Księga Tobiasza.
Anioł Rafał. Anioł. który ukrywa swoją tożsamość. Anioł, który działa pod przykryciem. Anioł, który daje się poznać dopiero po spełnieniu swojej misji.
Ciekawe, ilu takich aniołów spotkałam w swoim życiu. Ciekawe, ilu z nich nie dałam objawić ich tożsamości. Ciekawe, ilu z nich objawiło swoją tożsamość, ale ja tego nie zrozumiałam.
Tak czy siak, za wszystkich aniołów zesłanych przez Boga w moje życie - dziękuję.
Bądź uwielbiony, Boże,
wszelkim czystym uwielbieniem!
Niech Cię wielbią po wszystkie wieki.
Bądź uwielbiony, ponieważ mnie ucieszyłeś
i nie stało się, jak przypuszczałem.
Postąpiłeś z nami
według wielkiego Twego miłosierdzia.
Tb 8, 15-16
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po lekturze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po lekturze. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 14 lipca 2015
poniedziałek, 20 kwietnia 2015
eklezja
Długie przerwy.
W pisaniu, w przeżywaniu, w życiu duchowym.
Na szczęście, dzięki Bożemu miłosierdziu, wracam na odpowiedni kurs. Nawet jeśli bardzo powoli.
Póki co w spisie lektur od początku roku trochę Tereski (w tym Listy), a aktualnie Siedmiopiętrowa góra Mertona. Myślę sobie, że zetknięcie się z czyimś doświadczeniem duchowym, spojrzenie na czyjąś drogę do Boga jest czasem potrzebne. Pewnie dlatego Pan Bóg złączył nas w Kościół. Żeby było łatwiej. Bogaciej. Żeby móc podpatrzeć dobre wzorce albo, przeciwnie, uniknąć tych nienajlepszych.
Dobrze mieć też wokół siebie ludzi, którzy dają świadectwo Prawdzie. Którzy nie boją się stanąć wobec Boga i ludzi jednocześnie. Dobrze jest być obok ludzi (czy może z ludźmi), którzy stawiają Boga na pierwszym miejscu i aż emanują szczęściem z tego płynącym.
Dobrze być w Kościele.
W pisaniu, w przeżywaniu, w życiu duchowym.
Na szczęście, dzięki Bożemu miłosierdziu, wracam na odpowiedni kurs. Nawet jeśli bardzo powoli.
Póki co w spisie lektur od początku roku trochę Tereski (w tym Listy), a aktualnie Siedmiopiętrowa góra Mertona. Myślę sobie, że zetknięcie się z czyimś doświadczeniem duchowym, spojrzenie na czyjąś drogę do Boga jest czasem potrzebne. Pewnie dlatego Pan Bóg złączył nas w Kościół. Żeby było łatwiej. Bogaciej. Żeby móc podpatrzeć dobre wzorce albo, przeciwnie, uniknąć tych nienajlepszych.
Dobrze mieć też wokół siebie ludzi, którzy dają świadectwo Prawdzie. Którzy nie boją się stanąć wobec Boga i ludzi jednocześnie. Dobrze jest być obok ludzi (czy może z ludźmi), którzy stawiają Boga na pierwszym miejscu i aż emanują szczęściem z tego płynącym.
Dobrze być w Kościele.
piątek, 11 października 2013
in Te Domine speravi
Czytam aktualnie Pokonaj swojego Goliata Maxa Lucado. Dziś dzięki tej książce dokonałam epokowego odkrycia. Przynajmniej jeśli chodzi o moje życie.
Jezus płakał. Smucił się. Przeżywał po ludzku ból związany ze stratą bliskiego człowieka. On wie, czym jest ból. On to rozumie. On nie jest daleko od tego, wyizolowany, w sterylnych warunkach Boskiej egzystencji. On naprawdę wie, co to jest ból i że człowiek może od niego upaść. On nie trzyma się z daleka, obserwując cierpiącego człowieka jak laboratoryjnego szczura podczas testów. On doskonale wie, On nie musi się przyglądać. On wchodzi w to cierpienie, On zna ten ból. I ponieważ sam dał upust temu bólowi, to ja także mogę to zrobić. Z tego morza smutku On mnie wydźwignie, dając mi nadzieję.
W Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki!
Jezus płakał. Smucił się. Przeżywał po ludzku ból związany ze stratą bliskiego człowieka. On wie, czym jest ból. On to rozumie. On nie jest daleko od tego, wyizolowany, w sterylnych warunkach Boskiej egzystencji. On naprawdę wie, co to jest ból i że człowiek może od niego upaść. On nie trzyma się z daleka, obserwując cierpiącego człowieka jak laboratoryjnego szczura podczas testów. On doskonale wie, On nie musi się przyglądać. On wchodzi w to cierpienie, On zna ten ból. I ponieważ sam dał upust temu bólowi, to ja także mogę to zrobić. Z tego morza smutku On mnie wydźwignie, dając mi nadzieję.
W Tobie, Panie, zaufałem, nie zawstydzę się na wieki!
wtorek, 4 czerwca 2013
wznoszę duszę moją
Dwie impresje.
Pierwsza impresja z wczoraj, ze spowiedzi. W konfesjonale siedzi ojciec-dziadunio, przygarbiony, uśmiechnięty. Mówi do mnie "dziewczynko" i że wszystko dobrze - że miesiąc temu byłam u spowiedzi, że odprawiłam pokutę, że przychodzę teraz. Wyznaję swoje grzechy, a ojciec-dziadunio przy każdym z nich mówi: ja cię nie potępiam. W połączeniu z "dziewczynką" i z tym, że wszystko "dobrze", wydawało mi się to pocieszne i miłe. Dopóki pod koniec spowiedzi nie uświadomiłam sobie, że to Jezus pierwszy powiedział Ja cię nie potępiam. Powiedział to do jawnogrzesznicy, która nawet nie musiała mówić głośno o swoich występkach. I że tak naprawdę mówi tak samo do mnie w tym momencie, kiedy ja przychodzę do Niego i nie wiem, gdzie oczy podziać. Mówi to do mnie ustami ojca-dziadunia, może dlatego, że do tej pory jakoś tego nie rozumiałam. Ja cię nie potępiam. Alleluja!
