się okazuje, że tylko kilka rzeczy w tygodniu jest ważnych, ewentualnie jednocześnie pilnych i ważnych. I znajdują się one na szarym końcu listy do spełnienia. Pomieszanie z poplątaniem.
Żaden magiczny sposób nie pomoże. Mogę nosić przy sobie różaniec, mogę trzymać na biurku Oremus gotowy do otwarcia na odpowiedniej stronie, mogę wykonywać pobożne gesty przed posiłkiem. Jeśli naprawdę nie
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
środa, 17 kwietnia 2013
pakiet rocznicowy
Dwa dni temu minęły 23 lata od mojego chrztu. Dziś mija 8 lat od bierzmowania. Myślę sobie, że dobrze jest w takim momencie zastanowić się nad swoją relacją z Panem Bogiem, który jest sensem i centrum tych rocznic.
Myślę też, że to dobry moment na dziękczynienie za te wszystkie lata wypełnione łaskami. Ostatnio widziałam w czeluściach internetu takie pytanie: Gdybyś miał się jutro obudzić tylko z tym, za co dzisiaj podziękowałeś Bogu, co by ci zostało? To trudne pytanie, bo pozwala uświadomić sobie, że nie doceniam Bożej obecności w moim życiu. Wszystkie dobra, które On daje mi w taki czy inny sposób ze Swej nieskończonej dobroci, są tak powszednie, że zupełnie nie postrzegam ich przez pryzmat łaski. A przecież tak wiele rzeczy zawdzięczam Jemu! Zaczynając od życia samego w sobie, przez rodzinę (jaka jest, taka jest, ale dobrze sobie powiedzieć, że nie mogę narzekać), przyjaciół, mężczyznę mojego życia, przez siłę do uporania się z różnymi trudnościami, przez duszpasterstwo i mądrych kapłanów na mojej drodze... aż po łaski płynące z sakramentów Eucharystii i pokuty i pojednania. Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty - Trójjedyny Bóg prowadzi mnie za rękę przez życie, dając mnóstwo dowodów na mocny uścisk i pewny krok.
Potrzeba dziękczynienia rośnie we mnie ostatnio. Nie sztuką jest ciągle prosić. Sztuką jest prosić i umieć dostrzec spełnienie próśb.
Myślę też, że to dobry moment na dziękczynienie za te wszystkie lata wypełnione łaskami. Ostatnio widziałam w czeluściach internetu takie pytanie: Gdybyś miał się jutro obudzić tylko z tym, za co dzisiaj podziękowałeś Bogu, co by ci zostało? To trudne pytanie, bo pozwala uświadomić sobie, że nie doceniam Bożej obecności w moim życiu. Wszystkie dobra, które On daje mi w taki czy inny sposób ze Swej nieskończonej dobroci, są tak powszednie, że zupełnie nie postrzegam ich przez pryzmat łaski. A przecież tak wiele rzeczy zawdzięczam Jemu! Zaczynając od życia samego w sobie, przez rodzinę (jaka jest, taka jest, ale dobrze sobie powiedzieć, że nie mogę narzekać), przyjaciół, mężczyznę mojego życia, przez siłę do uporania się z różnymi trudnościami, przez duszpasterstwo i mądrych kapłanów na mojej drodze... aż po łaski płynące z sakramentów Eucharystii i pokuty i pojednania. Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty - Trójjedyny Bóg prowadzi mnie za rękę przez życie, dając mnóstwo dowodów na mocny uścisk i pewny krok.
Potrzeba dziękczynienia rośnie we mnie ostatnio. Nie sztuką jest ciągle prosić. Sztuką jest prosić i umieć dostrzec spełnienie próśb.
wtorek, 9 kwietnia 2013
okres ważności
Zadziwiające i zatrważające jednocześnie, jak bardzo może człowieka wciągnąć wir spraw codziennych i boleśnie wręcz doczesnych. Jak bardzo aktualna i natarczywa staje konieczność rozróżnienia między tym, co ważne, a tym, co pilne. Jak łatwo to wszystko pomieszać. Zagubić Pana Boga na którejś z wielu półek z odłożonymi "mniej pilnymi" sprawami. Bo przecież On poczeka. Przecież On jest miłosierny, łaskawy, nieskory do gniewu, a przede wszystkim bardzo cierpliwy.
