Znowu nie o czytaniach.
O upomnieniu braterskim tym razem.
Po Mszy świętej poszłam do zakrystii, w której proboszcz siedział i przyjmował intencje mszalne. Nawet nie raczył na mnie spojrzeć, tylko zapytał od razu: To co będzie i kiedy? Grzecznie odpowiedziałam, że ja nie po to. Aż się chłop wzdrygnął i wyprostował z wrażenia.
A ja przyszłam, żeby zapytać, czemu nagina przepisy liturgiczne, a nawet je lekceważy. Rzecz jasna zapytałam w bardziej przystępnej formie. Ksiądz proboszcz po kilku zdaniach zaczął się śmiać i dopytywać, czy poza tym, o czym powiedziałam, coś jeszcze było nie tak. Ręce mi opadły. Zwłaszcza że koronnym argumentem było: bo u księdza dziekana też tak jest.
Widocznie nie wszystkim księżom zależy, żeby wierni wiedzieli, co się we Mszy świętej dzieje i dlaczego. Bardzo nie chcę myśleć, że nie wszyscy księża sami wiedzą, o co dokładnie chodzi.
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
niedziela, 31 października 2010
prywata
Na podstawie rozmów toczących się obok mnie: przy stole, na kanapie, przed telewizorem, w samochodzie, na cmentarzu podczas sprzątania, w kuchni i wszędzie indziej (co, swoją drogą, wskazuje na jakąś obsesję ze strony rozmówców) zaczęłam się zastanawiać nad zdaniem: Wiara to moja prywatna sprawa.
Jedyny możliwy aspekt prywatności wiary, jaki przychodzi mi do głowy, to ten, że wiary nikt mi nie może narzucić. Nie można mnie zmusić do uwierzenia w istnienie czegokolwiek, a już zwłaszcza do wiary rozumianej (zgodnie z Katechizmem Kościoła Katolickiego) jako odpowiedź na Boże wezwanie.
Niemożliwe jest dla mnie do przyjęcia życie z wyraźnym podziałem na role: teraz jestem katolikiem, bo siedzę w kościele albo nawet w domu modlę się z rodziną, a jutro do 15 będę urzędnikiem, nauczycielem, politykiem czy kim tam jestem w swojej pracy. Życie katolika musi być traktowane - uwaga, moje ulubione słowo - holistycznie, całościowo. Inaczej stanie się zakłamane i skutkiem tego będzie zaprzeczeniem samego siebie. Jak wiadomo z klasycznej definicji prawdy, nie można o czymś powiedzieć, że jest i jednocześnie, że nie jest. Życie katolika, żeby było życiem katolika, musi być... życiem katolika, jakkolwiek to brzmi. Wymaga to czasem zamieszania się w życie innym ludzi, grup, społeczności. Nie po to, by wycinać zło mieczem i niszczyć je ogniem. Raczej - żeby pouczać. Correctio fraterna, braterskie pouczenie. Skoro tak, to wiara nie może być sprawą prywatną, musi wychodzić poza mnie.
I raz na zawsze trzeba sobie powiedzieć: nikt nie mówił, że to będzie łatwe. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz (Mt 10,34). Byle od tego miecza nie zginąć.
P.S. Na łopatki rozłożył mnie wynik w wyszukiwarce: Jezus Chrystus - Wikicytaty. Znaczy - chyba sławny ten Jezus, skoro Wikicytaty Go uwzględniają.
P.S. 2 (bardziej merytorycznie) Gdyby wiara miała być sprawą prywatną, wygasłaby tuż po śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, bo Apostołowie nie musieliby jej przekazywać dalej. Takie luźne skojarzenie.
Jedyny możliwy aspekt prywatności wiary, jaki przychodzi mi do głowy, to ten, że wiary nikt mi nie może narzucić. Nie można mnie zmusić do uwierzenia w istnienie czegokolwiek, a już zwłaszcza do wiary rozumianej (zgodnie z Katechizmem Kościoła Katolickiego) jako odpowiedź na Boże wezwanie.