Druga impresja z dzisiaj, związana z Ewangelią czytaną na mszy (Mk 12,13-17). Chrystus, obejrzawszy denara, każe oddać go temu, do kogo on należy - Cezarowi. Jednocześnie jednak mówi, żeby Bogu oddać to, co należy do Boga. To, co ma na sobie obraz Boga, co jest do Niego przypisane. O czym innym może mówić, jeśli nie o człowieku, stworzonym przecież właśnie na obraz Boga, a szczególnie o chrześcijaninie, który nosi na sercu niezatarte znamię chrztu? Bóg pragnie mnie, Bóg się o mnie upomina. Nic tak nie należy do Niego, jak właśnie ja - Jego obraz i podobieństwo! Alleluja!
Pierwsza impresja z wczoraj, ze spowiedzi. W konfesjonale siedzi ojciec-dziadunio, przygarbiony, uśmiechnięty. Mówi do mnie "dziewczynko" i że wszystko dobrze - że miesiąc temu byłam u spowiedzi, że odprawiłam pokutę, że przychodzę teraz. Wyznaję swoje grzechy, a ojciec-dziadunio przy każdym z nich mówi: ja cię nie potępiam. W połączeniu z "dziewczynką" i z tym, że wszystko "dobrze", wydawało mi się to pocieszne i miłe. Dopóki pod koniec spowiedzi nie uświadomiłam sobie, że to Jezus pierwszy powiedział Ja cię nie potępiam. Powiedział to do jawnogrzesznicy, która nawet nie musiała mówić głośno o swoich występkach. I że tak naprawdę mówi tak samo do mnie w tym momencie, kiedy ja przychodzę do Niego i nie wiem, gdzie oczy podziać. Mówi to do mnie ustami ojca-dziadunia, może dlatego, że do tej pory jakoś tego nie rozumiałam. Ja cię nie potępiam. Alleluja!
Druga impresja z dzisiaj, związana z Ewangelią czytaną na mszy (Mk 12,13-17). Chrystus, obejrzawszy denara, każe oddać go temu, do kogo on należy - Cezarowi. Jednocześnie jednak mówi, żeby Bogu oddać to, co należy do Boga. To, co ma na sobie obraz Boga, co jest do Niego przypisane. O czym innym może mówić, jeśli nie o człowieku, stworzonym przecież właśnie na obraz Boga, a szczególnie o chrześcijaninie, który nosi na sercu niezatarte znamię chrztu? Bóg pragnie mnie, Bóg się o mnie upomina. Nic tak nie należy do Niego, jak właśnie ja - Jego obraz i podobieństwo! Alleluja!
czwartek, 21 lutego 2013
wszyscy jesteśmy heretykami
Natknęłam się właśnie na wywiad z profesorem Janem Hartmanem. Zasmucił mnie niepomiernie.
Ja rozumiem, że o chrześcijaństwie mówią nie tylko chrześcijanie, o katolicyzmie nie tylko katolicy. Rozumiem też, że jest to uprawnione, bo nie trzeba być ptakiem, żeby być ornitologiem. Nie rozumiem jednak, dlaczego człowiek, który nie ma zielonego pojęcia o doktrynie chrześcijańskiej, dogmatach, historii Kościoła, wypowiada się z taką stanowczością i pozorowaną znajomością tematu w sprawie, która tak naprawdę go nie dotyczy.
Jeśli człowiek z tytułem profesora wypowiada się publicznie, to mam chyba prawo oczekiwać, że ponad swoimi poglądami wykaże się pewną fundamentalną wiedzą. Na przykład nie powie, że rozróżnienie na dobro i zło, wyodrębnienie szatana, pochodzi z gnostycyzmu i nie występowało w jakimś pierwotnym chrześcijaństwie (czymkolwiek by ono było). Nie powie też, że 1 listopada obchodzimy święto przodków. Ani, że Maria i jej matka były dziewicami. Nie trzeba w to wierzyć, żeby mieć na ten temat wiedzę. To wszystko jest do przeczytania w ogólnodostępnych źródłach, nie jest to żadna wiedza tajemna. Człowiek z tytułem profesora powinien korzystać z ogólnodostępnych źródeł, skoro wypowiada się w temacie, który jest dla niego widocznie w jakiś sposób istotny.
A może ja po prostu za wiele wymagam?
Ja rozumiem, że o chrześcijaństwie mówią nie tylko chrześcijanie, o katolicyzmie nie tylko katolicy. Rozumiem też, że jest to uprawnione, bo nie trzeba być ptakiem, żeby być ornitologiem. Nie rozumiem jednak, dlaczego człowiek, który nie ma zielonego pojęcia o doktrynie chrześcijańskiej, dogmatach, historii Kościoła, wypowiada się z taką stanowczością i pozorowaną znajomością tematu w sprawie, która tak naprawdę go nie dotyczy.
Jeśli człowiek z tytułem profesora wypowiada się publicznie, to mam chyba prawo oczekiwać, że ponad swoimi poglądami wykaże się pewną fundamentalną wiedzą. Na przykład nie powie, że rozróżnienie na dobro i zło, wyodrębnienie szatana, pochodzi z gnostycyzmu i nie występowało w jakimś pierwotnym chrześcijaństwie (czymkolwiek by ono było). Nie powie też, że 1 listopada obchodzimy święto przodków. Ani, że Maria i jej matka były dziewicami. Nie trzeba w to wierzyć, żeby mieć na ten temat wiedzę. To wszystko jest do przeczytania w ogólnodostępnych źródłach, nie jest to żadna wiedza tajemna. Człowiek z tytułem profesora powinien korzystać z ogólnodostępnych źródeł, skoro wypowiada się w temacie, który jest dla niego widocznie w jakiś sposób istotny.
A może ja po prostu za wiele wymagam?
środa, 30 stycznia 2013
gdyby
Czytanie z dzisiejszych nieszporów.
Nie każde Jego działanie jest jasne, oczywiste i definiowalne w kategoriach naszego wielkiego, ale jednak ułomnego rozumu. Jego działanie odbywa się w nas, w każdym z nas, w świętych i nieświętych, w mądrych i głupich. Jego działanie przekracza spełnianie naszych próśb. Możemy dostać takie dobra, o jakich nie śmieliśmy marzyć, o jakie nie umieliśmy prosić. I to wszystko za tak niewiele - za chwałę po wszystkie czasy.
To niesamowite, ale naprawdę działa. Kiedy chwalisz Go, więcej widzisz. Kiedy więcej widzisz, to zwykle też i więcej chwalisz. A kiedy więcej chwalisz...
A jakoś mało w nas wielbienia. No dobra. We mnie. Ciągle tylko daj i wybacz na zmianę, aż do obrzydzenia. Gdyby tak umieć Go chwalić. Gdyby tak móc Go chwalić w wieczności.
