Koniec splata się z początkiem w tak zadziwiających konfiguracjach, że można dostać zawrotów głowy. Jeden Pan Bóg wie, jak to ogarnąć. Mam tylko nadzieję, że tę wiedzę przekuje w działanie.
Jezu najcierpliwszy, zmiłuj się nad nami!
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
niedziela, 13 maja 2012
środa, 2 maja 2012
zawieszenie
Gotowe jest serce moje, Boże, gotowe jest serce moje, zaśpiewam psalm i zagram.
Tylko do tego można się naprawdę przygotować, tylko do tego można być naprawdę przygotowanym. Myślę, że dzieje się tak po to, aby w sytuacjach zupełnego nieprzygotowania móc się na czymś oprzeć.
Zbudź się, duszo moja, zbudź się, harfo i cytro, a ja obudzę jutrzenkę.
Tylko do tego można się naprawdę przygotować, tylko do tego można być naprawdę przygotowanym. Myślę, że dzieje się tak po to, aby w sytuacjach zupełnego nieprzygotowania móc się na czymś oprzeć.
Zbudź się, duszo moja, zbudź się, harfo i cytro, a ja obudzę jutrzenkę.
czwartek, 26 kwietnia 2012
gwarancja
Myślałam dzisiaj trochę nad kwestią ślubu i związków niesakramentalnych. Myślałam o często powtarzanym sloganie, że małżeństwo (w sensie: ślub) niszczy rzekomą miłość, niszczy związek, wobec czego nie tylko jest niepotrzebne, ale wręcz szkodliwe.
Pomyślałam, że może się tak dziać tylko wtedy, gdy traktuje się małżeństwo jako kartę gwarancyjną. Dopóki się jej nie ma, to trzeba uważać, troszczyć się, obchodzić jak z jajkiem. A jak już się ją dostanie, to hulaj dusza, piekła nie ma - w końcu jest gwarancja. Gwarancja czego? Wierności? Wytrwałości? Cierpliwości? Bycia razem? Niezniszczalności relacji? To śmieszne, że z jednej strony tak łatwo przychodzi nam dzisiaj pójść po rozwód, a z drugiej ciągle traktujemy ślub właśnie w ten magiczno-zaklęciowy sposób. Myślenie w tej kwestii jest wręcz paradoksalne: nie chcę ślubu, bo on wszystko zepsuje i trzeba będzie się rozwodzić, podczas gdy ślub może cokolwiek zepsuć tylko wtedy, jeśli traktuję go jako samoistną gwarancję wiecznej szczęśliwości.
Żadna gwarancja nie jest samoistna. Nikt mi niczego nie zagwarantuje, jeśli ja też się do czegoś nie zobowiążę. Przysięga małżeńska rzadko kiedy jest zobowiązaniem sensu stricto. Jest często raczej ładną i wzniosłą formułką, której wypowiedzenie zagwarantuje to wieczne szczęście. Za słowami ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci stoją tymczasem realne i konkretne obietnice. Że się nie zapuszczę. Że będę cię szanować. Że będę się troszczyć i interesować. Że nie tylko będę biernie wierna, ale też że nie dam nikomu sposobności do myślenia o tobie w przekłamany sposób. Przysięga małżeńska jest realnym i konkretnym zobowiązaniem. Realizacja tego zobowiązania zmniejsza prawie do zera konieczność korzystania z jakichś serwisów gwarancyjnych.
Pomyślałam, że może się tak dziać tylko wtedy, gdy traktuje się małżeństwo jako kartę gwarancyjną. Dopóki się jej nie ma, to trzeba uważać, troszczyć się, obchodzić jak z jajkiem. A jak już się ją dostanie, to hulaj dusza, piekła nie ma - w końcu jest gwarancja. Gwarancja czego? Wierności? Wytrwałości? Cierpliwości? Bycia razem? Niezniszczalności relacji? To śmieszne, że z jednej strony tak łatwo przychodzi nam dzisiaj pójść po rozwód, a z drugiej ciągle traktujemy ślub właśnie w ten magiczno-zaklęciowy sposób. Myślenie w tej kwestii jest wręcz paradoksalne: nie chcę ślubu, bo on wszystko zepsuje i trzeba będzie się rozwodzić, podczas gdy ślub może cokolwiek zepsuć tylko wtedy, jeśli traktuję go jako samoistną gwarancję wiecznej szczęśliwości.