Niemożliwe jest dla mnie do przyjęcia życie z wyraźnym podziałem na role: teraz jestem katolikiem, bo siedzę w kościele albo nawet w domu modlę się z rodziną, a jutro do 15 będę urzędnikiem, nauczycielem, politykiem czy kim tam jestem w swojej pracy. Życie katolika musi być traktowane - uwaga, moje ulubione słowo - holistycznie, całościowo. Inaczej stanie się zakłamane i skutkiem tego będzie zaprzeczeniem samego siebie. Jak wiadomo z klasycznej definicji prawdy, nie można o czymś powiedzieć, że jest i jednocześnie, że nie jest. Życie katolika, żeby było życiem katolika, musi być... życiem katolika, jakkolwiek to brzmi. Wymaga to czasem zamieszania się w życie innym ludzi, grup, społeczności. Nie po to, by wycinać zło mieczem i niszczyć je ogniem. Raczej - żeby pouczać. Correctio fraterna, braterskie pouczenie. Skoro tak, to wiara nie może być sprawą prywatną, musi wychodzić poza mnie.
I raz na zawsze trzeba sobie powiedzieć: nikt nie mówił, że to będzie łatwe. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz (Mt 10,34). Byle od tego miecza nie zginąć.
P.S. Na łopatki rozłożył mnie wynik w wyszukiwarce: Jezus Chrystus - Wikicytaty. Znaczy - chyba sławny ten Jezus, skoro Wikicytaty Go uwzględniają.
P.S. 2 (bardziej merytorycznie) Gdyby wiara miała być sprawą prywatną, wygasłaby tuż po śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, bo Apostołowie nie musieliby jej przekazywać dalej. Takie luźne skojarzenie.
sobota, 30 października 2010
szkoła wiary
Szkoła wiary. Ta prawdziwa. Szkoła wiary bezwarunkowej, odważnej, nieugiętej. Pierwsze testy zdane. Przede mną jeszcze dwa egzaminy i kilka kolokwiów.
I cisza, jakby wszyscy bali się zauważyć. Albo spisali mnie na straty. Dobrze więc. Rachunek zysków i strat będzie wystawiony za jakiś czas.
Próba dobrej rady: czasem trzeba się dostosować, więc możesz przeżegnać się w duchu i nic nikomu nie pokazywać. Rada była dobra o tyle, że podziałała na mnie jak wstrząs elektryczny. NIE. Właśnie tak nie można. Trzeba pozwolić Panu Bogu działać. Wśród najbliższych i najdalszych, w porę i nie w porę. Jeśli czasem trzeba, żeby działał przeze mnie - posługując się mną - to trzeba. Możliwe, że jeśli JA nie dam im świadectwa, to nie zrobi tego nikt inny. Jestem narzędziem w rękach Pana Boga, tak jak to mówiły kochana Mała Tereska i Matka Teresa z Kalkuty.
Jutro Pan Bóg zadziała przeze mnie w ogromnej porcji pierogów ruskich, które będę robić dla całej rodziny. Mówię serio. Pierogi od katola są tak samo dobre, jak od kogokolwiek innego. W przypadku moich pierogów śmiem twierdzić, że nawet lepsze.
To zaś, co dzisiaj oddala od Ciebie,
Niech spłonie w ogniu miłości.
z Hymnu ostatnich nieszporów
I cisza, jakby wszyscy bali się zauważyć. Albo spisali mnie na straty. Dobrze więc. Rachunek zysków i strat będzie wystawiony za jakiś czas.
Próba dobrej rady: czasem trzeba się dostosować, więc możesz przeżegnać się w duchu i nic nikomu nie pokazywać. Rada była dobra o tyle, że podziałała na mnie jak wstrząs elektryczny. NIE. Właśnie tak nie można. Trzeba pozwolić Panu Bogu działać. Wśród najbliższych i najdalszych, w porę i nie w porę. Jeśli czasem trzeba, żeby działał przeze mnie - posługując się mną - to trzeba. Możliwe, że jeśli JA nie dam im świadectwa, to nie zrobi tego nikt inny. Jestem narzędziem w rękach Pana Boga, tak jak to mówiły kochana Mała Tereska i Matka Teresa z Kalkuty.