Bogu, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków. Amen
Ef 3, 20-21
Nie każde Jego działanie jest jasne, oczywiste i definiowalne w kategoriach naszego wielkiego, ale jednak ułomnego rozumu. Jego działanie odbywa się w nas, w każdym z nas, w świętych i nieświętych, w mądrych i głupich. Jego działanie przekracza spełnianie naszych próśb. Możemy dostać takie dobra, o jakich nie śmieliśmy marzyć, o jakie nie umieliśmy prosić. I to wszystko za tak niewiele - za chwałę po wszystkie czasy.
To niesamowite, ale naprawdę działa. Kiedy chwalisz Go, więcej widzisz. Kiedy więcej widzisz, to zwykle też i więcej chwalisz. A kiedy więcej chwalisz...
A jakoś mało w nas wielbienia. No dobra. We mnie. Ciągle tylko daj i wybacz na zmianę, aż do obrzydzenia. Gdyby tak umieć Go chwalić. Gdyby tak móc Go chwalić w wieczności.
sobota, 22 grudnia 2012
opoką
Przeczytane dziś w ramach kończenia własnych, prywatnych, czytanych rekolekcji.
Ten fragment, w połączeniu z tym, co zostało napisane kawałek przed nim, przypomniał mi pewną rozmowę z Ł. niedługo po śmierci mojej mamy. Była wtedy mowa o zrozumieniu sensu tego wydarzenia. Wtedy byłam święcie przekonana, że doskonale rozumiem jego sens - wszak było to wysłuchanie mojej modlitwy o dzianie się Bożej woli. W jakiejś mierze pewnie też. Ten fragment uświadomił mi, że być może w tym całym szaleństwie była metoda - zwrócenia mnie ku Bogu ze słowami psalmu 62: Jedynie w Bogu spokój znajduje ma dusza, bo od niego przychodzi moje zbawienie. Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, On moją twierdzą, więc się nie zachwieję. Bez takiej świadomości każda modlitwa byłaby jednym wielkim przekłamaniem.
A więc... Jedynie w Bogu szukaj spokoju, duszo moja, bo od Niego pochodzi moja nadzieja. Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, On moją twierdzą, więc się nie zachwieję.
Naszym jedynym prawdziwym bezpieczeństwem jest prawda o tym, że Boże miłosierdzie nie zna granic. Bóg jest nieskończenie dobry i wierny, jest, jak mówi Pismo Święte, naszą jedyną skałą. Wszystko inne: zdrowie, wykształcenie, dyplomy, przyjaciele, nasze osobiste siły i cnoty, może nas opuścić. Trzeba być realistą! Wszystkie te rzeczy są oczywiście dobre, cenne jest dysponowanie pewnymi zabezpieczeniami finansowymi, stabilnością uczuciową, dobrym wykształceniem, doświadczeniem, posiadanie do swojej dyspozycji przyjaciół, przewodnika duchowego, wspólnoty, z przynależenia do której jesteśmy zadowoleni, itd. Należy je przyjąć,a nawet starać je sobie zapewnić, tak jak to tylko możliwe, ale nigdy nie należy czynić z nich swojego ostatecznego oparcia. Ponieważ tylko sam Bóg jest naszym całkowitym zabezpieczeniem. Wszystko inne jest względne. Jest to fundamentalny punkt doświadczenia nadziei: doświadczyć pewnego ubóstwa, osłabienia na różnych polach (na szczęście nie na wszystkich jednocześnie!) po to, aby nauczyć się odnajdywać swe prawdziwe bezpieczeństwo w Bogu. Bóg nigdy nas nie opuści. (...)
(Jacques Philippe Mała droga ufności Teresy z Lisieux)
Ten fragment, w połączeniu z tym, co zostało napisane kawałek przed nim, przypomniał mi pewną rozmowę z Ł. niedługo po śmierci mojej mamy. Była wtedy mowa o zrozumieniu sensu tego wydarzenia. Wtedy byłam święcie przekonana, że doskonale rozumiem jego sens - wszak było to wysłuchanie mojej modlitwy o dzianie się Bożej woli. W jakiejś mierze pewnie też. Ten fragment uświadomił mi, że być może w tym całym szaleństwie była metoda - zwrócenia mnie ku Bogu ze słowami psalmu 62: Jedynie w Bogu spokój znajduje ma dusza, bo od niego przychodzi moje zbawienie. Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, On moją twierdzą, więc się nie zachwieję. Bez takiej świadomości każda modlitwa byłaby jednym wielkim przekłamaniem.
A więc... Jedynie w Bogu szukaj spokoju, duszo moja, bo od Niego pochodzi moja nadzieja. Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, On moją twierdzą, więc się nie zachwieję.
niedziela, 9 grudnia 2012
przygotujcie drogę Panu
Przygotowujemy się na Jego przyjście. Trzeba być gotowym, bo w chwili, której się nie domyślamy...
Wczoraj wieczorem w Ewangelii wg św. Mateusza znalazłam fragment, który można w tym kluczu zinterpretować. Chodzi o początek opisu drugiego rozmnożenia chleba (Mt 15,32-36). Jezus mówi do swoich uczniów: popatrzcie, ktoś potrzebuje pomocy. I za chwilę, kiedy uczniowie wykazują się znowu niewielką inteligencją, daje im znak, że jeśli tylko trochę się zmobilizują, to On im pomoże we wszystkim.
Może trzeba przygotowywać się także i na to, że w każdej chwili Chrystus może stanąć koło mnie i powiedzieć: popatrz, ktoś potrzebuje pomocy, zrób coś! Chrystus działa naszymi rękami. Czy te ręce są stale gotowe do bycia rękami Boga?
Wczoraj wieczorem w Ewangelii wg św. Mateusza znalazłam fragment, który można w tym kluczu zinterpretować. Chodzi o początek opisu drugiego rozmnożenia chleba (Mt 15,32-36). Jezus mówi do swoich uczniów: popatrzcie, ktoś potrzebuje pomocy. I za chwilę, kiedy uczniowie wykazują się znowu niewielką inteligencją, daje im znak, że jeśli tylko trochę się zmobilizują, to On im pomoże we wszystkim.
Może trzeba przygotowywać się także i na to, że w każdej chwili Chrystus może stanąć koło mnie i powiedzieć: popatrz, ktoś potrzebuje pomocy, zrób coś! Chrystus działa naszymi rękami. Czy te ręce są stale gotowe do bycia rękami Boga?
poniedziałek, 19 listopada 2012
małe jest wielkie
Czytając kolejne doniesienia o projektach prawa zezwalającego parom homoseksualnym na adopcję dzieci, pomyślałam sobie nagle, że w przedziwny sposób łączy się ten temat z problemem zapłodnienia in vitro. Ogólnie rzecz biorąc, nie lubię wrzucania aborcji, eutanazji, antykoncepcji, in vitro i homoseksualizmu do jednego worka Sodomy i Gomory, ale tym razem chyba się przełamię.
