Ze świata, w którym ludzie się spieszą, samochody pędzą, deszcz leje tak, że prawie żaby lecą z nieba - do świata Boga. Przed Niego, żeby uklęknąć, usiąść, stanąć (chociaż najchętniej to położyć się krzyżem przed Nim albo w ogóle wziąć Go w ramiona i wszczepić w swoje serce). Taki biały, kruchy, cichy, pokorny, słaby i mizerny. Bezbronny, ale w inny sposób niż wtedy, na krzyżu. Taki, jaki stoi w kaplicy w monstrancji, nie oczekuje pomocy od innych dla Siebie. Raczej oczekuje, żeby tę pomoc dać wszystkim potrzebującym, którzy przed Nim staną.
Dwie nierozerwalne rzeczywistości oczekiwania.
Jezu najcierpliwszy - zmiłuj się nad nami!
luźne zapiski z dziedziny filozofii, teologii, duchowości. z własnych przemyśleń i doświadczeń, ale też z rzeczy usłyszanych, przeczytanych, oglądanych.
czwartek, 17 marca 2011
środa, 16 marca 2011
pamiętaj, abyś...
Ostatnie wojaże i parę(naście) innych spraw pomniejszych pobudziły mnie do refleksji.
Dwa różne miasta, dwa różne centra tych miast. Rzeszów - w sobotę sklepy czynne do 14, w niedzielę zamknięte na amen, więc od sobotniego popołudnia do poniedziałkowego poranka wszystko śpi. I Wrocław - w sobotę wszystko czynne do 20 albo i dłużej, w niedzielę podobnie, miasto ciągle żyje, wobec czego w każdej chwili można skoczyć na zakupy, nawet te najbardziej prozaiczne i podstawowe.
Jak się mieszka na co dzień w tym drugim, to powrót do pierwszego jest jak kubeł zimnej wody. Chce się coś kupić w centrum miasta w sobotę wieczorem i nie ma takiej opcji. Nie mówiąc już o niedzieli.
I właśnie o tym sobie pomyślałam. Niby wszystko fajnie, jako katoliczka pięknie argumentuję za zakazem pracy - więc i handlu - w niedziele i święta, doceniam znaczenie tegoż... A w praktyce? W praktyce konsumpcjonizm jakoś bierze górę. Może i wygodnictwo. Jest coś takiego w kulturze, że wcielanie ideałów - również religijnych - w życie niepostrzeżenie przeradza się w jakieś fasadowe gierki.
Ostatni pobyt w Rzeszowie pokazał mi, jak miła może być niedziela bez otwartych wszystkich sklepów. Faktem jest, że hipermarkety (umiejscowione poza ścisłym centrum) pracują, aż miło. Ale po samej starówce można się przejść, nie będąc atakowanym muzyką czy marketingowymi instalacjami ze wszystkich sklepów i lokali, jakie się mija. Z własnego doświadczenia wiem, że wtedy właśnie odwiedza się rodzinę i znajomych, idzie wspólnie na spacer, do kościoła albo zwyczajnie siedzi się w domu, rozkoszując się wolnym dniem.
Kiedy w ostatnią sobotę w okolicach godziny 14 przymusowo znalazłam się na Rynku wrocławskim, przewalające się wokół mnie masy ludzi, zapatrzonych w wystawy sklepowe i wypatrujących ciekawych lokali, zdecydowanie mnie przytłoczyły.
Zakaz - albo chociaż ograniczenie - handlu w niedziele i święta zaczęło przybierać dla mnie formę zabiegania o zachowanie resztek zdrowych relacji międzyludzkich. Oby się udało.
Dwa różne miasta, dwa różne centra tych miast. Rzeszów - w sobotę sklepy czynne do 14, w niedzielę zamknięte na amen, więc od sobotniego popołudnia do poniedziałkowego poranka wszystko śpi. I Wrocław - w sobotę wszystko czynne do 20 albo i dłużej, w niedzielę podobnie, miasto ciągle żyje, wobec czego w każdej chwili można skoczyć na zakupy, nawet te najbardziej prozaiczne i podstawowe.