Cel na najbliższe tygodnie: codzienną listę rzeczy do zrobienia uzupełniać o kategorie "ważne" i "pilne" przy każdej zapisanej czynności.
Cel na najbliższe tygodnie: codzienną listę rzeczy do zrobienia uzupełniać o kategorie "ważne" i "pilne" przy każdej zapisanej czynności.
poniedziałek, 4 lutego 2013
Ruah
Dziś będzie o jednej z najpiękniejszych i najmocniejszych modlitw, jakie znam. Swego czasu wiele dobra dzięki niej doświadczyłam. Wczoraj przypomniałam ją sobie i myślę, że Pan Bóg mógł w tym maczać palce :)
Modlitwą tą jest koronka ku czci Ducha Świętego. Jej tekst można znaleźć w wielu miejscach w internecie (np. tu) i nie tylko. To tak niewiele. Uwielbiać Ducha Świętego i prosić Go codziennie o przyjście w Jego siedmiu darach, o udzielenie tych prostych, ale jak potrzebnych łask. Tak niewiele, a jednak działa. Proście, a będzie wam dane, chciałoby się powiedzieć, i może tym razem akurat całkiem słusznie. Mam wrażenie, że jakoś tego Ducha Świętego zaniedbujemy w naszym codziennym przeżywaniu wiary. My, czyli ogół katolików. Jezus Chrystus, no bo Eucharystia i zbawienie i zmartwychwstanie, wszystko to, co się wokół Niego kręci. Bóg Ojciec, no bo przecież Ojcze nasz i Ewangelia, w której Jego Syn ciągle mówi o Ojcu. A Duch Święty? Jakoś tak się to czasem rozmywa. A wystarczy pamiętać, zwrócić uwagę, zatroszczyć się o tę relację.
Bardzo ważna jest jeszcze modlitwa, którą nauczyłam się łączyć z tą koronką, mianowicie akt ofiarowania się Duchowi Świętemu, sformułowany przez św. Arnolda Jansena SVD:
Duchu Święty, słodka miłości Ojca i Syna. Aby całkowicie należeć do Ciebie, oddaję Ci teraz i na zawsze moje serce, moje ciało i duszę, moje siły i zdolności, moje cierpienia i radości, moje życie i śmierć. Oddaję Ci też wszystkich, którzy są mi drodzy, i wszystko, czym jestem i co posiadam, abyś Ty sam mógł tym rozporządzać i panować nade mną Swoją miłością teraz i w wieczności. Amen.
Ta postawa jest tak bliska postawie Najświętszej Panny, że aż mnie to uderzyło, kiedy pierwszy raz wypowiedziałam tę modlitwę. A jednak właśnie o to chyba chodzi. Maryja była - jest - Oblubienicą Ducha Świętego. Czy chrześcijanin musi chcieć czegoś więcej w swojej relacji z Panem Bogiem?
Modlitwą tą jest koronka ku czci Ducha Świętego. Jej tekst można znaleźć w wielu miejscach w internecie (np. tu) i nie tylko. To tak niewiele. Uwielbiać Ducha Świętego i prosić Go codziennie o przyjście w Jego siedmiu darach, o udzielenie tych prostych, ale jak potrzebnych łask. Tak niewiele, a jednak działa. Proście, a będzie wam dane, chciałoby się powiedzieć, i może tym razem akurat całkiem słusznie. Mam wrażenie, że jakoś tego Ducha Świętego zaniedbujemy w naszym codziennym przeżywaniu wiary. My, czyli ogół katolików. Jezus Chrystus, no bo Eucharystia i zbawienie i zmartwychwstanie, wszystko to, co się wokół Niego kręci. Bóg Ojciec, no bo przecież Ojcze nasz i Ewangelia, w której Jego Syn ciągle mówi o Ojcu. A Duch Święty? Jakoś tak się to czasem rozmywa. A wystarczy pamiętać, zwrócić uwagę, zatroszczyć się o tę relację.