Pomyślałam sobie bowiem, że i zapłodnienie in vitro, i adopcja dzieci przez pary homoseksualne, są wyrazem przerażającej tendencji uprzedmiotowienia dziecka. Dziecko ma być odpowiedzią na moje osobiste potrzeby. Przestaje być osobą - podmiotem, staje się rzeczą - przedmiotem. Można go nabyć - idąc do ośrodka adopcyjnego albo do tak zwanej kliniki leczenia niepłodności. Można go zostawić, kiedy przestanie być użyteczny. Mam silne wrażenie, że dla środowisk homoseksualnych kwestia adopcji dzieci jest właśnie zaradzaniem ich osobistym potrzebom. Jeśli wierzyć wypowiedzi z tego artkułu, wiele par homoseksualnych (przynajmniej we Francji) naprawdę nie chce adoptować dziecka, uważając, że powinno ono wychowywać się w rodzinie, to znaczy z mamą i tatą. O co zatem chodzi? Czy nie jest tak, że zgoda na adopcję dzieci przez takie pary będzie po prostu zrównaniem ich praw z prawami rodzin na całej linii? Czy nie jest to gra dzieckiem - żywą, czującą, myślącą osobą o własnej godności - dla uzyskania jakiegoś swojego celu? W tym wypadku cel ten wydaje się raczej czysto polityczny, może trochę kulturowy. W przypadku zapłodnienia in vitro jest on bardziej spersonalizowany. To ci konkretni rodzice mają jakieś potrzeby, które chcą zrealizować za pomocą dziecka.
Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na dobro dziecka, rozumiane jako poszanowanie jego godności i natury?
Pomyślałam sobie bowiem, że i zapłodnienie in vitro, i adopcja dzieci przez pary homoseksualne, są wyrazem przerażającej tendencji uprzedmiotowienia dziecka. Dziecko ma być odpowiedzią na moje osobiste potrzeby. Przestaje być osobą - podmiotem, staje się rzeczą - przedmiotem. Można go nabyć - idąc do ośrodka adopcyjnego albo do tak zwanej kliniki leczenia niepłodności. Można go zostawić, kiedy przestanie być użyteczny. Mam silne wrażenie, że dla środowisk homoseksualnych kwestia adopcji dzieci jest właśnie zaradzaniem ich osobistym potrzebom. Jeśli wierzyć wypowiedzi z tego artkułu, wiele par homoseksualnych (przynajmniej we Francji) naprawdę nie chce adoptować dziecka, uważając, że powinno ono wychowywać się w rodzinie, to znaczy z mamą i tatą. O co zatem chodzi? Czy nie jest tak, że zgoda na adopcję dzieci przez takie pary będzie po prostu zrównaniem ich praw z prawami rodzin na całej linii? Czy nie jest to gra dzieckiem - żywą, czującą, myślącą osobą o własnej godności - dla uzyskania jakiegoś swojego celu? W tym wypadku cel ten wydaje się raczej czysto polityczny, może trochę kulturowy. W przypadku zapłodnienia in vitro jest on bardziej spersonalizowany. To ci konkretni rodzice mają jakieś potrzeby, które chcą zrealizować za pomocą dziecka.
Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na dobro dziecka, rozumiane jako poszanowanie jego godności i natury?
piątek, 27 lipca 2012
balonik
Pan Bóg na pewno dobrze wie, co w męczeństwie Jego wyznawców płynęło z Jego Ducha i czy nie było tam czysto psychicznego, a więc bezwartościowego duchowo, nadmuchiwania się.
Jacek Salij OP, Zło, cierpienie, nadzieja
Myślę sobie, że to jest niesamowicie silna pokusa: osiągnąć dzięki wierze komfort emocjonalny czy psychiczny. Że ja to już jestem tak blisko Boga, że bliżej to się chyba nie da. A nawet jeśli się da, to przecież jest mi tak dobrze, że wszyscy powinni mnie naśladować, a na pewno trafią do Boga tak, jak i ja.
To brzmi raczej jak groźba. Myślę, że jednym z kroków w stronę nawrócenia jest zrozumienie i uznanie, że wiara nie służy do zaspokojenia emocjonalnych braków czy zaleczenia psychicznych zranień. Ona pewnie może doprowadzić do dobrych skutków w tych dziedzinach, ale nie to jest przecież jej celem.
poniedziałek, 23 lipca 2012
o żesz, stół zakratowany!
Myśli-perełki z wczorajszej spowiedzi.
Imię Boże niesie za sobą konkretną treść, skrywa pewną rzeczywistość. Nadużywanie go powoduje wyświechtanie tej treści, zbanalizowanie tej rzeczywistości.
Zbanalizowanie rzeczywistości sacrum powoduje (albo przynajmniej powodować może) zbanalizowanie wszystkiego, co się z nią łączy - z modlitwą na czele.
Zbanalizowanie modlitwy, czyli składowej relacji z Bogiem, powoduje (albo przynajmniej może powodować) zbanalizowanie - czyli wypaczenie - relacji z drugim człowiekiem.
A stąd już niedaleko do odrzucenia Chrystusa, obecnego przecież w tym drugim człowieku, moim bliźnim.
Wniosek końcowy: sprawdza się zdanie, że karą za grzech jest grzech.
Imię Boże niesie za sobą konkretną treść, skrywa pewną rzeczywistość. Nadużywanie go powoduje wyświechtanie tej treści, zbanalizowanie tej rzeczywistości.
Zbanalizowanie rzeczywistości sacrum powoduje (albo przynajmniej powodować może) zbanalizowanie wszystkiego, co się z nią łączy - z modlitwą na czele.
Zbanalizowanie modlitwy, czyli składowej relacji z Bogiem, powoduje (albo przynajmniej może powodować) zbanalizowanie - czyli wypaczenie - relacji z drugim człowiekiem.
A stąd już niedaleko do odrzucenia Chrystusa, obecnego przecież w tym drugim człowieku, moim bliźnim.
Wniosek końcowy: sprawdza się zdanie, że karą za grzech jest grzech.