Jak się mieszka na co dzień w tym drugim, to powrót do pierwszego jest jak kubeł zimnej wody. Chce się coś kupić w centrum miasta w sobotę wieczorem i nie ma takiej opcji. Nie mówiąc już o niedzieli.
I właśnie o tym sobie pomyślałam. Niby wszystko fajnie, jako katoliczka pięknie argumentuję za zakazem pracy - więc i handlu - w niedziele i święta, doceniam znaczenie tegoż... A w praktyce? W praktyce konsumpcjonizm jakoś bierze górę. Może i wygodnictwo. Jest coś takiego w kulturze, że wcielanie ideałów - również religijnych - w życie niepostrzeżenie przeradza się w jakieś fasadowe gierki.
Ostatni pobyt w Rzeszowie pokazał mi, jak miła może być niedziela bez otwartych wszystkich sklepów. Faktem jest, że hipermarkety (umiejscowione poza ścisłym centrum) pracują, aż miło. Ale po samej starówce można się przejść, nie będąc atakowanym muzyką czy marketingowymi instalacjami ze wszystkich sklepów i lokali, jakie się mija. Z własnego doświadczenia wiem, że wtedy właśnie odwiedza się rodzinę i znajomych, idzie wspólnie na spacer, do kościoła albo zwyczajnie siedzi się w domu, rozkoszując się wolnym dniem.
Kiedy w ostatnią sobotę w okolicach godziny 14 przymusowo znalazłam się na Rynku wrocławskim, przewalające się wokół mnie masy ludzi, zapatrzonych w wystawy sklepowe i wypatrujących ciekawych lokali, zdecydowanie mnie przytłoczyły.
Zakaz - albo chociaż ograniczenie - handlu w niedziele i święta zaczęło przybierać dla mnie formę zabiegania o zachowanie resztek zdrowych relacji międzyludzkich. Oby się udało.
środa, 9 marca 2011
macierzysta bandera u dobrego Armatora
Ostatnie tygodnie w rozjazdach i obfitujące w najrozmaitsze wielkie i małe wydarzenia - z przewagą jednak tych wielkich - doprowadziły mnie do bardzo ważnego wniosku. Eucharystia i modlitwa są takim bezpiecznym portem, do którego zawsze można wpłynąć i który zawsze się poznaje, nawet z największej odległości. Można się zagubić w tym kołowrocie, można stracić wątek, ale jeśli ma się w ciągu dnia tę jedną przystań - to nic nie znaczą kołowroty, młyny i inne takie.
Może brzmi to górnolotnie, może różowo i niezbyt realnie. Ostatni czas tego mnie właśnie nauczył i nic na to nie poradzę.
A dziś zaczyna się inny Czas. Oby dobrze go wykorzystać. Ciągle wracając do właściwego portu.
Może brzmi to górnolotnie, może różowo i niezbyt realnie. Ostatni czas tego mnie właśnie nauczył i nic na to nie poradzę.
A dziś zaczyna się inny Czas. Oby dobrze go wykorzystać. Ciągle wracając do właściwego portu.
wtorek, 22 lutego 2011
duchem z Duchem
Niesamowite, kiedy widzi się człowieka dobrze przygotowanego na swoją śmierć. Taki spokój, który wszystko wygładza i wyjaśnia. Szczera rozmowa o Panu Bogu i o Jego miejscu w naszym życiu. Jak wiele może zmienić oddanie swego cierpienia właśnie Jemu! Moja babcia, o której we wrześniu pisałam, że ma już dość życia i że przykro tego słuchać, teraz prosi o modlitwę w intencji szczęśliwej śmierci i z uśmiechem mówi, że ma za kogo ofiarować te cierpienia, dlatego jest jej lżej.
Wielkie, piękne świadectwo.