Bardzo ważna jest jeszcze modlitwa, którą nauczyłam się łączyć z tą koronką, mianowicie akt ofiarowania się Duchowi Świętemu, sformułowany przez św. Arnolda Jansena SVD:
Duchu Święty, słodka miłości Ojca i Syna. Aby całkowicie należeć do Ciebie, oddaję Ci teraz i na zawsze moje serce, moje ciało i duszę, moje siły i zdolności, moje cierpienia i radości, moje życie i śmierć. Oddaję Ci też wszystkich, którzy są mi drodzy, i wszystko, czym jestem i co posiadam, abyś Ty sam mógł tym rozporządzać i panować nade mną Swoją miłością teraz i w wieczności. Amen.
Ta postawa jest tak bliska postawie Najświętszej Panny, że aż mnie to uderzyło, kiedy pierwszy raz wypowiedziałam tę modlitwę. A jednak właśnie o to chyba chodzi. Maryja była - jest - Oblubienicą Ducha Świętego. Czy chrześcijanin musi chcieć czegoś więcej w swojej relacji z Panem Bogiem?
niedziela, 27 stycznia 2013
imię Pana jest twierdzą
Okazuje się, że czasem dobrze powrócić do starych czasów i starych metod. Nie chodzi bynajmniej o odgrzewanie zleżałych potraw, ale o gotowanie w oparciu o ten sprawdzony przepis. Wieczór piosenki religijnej w klimacie, który się zarzuciło dawno temu, potrafi człowiekowi przypomnieć o wielu innych, mniej bądź bardziej luźno powiązanych rzeczach.
Na przykład, że modlitwa nie jest czymś nadzwyczajnym, co trzeba wyodrębniać ze swojego codziennego życia. A może po prostu - nie tylko tym. Że modlitwa całe to życie przenika, całe je przemienia, ale może się tak dziać tylko, jeśli naprawdę odda się to wszystko Jemu. Coś, co przypomina mi się od kilku tygodni, po wielu miesiącach amnezji.
O Jezu cichy i pokorny, uczyń serce me według serca Twego!
Na przykład, że modlitwa nie jest czymś nadzwyczajnym, co trzeba wyodrębniać ze swojego codziennego życia. A może po prostu - nie tylko tym. Że modlitwa całe to życie przenika, całe je przemienia, ale może się tak dziać tylko, jeśli naprawdę odda się to wszystko Jemu. Coś, co przypomina mi się od kilku tygodni, po wielu miesiącach amnezji.
O Jezu cichy i pokorny, uczyń serce me według serca Twego!
wtorek, 11 grudnia 2012
kto się przyzna
Niby błahe zajęcia na uczelni. Takie rozluźniające, przedświąteczne. Niby błahe zadanie, napisania własnego tekstu związanego tematycznie ze świętami. Cóż to jest dla kogoś z tak lekkim piórem jak moje? I potem... potem trzeba to było przeczytać na forum. Siedząc na środku sali, mając dookoła siebie ludzi całkiem innych pod wieloma względami niż ci w duszpasterstwie.
Nie przypuszczałam, że tak to przeżyję. Że stracę oddech, że będę się trząść i że tylko Chrystus mnie przytrzyma na tamtym miejscu.
Może to niewiele, tylko krótka modlitwa. Dla mnie to był całkiem inny wymiar. Po półtora roku deklarowania się jako katoliczka - a nawet toczeniu dysput na temat wartości uznawanych za chrześcijańskie - dopiero teraz pokazałam im tego Pana Jezusa, dla Którego wszystko i przez Którego wszystko. Cholera, trudne to było. (Rozwijające).
Przyszedłeś. Wyczekiwany, wytęskniony, zapowiadany. I lipa, miejsce było tylko w ubogim domu w ubogiej mieścinie. Zawiodłeś oczekiwania wszystkich. Pewnie nawet własnej Matki.
Przez cały Adwent czekamy na Twoje nadejście, na Apokalipsę. Na koniec świata, chyba szczególnie w tym roku, skoro daliśmy się przekonać pogańskim kalendarzom, a nie Twojej Ewangelii. Kiedy przyjdziesz? Czy w tym roku, kiedy wspomnimy i uczcimy Twoje narodzenie, przyjdziesz jakoś do każdego z nas? Pewnie znowu zawiedziesz. Pewnie nie przyjdziesz i nie usiądziesz przy suto zastawionym stole z uśmiechniętą, radosną rodziną, śpiewającą sobie kolędy i obdarowującą się prezentami.