"Grzech sam w sobie jest karą" - powiada mądre przysłowie. To prawda, że czasem działa on jak narkotyk i może dać człowiekowi na jakiś czas poczucie szczęścia i spełnienia, ale obiektywnie każdy grzech zmienia sytuację człowieka na gorsze. Toteż najbardziej tragiczną i przeklętą karą za grzech jest to, że otwiera on wrota do grzechów następnych.
Jacek Salij OP, Zło, cierpienie, nadzieja
czwartek, 29 marca 2012
powrót
Jest taki poziom relacji z Bogiem, że da się ją wyrazić tylko przed Nim i przed sobą. Maksymalna intymność. Można mówić o owocach, ale nie o samej relacji, bo ona wymyka się wszelkim słowom, wszelkim obiektywizacjom.
I rewelacyjne rekolekcje Tischnera, w których padają słowa, że Bóg jest zawsze inny, że Bóg nie jest w naszej pamięci, że nie jest w czymkolwiek, co znamy. Jest zawsze przed nami. Jakiekolwiek doświadczenie Boga mieliśmy kiedyś, Bóg już w nim nie jest - jest teraz, jest właśnie w tym doświadczeniu. Choćby to była najczarniejsza ciemność, najsmutniejsza pustka. Bóg jest zawsze przed nami.
I rewelacyjne rekolekcje Tischnera, w których padają słowa, że Bóg jest zawsze inny, że Bóg nie jest w naszej pamięci, że nie jest w czymkolwiek, co znamy. Jest zawsze przed nami. Jakiekolwiek doświadczenie Boga mieliśmy kiedyś, Bóg już w nim nie jest - jest teraz, jest właśnie w tym doświadczeniu. Choćby to była najczarniejsza ciemność, najsmutniejsza pustka. Bóg jest zawsze przed nami.
środa, 1 lutego 2012
powiew nowości
W związku z zatwierdzeniem przez Stolicę Apostolską (po wielu latach badań) Statutu Drogi Neokatechumenalnej zastanawiam się intensywnie nad tym dziełem.
W czasach odpowiedzialności za Szkołę Odnowy Wiary (czyt. w zeszłym roku) kilkukrotnie przyszło mi się zetknąć z tym tematem. W kategorii liturgii prezentowałam (-łyśmy) neokatechumenat jako przykład wydziwiania i samowolki. I rzeczywiście w pewnym sensie tak jest. Nawet obecne zatwierdzenie niektórych elementów celebracji nie oznacza, że całość poczynań Drogi jest w porządku.
Z drugiej jednak strony, moje stanowisko od jakiegoś czasu zbliża się do zdania Marcina Jakimowicza. Nie podoba mi się nagonka tradycjonalistów na neonów, ciągłe obrzucanie ich błotem. Czasem sobie myślę, że przy całej słabości strony liturgicznej, Droga robi dużo więcej dobrego dla Kościoła powszechnego niż ci wszyscy krytycy posoborowia. A ostatecznie po owocach ich poznacie, jak to pisze pan Jakimowicz.
Może rzeczywiście, zamiast się frustrować, jak to płytko różne ruchy traktują chrześcijaństwo, warto dostrzec, że, podobnie jak nauka pływania wcale nie zaczyna się od nurkowania, ale od utrzymywania się na wodzie, tak też wygląda rozwój duchowy. Nie wejdzie głębiej ten, kto nie czuje się pewnie na powierzchni.
W czasach odpowiedzialności za Szkołę Odnowy Wiary (czyt. w zeszłym roku) kilkukrotnie przyszło mi się zetknąć z tym tematem. W kategorii liturgii prezentowałam (-łyśmy) neokatechumenat jako przykład wydziwiania i samowolki. I rzeczywiście w pewnym sensie tak jest. Nawet obecne zatwierdzenie niektórych elementów celebracji nie oznacza, że całość poczynań Drogi jest w porządku.
Z drugiej jednak strony, moje stanowisko od jakiegoś czasu zbliża się do zdania Marcina Jakimowicza. Nie podoba mi się nagonka tradycjonalistów na neonów, ciągłe obrzucanie ich błotem. Czasem sobie myślę, że przy całej słabości strony liturgicznej, Droga robi dużo więcej dobrego dla Kościoła powszechnego niż ci wszyscy krytycy posoborowia. A ostatecznie po owocach ich poznacie, jak to pisze pan Jakimowicz.
Może rzeczywiście, zamiast się frustrować, jak to płytko różne ruchy traktują chrześcijaństwo, warto dostrzec, że, podobnie jak nauka pływania wcale nie zaczyna się od nurkowania, ale od utrzymywania się na wodzie, tak też wygląda rozwój duchowy. Nie wejdzie głębiej ten, kto nie czuje się pewnie na powierzchni.
czwartek, 29 września 2011
anielsko
W związku z dzisiejszym świętem spróbowałam wyguglować coś na temat Archaniołów. Jedną z pierwszych stron, jakie się wyświetliły, była ta, tworzona przez niejaką panią Andrzejewską. To, co tam znalazłam, zadziwiło mnie niepomiernie. Po krótkim przeglądzie innych podstron nieco mi się rozjaśniło pod kopułą.
Na podstronie o aniołach autorka strony pisze tak: W moim życiu Anioły zajmują szczególne miejsce. Są dla mnie Światłem, są wsparciem i są czymś więcej: nadzieją, ze nasze modlitwy, westchnienia i marzenia o duchowości odnajdują sens. Piszę często, ze wierzę w Anioły, ale zgodnie z definicją w moim stosunku do Aniołów nie ma wcale wiary - jest pewność, miłość i wiedza, bo są One dla mnie tak oczywiste, jak drzewo rosnące za oknem. Od kiedy jest mi dane odczuwać inne energie, odbierać ich obecność, kwestia kontaktu i obcowania z Aniołami przestała być rozważana jako wiara lub nie. To raczej doświadczanie. Na początku uczyłam się rozpoznawać co manifestuje się obok, jakiego rodzaju energia, jak się przejawia, czego chce - jeśli w ogóle czegoś chce. Potem latami uczyłam się pracować najpierw z niższymi energiami - bo to rzecz jasna trudniejsze - potem z Aniołami. Dzisiaj już wiem, kiedy się pojawiają... Zweryfikowałam swoją wiedzę z innymi osobami, które mają podobny lub całkiem inny dar odbioru niewidzialnych energii. To na pewno w znacznym stopniu pomaga pracować z Aniołami. Coś już świta?
Jeśli dodamy do tego niejakie Karty Anielskie, astrologię, czakry, żywioły i inne niesamowitości, o których autorka szeroko się rozpisuje, sytuacja staje się jasna.