Na pożegnanie powiedziała mi: Niech cię Bóg błogosławi. Przypomniało mi się błogosławieństwo z Księgi Liczb. Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze Swe nad tobą, niech cię obdarzy Swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze Swoje i niech cię obdarzy pokojem (Lb 6,24-26). Myślę sobie, że może to ostatnie pożegnanie, które babcia do mnie skierowała; nie mogę tego wiedzieć, ale jeśli tak jest, to właśnie tak powinno ono wyglądać.
Wielkie, piękne świadectwo.
Na pożegnanie powiedziała mi: Niech cię Bóg błogosławi. Przypomniało mi się błogosławieństwo z Księgi Liczb. Niech cię Pan błogosławi i strzeże. Niech Pan rozpromieni oblicze Swe nad tobą, niech cię obdarzy Swą łaską. Niech zwróci ku tobie oblicze Swoje i niech cię obdarzy pokojem (Lb 6,24-26). Myślę sobie, że może to ostatnie pożegnanie, które babcia do mnie skierowała; nie mogę tego wiedzieć, ale jeśli tak jest, to właśnie tak powinno ono wyglądać.
niedziela, 20 lutego 2011
psikus
Dziś w kościele pozytywne zaskoczenie.
Znowu Msza nie u dominikanów, tym razem z braku możności. Dla odmiany u czarnych (diecezjalnych). I kazanie, które naprawdę było dobre. Może trochę przydługie, zwłaszcza pod koniec, ale dobre. I dotyczyło Ewangelii. Ksiądz Piotr sporo też cytował innych fragmentów Dobrej Nowiny. Jakoś tak podświadomie czekałam na jakieś nawiązanie do sługi Bożego Jana Pawła II - w końcu taka piękna Liturgia Słowa o przebaczeniu, pokorze, miłowaniu nieprzyjaciół. I się nie doczekałam - na szczęście, ale ku własnemu ogromnemu zdziwieniu. Lubię być tak zaskakiwana.
(A niektóre myśli z kazania jakoś wiązały mi się bardzo z tym, co wyczytałam na temat filozofii św. Tomasza Akwinaty, ale to już całkiem inny temat).
Są jeszcze mądrzy księża w naszym kraju, ale dużo bardziej budujące jest, że znajdują się oni także poza zakonem dominikanów :)
(A moja babcia zabiła mnie dziś pytaniem: To jak się to twoje zgromadzenie nazywa? Dominikanie? O ile mi wiadomo, nie wstępowałam do żadnego. Zwłaszcza do męskiej gałęzi.)
Znowu Msza nie u dominikanów, tym razem z braku możności. Dla odmiany u czarnych (diecezjalnych). I kazanie, które naprawdę było dobre. Może trochę przydługie, zwłaszcza pod koniec, ale dobre. I dotyczyło Ewangelii. Ksiądz Piotr sporo też cytował innych fragmentów Dobrej Nowiny. Jakoś tak podświadomie czekałam na jakieś nawiązanie do sługi Bożego Jana Pawła II - w końcu taka piękna Liturgia Słowa o przebaczeniu, pokorze, miłowaniu nieprzyjaciół. I się nie doczekałam - na szczęście, ale ku własnemu ogromnemu zdziwieniu. Lubię być tak zaskakiwana.
(A niektóre myśli z kazania jakoś wiązały mi się bardzo z tym, co wyczytałam na temat filozofii św. Tomasza Akwinaty, ale to już całkiem inny temat).
Są jeszcze mądrzy księża w naszym kraju, ale dużo bardziej budujące jest, że znajdują się oni także poza zakonem dominikanów :)
(A moja babcia zabiła mnie dziś pytaniem: To jak się to twoje zgromadzenie nazywa? Dominikanie? O ile mi wiadomo, nie wstępowałam do żadnego. Zwłaszcza do męskiej gałęzi.)
środa, 16 lutego 2011
zależenie
Zachwyt Liturgią Godzin trwa mimo zawirowań życiowych na różnych polach.
