niedziela, 3 marca 2013

społem

Piątkowe spotkanie z dość przypadkowymi, zdawałoby się, ludźmi, przy okazji całkiem formalnych interesów finansowych. Atmosfera szacunku, sympatii, dobroci. I nagle jeden z panów zaczyna mówić o Panu Bogu. W taki zupełnie naturalny sposób, jakby nie było możliwości, że nie podejmiemy tematu. Mówi z tak wielkim zaufaniem i czcią, że samemu chce się też zacząć wielbić.

I wczorajsze spotkanie urodzinowe u K., które zaczęłyśmy... nieszporami. Grupa dorosłych ludzi, chętnych do umiarkowanej zabawy, spotkanie wybitnie towarzyskie... i nieszpory. Żeby Pan Bóg też w tym był. Żeby wszystko było na swoim miejscu. Nieszpory tak zupełnie naturalnie celebrowane, że w zasadzie nie da się odmówić im integralności z całym tym spotkaniem.

Po co jest Kościół? Bo w Kościele naprawdę jest lepiej. I łatwiej nam - maluczkim pielgrzymom - iść razem.

czwartek, 21 lutego 2013

wszyscy jesteśmy heretykami

Natknęłam się właśnie na wywiad z profesorem Janem Hartmanem. Zasmucił mnie niepomiernie.

Ja rozumiem, że o chrześcijaństwie mówią nie tylko chrześcijanie, o katolicyzmie nie tylko katolicy. Rozumiem też, że jest to uprawnione, bo nie trzeba być ptakiem, żeby być ornitologiem. Nie rozumiem jednak, dlaczego człowiek, który nie ma zielonego pojęcia o doktrynie chrześcijańskiej, dogmatach, historii Kościoła, wypowiada się z taką stanowczością i pozorowaną znajomością tematu w sprawie, która tak naprawdę go nie dotyczy.

Jeśli człowiek z tytułem profesora wypowiada się publicznie, to mam chyba prawo oczekiwać, że ponad swoimi poglądami wykaże się pewną fundamentalną wiedzą. Na przykład nie powie, że rozróżnienie na dobro i zło, wyodrębnienie szatana, pochodzi z gnostycyzmu i nie występowało w jakimś pierwotnym chrześcijaństwie (czymkolwiek by ono było). Nie powie też, że 1 listopada obchodzimy święto przodków. Ani, że Maria i jej matka były dziewicami. Nie trzeba w to wierzyć, żeby mieć na ten temat wiedzę. To wszystko jest do przeczytania w ogólnodostępnych źródłach, nie jest to żadna wiedza tajemna. Człowiek z tytułem profesora powinien korzystać z ogólnodostępnych źródeł, skoro wypowiada się w temacie, który jest dla niego widocznie w jakiś sposób istotny.

A może ja po prostu za wiele wymagam?

wtorek, 19 lutego 2013

zabiera strach

Krótka wyprawa w góry. Śnieg, śnieg, śnieg. Idziemy szczytem. Śnieg, śnieg, mgła. Mgła, towarzysząca nam właściwie od samego dołu, teraz nabiera nowej gęstości. W zasadzie nie można odróżnić bieli śniegu od bieli mgły. Idziemy jakby zawieszeni w próżni, tylko śnieg pod nogami przypomina, że jest jakaś granica tej bieli. Idziemy w zasadzie każde sobie, bo wiatr, wzmagający się coraz bardziej, skutecznie uniemożliwia rozmowę. Punktem odniesienia są tylko tyczki wbite wzdłuż szlaku. Idziemy.

Pierwsza myśl jak błyskawica. Zaraz zacznie się jakaś potworna zamieć. Kiedy zaczynaliśmy drogę, wszystko było w porządku, ale wiadomo, w górach wszystko się może nagle zmienić. Wiatr się wzmaga. Jakiś samonakręcający się strach ściska mnie za gardło.