Żadna gwarancja nie jest samoistna. Nikt mi niczego nie zagwarantuje, jeśli ja też się do czegoś nie zobowiążę. Przysięga małżeńska rzadko kiedy jest zobowiązaniem sensu stricto. Jest często raczej ładną i wzniosłą formułką, której wypowiedzenie zagwarantuje to wieczne szczęście. Za słowami ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci stoją tymczasem realne i konkretne obietnice. Że się nie zapuszczę. Że będę cię szanować. Że będę się troszczyć i interesować. Że nie tylko będę biernie wierna, ale też że nie dam nikomu sposobności do myślenia o tobie w przekłamany sposób. Przysięga małżeńska jest realnym i konkretnym zobowiązaniem. Realizacja tego zobowiązania zmniejsza prawie do zera konieczność korzystania z jakichś serwisów gwarancyjnych.
niedziela, 22 kwietnia 2012
czuwaj!
Pan Bóg czuwa. Jest, pamięta, czuwa. I reaguje, a czasem w taki sposób, że witki opadają. Ale zawsze skutecznie. Trzeba to tylko dostrzec. Nie zawsze musi być miło i przyjemnie. Pokazał to na przykładzie Swojego Syna, a w kosmicznie pomniejszonej skali pokazuje to w życiu każdego z nas. Nie warto się obrażać. Można tylko stanąć, opuścić ręce wzniesione do walki i powiedzieć: w ręce Twe, Panie... - a On już będzie wiedział, co zrobić.
Aha, no i jeszcze można poprosić o modlitwę wstawienniczą. Ona działa cuda. Wyrażając wspólnotę wiary, wyraża też przed Bogiem naszą wzajemną miłość i troskę. Moc. Jest moc!
P.S. Właśnie do mnie dotarło, że jak się wystukuje na klawiaturze słowo moc, to przez pomyłkę można uzyskać słowo nic. No więc życzę Wam i sobie, żeby w życiu takich pomyłek nie było. Jak wszystkie troski nasze przerzucimy na Niego, to na pewno nie będzie. Ot co.
Aha, no i jeszcze można poprosić o modlitwę wstawienniczą. Ona działa cuda. Wyrażając wspólnotę wiary, wyraża też przed Bogiem naszą wzajemną miłość i troskę. Moc. Jest moc!
P.S. Właśnie do mnie dotarło, że jak się wystukuje na klawiaturze słowo moc, to przez pomyłkę można uzyskać słowo nic. No więc życzę Wam i sobie, żeby w życiu takich pomyłek nie było. Jak wszystkie troski nasze przerzucimy na Niego, to na pewno nie będzie. Ot co.
piątek, 13 kwietnia 2012
troskacz
Przekuwanie teorii i pięknych deklaracji w praktykę odbywa się na ogół dopiero w sytuacjach granicznych, kryzysowych. Przynajmniej w moim życiu. I wcale nie jest łatwo przerzucić wszystkie troski na Niego, bo nawet jeśli Jemu zależy na nas, to bezpieczniej poradzić sobie samemu. Załatwić to czy tamto. Pójść tu albo tam. Pan Bóg tego za nas nie zrobi. Ale też łatwiej czerpać siłę z codziennych, namacalnych sytuacji, z wymiernych i łatwo obserwowalnych relacji. Łatwiej uwierzyć, kiedy się ma spisane na kartce dotychczasowe osiągnięcia i cele do realizacji. Tylko komu się wtedy wierzy?
Miarą zawierzenia Bogu jest skala problemu, w którym dajemy Mu się poprowadzić. Zawierzam Bogu, kiedy idę na zajęcia nieprzygotowana, ale zupełnie czym innym jest zawierzenie Mu, kiedy idę nieprzygotowana w sytuacje życiowe, które mnie zupełnie przerastają i w których nigdy dotąd nie byłam i - mam nadzieję - nie będę.
Dużo modlitwy trzeba. O to bardzo proszę.
Miarą zawierzenia Bogu jest skala problemu, w którym dajemy Mu się poprowadzić. Zawierzam Bogu, kiedy idę na zajęcia nieprzygotowana, ale zupełnie czym innym jest zawierzenie Mu, kiedy idę nieprzygotowana w sytuacje życiowe, które mnie zupełnie przerastają i w których nigdy dotąd nie byłam i - mam nadzieję - nie będę.