Z dzisiejszych nieszporów:
Uwielbiam to zdanie z dawien dawna. Przypomina, że cokolwiek się stanie, On zawsze czeka. Coś jakby w związku z drugim wnioskiem z rekolekcji ciszy.
Myślę też, że o ile miłość między dwojgiem ludzi jest oparta na Panu Bogu i na Jego Miłości, o tyle swoje troski mogę powierzyć tej drugiej osobie, bo jej zależy na mnie. Ale do tego potrzeba bardzo mocnego zasadzenia swojego życia i miłości w Panu. Całe życie trzeba nad tym pracować.
A Pan Bóg - tak już, od ręki przyjmie wszystkie troski, które na Niego przerzucę.
Swoją drogą, pojawia mi się tu bardzo plastyczne wyobrażenie wielkiego wora trosk, który wrzucam na grzbiet pokornie stojącego osła. Mam nadzieję, że Pan Bóg się za to nie obrazi, ale słowo przerzućcie na pobudza moją fantazję.
Z dzisiejszych nieszporów:
Wszystkie troski wasze przerzućcie na Niego, gdyż Jemu zależy na was.
1P 5,7
Uwielbiam to zdanie z dawien dawna. Przypomina, że cokolwiek się stanie, On zawsze czeka. Coś jakby w związku z drugim wnioskiem z rekolekcji ciszy.
Myślę też, że o ile miłość między dwojgiem ludzi jest oparta na Panu Bogu i na Jego Miłości, o tyle swoje troski mogę powierzyć tej drugiej osobie, bo jej zależy na mnie. Ale do tego potrzeba bardzo mocnego zasadzenia swojego życia i miłości w Panu. Całe życie trzeba nad tym pracować.
A Pan Bóg - tak już, od ręki przyjmie wszystkie troski, które na Niego przerzucę.
Swoją drogą, pojawia mi się tu bardzo plastyczne wyobrażenie wielkiego wora trosk, który wrzucam na grzbiet pokornie stojącego osła. Mam nadzieję, że Pan Bóg się za to nie obrazi, ale słowo przerzućcie na pobudza moją fantazję.
poniedziałek, 14 lutego 2011
wielka cisza
Rekolekcje ciszy były czasem bezsprzecznie trudnym, ale warto było się wysilić. Maksymalne wyhamowanie ze skutkiem takim, że nagle wolnego czasu było za dużo. I ciężko było się do tego dostroić.
Czas trudny, bo w tej ciszy przychodziły pytania, na które w zgiełku codnia nie szukamy odpowiedzi, które spychamy na wieczne kiedyś. Więc właśnie nastało to kiedyś i trzeba było się zmierzyć, spróbować odpowiedzieć.
Konstruktywne wnioski, wyciągnięte z tych dni:
1) medytacja chrześcijańska nie jest dla mnie;
2) Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie jest bardzo cierpliwy;
3) jest tyle różnych sposobów na wyrażenie tego, co się myśli i czuje, poza słowami;
4) możliwość mówienia jest niesamowita i trzeba umieć z niej korzystać;
5) cały Różaniec (4 części) jednak nie starcza na omodlenie wszystkich intencji;
6) śpiewanie religijnych pieśni też bywa zagłuszaniem religijnych pytań;
7) lektura Pisma Świętego może być pasjonująca.
Następna edycja za rok. Polecam, zapraszam :)
Czas trudny, bo w tej ciszy przychodziły pytania, na które w zgiełku codnia nie szukamy odpowiedzi, które spychamy na wieczne kiedyś. Więc właśnie nastało to kiedyś i trzeba było się zmierzyć, spróbować odpowiedzieć.
Konstruktywne wnioski, wyciągnięte z tych dni:
1) medytacja chrześcijańska nie jest dla mnie;
2) Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie jest bardzo cierpliwy;
3) jest tyle różnych sposobów na wyrażenie tego, co się myśli i czuje, poza słowami;
4) możliwość mówienia jest niesamowita i trzeba umieć z niej korzystać;
5) cały Różaniec (4 części) jednak nie starcza na omodlenie wszystkich intencji;
6) śpiewanie religijnych pieśni też bywa zagłuszaniem religijnych pytań;
7) lektura Pisma Świętego może być pasjonująca.