Druga myśl jak wysoka ściana. Panie Boże, przecież jesteś. Nie pozwolisz, żeby nam włos z głowy spadł. W Tobie nasza nadzieja. W Twoich rękach wszystko. I my, i ten szlak, i ten śnieg, i ten wiatr. Rób co chcesz, byle po Twojemu.

Zakończenie tej wędrówki nie jest jakoś spektakularnie cudowne. Wiatr nie ucichł, mgła nie rozstąpiła się przed nami, śnieg nie stopił się od Boskiego powiewu. Dotarliśmy w tych samych warunkach do punktu, z którego już dość stroma droga w dół prowadziła nas do schroniska. Im niżej, tym mgła była rzadsza, ale nie miało to chyba wiele wspólnego z ponadnaturalną Bożą ingerencją. Słońce, które ostatecznie prawie się przebiło przez mgłę i chmury (a, jak wiadomo, prawie robi wielką różnicę), też raczej nie.

A jednak jakoś Pan Bóg szedł z nami przez cały ten czas, odkąd Mu się przypomniałam :) Jezus mówi ci, że miłość ta zabiera strach, zabiera strach, zabiera strach... - tym razem chyba wręcz dosłownie :)

wtorek, 12 lutego 2013

sede vacante

Informacja o abdykacji papieża Benedykta XVI uderzyła mnie mocniej, niż w ogóle mogłam przypuszczać. Najpewniej dlatego, że początek jego pontyfikatu nałożył się na moje nawrócenie. Mój wzrost wiary opierał się mocno na łączności z papieżem, chociaż może nawet sobie tego jakoś znacząco nie uświadamiałam. Stałam się miłośniczką jego pierwszej encykliki i naprawdę bardzo lubiłam śledzić jego wypowiedzi na różne tematy. Kiedy prowadziłam SOWę w duszpasterstwie i zgłębiałam tajniki liturgii, postawa papieża niesamowicie mi imponowała.

Nie mnie oceniać jego decyzję o rezygnacji. Nikt z nas, którzy go chwalimy albo potępiamy, nie jest w stanie wyobrazić sobie, jaka to praca, jaki ogrom odpowiedzialności i jaka presja. Martwi mnie natomiast, że Wielki Post, który jutro zaczniemy, może się przekształcić w czas oczekiwania na konklawe i wybór nowego biskupa Rzymu, zamiast być czasem nawrócenia i pokuty.

Myślę, że u progu tego czasu możemy się tylko modlić, aby dobrze i po Bożemu przeżyć ten czas, kiedy rzeczywistość opuszczenia duchowego łączy się z rzeczywistością sede vacante.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Ruah

Dziś będzie o jednej z najpiękniejszych i najmocniejszych modlitw, jakie znam. Swego czasu wiele dobra dzięki niej doświadczyłam. Wczoraj przypomniałam ją sobie i myślę, że Pan Bóg mógł w tym maczać palce :)

Modlitwą tą jest koronka ku czci Ducha Świętego. Jej tekst można znaleźć w wielu miejscach w internecie (np. tu) i nie tylko. To tak niewiele. Uwielbiać Ducha Świętego i prosić Go codziennie o przyjście w Jego siedmiu darach, o udzielenie tych prostych, ale jak potrzebnych łask. Tak niewiele, a jednak działa. Proście, a będzie wam dane, chciałoby się powiedzieć, i może tym razem akurat całkiem słusznie. Mam wrażenie, że jakoś tego Ducha Świętego zaniedbujemy w naszym codziennym przeżywaniu wiary. My, czyli ogół katolików. Jezus Chrystus, no bo Eucharystia i zbawienie i zmartwychwstanie, wszystko to, co się wokół Niego kręci. Bóg Ojciec, no bo przecież Ojcze nasz i Ewangelia, w której Jego Syn ciągle mówi o Ojcu. A Duch Święty? Jakoś tak się to czasem rozmywa. A wystarczy pamiętać, zwrócić uwagę, zatroszczyć się o tę relację.