Proszę, przyjdź do rodziny pogmatwanej, obolałej, smutnej, tej bez wiary, bez nadziei, bez miłości, tej uśmiechającej się dwa razy do roku, która składa sobie sztampowe życzenia, byle uniknąć szczerości. Przyjdź jako dziecko - szczere, otwarte, bezkompromisowe. Tylko Ty masz w tym wszystkim sens, tylko Ty możesz nadać go naszym przygotowaniom, karpiom, choinkom, pasterkom, opłatkom. Chcę w to wierzyć.
Przyjdź, Panie Jezu!
Nie przypuszczałam, że tak to przeżyję. Że stracę oddech, że będę się trząść i że tylko Chrystus mnie przytrzyma na tamtym miejscu.
Może to niewiele, tylko krótka modlitwa. Dla mnie to był całkiem inny wymiar. Po półtora roku deklarowania się jako katoliczka - a nawet toczeniu dysput na temat wartości uznawanych za chrześcijańskie - dopiero teraz pokazałam im tego Pana Jezusa, dla Którego wszystko i przez Którego wszystko. Cholera, trudne to było. (Rozwijające).
Przyszedłeś. Wyczekiwany, wytęskniony, zapowiadany. I lipa, miejsce było tylko w ubogim domu w ubogiej mieścinie. Zawiodłeś oczekiwania wszystkich. Pewnie nawet własnej Matki.
Przez cały Adwent czekamy na Twoje nadejście, na Apokalipsę. Na koniec świata, chyba szczególnie w tym roku, skoro daliśmy się przekonać pogańskim kalendarzom, a nie Twojej Ewangelii. Kiedy przyjdziesz? Czy w tym roku, kiedy wspomnimy i uczcimy Twoje narodzenie, przyjdziesz jakoś do każdego z nas? Pewnie znowu zawiedziesz. Pewnie nie przyjdziesz i nie usiądziesz przy suto zastawionym stole z uśmiechniętą, radosną rodziną, śpiewającą sobie kolędy i obdarowującą się prezentami.
Proszę, przyjdź do rodziny pogmatwanej, obolałej, smutnej, tej bez wiary, bez nadziei, bez miłości, tej uśmiechającej się dwa razy do roku, która składa sobie sztampowe życzenia, byle uniknąć szczerości. Przyjdź jako dziecko - szczere, otwarte, bezkompromisowe. Tylko Ty masz w tym wszystkim sens, tylko Ty możesz nadać go naszym przygotowaniom, karpiom, choinkom, pasterkom, opłatkom. Chcę w to wierzyć.
Przyjdź, Panie Jezu!
piątek, 16 listopada 2012
krok za krokiem
Okazuje się, że naprawianie relacji z drugim człowiekiem jest całkiem możliwe. Jeśli oboje tego chcecie. Wtedy trzeba się zdeklarować do jednego małego dobrego uczynku względem tej relacji: rozmowy telefonicznej, spotkania, listu, czegokolwiek. I potem konsekwentnie to wypełniać, nie raz, nie dwa, ale od jednego razu trzeba przecież zacząć. Nagle się okazuje, że drugi człowiek naprawdę na to czekał i naprawdę chce z Tobą współpracować.
Może tak samo jest z Panem Bogiem? Dobrze się zdeklarować na jedną małą modlitwę w ciągu dnia. Niech to będzie adoracja, Różaniec, nieszpory, Anioł Pański albo cokolwiek innego, małego, krótkiego. I potem, dzień po dniu, powoli, systematycznie, realizować ten jeden drobny zamysł. Może Pan Bóg się ucieszy, że wracasz. Za to Ty ucieszysz się na pewno. Z jednej małej modlitwy wykwitnie kiedyś piękny ogród. Tylko bądź na niej codziennie.
Trudne to, ale jakie piękne!
Może tak samo jest z Panem Bogiem? Dobrze się zdeklarować na jedną małą modlitwę w ciągu dnia. Niech to będzie adoracja, Różaniec, nieszpory, Anioł Pański albo cokolwiek innego, małego, krótkiego. I potem, dzień po dniu, powoli, systematycznie, realizować ten jeden drobny zamysł. Może Pan Bóg się ucieszy, że wracasz. Za to Ty ucieszysz się na pewno. Z jednej małej modlitwy wykwitnie kiedyś piękny ogród. Tylko bądź na niej codziennie.