Dużo modlitwy trzeba. O to bardzo proszę.
czwartek, 29 marca 2012
powrót
Jest taki poziom relacji z Bogiem, że da się ją wyrazić tylko przed Nim i przed sobą. Maksymalna intymność. Można mówić o owocach, ale nie o samej relacji, bo ona wymyka się wszelkim słowom, wszelkim obiektywizacjom.
I rewelacyjne rekolekcje Tischnera, w których padają słowa, że Bóg jest zawsze inny, że Bóg nie jest w naszej pamięci, że nie jest w czymkolwiek, co znamy. Jest zawsze przed nami. Jakiekolwiek doświadczenie Boga mieliśmy kiedyś, Bóg już w nim nie jest - jest teraz, jest właśnie w tym doświadczeniu. Choćby to była najczarniejsza ciemność, najsmutniejsza pustka. Bóg jest zawsze przed nami.
I rewelacyjne rekolekcje Tischnera, w których padają słowa, że Bóg jest zawsze inny, że Bóg nie jest w naszej pamięci, że nie jest w czymkolwiek, co znamy. Jest zawsze przed nami. Jakiekolwiek doświadczenie Boga mieliśmy kiedyś, Bóg już w nim nie jest - jest teraz, jest właśnie w tym doświadczeniu. Choćby to była najczarniejsza ciemność, najsmutniejsza pustka. Bóg jest zawsze przed nami.
piątek, 24 lutego 2012
ludzkość
Pierwsza w sezonie Droga Krzyżowa.
Pieśń Boska dobroci, omawiająca wszystkie stacje. I jej fragment, traktujący o drugim upadku Chrystusa.
Jezusowi memu na pół żywemu.
To nie było tak, że On sobie był żywy, a potem był martwy, a jeszcze potem zmartwychwstał. On w pewnym momencie był rzeczywiście na pół żywy z cierpienia, bólu, zmęczenia. Cała Jego ludzkość w tym właśnie znalazła wyraz.
My też jesteśmy Jego ludzkością. Albo przynajmniej powinniśmy do tego dążyć, aby być Jego. Więc może w tym samym powinniśmy znaleźć jakoś siebie?
Pieśń Boska dobroci, omawiająca wszystkie stacje. I jej fragment, traktujący o drugim upadku Chrystusa.
Jezusowi memu na pół żywemu.
To nie było tak, że On sobie był żywy, a potem był martwy, a jeszcze potem zmartwychwstał. On w pewnym momencie był rzeczywiście na pół żywy z cierpienia, bólu, zmęczenia. Cała Jego ludzkość w tym właśnie znalazła wyraz.
My też jesteśmy Jego ludzkością. Albo przynajmniej powinniśmy do tego dążyć, aby być Jego. Więc może w tym samym powinniśmy znaleźć jakoś siebie?
środa, 22 lutego 2012
sedno
Siedzi w głowie. Zajęcia z poniedziałku. Rozmowa na temat, która niespodziewanie schodzi na inny tor. I nagle dziewczyna z drugiego końca sali, mówiąc o sytuacji w jakiejś tam wsi czy miasteczku, komentuje:
Ludzie chodzą do tego kościoła jak po jakieś zbawienie!
Bingo!
Ludzie chodzą do tego kościoła jak po jakieś zbawienie!
Bingo!
wtorek, 21 lutego 2012
umowa
Myśl uszyta na kanwie niedzielnego kazania u rzeszowskich salezjanów, dla odmiany.
Pan Bóg nie jest tylko jednym z elementów składowych kontraktu zwanego chrześcijaństwem. Nie jest zapisem, który przyjmujemy na równi z niedzielną Mszą świętą, modlitwą i zakazem aborcji, żeby być dobrym katolikiem. On jest właśnie sednem tego wszystkiego. Nie jest punktem do zaliczenia, do odhaczenia, ale żywą Osobą, centrum, do którego wszystko zmierza. To nie jest tak, że gdyby nie chrześcijaństwo, to by Boga nie było. Jest dokładnie na odwrót. Gdyby nie Bóg, nie byłoby chrześcijaństwa.