Bardzo ważna jest jeszcze modlitwa, którą nauczyłam się łączyć z tą koronką, mianowicie akt ofiarowania się Duchowi Świętemu, sformułowany przez św. Arnolda Jansena SVD:
Duchu Święty, słodka miłości Ojca i Syna. Aby całkowicie należeć do Ciebie, oddaję Ci teraz i na zawsze moje serce, moje ciało i duszę, moje siły i zdolności, moje cierpienia i radości, moje życie i śmierć. Oddaję Ci też wszystkich, którzy są mi drodzy, i wszystko, czym jestem i co posiadam, abyś Ty sam mógł tym rozporządzać i panować nade mną Swoją miłością teraz i w wieczności. Amen.

Ta postawa jest tak bliska postawie Najświętszej Panny, że aż mnie to uderzyło, kiedy pierwszy raz wypowiedziałam tę modlitwę. A jednak właśnie o to chyba chodzi. Maryja była - jest - Oblubienicą Ducha Świętego. Czy chrześcijanin musi chcieć czegoś więcej w swojej relacji z Panem Bogiem?

środa, 30 stycznia 2013

gdyby

Czytanie z dzisiejszych nieszporów.

Bogu, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków. Amen
Ef 3, 20-21


Nie każde Jego działanie jest jasne, oczywiste i definiowalne w kategoriach naszego wielkiego, ale jednak ułomnego rozumu. Jego działanie odbywa się w nas, w każdym z nas, w świętych i nieświętych, w mądrych i głupich. Jego działanie przekracza spełnianie naszych próśb. Możemy dostać takie dobra, o jakich nie śmieliśmy marzyć, o jakie nie umieliśmy prosić. I to wszystko za tak niewiele - za chwałę po wszystkie czasy.

To niesamowite, ale naprawdę działa. Kiedy chwalisz Go, więcej widzisz. Kiedy więcej widzisz, to zwykle też i więcej chwalisz. A kiedy więcej chwalisz...

A jakoś mało w nas wielbienia. No dobra. We mnie. Ciągle tylko daj i wybacz na zmianę, aż do obrzydzenia. Gdyby tak umieć Go chwalić. Gdyby tak móc Go chwalić w wieczności.

niedziela, 27 stycznia 2013

imię Pana jest twierdzą

Okazuje się, że czasem dobrze powrócić do starych czasów i starych metod. Nie chodzi bynajmniej o odgrzewanie zleżałych potraw, ale o gotowanie w oparciu o ten sprawdzony przepis. Wieczór piosenki religijnej w klimacie, który się zarzuciło dawno temu, potrafi człowiekowi przypomnieć o wielu innych, mniej bądź bardziej luźno powiązanych rzeczach.

Na przykład, że modlitwa nie jest czymś nadzwyczajnym, co trzeba wyodrębniać ze swojego codziennego życia. A może po prostu - nie tylko tym. Że modlitwa całe to życie przenika, całe je przemienia, ale może się tak dziać tylko, jeśli naprawdę odda się to wszystko Jemu. Coś, co przypomina mi się od kilku tygodni, po wielu miesiącach amnezji.

O Jezu cichy i pokorny, uczyń serce me według serca Twego!

środa, 16 stycznia 2013

cóż to jest "prawda"?

Jedną z topowych informacji od wczoraj jest blokada płatności kartowych na terenie Watykanu. We wczorajszym serwisie informacyjnym Trójki jako powód podano, że Watykan nie spełnia norm Rady Europy, dotyczących uwiarygodniania płatników czy jakoś tak.

W dzisiejszych wiadomościach Radia Zet podano, że blokadę nałożono, ponieważ Watykan jest podejrzewany o pranie brudnych pieniędzy z zagranicznych kont.

Subtelna różnica, prawda?