Trudne to, ale jakie piękne!
piątek, 19 października 2012
żywość
Rozpoczęty w tym tygodniu kurs przedmałżeński (z braku innej nazwy posłużę się tą, którą proponują organizatorzy) natchnął mnie do pewnego przemyślenia. Orzech mówił o zdolności do miłości, która w pewnej mierze zasadza się też na wierze. I pytał, czym jest ta wiara w Boga, ta nasza wiara w Boga. Czy wierzymy w zmartwychwstałego i żyjącego Jezusa Chrystusa, czy może w mumię egipską. Jednym słowem, czy nasza wiara jest żywa, czy właśnie zmumifikowana.
Od trzech dni chodzę i rozmyślam, czym jest żywa wiara. Na czym polega? Co stanowi o jej żywotności? Rozum? Uczucia? Decyzje? Zaangażowanie? Gdzie jest jej początek i czy jest jakiś jej koniec? Jak ją kultywować? Czy można samemu na nią zapracować - a jeśli tak, to jak?
Tyle pytań, na które sama nie wymyśliłam jak dotąd odpowiedzi. Chyba czas sięgnąć po źródła mądrzejsze ode mnie.
Wierzę, że nie jest to tylko określenie przyjęte przez wszystkich przez aklamację, a w rzeczywistości nic nieznaczące. Chciałabym poznać definicję tego pojęcia, która odnosiłaby się do mojego konkretnego życia, którą mogłabym zastosować w praktyce.
A może to jest pułapka definiowania wszystkiego i zbytniego zaufania do ludzkiego rozumu? Tyle, tyle wątpliwości...
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
Od trzech dni chodzę i rozmyślam, czym jest żywa wiara. Na czym polega? Co stanowi o jej żywotności? Rozum? Uczucia? Decyzje? Zaangażowanie? Gdzie jest jej początek i czy jest jakiś jej koniec? Jak ją kultywować? Czy można samemu na nią zapracować - a jeśli tak, to jak?
Tyle pytań, na które sama nie wymyśliłam jak dotąd odpowiedzi. Chyba czas sięgnąć po źródła mądrzejsze ode mnie.
Wierzę, że nie jest to tylko określenie przyjęte przez wszystkich przez aklamację, a w rzeczywistości nic nieznaczące. Chciałabym poznać definicję tego pojęcia, która odnosiłaby się do mojego konkretnego życia, którą mogłabym zastosować w praktyce.
A może to jest pułapka definiowania wszystkiego i zbytniego zaufania do ludzkiego rozumu? Tyle, tyle wątpliwości...
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
wtorek, 2 października 2012
jak zniesmaczyć, mówiąc o obiedzie
Dziś całkiem przyziemnie. Tak przyziemnie, że aż mnie wbiło w płytki chodnikowe.
Stałam w kolejce do jednego z wrocławskich barów-niegdyś-mlecznych, kolejce tak długiej, że zawijającej wdzięczny ogonek daleko na ulicy. Za mną ustawiła się para w wieku podobnym do mojego. Chłopak co i rusz dziewczynę obściskiwał, całował, mlaskał przy tym głośno, ale cóż. Uroki pierwszych lat studiów. Po chwili wywiązała się między nimi rozmowa o podtekście tak wyraźnie seksualnym, że aż niesmacznym i tracącym status podtekstu. Naprawdę, nie jestem zbyt wrażliwa, jeśli chodzi o ten temat, więc skoro już mnie ruszyło to ich gruchanie, to coś musi być na rzeczy.
Wynieśli na pokaz, nie przejmując się obecnością dziesiątek obcych ludzi, to coś, co najlepiej smakuje chyba właśnie wtedy, kiedy jest zachowane tylko dla dwojga. Postawili to na oczach (czy uszach) totalnie niezainteresowanych i wyraźnie zażenowanych osób. Próbując znaleźć coś dobrego w tej sytuacji, znalazłam tylko jedno: dobrze, że nie zaczęli swoich fantazji realizować na bieżąco.
Zadziwia mnie i trapi zupełne pomieszanie z poplątaniem. Seks wyrzucamy z prywatności w sferę publiczną, czynimy go niemal nową religią - zamiast tej, którą spychamy ze sfery publicznej w prywatną. Mam bardzo nieprzyjemne wrażenie, że do niczego dobrego to nie doprowadzi(ło). A przecież po owocach ich poznacie.