Następna edycja za rok. Polecam, zapraszam :)
wtorek, 8 lutego 2011
codzień
Wielkie zamieszanie, po studencku i po katolicku. Skupiając się raczej na tej katolickiej stronie zamieszania, bardzo proszę wszystkich o modlitwę za mnie. Najpierw za dobrą spowiedź (jutro rano), a następnie za dobre przeżycie rekolekcji w ciszy, na które jadę razem z moim duszpasterstwem.
Tak sobie myślę, że jakby człowiek chciał omodlić wszystkie intencje, które nosi w sercu, to by mu dnia nie starczyło. Przynajmniej ja tak mam. Ciągle ktoś, ciągle coś, co nie cierpi zwłoki i wymaga wielkiego modlitewnego nakładu. I myślę też, że modlitwa wstawiennicza to nasz (chrześcijański?) katolicki skarb, z którego nie powinniśmy rezygnować.
I dobrze spotkać ludzi, dla których Bóg nie jest jeszcze jedną sferą zainteresowań, jak hodowla rybek, tylko jest rzeczywistością, w której funkcjonują i która wyznacza im kierunek we wszystkich dziedzinach życia.
Zaczynam lekturę książki Simona Tugwella OP pt. Drogi niedoskonałości, o różnych sposobach przeżywania duchowości. Mam nadzieję, że uda mi się ją skończyć i podzielić się wrażeniami.
Tak sobie myślę, że jakby człowiek chciał omodlić wszystkie intencje, które nosi w sercu, to by mu dnia nie starczyło. Przynajmniej ja tak mam. Ciągle ktoś, ciągle coś, co nie cierpi zwłoki i wymaga wielkiego modlitewnego nakładu. I myślę też, że modlitwa wstawiennicza to nasz (chrześcijański?) katolicki skarb, z którego nie powinniśmy rezygnować.
I dobrze spotkać ludzi, dla których Bóg nie jest jeszcze jedną sferą zainteresowań, jak hodowla rybek, tylko jest rzeczywistością, w której funkcjonują i która wyznacza im kierunek we wszystkich dziedzinach życia.
Zaczynam lekturę książki Simona Tugwella OP pt. Drogi niedoskonałości, o różnych sposobach przeżywania duchowości. Mam nadzieję, że uda mi się ją skończyć i podzielić się wrażeniami.
piątek, 4 lutego 2011
konceptualnie
Kiedy dzisiaj kończyliśmy żmudne spotkanie odpowiedzialnych w duszpasterstwie, zmówiliśmy Chwała Ojcu. Wypowiadając słowa doksologii, czułam się tak, jak czują się niektórzy ludzie w kościele, kiedy na Idźcie w pokoju Chrystusa odpowiadają Bogu niech będą dzięki - że się wreszcie skończyło.
A przecież dziękuje się nie za to, że (ani że wreszcie)się skończyło - tylko za to, że skończyło się tak, a nie inaczej.
My mogliśmy się na przykład powyrzynać nawzajem na tym spotkaniu. A Pan Jezus mógł się wcale nie ofiarować na okup za nasze winy, związane lub niezwiązane z tymże wyrzynaniem.
Dwie natury Chrystusa są czymś tak niepojętym, że naprawdę trudno to sobie zracjonalizować (to ostatnio jedno z moich ulubionych słów). Człowiek i Bóg jednocześnie. Jako Bóg miał odwieczny plan. Jako człowiek mógł wybrać, zdecydować. Jako Bóg wiedział przed stworzeniem, że to stworzenie będzie musiał odkupić. Jako człowiek modlił się do Boga, aby umieć przyjąć dzieło odkupienia na swoje barki. Niepojęte. Żadnym pojęciem nie da się tego oddać.