Jutro Pan Bóg zadziała przeze mnie w ogromnej porcji pierogów ruskich, które będę robić dla całej rodziny. Mówię serio. Pierogi od katola są tak samo dobre, jak od kogokolwiek innego. W przypadku moich pierogów śmiem twierdzić, że nawet lepsze.
To zaś, co dzisiaj oddala od Ciebie,
Niech spłonie w ogniu miłości.
z Hymnu ostatnich nieszporów
piątek, 29 października 2010
... wiary ustrzegłem...
Czeka mnie trudnych kilka dni w miejscu, w którym bardzo ciężko przyznać się do bycia katolikiem. Katolikiem zaangażowanym i świadomym, ale jednak katolikiem. Ale. Dla niektórych desygnatem nazwy katolik jest babcia klepiąca różańce w kościele, głosująca na PiS i tak dalej. I lepiej, żeby się taka nie odzywała, bo cokolwiek powie, będzie źle.
Te dni będą trudne zwłaszcza dlatego, że pod pojęciem niektórych kryją się także moi bliscy. Najbliżsi, a w pewnym sensie najdalsi. Ewangelia wzywa mnie do bycia blisko nich mimo wszystko. Co zrobić, kiedy uciekają? Gonić, próbować złapać i zatrzymać?
To dziwne, że nie mam oporu zrobić znaku krzyża przed jedzeniem w barze mlecznym albo nawet na ulicy, jeśli jem w biegu kupioną drożdżówkę, a trudno mi to zrobić w domu, wśród rodziny. Piszę to nie z powodu jakichś ekshibicjonistycznych zapędów, ale raczej dlatego, że coraz częściej dostrzegam, do jakich paradoksów prowadzi stawianie sprawy wiary na ostrzu noża. Można tę sprawę tak traktować jedynie wtedy, kiedy naprawdę jest tego warta. A warta jest tego, wbrew pozorom, nie zawsze.
Pojawia się pytanie o granice kompromisu.
Pojawia się też pytanie o granice świadczenia.
Może te dwa pytania w ostateczności są jednym pytaniem o to samo.
Nastawajcie w porę i nie w porę.
Te dni będą trudne zwłaszcza dlatego, że pod pojęciem niektórych kryją się także moi bliscy. Najbliżsi, a w pewnym sensie najdalsi. Ewangelia wzywa mnie do bycia blisko nich mimo wszystko. Co zrobić, kiedy uciekają? Gonić, próbować złapać i zatrzymać?
To dziwne, że nie mam oporu zrobić znaku krzyża przed jedzeniem w barze mlecznym albo nawet na ulicy, jeśli jem w biegu kupioną drożdżówkę, a trudno mi to zrobić w domu, wśród rodziny. Piszę to nie z powodu jakichś ekshibicjonistycznych zapędów, ale raczej dlatego, że coraz częściej dostrzegam, do jakich paradoksów prowadzi stawianie sprawy wiary na ostrzu noża. Można tę sprawę tak traktować jedynie wtedy, kiedy naprawdę jest tego warta. A warta jest tego, wbrew pozorom, nie zawsze.
Pojawia się pytanie o granice kompromisu.
Pojawia się też pytanie o granice świadczenia.
Może te dwa pytania w ostateczności są jednym pytaniem o to samo.
Nastawajcie w porę i nie w porę.
wtorek, 26 października 2010
refleksje po
Pracować dla Pana Boga można nie tylko poprzez bycie księdzem, zakonnikiem, zakonnicą. Pracować dla Pana Boga można zawsze i wszędzie poprzez to, co się robi najlepiej, jak się umie, zgodnie z zasadami i mając na względzie dobro drugiego człowieka. Praca dla Pana Boga bywa czasem trudna. Hm, czasem nawet bardzo trudna. Praca dla Pana Boga może wymagać więcej wysiłku i zaangażowania niż praca dla siebie. Czy jednak nie jest tak, że pracując dla Pana Boga, pracujemy też dla samych siebie?