Stałam w kolejce do jednego z wrocławskich barów-niegdyś-mlecznych, kolejce tak długiej, że zawijającej wdzięczny ogonek daleko na ulicy. Za mną ustawiła się para w wieku podobnym do mojego. Chłopak co i rusz dziewczynę obściskiwał, całował, mlaskał przy tym głośno, ale cóż. Uroki pierwszych lat studiów. Po chwili wywiązała się między nimi rozmowa o podtekście tak wyraźnie seksualnym, że aż niesmacznym i tracącym status podtekstu. Naprawdę, nie jestem zbyt wrażliwa, jeśli chodzi o ten temat, więc skoro już mnie ruszyło to ich gruchanie, to coś musi być na rzeczy.
Wynieśli na pokaz, nie przejmując się obecnością dziesiątek obcych ludzi, to coś, co najlepiej smakuje chyba właśnie wtedy, kiedy jest zachowane tylko dla dwojga. Postawili to na oczach (czy uszach) totalnie niezainteresowanych i wyraźnie zażenowanych osób. Próbując znaleźć coś dobrego w tej sytuacji, znalazłam tylko jedno: dobrze, że nie zaczęli swoich fantazji realizować na bieżąco.
Zadziwia mnie i trapi zupełne pomieszanie z poplątaniem. Seks wyrzucamy z prywatności w sferę publiczną, czynimy go niemal nową religią - zamiast tej, którą spychamy ze sfery publicznej w prywatną. Mam bardzo nieprzyjemne wrażenie, że do niczego dobrego to nie doprowadzi(ło). A przecież po owocach ich poznacie.
środa, 15 sierpnia 2012
maksym(ili)alnie
Rekolekcje młodzieżowe u franciszkanów w Harmężach. Trud lekkości, lekkość trudu.
Trud lekkości, bo żadnych zdań, które by się wryły w pamięć i serce i nie pozwoliły przejść obojętnie. I jeszcze, bo muzyka, zupełnie nie taka, co swoją drogą pozwoliło na nowo docenić scholę dominikańską.
Lekkość trudu, bo niechciane myśli, przykre wspomnienia, trudne rzeczy ogólnie, zderzyły się ze Słowem Bożym i Najświętszym Sakramentem. I jeszcze, bo byli inni ludzie, zaświadczający o prawdziwości Bożej łaski. Nawet przerażające grafiki Mariana Kołodzieja, chociaż od dziesiątej stacji już nie mogłam na nie patrzeć, żeby nie zwariować, były lżejsze dzięki temu jednemu szeptowi, że Bóg jest.
Bóg sam wystarczy.
Trud lekkości, bo żadnych zdań, które by się wryły w pamięć i serce i nie pozwoliły przejść obojętnie. I jeszcze, bo muzyka, zupełnie nie taka, co swoją drogą pozwoliło na nowo docenić scholę dominikańską.
Lekkość trudu, bo niechciane myśli, przykre wspomnienia, trudne rzeczy ogólnie, zderzyły się ze Słowem Bożym i Najświętszym Sakramentem. I jeszcze, bo byli inni ludzie, zaświadczający o prawdziwości Bożej łaski. Nawet przerażające grafiki Mariana Kołodzieja, chociaż od dziesiątej stacji już nie mogłam na nie patrzeć, żeby nie zwariować, były lżejsze dzięki temu jednemu szeptowi, że Bóg jest.
Bóg sam wystarczy.
piątek, 27 lipca 2012
balonik
Pan Bóg na pewno dobrze wie, co w męczeństwie Jego wyznawców płynęło z Jego Ducha i czy nie było tam czysto psychicznego, a więc bezwartościowego duchowo, nadmuchiwania się.
Jacek Salij OP, Zło, cierpienie, nadzieja
Myślę sobie, że to jest niesamowicie silna pokusa: osiągnąć dzięki wierze komfort emocjonalny czy psychiczny. Że ja to już jestem tak blisko Boga, że bliżej to się chyba nie da. A nawet jeśli się da, to przecież jest mi tak dobrze, że wszyscy powinni mnie naśladować, a na pewno trafią do Boga tak, jak i ja.