Gdzie jest prawda? Czy nie ma jej już absolutnie nigdzie poza Jezusem Chrystusem? Już tak dalece ją zredukowano?

wtorek, 25 grudnia 2012

na szczęście, na zdrowie

Drodzy Czytelnicy :)

Boże Narodzenie już się wydarzyło, Jezus przyszedł! Z tej okazji życzę Wam wszystkim wiele Jego błogosławieństwa, które z czasem Was przemieni. Życzę Wam otwartości na to błogosławieństwo i gotowości na przemianę, na koniec świata. Życzę Wam na te najbliższe dni miłości do siebie i do bliźnich, żeby te święta były choć trochę świąteczne. Na te dalsze dni, całego nadchodzącego roku i jeszcze później, całego życia, życzę Wam odwagi i nadziei płynących z wiary w Jednorodzonego Syna Bożego. Niech On Was umacnia każdego dnia od nowa, żebyście mieli siłę podnosić się z każdego upadku i wspinać się na coraz wyższe góry.

I jeszcze... tak na koniec, chociaż to chyba najważniejsze... życzę Wam zbawienia. Życzę Wam z całego serca, byście kiedyś - prędzej lub później - mogli oglądać Jego oblicze i cieszyć się Jego chwałą.

Maranatha!

sobota, 22 grudnia 2012

opoką

Przeczytane dziś w ramach kończenia własnych, prywatnych, czytanych rekolekcji.

Naszym jedynym prawdziwym bezpieczeństwem jest prawda o tym, że Boże miłosierdzie nie zna granic. Bóg jest nieskończenie dobry i wierny, jest, jak mówi Pismo Święte, naszą jedyną skałą. Wszystko inne: zdrowie, wykształcenie, dyplomy, przyjaciele, nasze osobiste siły i cnoty, może nas opuścić. Trzeba być realistą! Wszystkie te rzeczy są oczywiście dobre, cenne jest dysponowanie pewnymi zabezpieczeniami finansowymi, stabilnością uczuciową, dobrym wykształceniem, doświadczeniem, posiadanie do swojej dyspozycji przyjaciół, przewodnika duchowego, wspólnoty, z przynależenia do której jesteśmy zadowoleni, itd. Należy je przyjąć,a nawet starać je sobie zapewnić, tak jak to tylko możliwe, ale nigdy nie należy czynić z nich swojego ostatecznego oparcia. Ponieważ tylko sam Bóg jest naszym całkowitym zabezpieczeniem. Wszystko inne jest względne. Jest to fundamentalny punkt doświadczenia nadziei: doświadczyć pewnego ubóstwa, osłabienia na różnych polach (na szczęście nie na wszystkich jednocześnie!) po to, aby nauczyć się odnajdywać swe prawdziwe bezpieczeństwo w Bogu. Bóg nigdy nas nie opuści. (...)
(Jacques Philippe Mała droga ufności Teresy z Lisieux)


Ten fragment, w połączeniu z tym, co zostało napisane kawałek przed nim, przypomniał mi pewną rozmowę z Ł. niedługo po śmierci mojej mamy. Była wtedy mowa o zrozumieniu sensu tego wydarzenia. Wtedy byłam święcie przekonana, że doskonale rozumiem jego sens - wszak było to wysłuchanie mojej modlitwy o dzianie się Bożej woli. W jakiejś mierze pewnie też. Ten fragment uświadomił mi, że być może w tym całym szaleństwie była metoda - zwrócenia mnie ku Bogu ze słowami psalmu 62: Jedynie w Bogu spokój znajduje ma dusza, bo od niego przychodzi moje zbawienie. Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, On moją twierdzą, więc się nie zachwieję. Bez takiej świadomości każda modlitwa byłaby jednym wielkim przekłamaniem.

A więc... Jedynie w Bogu szukaj spokoju, duszo moja, bo od Niego pochodzi moja nadzieja. Tylko On jest opoką i zbawieniem moim, On moją twierdzą, więc się nie zachwieję.