Po dzisiejszym spotkaniu SOWy wracałam do domu tramwajem i nawiedziła mnie myśl o mojej niegdysiejszej pracy w tzw. call center. Jak bardzo mnie wyczerpywała fizycznie, ale przede wszystkim - psychicznie i duchowo. Jak wielkie miałam moralne trudności z wciskaniem klientom kitu za pieniądze. To się zupełnie nie nadawało jako praca dla Pana Boga. Zajmując swoje stanowisko i "wydzwaniając" kolejny kontakt, trzeba było wręcz o Panu Bogu zapomnieć, bo wtedy szło choć odrobinę łatwiej (sic!).
Może dlatego o tym sobie przypomniałam, że wracałam ze spotkania, które uważam za dobre i owocne. Które wymagało ode mnie sporo pracy - nad przygotowaniem materiału, to jedno - ale drugie, ważniejsze, to praca nad sobą. Nad tym, co mogło zepsuć całość poprzez jeden szczegół. Summa summarum, przygotowania do tego jednego spotkania trwały u mnie od czwartku. Pięć dni po to, by poprowadzić dwugodzinne spotkanie o Liturgii Słowa. Nie chcę się tu gloryfikować ani kreować na męczennicę. To był czas, który mnie radował - zarówno przygotowania, jak i samo spotkanie. Chodzi mi tylko o to, że praca dla Pana Boga należy do każdego z nas, i że nie zawsze włożony w nią wkład przekłada się na jej jakość i na jej oddanie Panu Bogu.
Powraca myśl o żydowskim oddawaniu Bogu każdej czynności. I o modlitwie nieustannej.
Na początku i na końcu spotkania zawsze się wspólnie modlimy. To jedna z tych sytuacji, kiedy modlitwa czyni cuda.
Po dzisiejszym spotkaniu SOWy wracałam do domu tramwajem i nawiedziła mnie myśl o mojej niegdysiejszej pracy w tzw. call center. Jak bardzo mnie wyczerpywała fizycznie, ale przede wszystkim - psychicznie i duchowo. Jak wielkie miałam moralne trudności z wciskaniem klientom kitu za pieniądze. To się zupełnie nie nadawało jako praca dla Pana Boga. Zajmując swoje stanowisko i "wydzwaniając" kolejny kontakt, trzeba było wręcz o Panu Bogu zapomnieć, bo wtedy szło choć odrobinę łatwiej (sic!).
Może dlatego o tym sobie przypomniałam, że wracałam ze spotkania, które uważam za dobre i owocne. Które wymagało ode mnie sporo pracy - nad przygotowaniem materiału, to jedno - ale drugie, ważniejsze, to praca nad sobą. Nad tym, co mogło zepsuć całość poprzez jeden szczegół. Summa summarum, przygotowania do tego jednego spotkania trwały u mnie od czwartku. Pięć dni po to, by poprowadzić dwugodzinne spotkanie o Liturgii Słowa. Nie chcę się tu gloryfikować ani kreować na męczennicę. To był czas, który mnie radował - zarówno przygotowania, jak i samo spotkanie. Chodzi mi tylko o to, że praca dla Pana Boga należy do każdego z nas, i że nie zawsze włożony w nią wkład przekłada się na jej jakość i na jej oddanie Panu Bogu.
Powraca myśl o żydowskim oddawaniu Bogu każdej czynności. I o modlitwie nieustannej.
Na początku i na końcu spotkania zawsze się wspólnie modlimy. To jedna z tych sytuacji, kiedy modlitwa czyni cuda.
poniedziałek, 25 października 2010
proście, a będzie wam dane
Prośba o modlitwę. Taka prośba zbliża ludzi. Nawet prawie obcych. Nawet ustosunkowanych wobec siebie służbowo, formalnie. Taka prośba przełamuje coś w proszącym i coś w proszonym. I jeszcze coś pomiędzy nimi.