Czy w człowieku, będącym wszak homo religiosus, głód religii jest tak silny, że musi tworzyć swoją własną, żeby się w pełni odnaleźć? Chyba należałoby zapytać, o jakie odnalezienie chodzi - o odnalezienie siebie w religii czy odnalezienie religii w sobie?
Jeśli celem takiego gmatwania jest odnalezienie religii w sobie, to po cóż sięgać po byty i pojęcia pochodzące z innych, zewnętrznych religii? Nauka o aniołach ma proweniencję żydowską, została również rozwinięta przez chrześcijan. Czakry to pojęcie systemów wschodnich. Czy kompilowanie ich ze sobą i z innymi jest odnajdywaniem religii (duchowości) w sobie, czy może tworzeniem bytu fałszywego - wewnętrznie sprzecznego? (Fałszywego już choćby przez to, że immanencję, wewnętrzność, beztrosko przemienia z transcendencją, zewnętrznością).
Tu wychodzi to założenie religii chrześcijańskiej, które gwarantuje jej obiektywność, mianowicie założenie transcendencji Boga, Absolutu, wobec Jego stworzeń. Boga, a więc także duchowości i zbudowanej na niej religii, nie można szukać tylko w sobie, skoro Bóg ze Swej natury jest na zewnątrz. Duchowość zatem, realizująca się w każdym poszczególnym człowieku, jest czymś wobec niego zewnętrznym, bo odzwierciedla Boga w człowieku w ogóle, w ludzkości, jeśli można tak powiedzieć. Dlatego chrześcijaństwo nie poszukuje na siłę tego, co wygodne. Transcendencja, a także związana z nią obiektywność, nie musi być wygodna. Ona po prostu jest.
Archaniołowie Michale, Gabrielu i Rafale, módlcie się za nami!
Na podstronie o aniołach autorka strony pisze tak: W moim życiu Anioły zajmują szczególne miejsce. Są dla mnie Światłem, są wsparciem i są czymś więcej: nadzieją, ze nasze modlitwy, westchnienia i marzenia o duchowości odnajdują sens. Piszę często, ze wierzę w Anioły, ale zgodnie z definicją w moim stosunku do Aniołów nie ma wcale wiary - jest pewność, miłość i wiedza, bo są One dla mnie tak oczywiste, jak drzewo rosnące za oknem. Od kiedy jest mi dane odczuwać inne energie, odbierać ich obecność, kwestia kontaktu i obcowania z Aniołami przestała być rozważana jako wiara lub nie. To raczej doświadczanie. Na początku uczyłam się rozpoznawać co manifestuje się obok, jakiego rodzaju energia, jak się przejawia, czego chce - jeśli w ogóle czegoś chce. Potem latami uczyłam się pracować najpierw z niższymi energiami - bo to rzecz jasna trudniejsze - potem z Aniołami. Dzisiaj już wiem, kiedy się pojawiają... Zweryfikowałam swoją wiedzę z innymi osobami, które mają podobny lub całkiem inny dar odbioru niewidzialnych energii. To na pewno w znacznym stopniu pomaga pracować z Aniołami. Coś już świta?
Jeśli dodamy do tego niejakie Karty Anielskie, astrologię, czakry, żywioły i inne niesamowitości, o których autorka szeroko się rozpisuje, sytuacja staje się jasna.
Czy w człowieku, będącym wszak homo religiosus, głód religii jest tak silny, że musi tworzyć swoją własną, żeby się w pełni odnaleźć? Chyba należałoby zapytać, o jakie odnalezienie chodzi - o odnalezienie siebie w religii czy odnalezienie religii w sobie?
Jeśli celem takiego gmatwania jest odnalezienie religii w sobie, to po cóż sięgać po byty i pojęcia pochodzące z innych, zewnętrznych religii? Nauka o aniołach ma proweniencję żydowską, została również rozwinięta przez chrześcijan. Czakry to pojęcie systemów wschodnich. Czy kompilowanie ich ze sobą i z innymi jest odnajdywaniem religii (duchowości) w sobie, czy może tworzeniem bytu fałszywego - wewnętrznie sprzecznego? (Fałszywego już choćby przez to, że immanencję, wewnętrzność, beztrosko przemienia z transcendencją, zewnętrznością).
Tu wychodzi to założenie religii chrześcijańskiej, które gwarantuje jej obiektywność, mianowicie założenie transcendencji Boga, Absolutu, wobec Jego stworzeń. Boga, a więc także duchowości i zbudowanej na niej religii, nie można szukać tylko w sobie, skoro Bóg ze Swej natury jest na zewnątrz. Duchowość zatem, realizująca się w każdym poszczególnym człowieku, jest czymś wobec niego zewnętrznym, bo odzwierciedla Boga w człowieku w ogóle, w ludzkości, jeśli można tak powiedzieć. Dlatego chrześcijaństwo nie poszukuje na siłę tego, co wygodne. Transcendencja, a także związana z nią obiektywność, nie musi być wygodna. Ona po prostu jest.
Archaniołowie Michale, Gabrielu i Rafale, módlcie się za nami!
poniedziałek, 26 września 2011
tak nas, Chryste, w Swoim złącz Kościele
Moja praca licencjacka, już przecież napisana i obroniona, ciągle daje o sobie znać.
Doświadczenie Boga, będące doświadczeniem wiary, wymaga pewnej obiektywizacji, aby można je było przedstawić drugiemu człowiekowi. Skrajna indywidualizacja spotkania z Bogiem czyni z niego prywatną religię. Każdy może mieć swoją religię, bo przecież każdy z nas inaczej Boga doświadcza. Właśnie o to chodzi św. Pawłowi. Doświadczamy Boga indywidualnie, ale nie w oderwaniu od całości naszego życia i naszego otoczenia. Wszak chwilę wcześniej w tym samym liście mowa jest o tym, że wszyscy jesteśmy Ciałem Chrystusa. Oko doświadcza rzeczywistości inaczej niż ręka, ale to doświadczenie staje się w jakiś sposób dostępne dla ręki - za pośrednictwem umysłu - właśnie po to, aby i ona mogła działać zgodnie ze swoją naturą. Doświadczenie wiary, polegające na spotkaniu z Bogiem konkretnego człowieka, musi również być w pewien sposób - za pomocą umysłu - obiektywizowane i udostępnianie innym ludziom. Są oni przecież innymi członkami tego samego Ciała, do którego i ja należę.