To brzmi raczej jak groźba. Myślę, że jednym z kroków w stronę nawrócenia jest zrozumienie i uznanie, że wiara nie służy do zaspokojenia emocjonalnych braków czy zaleczenia psychicznych zranień. Ona pewnie może doprowadzić do dobrych skutków w tych dziedzinach, ale nie to jest przecież jej celem.
poniedziałek, 23 lipca 2012
o żesz, stół zakratowany!
Myśli-perełki z wczorajszej spowiedzi.
Imię Boże niesie za sobą konkretną treść, skrywa pewną rzeczywistość. Nadużywanie go powoduje wyświechtanie tej treści, zbanalizowanie tej rzeczywistości.
Zbanalizowanie rzeczywistości sacrum powoduje (albo przynajmniej powodować może) zbanalizowanie wszystkiego, co się z nią łączy - z modlitwą na czele.
Zbanalizowanie modlitwy, czyli składowej relacji z Bogiem, powoduje (albo przynajmniej może powodować) zbanalizowanie - czyli wypaczenie - relacji z drugim człowiekiem.
A stąd już niedaleko do odrzucenia Chrystusa, obecnego przecież w tym drugim człowieku, moim bliźnim.
Wniosek końcowy: sprawdza się zdanie, że karą za grzech jest grzech.
Imię Boże niesie za sobą konkretną treść, skrywa pewną rzeczywistość. Nadużywanie go powoduje wyświechtanie tej treści, zbanalizowanie tej rzeczywistości.
Zbanalizowanie rzeczywistości sacrum powoduje (albo przynajmniej powodować może) zbanalizowanie wszystkiego, co się z nią łączy - z modlitwą na czele.
Zbanalizowanie modlitwy, czyli składowej relacji z Bogiem, powoduje (albo przynajmniej może powodować) zbanalizowanie - czyli wypaczenie - relacji z drugim człowiekiem.
A stąd już niedaleko do odrzucenia Chrystusa, obecnego przecież w tym drugim człowieku, moim bliźnim.
Wniosek końcowy: sprawdza się zdanie, że karą za grzech jest grzech.
"Grzech sam w sobie jest karą" - powiada mądre przysłowie. To prawda, że czasem działa on jak narkotyk i może dać człowiekowi na jakiś czas poczucie szczęścia i spełnienia, ale obiektywnie każdy grzech zmienia sytuację człowieka na gorsze. Toteż najbardziej tragiczną i przeklętą karą za grzech jest to, że otwiera on wrota do grzechów następnych.
Jacek Salij OP, Zło, cierpienie, nadzieja
niedziela, 22 kwietnia 2012
czuwaj!
Pan Bóg czuwa. Jest, pamięta, czuwa. I reaguje, a czasem w taki sposób, że witki opadają. Ale zawsze skutecznie. Trzeba to tylko dostrzec. Nie zawsze musi być miło i przyjemnie. Pokazał to na przykładzie Swojego Syna, a w kosmicznie pomniejszonej skali pokazuje to w życiu każdego z nas. Nie warto się obrażać. Można tylko stanąć, opuścić ręce wzniesione do walki i powiedzieć: w ręce Twe, Panie... - a On już będzie wiedział, co zrobić.
Aha, no i jeszcze można poprosić o modlitwę wstawienniczą. Ona działa cuda. Wyrażając wspólnotę wiary, wyraża też przed Bogiem naszą wzajemną miłość i troskę. Moc. Jest moc!
P.S. Właśnie do mnie dotarło, że jak się wystukuje na klawiaturze słowo moc, to przez pomyłkę można uzyskać słowo nic. No więc życzę Wam i sobie, żeby w życiu takich pomyłek nie było. Jak wszystkie troski nasze przerzucimy na Niego, to na pewno nie będzie. Ot co.
Aha, no i jeszcze można poprosić o modlitwę wstawienniczą. Ona działa cuda. Wyrażając wspólnotę wiary, wyraża też przed Bogiem naszą wzajemną miłość i troskę. Moc. Jest moc!
P.S. Właśnie do mnie dotarło, że jak się wystukuje na klawiaturze słowo moc, to przez pomyłkę można uzyskać słowo nic. No więc życzę Wam i sobie, żeby w życiu takich pomyłek nie było. Jak wszystkie troski nasze przerzucimy na Niego, to na pewno nie będzie. Ot co.
Subskrybuj:
Posty (Atom)