A przecież dziękuje się nie za to, że (ani że wreszcie)się skończyło - tylko za to, że skończyło się tak, a nie inaczej.
My mogliśmy się na przykład powyrzynać nawzajem na tym spotkaniu. A Pan Jezus mógł się wcale nie ofiarować na okup za nasze winy, związane lub niezwiązane z tymże wyrzynaniem.
Dwie natury Chrystusa są czymś tak niepojętym, że naprawdę trudno to sobie zracjonalizować (to ostatnio jedno z moich ulubionych słów). Człowiek i Bóg jednocześnie. Jako Bóg miał odwieczny plan. Jako człowiek mógł wybrać, zdecydować. Jako Bóg wiedział przed stworzeniem, że to stworzenie będzie musiał odkupić. Jako człowiek modlił się do Boga, aby umieć przyjąć dzieło odkupienia na swoje barki. Niepojęte. Żadnym pojęciem nie da się tego oddać.
wtorek, 1 lutego 2011
łańcuchy kruszył, a pęta rozrywał
Tym razem, dla odmiany, coś o Ewangelii. Wczorajszej (Mk 5,1-20). Słuchałam jej podczas Mszy o siódmej rano i uderzyła mnie.
Uderzyło mnie, że zło jest destrukcyjne - o. Marcin podczas kazania powiedział, że autodestrukcyjne i to kwestia do przemyślenia, ale chodzi mi o destrukcję tego, w czym zło się zadomawia i działa. Przecież stado świń, w które wszedł Zły, od razu pognało do przepaści i zginęło w jeziorze. Zło to nie jest coś, co sobie gdzieś tam istnieje, czasem się objawia i znika prawie niezauważone.
I jednocześnie uderzyło mnie, jak bardzo Bóg musi kochać człowieka, że daje mu siłę do walki z tym złem. Człowiek, w którym w tej Ewangelii panował Zły, ciągle żył. Mieszkał w grobach, ale żył. W sensie duchowym, jak powiedział o. Marcin, był martwy. Zastanawiam się, czy rzeczywiście tak było. Zły nad nim panował i można to uznać za śmierć duchową, ale jednocześnie ten człowiek przyszedł do Chrystusa. Wiedziony nienawiścią Złego do Pana, ale przyszedł. Był żywy. Była więc jakaś nadzieja. Stado świń zginęło od razu, nie mając żadnej nadziei, bo i nie mając rozumu. Boża miłość właśnie tu się objawia. Człowiek nigdy nie przegra tak do końca, póki jeszcze żyje. Niesamowite.
Uderzyło mnie, że zło jest destrukcyjne - o. Marcin podczas kazania powiedział, że autodestrukcyjne i to kwestia do przemyślenia, ale chodzi mi o destrukcję tego, w czym zło się zadomawia i działa. Przecież stado świń, w które wszedł Zły, od razu pognało do przepaści i zginęło w jeziorze. Zło to nie jest coś, co sobie gdzieś tam istnieje, czasem się objawia i znika prawie niezauważone.
I jednocześnie uderzyło mnie, jak bardzo Bóg musi kochać człowieka, że daje mu siłę do walki z tym złem. Człowiek, w którym w tej Ewangelii panował Zły, ciągle żył. Mieszkał w grobach, ale żył. W sensie duchowym, jak powiedział o. Marcin, był martwy. Zastanawiam się, czy rzeczywiście tak było. Zły nad nim panował i można to uznać za śmierć duchową, ale jednocześnie ten człowiek przyszedł do Chrystusa. Wiedziony nienawiścią Złego do Pana, ale przyszedł. Był żywy. Była więc jakaś nadzieja. Stado świń zginęło od razu, nie mając żadnej nadziei, bo i nie mając rozumu. Boża miłość właśnie tu się objawia. Człowiek nigdy nie przegra tak do końca, póki jeszcze żyje. Niesamowite.
Subskrybuj:
Posty (Atom)