Czytam teraz prywatne pisma Matki Teresy z Kalkuty. Zadziwiające, jak w każdym liście, niezależnie od adresata, gorąco prosiła o modlitwę w swojej intencji. Prosiła o modlitwę swojego kierownika duchowego, ale też arcybiskupa kalkuckiego, matkę generalną loretanek i siostry z tego zgromadzenia, prywatnych ludzi, z którymi w różnych sprawach się kontaktowała.
Każda prośba wymaga pokory, przyznania się przed drugim człowiekiem do własnej słabości. Jakoś łatwiej tę pokorę w sobie kształtować, prosząc ludzi o modlitwę. Kiedy proszę o coś materialnego - o pieniądze, jedzenie, ubrania - pokora może zostać przekształcona w upokorzenie (swoją drogą, to ciekawe, jak źle się to słowo kojarzy i jak negatywne ma znaczenie w zestawieniu z jego pochodzeniem). Kiedy proszę o modlitwę, jest zupełnie inaczej. Może dlatego, że w takiej prośbie zawiera się bezpośrednie wskazanie na rzeczywistość ponadludzką?
Czytam teraz prywatne pisma Matki Teresy z Kalkuty. Zadziwiające, jak w każdym liście, niezależnie od adresata, gorąco prosiła o modlitwę w swojej intencji. Prosiła o modlitwę swojego kierownika duchowego, ale też arcybiskupa kalkuckiego, matkę generalną loretanek i siostry z tego zgromadzenia, prywatnych ludzi, z którymi w różnych sprawach się kontaktowała.
Każda prośba wymaga pokory, przyznania się przed drugim człowiekiem do własnej słabości. Jakoś łatwiej tę pokorę w sobie kształtować, prosząc ludzi o modlitwę. Kiedy proszę o coś materialnego - o pieniądze, jedzenie, ubrania - pokora może zostać przekształcona w upokorzenie (swoją drogą, to ciekawe, jak źle się to słowo kojarzy i jak negatywne ma znaczenie w zestawieniu z jego pochodzeniem). Kiedy proszę o modlitwę, jest zupełnie inaczej. Może dlatego, że w takiej prośbie zawiera się bezpośrednie wskazanie na rzeczywistość ponadludzką?
sobota, 23 października 2010
na przystanku
Stałam dziś na przystanku, czekając na kolejny spóźniający się autobus. Odmawiałam Koronkę do Ducha Świętego, przesuwając sobie w kieszeni koraliki. Kiedy wyciągnęłam rękę z kieszeni na moment - żeby sprawdzić czy aby mi jeden koralik nie uciekł - starsza, zażywna kobieta stojąca niedaleko uśmiechnęła się szeroko, szerzej nawet niż ja (co generalnie jest nie lada wyczynem). Ja też, ja też!, powiedziała, wyciągając w moją stronę rękę z kolorowym różańcem.
Tacy ci katolicy niepozorni, że ani się obejrzysz, a Cię otoczą. Ot co.
Tacy ci katolicy niepozorni, że ani się obejrzysz, a Cię otoczą. Ot co.
czwartek, 21 października 2010
tyle
Bo tak właściwie chodzi o to, żeby na polu wiary umieć od siebie wymagać, nie porównując się jednocześnie z innymi. Każdy ma swoją ścieżkę do Pana Boga i z Panem Bogiem. Dobrze to sobie uświadomić. Każdy inny, wszyscy równi. Od siebie mogę wymagać tylko tyle - i aż tyle - ile sama z Jego pomocą jestem w stanie zrobić. Nic ponad. I nic poniżej. Powrót do wczorajszej perykopy z Ewangelii: wiele otrzymaliśmy, więc wiele się będzie od nas wymagać. I właśnie tyle - to wiele - musimy wymagać sami od siebie. Nic ponad, nic poniżej.
środa, 20 października 2010
czuj czuj
Myślę sobie tak: jutro idę do spowiedzi i co w związku z tym? W związku z tym znowu teksty Liturgii Słowa i Liturgii Godzin mówią specjalnie do mnie.