Jeśli bowiem modlę się pod wpływem daru języków, duch mój wprawdzie się modli, ale umysł nie odnosi żadnych korzyści. Cóż przeto pozostaje? Będę się modlił duchem, ale będę się też modlił i umysłem; będę śpiewał duchem, będę też śpiewał i umysłem. Bo jeśli będziesz błogosławił w duchu, jakże na twoje błogosławieństwo odpowie 'Amen' ktoś niewtajemniczony, skoro nie rozumie tego, co ty mówisz? Zapewne piękne jest twoje dziękczynienie, lecz drugi tym się nie zbuduje.
1 Kor 14,14-17
Doświadczenie Boga, będące doświadczeniem wiary, wymaga pewnej obiektywizacji, aby można je było przedstawić drugiemu człowiekowi. Skrajna indywidualizacja spotkania z Bogiem czyni z niego prywatną religię. Każdy może mieć swoją religię, bo przecież każdy z nas inaczej Boga doświadcza. Właśnie o to chodzi św. Pawłowi. Doświadczamy Boga indywidualnie, ale nie w oderwaniu od całości naszego życia i naszego otoczenia. Wszak chwilę wcześniej w tym samym liście mowa jest o tym, że wszyscy jesteśmy Ciałem Chrystusa. Oko doświadcza rzeczywistości inaczej niż ręka, ale to doświadczenie staje się w jakiś sposób dostępne dla ręki - za pośrednictwem umysłu - właśnie po to, aby i ona mogła działać zgodnie ze swoją naturą. Doświadczenie wiary, polegające na spotkaniu z Bogiem konkretnego człowieka, musi również być w pewien sposób - za pomocą umysłu - obiektywizowane i udostępnianie innym ludziom. Są oni przecież innymi członkami tego samego Ciała, do którego i ja należę.
piątek, 9 września 2011
apostolsko
Zdanie na dziś:
Pan Bóg jest genialny.
I nawet podczas lektury Pisma świętego prześladuje mnie moja praca licencjacka ((...) wydał ich na pastwę na nic niezdatnego rozumu).
On sam jest sprawiedliwy i usprawiedliwia każdego, który żyje dzięki wierze w Jezusa. (Rz 3,26)
To wszystko tak pięknie się przenika, tak się układa. Nieogarniona wielkość mądrości, szał wzajemnych powiązań. Aż się prosi, żeby przytoczyć znalezioną dziś na facebooku krótką wymianę między dwoma znajomymi dominikanami:
Ojciec 1: Znajomy zapytał Nowosielskiego o jakąś książkę Ratzingera, czy dobra. A malarz się zamyślił i mówi: "Taaak, ciekawa... Ale wiesz, za bardzo mu się wszystko zgadza. To podejrzane"
Krystyna Czerni, Nietoperz w świątynni (biografia J. Nowosielskiego)
Ojciec 2: Tak, tak. Wiara jest najgłębsza wtedy kiedy nic się nie zgadza. A najlepiej kiedy nie zgadza się z tym co głosi Kościół, szczególnie katolicki. Nowosielski może i był wybitnym artystą, ale nie był wybitnym teologiem. Sorry, żaden autorytet.
Fakt, że Pismo jest tak doskonale zgodne wewnętrznie, nie może zasadzać się tylko na ludzkiej inteligencji. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek kiedykolwiek mógł sam według własnego klucza ułożyć to w całość tak spójną i uniwersalną. Musiał w tym maczać palce Ktoś nieskończenie mądrzejszy. Ot co.
Bo ja nie wstydzę się Ewangelii.
(Rz 1,16)
Pan Bóg jest genialny.
I nawet podczas lektury Pisma świętego prześladuje mnie moja praca licencjacka ((...) wydał ich na pastwę na nic niezdatnego rozumu).
On sam jest sprawiedliwy i usprawiedliwia każdego, który żyje dzięki wierze w Jezusa. (Rz 3,26)
To wszystko tak pięknie się przenika, tak się układa. Nieogarniona wielkość mądrości, szał wzajemnych powiązań. Aż się prosi, żeby przytoczyć znalezioną dziś na facebooku krótką wymianę między dwoma znajomymi dominikanami:
Ojciec 1: Znajomy zapytał Nowosielskiego o jakąś książkę Ratzingera, czy dobra. A malarz się zamyślił i mówi: "Taaak, ciekawa... Ale wiesz, za bardzo mu się wszystko zgadza. To podejrzane"
Krystyna Czerni, Nietoperz w świątynni (biografia J. Nowosielskiego)
Ojciec 2: Tak, tak. Wiara jest najgłębsza wtedy kiedy nic się nie zgadza. A najlepiej kiedy nie zgadza się z tym co głosi Kościół, szczególnie katolicki. Nowosielski może i był wybitnym artystą, ale nie był wybitnym teologiem. Sorry, żaden autorytet.
Fakt, że Pismo jest tak doskonale zgodne wewnętrznie, nie może zasadzać się tylko na ludzkiej inteligencji. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek kiedykolwiek mógł sam według własnego klucza ułożyć to w całość tak spójną i uniwersalną. Musiał w tym maczać palce Ktoś nieskończenie mądrzejszy. Ot co.
czwartek, 1 września 2011
kochać w ciemnościach
Zastanawiam się, jak to jest, że szczęścia przychodzą pojedynczo, a nieszczęścia całymi stadami. Na szczęście jest takie jedno Szczęście, które przychodzi zawsze, regularnie, nigdy nie zapomina i nigdy się nie spóźnia.
Chociaż czytam teraz znowu o Matce Teresie z Kalkuty. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest żyć w poczuciu, że właśnie to jedno jedyne, prawdziwe Szczęście - nie przychodzi, milczy, jakby zapomniało.
Chociaż czytam teraz znowu o Matce Teresie z Kalkuty. Nie potrafię sobie wyobrazić, jak to jest żyć w poczuciu, że właśnie to jedno jedyne, prawdziwe Szczęście - nie przychodzi, milczy, jakby zapomniało.
niedziela, 28 sierpnia 2011
uświęcanie czasu
Ciągła surowość może poważnie ochłodzić emocje, a jednak brak powagi z całą pewnością umniejszyłby ducha tego dnia. Nie można wykonać drogocennego filigranu za pomocą włóczni ani zrobić operacji mózgu przy użyciu lemiesza. Trzeba zawsze pamiętać o tym, że Szabat nie jest okazją do rozrywek czy lekkomyślności; nie jest dniem puszczania fajerwerków czy fikania koziołków, ale sposobnością do naprawiania naszego złachmanionego życia: gromadzenia raczej niż trwonienia czasu. Praca bez godności jest przyczyną cierpienia; odpoczynek bez ducha jest źródłem deprawacji. I zaiste dzięki zakazom udało się uchronić od wulgaryzacji wspaniałość tego dnia.