Takie niby banalne, ale zauważyłam, że stosunkowo łatwo można popaść w takie myślenie. Że Msza święta ok, a Bóg to jak mi się tam przypomni. Że modlitwa ok, a rozmowa z Bogiem to może wyjdzie, a może nie. I tak dalej. Na wszelkie sposoby trzeba się ratować od takiego marazmu, od takiego schematycznego wypełniania przykazań, które już wcale nie muszą mieć nazwy Bożych.
Pan Bóg nie jest tylko jednym z elementów składowych kontraktu zwanego chrześcijaństwem. Nie jest zapisem, który przyjmujemy na równi z niedzielną Mszą świętą, modlitwą i zakazem aborcji, żeby być dobrym katolikiem. On jest właśnie sednem tego wszystkiego. Nie jest punktem do zaliczenia, do odhaczenia, ale żywą Osobą, centrum, do którego wszystko zmierza. To nie jest tak, że gdyby nie chrześcijaństwo, to by Boga nie było. Jest dokładnie na odwrót. Gdyby nie Bóg, nie byłoby chrześcijaństwa.
Takie niby banalne, ale zauważyłam, że stosunkowo łatwo można popaść w takie myślenie. Że Msza święta ok, a Bóg to jak mi się tam przypomni. Że modlitwa ok, a rozmowa z Bogiem to może wyjdzie, a może nie. I tak dalej. Na wszelkie sposoby trzeba się ratować od takiego marazmu, od takiego schematycznego wypełniania przykazań, które już wcale nie muszą mieć nazwy Bożych.
środa, 1 lutego 2012
powiew nowości
W związku z zatwierdzeniem przez Stolicę Apostolską (po wielu latach badań) Statutu Drogi Neokatechumenalnej zastanawiam się intensywnie nad tym dziełem.
W czasach odpowiedzialności za Szkołę Odnowy Wiary (czyt. w zeszłym roku) kilkukrotnie przyszło mi się zetknąć z tym tematem. W kategorii liturgii prezentowałam (-łyśmy) neokatechumenat jako przykład wydziwiania i samowolki. I rzeczywiście w pewnym sensie tak jest. Nawet obecne zatwierdzenie niektórych elementów celebracji nie oznacza, że całość poczynań Drogi jest w porządku.
Z drugiej jednak strony, moje stanowisko od jakiegoś czasu zbliża się do zdania Marcina Jakimowicza. Nie podoba mi się nagonka tradycjonalistów na neonów, ciągłe obrzucanie ich błotem. Czasem sobie myślę, że przy całej słabości strony liturgicznej, Droga robi dużo więcej dobrego dla Kościoła powszechnego niż ci wszyscy krytycy posoborowia. A ostatecznie po owocach ich poznacie, jak to pisze pan Jakimowicz.
Może rzeczywiście, zamiast się frustrować, jak to płytko różne ruchy traktują chrześcijaństwo, warto dostrzec, że, podobnie jak nauka pływania wcale nie zaczyna się od nurkowania, ale od utrzymywania się na wodzie, tak też wygląda rozwój duchowy. Nie wejdzie głębiej ten, kto nie czuje się pewnie na powierzchni.
W czasach odpowiedzialności za Szkołę Odnowy Wiary (czyt. w zeszłym roku) kilkukrotnie przyszło mi się zetknąć z tym tematem. W kategorii liturgii prezentowałam (-łyśmy) neokatechumenat jako przykład wydziwiania i samowolki. I rzeczywiście w pewnym sensie tak jest. Nawet obecne zatwierdzenie niektórych elementów celebracji nie oznacza, że całość poczynań Drogi jest w porządku.
Z drugiej jednak strony, moje stanowisko od jakiegoś czasu zbliża się do zdania Marcina Jakimowicza. Nie podoba mi się nagonka tradycjonalistów na neonów, ciągłe obrzucanie ich błotem. Czasem sobie myślę, że przy całej słabości strony liturgicznej, Droga robi dużo więcej dobrego dla Kościoła powszechnego niż ci wszyscy krytycy posoborowia. A ostatecznie po owocach ich poznacie, jak to pisze pan Jakimowicz.
Może rzeczywiście, zamiast się frustrować, jak to płytko różne ruchy traktują chrześcijaństwo, warto dostrzec, że, podobnie jak nauka pływania wcale nie zaczyna się od nurkowania, ale od utrzymywania się na wodzie, tak też wygląda rozwój duchowy. Nie wejdzie głębiej ten, kto nie czuje się pewnie na powierzchni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)