Najpierw w Ewangelii (Łk 12,39-48): Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. Wiem, czego Bóg ode mnie oczekuje. Że zawiodłam? Więc trzeba to naprawić przed Jego przyjściem. Nie, nie zamiatać pod dywan. Wymieść ze wszystkich kątów i wyrzucić. Sam fakt, że wiem, co mam robić, jest darem. Za ten dar trzeba się odwdzięczyć, odpowiednio go wykorzystując.
Potem w nieszporach - Psalm 27: W namiocie swoim mnie ukryje w chwili nieszczęścia, schowa w głębi przybytku (...). Tą chwilą nieszczęścia jest grzech, który łapie duszę i nie chce jej Bogu oddać. W tej chwili nieszczęścia Bóg mnie przygarnie. Przygarnia ciągle. Chowa w głębi przybytku, w najświętszym ze świętych miejsc (przybytek był miejscem w Świątyni Jerozolimskiej, w którym przebywał Bóg, w którym trzymano Arkę Przymierza, do którego najwyższy kapłan miał wstęp tylko w wyjątkowych okolicznościach). Tam właśnie mnie Pan będzie trzymał, żeby grzech nie panował nade mną. Tylko trzeba najpierw stanąć u Jego bram. On po mnie wyjdzie do tych bram, poprowadzi dalej. Tylko czekać trzeba przy bramie.
Czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy Pan wasz nadejdzie.
Najpierw w Ewangelii (Łk 12,39-48): Sługa, który zna wolę swego pana, a nic nie przygotował i nie uczynił zgodnie z jego wolą, otrzyma wielką chłostę. Ten zaś, który nie zna jego woli i uczynił coś godnego kary, otrzyma małą chłostę. Komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie; a komu wiele zlecono, tym więcej od niego żądać będą. Wiem, czego Bóg ode mnie oczekuje. Że zawiodłam? Więc trzeba to naprawić przed Jego przyjściem. Nie, nie zamiatać pod dywan. Wymieść ze wszystkich kątów i wyrzucić. Sam fakt, że wiem, co mam robić, jest darem. Za ten dar trzeba się odwdzięczyć, odpowiednio go wykorzystując.
Potem w nieszporach - Psalm 27: W namiocie swoim mnie ukryje w chwili nieszczęścia, schowa w głębi przybytku (...). Tą chwilą nieszczęścia jest grzech, który łapie duszę i nie chce jej Bogu oddać. W tej chwili nieszczęścia Bóg mnie przygarnie. Przygarnia ciągle. Chowa w głębi przybytku, w najświętszym ze świętych miejsc (przybytek był miejscem w Świątyni Jerozolimskiej, w którym przebywał Bóg, w którym trzymano Arkę Przymierza, do którego najwyższy kapłan miał wstęp tylko w wyjątkowych okolicznościach). Tam właśnie mnie Pan będzie trzymał, żeby grzech nie panował nade mną. Tylko trzeba najpierw stanąć u Jego bram. On po mnie wyjdzie do tych bram, poprowadzi dalej. Tylko czekać trzeba przy bramie.
Czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy Pan wasz nadejdzie.
wtorek, 19 października 2010
suplement
Jeszcze co do poprzedniego wpisu. Pomyślałam sobie, że z tym nastawaniem w porę i nie w porę może chodzić także o to, żeby nastawać w porę i nie w porę dla samego siebie. Żeby świadczyć o Chrystusie wtedy, kiedy czujemy się na siłach, ale też wtedy, kiedy zupełnie sił na to - w naszym mniemaniu - nie mamy. Żeby podejmować pracę nad sobą i nad swoją wiarą wtedy, kiedy jasno widzimy określony cel, ale też wtedy, kiedy ten cel przesłaniają nam piętrzące się na drodze trudności. Ostatecznie to On zawsze nam sił dodaje i to dzięki Niemu pokonujemy przeszkody.
Jeśli Bóg z nami, któż przeciw nam?
Jeśli Bóg z nami, któż przeciw nam?
Subskrybuj:
Posty (Atom)