Dwóch rzeczy lud Rzymu niecierpliwie pragnął - chleba i igrzysk. A jednak człowiek żyje nie tylko chlebem i igrzyskami. Któż nauczy go z niecierpliwością oczekiwać ducha świętego dnia?
Szabat to najbardziej drogocenny prezent, który ludzkość otrzymała ze skarbca Boga. Przez cały tydzień myślimy: duch jest zbyt daleko, a my ulegamy duchowemu lenistwu, w najlepszym wypadku modlimy się: "Ześlij nam choć trochę Twojego ducha". W dzień Szabatu duch stoi i błaga: "Przyjmijcie ode mnie całą doskonałość..."
(Abraham Joshua Heschel Szabat)
sobota, 27 sierpnia 2011
chłód niebiańskich przedsionków
Intensyfikacja zabiegów około mojej pracy licencjackiej zmusza mnie do ponownego zagłębiania się w lekturę Sumy teologii świętego Tomasza z Akwinu. Myślę sobie, jak wyglądało jego życie duchowe. Kiedy czytam to monumentalne dzieło, mam nieustannie wrażenie, że z jednej strony musiał być bardzo blisko Pana Boga modlitwą i samym swoim byciem, a z drugiej strony - Bóg, którego przedstawia, jest tak zupełnie odległy i inny od tego, co znam z Ewangelii i w ogóle z Pisma świętego... Ten Bóg, którego przedstawia Tomasz, chwilami jawi się jako pospolity konstrukt myślowy.
Co więc znaczy teologia? I czym w tym kontekście jest świętość?
Czy święty zawsze musi być rozpalony Bogiem? Czy w świętości jest miejsce na chłód logicznego rozumowania?
Co możemy wiedzieć o Bogu? Czy na podstawie słów natchnionych proroków możemy, mamy prawo tworzyć sobie jakikolwiek obraz Boga? Czy nie należy raczej zostawić Go niepoznawalnym, bliskim, ale nieokreślonym, jak chcieliby Ojcowie pustyni?
Myślę, że święty Tomasz patrzy jakoś teraz na mnie i może nawet się cieszy, że pod wpływem jego dzieła zadaję te same pytania, na które on próbował znaleźć odpowiedź. I pewnie jego radość objawia się modlitwą do Boga, nieustannym wychwalaniem Tego, o którym tyle pisał w tak niepojęty sposób.
Święty Tomaszu, módl się za nami!
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
samotność w (Bożej) sieci
Dziś będzie o Światowych Dniach Młodzieży, ale tylko pobocznie. Czytam ostatnio sporo na ten temat. Może dlatego, że niespecjalnie przemawia do mnie idea takich spotkań, po prostu tego nie rozumiem. Właśnie natknęłam się na jeden z lipcowych numerów Gościa Niedzielnego, gdzie w dodatku wrocławskim była mowa o tym, że trójka młodzieży z jednej z wrocławskich parafii będzie siedzieć przy papieżu podczas modlitw jednego dnia. Opiekun młodzieży z tej parafii bardzo mądrze mówił o konieczności przygotowania młodych ludzi do takiego wyjazdu.
A ja sobie pomyślałam, że może to jest właśnie to, co jakoś mnie tak drażni. I w ŚDM, i w Lednicy, i w innych tego rodzaju spędach. Ciągle przygotowuje się nas (lepiej bądź gorzej) do spotykania Pana Boga we wspólnocie Kościoła. Całkiem słusznie, oczywiście. Tylko mało kto mówi młodzieży o spotykaniu Boga wtedy, kiedy jesteśmy sami. Kiedy nie ma nikogo, kto da nam przykład i nas pociągnie, kiedy nie ma pozornie nikogo, kogo my możemy pociągnąć do Niego. Milczenie Boga jest jakże realnym i codziennym doświadczeniem, a tymczasem lepiej postawić na ładowanie akumulatorów raz do roku czy raz na dwa lata. Nie przeczę, że takie doświadczenia jak ŚDM są ważne i potrzebne. Tylko że zaciemniają trochę rzeczywistość spotkania z Bogiem.
Nie myślę też o mistycznych doświadczeniach nocy zmysłów i nocy umysłu. Raczej o takim potocznym, codziennym milczeniu, kiedy przychodzę do Boga, a On jakby mnie nie słyszał. Tego nie zapełni żadna wspólnota. W takiej sytuacji jest się jak ryba złowiona w sieć - niby wszystko pięknie, mam mnóstwo towarzyszy dookoła, ale tak naprawdę nie umiem znaleźć wyjścia z sytuacji, w której JA się znajduję, bez oglądania się na innych.
Co zrobić z takim doświadczeniem? Jak je przeżyć, zwłaszcza jeśli jest się nastawianym na doświadczenie wspólnoty?
A ja sobie pomyślałam, że może to jest właśnie to, co jakoś mnie tak drażni. I w ŚDM, i w Lednicy, i w innych tego rodzaju spędach. Ciągle przygotowuje się nas (lepiej bądź gorzej) do spotykania Pana Boga we wspólnocie Kościoła. Całkiem słusznie, oczywiście. Tylko mało kto mówi młodzieży o spotykaniu Boga wtedy, kiedy jesteśmy sami. Kiedy nie ma nikogo, kto da nam przykład i nas pociągnie, kiedy nie ma pozornie nikogo, kogo my możemy pociągnąć do Niego. Milczenie Boga jest jakże realnym i codziennym doświadczeniem, a tymczasem lepiej postawić na ładowanie akumulatorów raz do roku czy raz na dwa lata. Nie przeczę, że takie doświadczenia jak ŚDM są ważne i potrzebne. Tylko że zaciemniają trochę rzeczywistość spotkania z Bogiem.
Nie myślę też o mistycznych doświadczeniach nocy zmysłów i nocy umysłu. Raczej o takim potocznym, codziennym milczeniu, kiedy przychodzę do Boga, a On jakby mnie nie słyszał. Tego nie zapełni żadna wspólnota. W takiej sytuacji jest się jak ryba złowiona w sieć - niby wszystko pięknie, mam mnóstwo towarzyszy dookoła, ale tak naprawdę nie umiem znaleźć wyjścia z sytuacji, w której JA się znajduję, bez oglądania się na innych.
Co zrobić z takim doświadczeniem? Jak je przeżyć, zwłaszcza jeśli jest się nastawianym na doświadczenie wspólnoty?
Subskrybuj:
Posty (Atom)